Żywy płomień miłości
15 listopada, 2016
Droga doskonałości
15 listopada, 2016

Księga życia

Wprowadzenie

Geneza i historia księgi

Jest to pierwsza książka św. Teresy od Jezusa, zarazem okupiona wielkimi cierpieniami; doniesiona do inkwizycji i przez 20 lat zamknięta w archiwum inkwizycyjnym, strzeżona była do tego stopnia, że Święta do swojej śmierci nie mogła jej oglądać i ewentualnie przygotować do druku. Umierając nie wiedziała, że ta książka po jej śmierci wydostanie się z więzienia inkwizycji i zostanie wydrukowana. Nie wiedziała i nie przypuszczała, że ta książka dokona wiele dobrego w Kościele i poza Kościołem na łonie innych religii. Ostatnim niezwykłym owocem lektury tej książki jest nawrócenie się z mozaizmu Edyty Stein, późniejszej karmelitanki bosej w Karmelu w Kolonii i w Echt, umęczonej przez hitlerowców w obozie oświęcimskim. Powstanie i dzieje tej książki są również bardzo ciekawe.

Około roku 1555 Teresa de Ahumada, karmelitanka w klasztorze Wcielenia w A wili, postanowiła oddać się systematycznej modlitwie wewnętrznej na skutek wiadomości o bolesnych faktach reformacji protestanckiej, która właściwie godziła w jedność Kościoła i integralność nauki katolickiej. Chciała Teresa coś uczynić dla ratowania Kościoła i pocieszenia Chrystusa, który był znieważany przez protestantów, zwłaszcza w tajemnicy Eucharystii. Widok obrazu Chrystusa okrytego ranami (Ecce Homo) tak wstrząsające uczynił na niej wrażenie, że szlochając rzuciła się do stóp Jezusa i postanowiła wiernie Mu służyć, bo dotąd przez 20 lat wiodła w zakonie życie przeciętne, oziębłe, ani nie cieszyła się Bogiem, ani nie miała zadowolenia ze świata. Nawrócenie było szczere i trwałe. Faktycznie, Teresa od Jezusa postępowała nagrodzę doskonałości krokami olbrzyma. Bóg udzielał się jej tajemniczo przez łaski mistyczne. W maju roku 1556 otrzymała łaskę zaręczyn duchowych z Chrystusem, a 29 VI 1559 miała po raz pierwszy widzenie intelektualne Chrystusa, zaś w 1560 widziała Jezusa zmartwychwstałego. Nie była pewna co do natury tych widzeń. Lękała się podstępu szatańskiego. Pragnąc się upewnić co do charakteru tych przeżyć, prosiła przyjaciół o wydanie opinii. Ks. Gaspar Daza i „święty rycerz” Francisco de Salcedo zgodzili się służyć radą Teresie. W roku 1558 przedstawiła im na piśmie sprawozdanie o swoim życiu wewnętrznym i zjawiskach nadzwyczajnych. Dwaj przyjaciele osądzili, że te zjawiska były dziełem szatana. Teresa przeraziła się bardzo. Na szczęście obydwaj doradcy zadecydowali, aby zasięgnęła jeszcze rady uczonego jezuity, o. Diega de Cetina, bardziej obeznanego z problematyką zjawisk nadzwyczajnych. Teresa przygotowała się solidnie do spotkania ze sławnym teologiem, opisując dokładnie wszelkie zło i dobro, jakie stwierdziła w swoim życiu. Opinia jezuity była krańcowo przeciwstawna: modlitwa Teresy i zjawiska nadzwyczajne były „dziełem ducha Bożego”. Ogromna radość zalała serce Teresy. Otworzyła bramy swej duszy na działanie łaski Bożej. Łaski mistyczne następowały po sobie dość często: widzenie intelektualne Chrystusa w 1559, widzenie Chrystusa zmartwychwstałego w 1560, przebicie serca i wizja piekła w 1560 roku.

W międzyczasie Teresa miała okazję rozmowy z innymi teologami jezuitami, a także ze św. Piotrem z Alkantary, franciszkaninem, którzy upewnili ją o Bożym pochodzeniu jej przeżyć mistycznych.

W latach 1560-1561 przeprowadziła rozmowy z dominikaninem o. Pedrem Ibańezem w sprawie projektu reformy Karmelu żeńskiego, podtrzymywanego przez grupę zakonnic z klasztoru Wcielenia. Dla tego znakomitego teologa Święta napisała sprawozdanie ze stanu swego sumienia, w którym opisała dokładnie sposób modlitwy i zdała się na sąd uczonego dominikanina, który znał ją już wcześniej z kierownictwa duchownego. Ojciec Ibańez, po przestudiowaniu sprawozdania, był zadowolony ze stanu duszy swej penitentki i stał się jej obrońcą przed oskarżeniem o fałszywą mistykę. Równocześnie czuł potrzebę niesienia jej pomocy przy fundacji pierwszego klasztoru projektowanej reformy. Uczony dominikanin, w porozumieniu z innymi przyjaciółmi, zachęcał Teresę, aby swoją drogę opisała dokładniej, szerzej, z wszystkimi szczegółami mogącymi dać pełny obraz jej życia. Święta zaraz przystąpiła do dzieła, czemu sprzyjał też fakt, że w styczniu 1562 r. przełożony prowincjalny posłał ją do Toledo do pałacu młodej wdowy, Luisy de la Cerda, księżnej Medinaceli, aby ją pocieszała i zachęcała do dalszego życia. Tam też, mając więcej czasu niż w klasztorze, kontynuowała opis swego życia, czyli Księgę Zmiłowań Pańskich, jak je wdzięcznie nazwała.

W tym czasie przybył do Toledo dominikanin, o. Garcia z Toledo, kuzyn wicekróla Peru. Teresa poznała go już wcześniej i bardzo wysoko ceniła. Był on też przyjacielem o. Piotra Ibańeza. W lipcu 1562 r. ukończyła swoje obszerne sprawozdanie o życiu i przesłała je ojcu Garcia z dołączonym listem.

W lipcu 1562 wróciła do Awili i 24 sierpnia ufundowała pierwszy klasztor karmelitanek bosych. Rękopis, przekazany ojcu Garcia, miał wiele braków kompozycyjnych i historycznych: był bez tytułu, bez podziału na rozdziały i kończył się na faktach z roku 1561. Z tego powodu o. Ibańez i o. Garcia nalegali, aby dokonała odpisu dzieła ze wskazanymi poprawkami, a więc szerzej opisała życie aż do ostatnich wydarzeń, i podzieliła na rozdziały, numery i tytuły. W rozdziale 37, 1 Księgi życia Teresa wspomina o tym niełatwym zadaniu: „Niełatwo mi przychodzi dalej jeszcze opowiadać łaski, jakie mi Pan uczynił… wszakże chcąc być posłuszną Panu, który mi kazał, i rozkazowi waszych miłości, podam tu na cześć i chwałę Jego jeszcze niektóre szczegóły”.

W roku 1564 Teresa przedstawiła swoje problemy duchowe przyjacielowi, ks. Francisco de Soto Salazar, inkwizytorowi, a potem biskupowi Salamanki. Ten radził jej opisać całe życie bez opuszczania czegokolwiek, i przedłożył do oceny magistrowi Janowi z Awili, uważanemu za najlepszego znawcę tajników modlitwy i teologa kwalifikowanego.

Teresa poszła za radą inkwizytora, przepisała dzieło i podzieliła je na 40 rozdziałów włączając fakty, które nastąpiły po roku 1562, między innymi śmierć ukochanego o. Piotra Ibańeza (13 VI 1565). W roku 1568 Teresa dała pani Luisie de la Cerda manuskrypt z prośbą o przekazanie go magistrowi Janowi z Awili. Wielki i święty uczony książkę aprobował i odesłał do Autorki z wykazem niektórych poprawek. Teresa zastosowała się do uwag Jana z Awili. W 1570 r. Księgę życia czytał jej spowiednik o. Martin Guttierrez, a w 1573 o. Jerónimo Ripalda, który zastąpił poprzedniego w kierownictwie duchowym Teresy.

W roku 1574 Święta posłała rękopis biskupowi w Awili, don Alvaro de Mendoza, który polecił dokonać odpisu dla swojej siostry. Rękopis dostał się również do rąk dominikanina o. Bartolome de Medina, który sporządził dalszy odpis dla księżnej Alby, a ta z kolei przesłała odpis swej synowej Marii z Toledo. W ten sposób książka rozchodziła się szeroko z wielkim niezadowoleniem o. Dominika Bańeza, który groził jej spaleniem.

Wieść o interesującym rękopisie dotarła do uszu kapryśnej dońi Any de Mendoza, księżnej de Eboli, żony księcia Ruy Gómez. Księstwo znali Matkę Teresę, bo w r. 1569 zaprosili ją do ufundowania w Pastranie klasztoru karmelitanek bosych. Księżna chciała więc przeczytać książkę. Teresa, pragnąc sprawić przyjemność księciu, uległa naleganiom żony i przekazała jej manuskrypt. Po kilku dniach dowiedziała się, że jej manuskrypt dostał się do rąk służby, która wyśmiewała wizje w nim opisane. Kiedy książę zmarł w r. 1573, wdowa Ana wstąpiła do karmelitanek bosych w Pastranie, ale wytrzymała tam tylko 6 miesięcy. Wróciła do pałacu, lecz nadal mieszała się do zarządu klasztoru i doprowadziła do tego, że karmelitanki bose ze swym kapelanem nocą uciekły z klasztoru pastrańskiego i przeniosły się do Segowii za wiedzą Teresy (1574). Oburzona księżna, chcąc zemścić się na Teresie, jej Księgę życiaprzesłała trybunałowi inkwizycji w Awili oskarżając, że jest to pismo niebezpieczne, zawierające fałszywe wizje, objawienia i naukę podejrzaną. Święta dowiedziała się o tym doniesieniu w Beas, będąc tam w sprawach fundacji w r. 1575. Początkowo bardzo się martwiła tym wydarzeniem, ponieważ inkwizycja poleciła także wycofać z obiegu wszystkie odpisy. Wtedy Chrystus pocieszył ją słowami: „Nie martw się, córko! To nic!” Faktycznie, sprawa zaczęła przybierać obrót pomyślny. Inkwizycja przekazała denuncjowany rękopis do cenzury o. Dominikowi Bańezowi, wielkiemu wielbicielowi Świętej. Ten, po dokładnym zbadaniu zawartości rękopisu, napisał recenzję jak najbardziej przychylną. Również wielki inkwizytor, arcybiskup Toledo, Gaspar de Ouiroga, przestudiował rękopis i oświadczył pani Luizie de la Cerda, że nie znalazł w nim niczego, co by służyło za pretekst dla inkwizycji.

W czerwcu 1580 r. Teresa osobiście spotkała wielkiego inkwizytora, kardynała de Quiroga, który okazał jej swój podziw i wyraził pozytywną ocenę książki. Co więcej, powiedział jej, że może manuskrypt wycofać z trybunału inkwizycyjnego, kiedy jej się będzie podobało. Teresa jednak zostawiła oryginał książki w archiwum inkwizycji, a dla swoich spowiedników dokonała odpisu. Jej ówczesny spowiednik, ks. Pedro de Casto y Nero, po przeczytaniu książki był pełen podziwu i przekonania co do prawdziwości opisanych faktów. Teresa doznała wówczas wielkiej i ostatniej radości ze swej książki.

Po śmierci Autorki w 1582, mnożyły się odpisy Księgi życia między karmelitankami bosymi, między uczonymi w Salamance. Jeden z nich, Baltasar de Cepeda, w 1585 r. nawet czytał dzieło z katedry uniwersyteckiej i chwalił naukę oraz wzniosłość stylu. W 1586 jeden odpis dotarł do rąk cesarzowej Marii, siostry Filipa II, która postarała się o druk książki zlecając tę pracę m. Annie od Jezusa, przeoryszy klasztoru w Madrycie. Tymczasem oryginał leżał jeszcze w szufladach archiwum inkwizycji. Na jej prośbę wielki inkwizytor, po uzgodnieniu sprawy z radą, oddał oryginał m. Annie od Jezusa wyrażając swoje zadowolenie, że książka zostanie wydana drukiem. W tym samym roku przełożony prowincjalny karmelitów bosych, o. Mikołaj Doria, zebrał w Madrycie swoich radnych, między którymi był także św. Jan od Krzyża, by powziąć ważne decyzje odnośnie do spraw Nowego Karmelu. Wtedy właśnie zdecydowano wydać drukiem wszystkie dzieła Matki Teresy. Oryginał Księgi życia przekazano słynnemu profesorowi teologii na uniwersytecie w Salamance, ojcu Ludwikowi z Leonu (1527-1591). Profesor przestudiował książkę i napisał entuzjastyczny wstęp.Księgę życia wydrukował w 1588 r. Guillermo Foąuel. Autograf z woli króla Filipa II został złożony w bibliotece Eskurialu i dotąd jest tam strzeżony.

Struktura księgi

Księga życia nie jest traktatem teologicznym, chociaż posiada wiele materiału teologicznego, zwłaszcza w drugiej części. Jest to autobiografia teologiczna, ponieważ element teologiczny przeważa nad biograficznym. Święta z zamiłowaniem opisuje swoje życie wewnętrzne, sposób modlitwy aż do modlitwy mistycznej, wszystko na kanwie swojego życia bardziej urozmaiconego w domu rodzinnym, monotonnego w klasztorze.

Po krótkim wstępie, w którym ubolewa, że spowiednicy zakazali jej pisać o „swoich wielkich grzechach”, rozpoczyna opowieść o ważniejszych faktach czterdziestu lat swojego życia, a więc o swoim dzieciństwie, o wychowaniu w domu rodzinnym, o swoim rzekomo wykolejonym życiu, o wstąpieniu do klasztoru, o chorobie i cudownym uzdrowieniu za przyczyną św. Józefa, i zaraz przechodzi do ulubionego tematu o modlitwie wewnętrznej. Celem plastycznego i łatwego zapamiętania wzniosłych objawów i przedziwnych skutków modlitwy wewnętrznej, Święta utworzyła alegorię ogrodu, którym jest dusza. Przedstawia cztery sposoby nawadniania ogrodu, które symbolizują 4 stopnie modlitwy wewnętrznej. Ogród to dusza, ogrodnik to Bóg, a woda to łaska. Przy pomocy tego pięknego porównania przedstawia szczegółowo naturę, skutki i różne stopnie modlitwy: rozmyślanie symbolizuje trudne dobywanie wody ze studni; modlitwę mistyczną odpocznienia przedstawia użycie norii, czyli pompy; modlitwę mistyczną zjednoczenia obrazuje woda wypływająca z kanału lub wprost ze źródła; modlitwę mistyczną zjednoczenia oblubieńczego albo ekstatycznego przedstawia deszcz. W tej części Teresa opisuje wiele łask mistycznych, np. żywe odczucie obecności Chrystusa, dar łez, słodycze duchowe, porwanie ducha i kontemplację człowieczeństwa Jezusa Chrystusa (rr. 10-22).

Następnie pisze o drugim okresie życia zakonnego po nawróceniu, a mianowicie o pomocy osób duchowych, o trudnościach duchowych, o mowach wewnętrznych, o przeżywaniu bliskości Chrystusa, o objawieniach i widzeniach Chrystusa, o ranie miłości, o spotkaniu ze św. Piotrem z Alkantary (1553), o pokusach szatańskich, o ekstazie i widzeniu piekła (rr. 23-32).

Wreszcie pisze o projekcie i realizacji fundacji pierwszego klasztoru karmelitanek bosych w Awili (24 VIII 1562), o łaskach widzeń, objawień i obcowania z błogosławionymi, o wysłuchaniu modlitwy w sprawach innych osób (rr. 33-34).

Epilog zawiera list Teresy do cenzorów: o. Garcia z Toledo OP i o. Dominika Bańeza OP, napisany w dniu 5 lipca 1575 r. w Valladolid.

Orędzie do czytelnika

Lektura autobiografii św. Teresy od Jezusa jest nadal aktualna, po upływie 400 lat, mimo że żyjemy w okresie aktywizmu apostolskiego, który rewindykuje sobie pierwszeństwo w życiu chrześcijańskim. Jeśli niektóre kierunki teologiczne nie zwracają wielkiej uwagi na tę część teologii, która nazywa się ascetyką i mistyką, autobiografia św. Teresy od Jezusa przypomina teologom o jedności całej teologii. Jeśli społeczeństwo współczesne żyje w ciągłej obawie kosmicznego zniszczenia atomowego, książka św. Teresy przypomina ludziom nieskończone Miłosierdzie Boga, który może uratować ludzkość od zagłady. Jeśli ludzie świeccy odczuwają dzisiaj ogromne trudności współżycia braterskiego, św. Teresa może być wzorem współżycia z bliźnimi, opiewa bowiem piękno swoich kontaktów z osobami żyjącymi w małżeństwie, z duchownymi wszystkich stopni, z zakonnicami i zakonnikami wszelkich zakonów.

Prawdziwym jednak orędziem Teresy do czytelnika są jej liczne wołania i zachęty do praktyki modlitwy wewnętrznej, która stanowi dla każdego człowieka skarb bezcenny (Ż 8, 5; 8, 8; 11, 4; 8, 6; 8, 9). Aby zachęcić czytelnika do szukania tego bezcennego skarbu, Teresa z przekonaniem woła: „Nie może człowiek w tym życiu znaleźć większego dobra nad to, które daje modlitwa wewnętrzna” (Ż 7, 10).

Opierając się na własnym doświadczeniu, wskazuje skuteczny sposób do znalezienia tak wielkiego dobra, przewyższającego wszelkie skarby tej ziemi: „Wiem dobrze, że nie ma na tej ziemi żadnej rzeczy tak kosztownej i drogiej, by mogła starczyć na okupienie tak wielkiego dobra; lecz gdybyśmy czynili, co jest w naszej mocy nie przywiązując się do żadnej rzeczy ziemskiej, a starając się o to, by wszelkie nasze pożądanie i obcowanie było w niebie, nie ma – sądzę – wątpliwości, że bardzo rychło otrzymalibyśmy to dobro, tak bez odkładania i bez podziału czyniąc siebie gotowymi do przyjęcia go, jak tego niejeden Święty przykładem swoim uczy” (Ż 11, 2).

Dziwną jest tajemnicą, że ludzie posiadają we własnej duszy tak wielkie dobro i nie potrafią go wykorzystać dla własnego szczęścia doczesnego i wiecznego. Teresa boleje nad tym i nawołuje do zbudzenia się ze snu i wyciągnięcia ręki po skarb, który jest blisko, chociaż tak mało ludzi chce go znaleźć. Weź tę książkę i czytaj! – zdaje się wołać św. Teresa – a znajdziesz skarb ukryty.

Tadeusz Machejek OCD

Św. Teresa od Jezusa,
Dzieła, tom I,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
Kraków 1997

Prolog

1. Polecono mi, abym napisała o sposobie modlitwy i opisała łaski, jakie otrzymałam od Pana. Chciałabym również opowiedzieć dokładnie o wielkich moich grzechach i życiu niecnotliwym. Byłoby to dla mnie wielką pociechą, ale zgodzić się na to nie chciano. Owszem, bardzo mnie pod tym względem skrępowano. Dlatego, ktokolwiek będzie czytał ten opis mojego życia, proszę go na miłość Boga, by o tym pamiętał, że ono było tak grzeszne, iż między świętymi nawróconymi do Boga, nie znalazłam żadnego, którego przykład mógłby mi dodać otuchy. Bo widzę, że żaden z nich, od chwili jak Pan go zawezwał, nigdy Go już potem nie obrażał. Ja zaś nie tylko, że powracałam do złego, ale jeszcze jakby rozmyślnie stawiałam opór łaskom, jakich mi udzielał Jego Boski Majestat. Ponieważ wiedziałam, że one zobowiązują mnie do służenia Mu doskonalej. Rozumiałam też, że nie zdołam w najmniejszej cząstce oddać Jemu to, co Mu jestem winna.

2. Niech będzie błogosławiony na wieki za to, że tak długo na mnie czekał! Błagam Go też z całego swego serca, aby mi dał łaskę, żebym z wszelką jasnością i prawdą napisała to opowiadanie, do którego zobowiązali mnie spowiednicy i sam Pan. Wiem, że go od dawna żąda, tylko, że ja nie śmiałam. Niech ono będzie na cześć i chwałę Jego. Natomiast ci, którzy mną kierują, aby przez to lepiej mnie poznali i wspierali nieudolność moją, bym umiała spełnić, choć w części to, co winna jestem Panu. Niechaj Go chwali wszystko stworzenie na wieki, amen.

Rozdział I

Opowiada, jak Pan zaczął pobudzać już w dzieciństwie jej duszę do życia cnotliwego, i jaką ku temu pomocą byli cnotliwi rodzice.

1. Z łaski Pana miałam rodziców cnotliwych i bogobojnych. Samo już to mogło mnie uczynić dobrą, gdyby nie wielka moja niegodziwość. Ojciec mój kochał się w czytaniu dobrych książek. Trzymał, więc w domu księgi pisane w języku kastylijskim, aby je dzieci jego czytały. Pobożne te czytania, jak również i troskliwość, z jaką matka przyuczała nas do modlitwy i do czci Najświętszej Panny i niektórych Świętych, zaczęły mnie pobudzać do miłości Bożej, gdy miałam – zdaje mi się – sześć czy siedem lat. Utwierdzał mnie przykład rodziców, w których nigdy nie widziałam dla niczego szacunku i upodobania, tylko dla cnoty. Mieli jej wiele. Ojciec mój miał wielkie miłosierdzie dla ubogich i był litościwy dla chorych, a także dla sług. Tak dalece, że nigdy nie mógł się zdobyć na trzymanie u siebie niewolników dla wielkiego nad nimi politowania. Gdy pewnego razu przebywała u niego niewolnica, jednego z jego braci, obchodził się z nią jak z nami, własnymi dziećmi. Mówił, że widok tej istoty pozbawionej wolności sprawia mu żal nieznośny. Był również bardzo prawdomówny. Nikt nigdy nie słyszał go przysięgającego albo źle mówiącego o innych. Jednym słowem, był to człowiek w najwyższy sposób uczciwy i prawy.

2. Matka moja także miała wielkie cnoty. Całe życie chorowała. Posiadała niezrównaną skromność. Odznaczała się niepospolitą urodą, to jednak nigdy nie było znać w jej zachowaniu, by przywiązywała do niej, jaką wagę. Miała zaledwie trzydzieści trzy lata, gdy umarła, a tak się ubierała, jak gdyby była osobą podeszłego wieku. Bystry miała rozum i miła była dla wszystkich. Wiele cierpień zniosła w swym życiu, umarła śmiercią święcie chrześcijańską.

3. Było nas trzy siostry i dziewięciu braci. Wszyscy oni, z łaskawości Boga, wstępowali w cnotliwe ślady rodziców. Oprócz mnie jednej, choć byłam ulubioną córką mego ojca. Zanim zaczęłam obrażać Boga, był zdaje mi się niejaki powód do tej szczególnej dla mnie miłości. Bo żal mi się robi, gdy wspomnę na dobre skłonności, jakimi mnie Pan obdarzył, a jak zły czyniłam z nich użytek.

4. Rodzeństwo moje w niczym nie było mi przeszkodą do służenia Bogu. Z jednym z braci, najwięcej zbliżonym do mnie wiekiem, czytywaliśmy razem żywoty Świętych. Jego kochałam najbardziej, (choć do innych wielkie miałam przywiązanie i oni do mnie). Czytając o mękach, jakie wycierpieli dla Boga, myślałam, jak tanim kosztem kupili sobie szczęście dostania się do nieba i cieszenia się Bogiem. Pragnęłam wtedy ponieść podobną śmierć, ale nie dlatego, że czułam do Boga wielką miłość, pragnęłam tylko taką krótką drogą zdobyć sobie te wielkie dobra, które Święci posiadają w niebie. Wspólnie, więc z tym moim bratem naradziliśmy się, jakim sposobem moglibyśmy ten cel osiągnąć. Umówiliśmy się, że pójdziemy żebrząc po drodze dla miłości Bożej, do kraju Maurów, aby tam ucięli nam głowę. Zdaje mi się, że odwagę do tego, choć w tak młodym wieku, Pan nam dawał dostateczną, gdybyśmy tylko tam dostać się mogli. Ale główną w oczach naszych przeszkodą było to, że mieliśmy rodziców. Mocno nas przerażały słowa mówiące o tym, że męka, tak samo jak i chwała, trwa wiecznie. Zdarzało się nieraz, że długo o tym ze sobą rozmawialiśmy i z upodobaniem powtarzaliśmy wiele razy: Na wieki, na wieki, na wieki! Takim przez długie chwile powtarzaniem tego jednego słowa, Pan zaszczepił w dziecinny mój umysł poznanie drogi prawdy.

5. Widząc, że nie można udać się do dalekiego kraju, gdzie by nam życie odebrano dla Boga, postanowiliśmy zostać pustelnikami. W ogrodzie, który był przy naszym domu, próbowaliśmy, jak umieliśmy, budować pustelnię, kładąc kamyki, jeden na drugim. Jednak zaraz nam się one rozsypywały i nie mogliśmy trafić na sposób uskutecznienia naszego zamiaru. Dziś jeszcze doznaję pobożnego wzruszenia na wspomnienie, jak Bóg tak wcześnie mi dawał to, co z własnej winy swojej straciłam.

6. Dawałam jałmużnę, ile mogłam, choć mało mogłam. Szukałam samotności na odmawianie swoich nabożeństw, których miałam wiele, w szczególności różańca, któremu matka moja była bardzo oddana i uczyła nas pobożnie go odmawiać. Bawiąc się z innymi dziewczynkami bardzo lubiłam budować klasztorki, jak gdybyśmy były zakonnicami. I zdaje mi się, że pragnęłam zostać zakonnicą, choć nie tak gorąco tego pragnęłam jak tamtych rzeczy, o których wyżej mówiłam.

7. Gdy matka moja umarła, miałam, o ile pamiętam, dwanaście lat lub mało, co mniej. Rozumiejąc wielkość straty, poszłam ze zmartwieniem swoim przed obraz Matki Boskiej i rzewnie płacząc błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć uczyniona z dziecinną prostotą, nie była, zdaje mi się, daremna. Bo ile razy, w jakiejkolwiek potrzebie poleciłam siebie tej Pannie Wszechwładnej, zawsze w sposób widoczny doznałam Jej pomocy. Aż w końcu nawróciła mnie do siebie. Smuci mnie teraz i boli myśl i wspomnienie o tym, co było powodem, iż nie wytrwałam w tych dobrych pragnieniach, jakie miałam z początku.

8. O Panie mój! Kiedy już postanowiłeś mnie zbawić, niech z łaski Boskiego Majestatu Twego tak się stanie, i tyle mi ku temu łask użyczaj, ile mi ich przedtem użyczałeś! Czy nie byłoby dobrze w oczach Twoich nie dla mojej korzyści, ale dla chwały Twojej – gdyby pozostał czysty, a nie zabrudził się tak przybytek, w którym ustawicznie mieszkać miałeś? Wstyd mi i żal, Panie, wspomnieć o tym, bo wiem, że cała w tym moja wina. Ze swej strony, wyznaję, niczego nie zaniechałeś, abym od pierwszego dzieciństwa mego cała była Twoja. Ani na rodziców swoich, choćbym chciała, skarżyć się nie mogę, bo nie widziałam w nich nic, tylko wielką dobroć i troskliwe staranie się o moje dobro. Gdy zatem, wychodząc z wieku dziecinnego zaczęłam się poznawać na wdziękach przyrodzonych, których mi Pan użyczył, a były one, jak mówią, wielkie, zamiast należnej za nie wdzięczności i dziękczynienia, używałam ich wyłącznie na obrazę Jego, jak to zaraz opowiem.

Rozdział II

Opisuje, jak zaczęła tracić wszystkie te cnoty, i jakie znaczenie w dzieciństwie ma przebywanie z cnotliwymi osobami.

1. Bardzo mi, jak sądzę, zaczęła szkodzić jedna rzecz, o której teraz będę mówić. Nieraz przychodzi mi myśl, jak to źle, gdy rodzice nie starają się o to, by ich dzieci zawsze miały przed oczyma same tylko dobre przykłady i podniety do praktykowania wszelkich cnót. Bo choć matka moja tak była pobożna, jak powiedziałam wyżej, to jednak, w dzieciństwie niewiele przejmowałam się albo prawie nic tym, co było w niej dobrego, a ze złego odniosłam wielką szkodę. Lubiła bardzo czytać historie rycerskie. Dla niej była to nieszkodliwa rozrywka, ale ja jej na złe używałam. Ona dla tego czytania nie zaniedbywała swoich obowiązków. Źle tylko, że nam takie rzeczy pozwalała czytać. Zapewne, jak sama dla siebie szukała w tym czytaniu sposobu oderwania myśli od wielkich cierpień, jakie ją dręczyły, tak i dzieci chciała nimi zająć, aby nie bawiły się innymi rzeczami, które by je mogły zepsuć. Ojciec mój był temu bardzo przeciwny, dlatego musieliśmy ukrywać się przed nim, aby nas nie zobaczył. Powoli czytanie to stawało się dla mnie nałogiem. Mała ta usterka matki, z której brałam przykład, studziła dobre moje pragnienia i była mi powodem do coraz większych przewinień. Nie widziałam w tym niczego złego, że marnowałam wiele godzin we dnie i w nocy na takim czczym zajęciu i to jeszcze po kryjomu przed ojcem. Do tego stopnia pochłaniała mnie żądza tej przyjemności, że gdy skończyłam jedną książkę, a nie miałam pod ręką nowej, uspokoić się nie mogłam.

2. Zaczęłam się stroić, gdyż chciałam się podobać wykwintnością. Bardzo dbałam o utrzymanie rąk i układanie włosów. Używałam pachnideł i wszelkiego rodzaju próżności, na jakie się zdobyć mogłam. Było ich wiele, bo w tych rzeczach byłam bardzo ciekawa i przemyślna. Przez wiele lat trwało we mnie to wygórowane upodobanie w przesadnej wykwintności i innych takich rzeczach, w których wówczas nie widziałam najmniejszego grzechu. Teraz widzę, ile w tym musiało być złego. Nie miałam w tym złego zamiaru ani też nie chciałam, by ktoś przeze mnie obrażał Boga. Bywało u nas kilku moich braci stryjecznych. Bo inni młodzi ludzie nie mieli wstępu do domu mego ojca, który na tym punkcie bardzo był ostrożny. Szkoda, że względem tych podobnej ostrożności nie zachował! Widzę, bowiem teraz, jaka to rzecz niebezpieczna, w wieku, w którym cnoty zawiązywać się mają i wyrabiać, stykać się z tymi, którzy nie poznali się jeszcze na marności świata, ale raczej pobudzają do oddawania się jej. Byliśmy prawie równego wieku, oni jednak byli starsi ode mnie. Zawsze byliśmy razem. Wielkie mieli do mnie przywiązanie, a ja też dla zrobienia im przyjemności podtrzymywałam z nimi rozmowę o wszystkim, o czym oni lubili mówić, słuchając z zajęciem, co mi opowiadali o swoich upodobaniach i swoim dzieciństwie, niekoniecznie dobrym. W tym wszystkim to było dla mnie najgorsze, że dusza moja wówczas poznała się z tym, co się stało przyczyną wszystkiego jej nieszczęścia.

3. Gdyby mnie zapytano, radziłabym rodzicom, aby szczególną uwagę zwrócili na to, z jakimi osobami przebywają ich dzieci w wieku młodzieńczym. Z tego, bowiem źródła mogą wynikać wielkie szkody. Natura, bowiem człowieka więcej do złego jest skłonna niż do dobrego. Doświadczyłam tego na sobie. Miałam siostrę, znacznie starszą ode mnie, cnotliwą i rzadkiej dobroci serca. Od niej jednak nic nie wzięłam, a za to przyswoiłam sobie całe zło, jakie przykładem swoim uczyła mnie jedna nasza krewna, która często do nas przychodziła. Była to osoba tak lekkich obyczajów, że matka moja – przeczuwając jak ciężką szkodę wyrządzi mi jej towarzystwo – starała się na wszelki sposób zapobiec jej przebywaniu w naszym domu. Ale ona tyle umiała wynajdywać okazji do odwiedzania nas, że trudno było odmówić jej wstępu. Chętnie przebywałam w jej towarzystwie i z nią rozmawiałam, bo dostarczała mi wszelkich zabaw i rozrywek, których pragnęłam. Owszem, do nich mnie pociągała i opowiadała mi o swoich znajomościach i próżnościach. W czasie tego z nią przebywania – miałam wtedy lat czternaście czy może nieco więcej, – gdy ona taką ze mną, jak mówiłam, przyjaźń utrzymywała i opowiadała mi o swoich sprawach, wydaje mi się, że nie obraziłam Boga grzechem śmiertelnym albo utraciła bojaźń Bożą, choć więcej się bałam utraty dobrej sławy. Ta bojaźń była siłą i moją obroną, że czci nie postradałam i żadna rzecz na świecie, jak sądzę, nie zdołałaby zachwiać mojego w tym względzie postanowienia, ani żadna przyjaźń skłonić mnie do złego. Obym miała podobne męstwo uchronić się od tego, co sprzeciwia się czci Bożej, jakie mi dawało naturalne moje usposobienie ku wystrzeganiu się utraty tego, na czym zdawało mi się, że polega cześć według świata. Nie zwracałam uwagi na to, że jednak na inny sposób i to wieloraki ją traciłam.

4. W marnym pożądaniu tej czci nie znałam miary. Ale nie używałam żadnych środków, aby zachować ją i tego tylko strzegłam z wielką pilnością, by nie dojść do ostatecznego upadku. Ojciec mój i siostry, byli przeciwni tej mojej przyjaźni i nieraz mi ją wymawiali. Ponieważ jednak wstępu do domu zabronić jej nie mogli, daremne były ich starania i czuwania nade mną, bo do wszelkiego zła przebiegłość miałam wielką. Z przerażeniem nieraz myślę o tym, jaką szkodę może wyrządzić złe towarzystwo. Nie uwierzyłabym, gdyby mnie nie nauczyło własne doświadczenie. Szczególnie w młodym wieku szkody są wielkie. Pragnęłabym, by wszyscy rodzice, ostrzeżeni moim przykładem, szczególnie na to uważali. W rzeczy samej, towarzystwo tej krewnej spowodowało we mnie taką zmianę, że z naturalnych dobrych skłonności i szlachetności duszy nie pozostało mi prawie ani śladu. Natomiast ona i druga jej towarzyszka, równie lekkiemu życiu oddana, wpoiły we mnie lekkomyślne usposobienie.

5. Jasny to dla mnie dowód, jak niezmierny pożytek przynosi dobre towarzystwo. Pewna jestem tego, że gdybym w tym młodym wieku przebywała w towarzystwie ludzi cnotliwych, sama też niezachwianie utwierdziłabym się w cnocie. Gdybym wówczas miała kogoś, kto by mnie uczył bać się Boga, dusza moja nabrałaby siły, aby nie upadać. Lecz gdy tej bojaźni świętej we mnie zabrakło, pozostała mi tylko bojaźń narażenia swojej czci, która mnie w każdym postępku ścigała i dręczyła. Mimo to jednak, gdy wiedziałam, że nikt się o tym nie dowie, nieraz popełniałam rzeczy przeciwne Bogu.

6. Takie były, jak mi się zdaje, powody pierwszych wykroczeń moich. Wina zapewne nie była tych, z którymi przebywałam, tylko moja, bo potem do złego miałam dość swojej własnej złości. A przy tym miewałam służące, w których znajdowałam ochotną pomoc do wszelkich swoich grzesznych zachcianek. Gdyby, która z nich ostrzegła mnie, może byłabym jej usłuchała, ale własny interes je zaślepiał, tak jak mnie niedobre skłonności. Nigdy jednak nie miałam pociągu do ciężkiego grzechu, bo wszelką nieuczciwością brzydziłam się z natury. Lubiłam tylko zabawy towarzyskie. Zawsze jednak była to okazja do grzechu i pozostając w niej, mogłam w końcu ulec niebezpieczeństwu i ściągnąć niesławę na ojca i rodzeństwo. Bóg mnie wybawił z tego niebezpieczeństwa, a sposób, w jaki to uczynił, jasno wskazuje, iż sam, wbrew mojej woli chciał zapobiec temu, bym nie zgubiła siebie ostatecznie. Sprawki moje jednak nie były tak ukryte, by nie rzuciły pewnego cienia na moją sławę i nie zaniepokoiły mego ojca. Stąd też nie upłynęło, zdaje mi się, trzech miesięcy od czasu, jak zaczęłam się oddawać tym próżnościom, gdy mnie umieszczono w miejscowym klasztorze, w którym się wychowywały panienki jednego ze mną stanu i wieku, tylko nie tak jak ja zepsute, co do obyczajów. Stało się to tak po cichu, że tylko ja i jeden krewny wiedzieliśmy o tym. Nie chcąc zwracać uwagi świata na tę zmianę, aby się, komu nie wydała dziwną, czekano odpowiedniej sposobności. Taka sposobność nastąpiła bardzo szybko, mianowicie ślub mojej siostry. Po odejściu jej z domu rodzicielskiego, moje pozostawanie w nim nie byłoby właściwe.

7. Ojciec mój tak niezmiernie mnie kochał i ja tak umiałam skrywać się przed nim, że o nic złego nie mógł mnie podejrzewać, rozstał się, więc ze mną jak najczulej. Co do innych, tak krótki był czas moich wybryków, że choć coś tam może słyszeli, nikt jednak nie mógł nic powiedzieć na pewno. Troszcząc się o dobrą sławę, starałam się, aby sprawy moje pozostały w ukryciu, nie pamiętając o tym, że ukryć się nie mogą przed Tym, który widzi. O Boże mój, ileż to nieszczęsnych skutków wynika na świecie z tego, że ludzie nie troszczą się o tę wszystkowidzącą wszechobecność Twoją i sądzą, że można ukryć jakiś uczynek spełniony przeciw Tobie! Z pewnością wiele oszczędzilibyśmy sobie zgryzot, gdybyśmy chcieli zrozumieć, że nie o to powinno nam chodzić, byśmy się ustrzegli oka ludzkiego, ale o to, byśmy się strzegli tego, co obraża Ciebie.

8. Pierwszy tydzień pobytu w klasztorze był bardzo ciężki. Nie, dlatego, że był to klasztor, ile raczej dręczyła mnie obawa, że wiedzą o moim lekkomyślnym zachowaniu. Sprzykrzyło mi się już ono i nie mogłam się obronić przed wielką bojaźnią Jego gniewu, że obraziłam Boga, i starałam się jak najprędzej wyspowiadać. Byłam, więc na początku niespokojna, ale po ośmiu dniach, a nawet zdaje mi się, po krótszym czasie, czułam się szczęśliwszą w klasztorze, nie mniej niż przedtem w domu ojca. Wszyscy też byli ze mnie zadowoleni, bo miałam tę łaskę od Boga, że gdziekolwiek byłam, umiałam podobać się wszystkim i wszędzie byłam bardzo lubiana. Jakkolwiek stanowczą wówczas miałam odrazę do życia zakonnego, z przyjemnością jednak patrzyłam na tyle dobrych zakonnic, które były w naszym klasztorze, odznaczających się pobożnością i czystością życia. Jednak szatan nie przestawał mnie kusić, używając do tego dawnych moich znajomych ze świata, którzy pisali do mnie listy i odwiedzali mnie. Lecz pokusy te, gdy im drogę do mnie zagrodzono, prędko ustały i dusza moja powoli zaczęła na nowo się wdrażać do dawnej, z dziecinnych lat pobożności. Zrozumiałam wówczas, jak wielką łaskę Bóg czyni człowiekowi, gdy go otacza towarzystwem dobrych ludzi. Boski Majestat Jego, można powiedzieć, z niestrudzoną troskliwością obmyślał sposoby, jakby mnie nawrócić do siebie. Bądź błogosławiony Panie, żeś tak długo mnie znosił, amen.

9. To jedno może do pewnego stopnia mogłoby być niejakim dla mnie uniewinnieniem, gdybym nie była tyle nagrzeszyła, że towarzyskie te kontakty i moje zabawy były z rodzaju tych, które drogą małżeństwa mogły być doprowadzone do uczciwego rozwiązania. Spowiednicy i inne osoby pobożne, których się radziłam, zapewniali mnie, że w tych postępkach moich, przynajmniej w większości, nie było obrazy Bożej.

10. Spała z nami, wychowankami świeckimi, jedna zakonnica, przez którą, jak sądzę, Pan w dobroci swojej zaczął mnie oświecać, jak to zaraz opowiem.

Rozdział III

Opowiada tu, jak wpływ dobrego otoczenia przyczynił się do wzbudzenia w niej na nowo dobrych pragnień, i w jaki sposób Pan zaczął ją oświecać, by poznała swoje błędy.

1. Powoli zaczynałam smakować w dobrej i świętej rozmowie z tą zakonnicą i chętnie słuchałam jej, gdyż pięknie mówiła o Bogu. Była to osoba bardzo świątobliwa i dziwnie światła i roztropna. Zdaje mi się zresztą, że nigdy w życiu nie przykrzyło mi się słuchać rozmowy o Bogu. Zaczęła mi opowiadać, jak postanowiła wstąpić do zakonu po przeczytaniu tego wyroku Ewangelii, iż „wielu jest powołanych, lecz mało wybranych”. Mówiła mi o nagrodzie, jaką Pan przygotował tym, którzy wszystko opuszczają dla Niego. Codzienne przebywanie z tą świątobliwą osobą powoli niszczyło we mnie grzeszne nawyki, nabyte przez złe towarzystwo, w jakim przedtem żyłam. Powoli zaczęłam znowu kierować myśl moją ku rzeczom wiecznym i umniejszać odrazę do życia zakonnego, którą wówczas miałam bardzo silną. Ile razy widziałam którąś z tych pobożnych dusz płaczącą na modlitwie albo spełniającą, jaki uczynek cnotliwy, zazdrościłam jej tego szczęścia, bo moje serce wówczas takie było twarde, że mogłam przeczytać całą historię Męki Pańskiej nie uroniwszy ani jednej łzy. Bardzo się tą nieczułością swoją martwiłam.

2. Pozostawałam w tym klasztorze półtora roku. Czas ten sprawił we mnie wielką odmianę na lepsze. Zaczęłam odmawiać długie modlitwy ustne. Polecałam siebie modlitwom wszystkich, aby Bóg raczył mi wskazać, w jakim stanie chce abym Mu służyła. W głębi serca jednak nie chciało mi się być zakonnicą i pragnęłam, aby Bogu nie chciał mnie do tego stanu powołać, choć również bałam się małżeństwa. Pod koniec jednak mojego tam pobytu więcej już się skłaniałam do powołania zakonnego, ale nie w tym klasztorze, bo niektóre ćwiczenia pobożne, o których się dowiedziałam, że tam są przestrzegane, wydawały mi się przesadnie surowe. Niektóre też z młodszych zakonnic utwierdzały mnie w tym zdaniu. Gdyby wszystkie były jednej myśli, łatwiej byłabym błąd swój zrozumiała. Miałam nadto serdeczną przyjaciółkę, która służyła Bogu w innym klasztorze. Dlatego gdybym miała być zakonnicą, chciałam być tylko tam, gdzie ona przebywała. Więcej miałam na myśli marną własną pociechę i skłonność naturalnych uczuć, niż istotne dobro swojej duszy. Dobre te myśli wstąpienia do zakonu przychodziły mi chwilami i potem znowu znikały, a na postanowienie zdobyć się nie mogłam.

3. Chociaż sama w tym czasie troszczyłam się o duchowy swój pożytek, Pan jednak w swej najłaskawszej troskliwości o moją duszę skuteczniejszego użył sposobu skłonieniu mnie do wyboru tego stanu, który był dla mnie najlepszy. Zesłał na mnie ciężką chorobę, zmuszającą mnie do tego byłam powróciła do domu swego ojca. Gdy przyszłam do zdrowia, zawieziono mnie na wieś do mojej siostry, z którą pragnęłam się zobaczyć. Kochała mnie niezmiernie i gdyby to od niej zależało, nigdy bym już z nią się nie rozstała. Mąż jej także bardzo mnie lubił, a przynajmniej wszelką życzliwość mi okazywał. Jest to także wielka łaska, którą zawdzięczam Panu, a ja Mu za to tak nędznie służyłam, jak sama nędzna jestem.

4. Po drodze wstąpiłam do brata mego ojca, który był człowiekiem niepospolicie mądrym i cnotliwym. Po śmierci żony, Pan tak skutecznie do siebie go pociągnął, iż w późnym już wieku opuścił wszystko i wstąpił do klasztoru, gdzie zmarł tak piękną śmiercią, że teraz, jak słusznie mniemać mogę, cieszy się posiadaniem Boga. Na żądanie jego zatrzymałam się tam kilka dni. Ulubionym zajęciem jego było czytanie dobrych książek w narzeczu kastylijskim. Rozmawiał najczęściej o Bogu i o marności świata. Kazał mi czytać w jego obecności te książki. Nie bardzo mnie bawiło to czytanie, okazywałam jednak wielkie z niego zadowolenie, bo w chęci zadowolenia innych, choćby z przykrością dla siebie, nie znałam miary. I tak, co u innych byłoby cnotą, we mnie było nagannym zapędem, bo często w swojej usłużności daleko wykraczałam poza granice roztropności. O Boże wielki! Jakimi to skrytymi drogami najłaskawszy Majestat Twój przygotowywał mnie powoli do tego stanu, w którym chciałeś, abym Ci służyła i wbrew mojej woli zmuszał mnie, abym się przezwyciężyła! Bądź za to błogosławiony na wieki, amen.

5. Tylko kilka dni zabawiłam u stryja. Jednak dzięki silnemu wrażeniu, jakiego tam w sercu doznałam od czytania i słuchania słowa Bożego, dzięki również wpływowi, jaki wywierało na mnie bliskie z tak świątobliwym człowiekiem przebywanie, zaczęłam coraz jaśniej rozumieć prawdy niegdyś w dziecinnych latach poznane. Mianowicie to, że wszystko jest niczym, że marny jest ten świat i że prędko przemija. Strach mnie ogarniał na myśl, że śmierć gdyby wówczas na mnie przyszła, zastałaby mnie na drodze wiodącej do piekła. Chociaż wola moja jeszcze nie mogła się zdobyć na to, by się skłoniła do stanu zakonnego, już przecież uznawałam, że jest to stan najlepszy i najbezpieczniejszy. I tak powoli dojrzewało we mnie postanowienie zmuszenia siebie do jego wybrania.

6. W tej walce wewnętrznej trwałam trzy miesiące, pokonując opór swojej woli tą zwłaszcza uwagą, że utrapienia i cierpienia życia zakonnego nie mogą być większe od mąk czyśćcowych, a ja z pewnością zasłużyłam na piekło. Zatem niewielka to z mojej strony ofiara żyć tu jakby w czyśćcu, a dopiero potem pójść prosto do nieba, jak tego nade wszystko pragnęłam. Z tego wnoszę, że ten mój pociąg do powołania zakonnego pochodził raczej z niewolniczej bojaźni niż z miłości. Poddawał mi szatan myśli, że nie zdołam wytrzymać surowości życia zakonnego będąc tak łagodnie wychowaną. Broniłam się przed tą pokusy pamięcią na męki, jakie cierpiał Chrystus. Niewielka to rzecz, że ja trochę pocierpię dla Niego. Że On sam w ponoszeniu trudów podjętych dla miłości Jego mnie wspomoże, o tym, choć myśleć powinnam, nie pamiętam czy wówczas myślałam. Przeszłam w tym czasie chwile ciężkich pokus.

7. Przy tym i gorączka mocno mi dokuczała, bo zawsze byłam słabego zdrowia. To jedno mi sił dodawało, że po dawnemu kochałam się w dobrych książkach. Czytałam listy świętego Hieronima, które tak umocniły mnie na duchu, że zdobyłam się na powiedzenie ojcu o swoim postanowieniu. Dla mnie równało się to niejako z ubraniem habitu, bo tak byłam niezłomna w dotrzymaniu słowa, że raz wymówionego za nic bym, zdaje mi się, nie cofnęła. Lecz ojciec tak mocno mnie kochał, że w żaden sposób nie mogłam go skłonić by zgodził się na moje postanowienie. Również bezskuteczne pozostały prośby tych, których prosiłam, by się za mną wstawili. Tyle tylko zdołaliśmy na nim wymóc, że po śmierci jego wolno mi będzie uczynić, co zechcę. Lecz ja, nie dowierzając sobie i bojąc się słabości swojej woli, bym się nie zachwiała w postanowieniu, nie uważałam, by taka zwłoka przyniosła dla mnie pożytek. Dlatego inną drogą postarałam się dojść do celu, o czym teraz opowiem.

Rozdział IV

Opowiada, jak jej Pan dopomógł do odniesienia ostatecznego zwycięstwa nad sobą, do przywdziania habitu i jak zaczął zsyłać na nią wiele różnych niemocy.

1. W czasie, gdy się z tymi myślami i z tym zamiarem nosiłam, skłoniłam jednego ze swoich braci do zostania zakonnikiem, stawiając mu przed oczy marność tego świata. Umówiliśmy się, zatem, że pewnego dnia wczesnym rankiem wyjdziemy z domu i pójdziemy do tego klasztoru, w którym przebywała ta moja przyjaciółka, którą, jak powiedziałam wyżej, serdecznie kochałam. W tym ostatecznym swoim postanowieniu, tak już byłam niezachwianie utwierdzona, że równie chętnie byłabym poszła do każdego innego klasztoru, jeślibym uznała, że lepiej w nim będę mogła służyć Bogu, albo jeśliby ojciec tego chciał. Bo jedynym już moim celu było zbawienie duszy swojej, a o spokój i własną przyjemność nie dbałam. Bardzo dobrze pamiętam, co się we mnie działo, gdy opuszczałam dom ojca. Takiego, prawdę mówiąc, doznawałam wówczas rozdarcia wewnętrznego, że nie sądzę, by w godzinę śmierci mogło być większe. Zdawało mi się, że wszystkie kości rozluźniają się we mnie i wychodzą ze stawów. Nie miała miłości Bożej, która by stłumiła przywiązanie do ojca i do rodzeństwa. Rozstanie z nimi tak ciężką we mnie wzbudzało walkę wewnętrzną, iż gdyby Pan nie wspomógł mnie, wbrew najlepszym chęciom nie starczyłoby mi sił do uczynienia tego kroku. Ale On dodał mi męstwa do przezwyciężenia samej siebie, i dzięki Niemu doprowadziłam zamiar swój do skutku.

2. W chwili przywdziania habitu Pan zaraz dał mi poczuć jak jest łaskawy dla tych, którzy przezwyciężają samych siebie dla służenia Jemu. Gwałtu tego i walki wewnętrznej nikt we mnie nie zauważył, wszyscy widzieli tylko wolę radośnie ochotną. Tak wielką wtedy dał mi Pan radość wewnętrzną z tego, że jestem zakonnicą, iż nigdy ono aż dotąd we mnie nie ustała. Oschłość, jaką przedtem cierpiała moja dusza, przemienił mi Bóg w najsłodsze uczucie swojej miłości. Wszystkie obowiązki i ćwiczenia zakonne rozkosz mi sprawiały. Doprawdy, nieraz, gdy zamiatałam podłogi klasztorne w tych samych godzinach, które przedtem poświęcałam na świeckie zabawy i stroje, na myśl, że już jestem wyzwolona od tych próżności, czułam w sobie nowe jakieś wesele i sama sobie się dziwiłam, skąd to pochodzi. Gdy to wspomnę, nie ma rzeczy tak ciężkiej, której bym bez wahania nie podjęła. Wiem, bowiem o tym z wielokrotnego doświadczenia, że gdy na samym wstępie zdobędę się na postanowienie uczynienia jakiejś rzeczy dla miłości Boga samego, Boski Majestat Jego jeszcze w tym życiu odpłaca mi za to w sposób, którego słodycz ten tylko znać może, kto jej sam kosztuje. Chociaż nieraz Bóg dla większej naszej zasługi dopuszcza, że dusza, nim rękę przyłoży do dzieła, czuje niejaki strach. Ale im większy ten strach, tym większą i tym słodszą nagrodę otrzymuje dusza, gdy go przezwycięży. O tym, powtarzam, wiem z własnego doświadczenia, nabytego w niejednym bardzo trudnym zdarzeniu. Toteż gdybym miała, komu dać radę, nigdy nie radziłabym, gdy mu po wiele razy przychodzi, jakieś dobre natchnienie, zaniechać go przez bojaźń i w czyn go nie zamienić. Co szczerze i z czystej miłości podejmie dla samego Boga, to niech się nie lęka, by nie miało się poszczęścić, bo Bóg ma moc wszystko uczynić. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen.

3. Dość, o najwyższe Dobro moje i odpocznienie mego serca! Dość było tych łask, które mi dotąd uczyniłeś. Z wielkiego miłosierdzia i łaskawości swojej przeprowadziłeś mnie przez tyle błędnych dróg i pociągnąłeś do stanu tak bezpiecznego i do domu, w którym mieszka wiele Twoich służebnic, abym za ich przykładem mogła czynić postępy i pomnażać się w Twojej służbie. Nie wiem, co mam powiedzieć, gdy wspomnę na sposób, w jaki się odbyła moja profesja, jak wielkim sercem i z wielką radością ją złożyłam, i na zaślubiny, jakie z Tobą zawarłam. O tym bez łez mówić nie mogę, a powinny to być łzy krwawe i serce powinno mi się krajać, że po tym wszystkim jeszcze Ciebie obrażałam. Widzę teraz, że słusznie wzbraniałam się od tak wielkiej godności, kiedy tak jej na złe użyć miałam. Ale Ty, Panie, lat blisko dwadzieścia chciałeś znosić ode mnie takie nadużywanie tej swojej łaski. Chciałeś tak długo cierpieć krzywdę swoją, abym ja w końcu lepszą się stała. Zdawałoby się, Boże mój, że składając u stóp ołtarza śluby zakonne, to tylko Ci obiecywałam, że nie dotrzymam w niczym tego, co Ci obiecywałam. Zapewne, że wówczas nie miałam takiego zamiaru, ale gdy patrzę na moje uczynki, sama już nie wiem, jaki był wówczas mój zamiar. Chyba na to tylko potrzebne były te moje niewierności, aby się jaśniej okazało, kim Ty jesteś, Oblubieńcze mój, a kim ja. Bo doprawdy, gorycz żalu za wielkie moje winy w słodycz i radość mi się przemienia na myśl, iż przez nie się objawia ogromne miłosierdzie Twoje.

4. Bo i na kim, Panie, może ono w tak wspaniałym okazywać się blasku, jak okazało się nade mną, gdyż złymi uczynkami swoimi tak zaćmiłam te wielkie łaski, które mi czyniłeś? Nieszczęsna ja! Jakkolwiek bym się chciała tłumaczyć, Boże Stworzycielu mój, nie ma dla mnie żadnej wymówki, bo wina jest moja! Bo gdybym Ci się, choć w cząstce najmniejszej odwdzięczała za miłość, jaką zaczynałeś mi okazywać, nie mogłabym nikomu oddać miłości swojej, tylko Tobie samemu, a miłość Twoja wszystko naprawiłaby. Ale niewarta byłam dostąpić takiego szczęścia, niech teraz miłosierdzie Twoje, Panie, zakryje nędzę moją.

5. Pomimo wielkiej radości, jaką w duszy miałam, zmiana sposobu życia i pożywienia szkodliwie wpłynęła na moje zdrowie. Niemoce moje coraz bardziej się wzmagały. Cierpiałam tak gwałtowne bóle serca, że widok ich przerażał patrzących. Przyłączyły się do tego jeszcze różne inne choroby. Tak przeszedł mi cały pierwszy rok w bardzo złym stanie zdrowia. W ciągu tego czasu niewiele, zdaje mi się, Boga obrażałam. Cierpienia moje były tak wielkie, że prawie ciągle byłam bliska omdlenia, a nieraz i całkiem odchodziłam od zmysłów. Mój ojciec, widząc to, wszelkich szukał i używał sposobów, aby mnie uleczyć. Ponieważ lekarze miejscowi nic mi nie pomagali, więc postarał się o przewiezienie mnie na inne miejsce, które miało wielką sławę jako miejsce lecznicze na wszelkie choroby. Sądzono, zatem, że i ja wyzdrowieję. Towarzyszyła mi ta moja przyjaciółka, o której wyżej mówiłam, należąca do tegoż klasztoru i zaliczana do starszych. W klasztorze, w którym zostałam zakonnicą, nie ślubowano klauzury.

6. Pozostawałam w tym miejscu blisko cały rok. Przez trzy miesiące cierpiałam męki tak niewypowiedziane od gwałtownego sposobu leczenia, że nie wiem jak to zdołałam wytrzymać. Ostatecznie, chociaż odważnie je znosiłam, organizm mój nie wytrzymał ich, jak to zaraz opowiem. Leczenie rozpocząć się miało z nastaniem wiosny, a wyjazd mój z klasztoru nastąpił na początku zimy. Cały ten czas spędziłam w domu mojej siostry, o której mówiłam wyżej. Wieś jej była niedaleko od miejsca, na które się miałam udać. Wolałam, więc u niej doczekać kwietnia, nie narażając się na niepotrzebne jazdy tam i z powrotem.

7. Przejeżdżając, stryj mój, o którym już mówiłam, mieszkał po drodze, podarował mi książkę pod tytułem Trzecie abecadło, mówiące o sposobie modlitwy wewnętrznej, czyli rozmyślaniu. W tym pierwszym roku dużo czytałam dobrych książek (innych nie chciałam już nigdy czytać, pamiętając o szkodach, jakie z nich odniosłam). Nie wiedziałam jednak jak się zachowywać na modlitwie i jakich używać sposobów dla skupienia się w duchu. Bardzo, więc ucieszyłam się z tej książki i postanowiłam trzymać się ze wszystkich sił swoich drogi przez nią wskazanej. A że Pan już przedtem był mi użyczył daru łez i czytanie duchowne było dla mnie rozkoszą, więc zaczęłam w pewnych godzinach oddawać się samotności, spowiadać się szczegółowo i postępować we wszystkim tą drogą, biorąc sobie tą książkę za przewodnika i nauczyciela. Nie miałam, bowiem innego nauczyciela, spowiednika mówię, który by mnie rozumiał. Choć go szukałam przez całe dwadzieścia lat od czasu, który tu opisuję, co mi wielką szkodę wyrządziło, gdyż po wiele razy cofałam się wstecz i o mało nie zginęłam. Dobry spowiednik byłby mi, co najmniej dopomógł do uchronienia się okazji obrazy Bożej, w jakich zostawałam. W tych pierwszych zawiązkach duchowego życia, Boski Mistrz tak wielkich zaczął mi udzielać łask, że na koniec mojego pobytu w tej samotności, która trwała około dziewięciu miesięcy, (choć nie tak zachowywałam się wolną od obrazy Bożej jak mi to moja książka przepisywała, ale na to nie zważałam; takie czuwanie nad sobą w najmniejszych rzeczach wydawało mi się prawie nie możliwe), wystrzegałam się grzechu śmiertelnego. A bodajbym, choć to zawsze czyniła! O grzechy powszednie mało się troszczyłam i to mnie gubiło… Zaczął, więc Pan tak mnie na tej drodze obsypywać hojnymi swoimi darami, użyczając łaski modlitwy odpocznienia, a niekiedy nawet podnosił mnie aż do modlitwy zjednoczenia. Choć nie rozumiałam jeszcze ani jednej, ani drugiej i wysokiej ceny ich nie znałam, a zrozumienie ich wielkim, jak sądzę, byłoby dla mnie pożytkiem. Prawda, że chwile tego zjednoczenia były tak krótkie, iż nie wiem czy trwały dłużej niż jedno Zdrowaś Maryjo, ale skutki pozostawiały po sobie wielkie. Choć nie miałam wówczas jeszcze dwudziestu lat zdawało mi się, że cały świat trzymam zdeptany pod nogami i litowałam się nad tymi, którzy mu służą, chociażby w rzeczach godziwych. Starałam się, o ile mogłam, przedstawiać sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Taki był mój sposób modlitwy. Rozważając jakiś szczegół Jego życia, wyobrażałam sobie, jakby się spełniał we wnętrzu mojej duszy. Ale najwięcej smakowałam w czytaniu dobrych książek, co było głównym dla mnie posileniem duchowym. Daru rozmyślania rozumem Bóg mi nie użyczył ani przedstawiania sobie rzeczy duchowych za pomocą wyobraźni, którą mam tak ciężką, że nawet Człowieczeństwa Pana Jezusa, choć Go w myśli i w sercu miałam obecnego, wyobrazić sobie, jakkolwiek się starałam, nigdy nie potrafiłam. Chociaż przy tej niezdolności do rozmyślania rozumem, dusza, jeśli wytrwa, prędzej dochodzi do kontemplacji. Jest to jednak droga bardzo mozolna i trudna, bo gdy woli brak przedmiotu, którym by się zajęła i na którym by, jako obecnym, miłość spoczęła, dusza pozostaje jakby bez podpory i bezczynna. Osamotnienie i oschłość bardzo jej dolegają i obce myśli ciężką walkę z nią toczą.

8. Duszom tak usposobionym potrzeba większej czystości sumienia niż takim, które umieją rozważać rozumowo. Te ostatnie, bowiem, rozmyślając nad marnością świata, nad tym, co człowiek winien Bogu, jak wiele Bóg za niego wycierpiał, a jak on za to niedołężnie Bogu służy i jakie nagrody Bóg oddaje tym, którzy Go miłują, odnoszą z tego wszystkiego naukę, którą się bronić mogą od obcych myśli, od okazji i niebezpieczeństw. Lecz kto nie ma takiej pomocy ze strony rozumu, ten więcej jest narażony na te myśli i niebezpieczeństwa. Potrzeba mu, więc pilnie oddawać się czytaniu, skoro sam z siebie żadnej przeciwko nim obrony zaczerpnąć nie zdoła. Jest to droga tak trudna i męcząca, że gdyby, przewodnik duchowy nakazywał takiej duszy, aby zaniechała czytania, (które postępującemu tą drogą bardzo jest pomocne do skupienia ducha, owszem i niezbędnie potrzebne, chociażby zresztą czytał niewiele i tyle tylko ile potrzeba na zastąpienie modlitwy wewnętrznej, do której nie jest zdolny) gdyby, więc, mówię, takiej duszy kazano bez tej pomocy długo zostawać na modlitwie, twierdzę, że długo nie wytrzyma tego przymus i, jeśliby dłużej pod nim zostawała, zdrowie jej na tym ucierpi. Jest to, powtarzam, trud i walka nad siły.

9. Było to, jak teraz widzę, szczególne zrządzenie łaskawości Pańskiej, że nie znalazłam nikogo, kto by mną kierował. Bo gdyby trafił mi się taki przewodnik, który by zabraniał mi czytania, a zmuszał mnie do samej tylko modlitwy myślnej, żadną miarą, zdaje mi się, nie wytrzymałabym tych udręczeń wewnętrznych i przenikliwej oschłości, którą cierpiałam przez osiemnaście lat skutkiem tej, jak mówiłam, niemożności rozmyślania rozumem. Przez cały ten czas nigdy, z wyjątkiem dziękczynienia po Komunii, nie odważyłam się przystąpić do modlitwy bez książki. Sama myśl zaczęcia modlitwy nie mając książki przy sobie, tak mnie w głębi duszy przerażała, jak gdybym sama jedna miała wyjść na spotkanie całej gromady nieprzyjaciół czyhających na mnie. Mając pod ręką tę pomoc, która mi była jakby towarzystwem i tarczą do odbijania pocisków przychodzących do mnie obcych myśli, uspokajałam się. Oschłości były wtedy rzadkim wyjątkiem, ale zawsze je miewałam, ile razy brakło mi książki. Bo zaraz wtedy trwożyła się dusza moja i myśli moje się gubiły. Dopiero za pomocą książki powoli je znowu skupiałam i duszę, jakby przynętą, do modlitwy pociągałam. Często wystarczało tylko samo otwarcie książki, innym razem czytałam krócej lub dłużej, według miary łaski, jakiej mi Pan użyczał. Zdawało mi się w tych pierwszych początkach, o których tu mówię, że bylebym miała książkę i trzymała się samotności, żadne niebezpieczeństwo nie zdoła pozbawić mnie tak wielkiego dobra. I zapewne tak by było dzięki łasce Bożej, gdybym miała przewodnika lub kogoś innego, który by mnie uczył zawczasu chronić się okazji, albo szybko mnie z nich wyprowadzał, gdybym w nie wpadła. I gdyby czart wówczas otwarcie mnie prześladował i kusił, żadną miarą, zdaje mi się, nie byłabym się zgodziła na grzech śmiertelny. Ale podejścia jego były tak chytre, a ja tak niedobra, że wszystkie moje postanowienia na nic się nie przydały. Choć prawda, że dni, w których służyłam Bogu, bardzo wiele mi pomogły, dając mi siłę do znoszenia straszliwych, jakie cierpiałam niemocy, z tak wielką cierpliwością, jakiej mi Boski Majestat Jego użyczał.

10. Często, na wspomnienie tych czasów, zdumiewałam się nad taką wielką dobrocią Boga i dusza we mnie radowała się na widok niezmiernej hojności i miłosierdzia Jego. Niech będzie błogosławiony za wszystko, bo widziałam jasno, że nigdy żadnego dobrego mego pragnienia nie pozostawił, jeszcze w tym życiu bez nagrody! Jakkolwiek nędzne i niedoskonałe były moje uczynki, Pan bezustannie naprawiał je, czynił doskonalszymi i wartości im dodawał, a złe uczynki i grzechy moje natychmiast pokrywał. W oczach nawet tych, którzy na nie patrzą, boska łaskawość Jego dopuszcza, że znikają, jakby ich nie widzieli i w pamięci ich się zacierają. Zasłaniając winy moje jakoby je pozłaca i pokrywa blaskiem cnoty, którą On sam sprawia we mnie i niejako zmusza mnie wbrew mojemu sprzeciwianiu się, abym ją posiadała.

11. Wracając teraz do tego, co mi kazano, najpierw oświadczam, że gdybym miała po szczególe opowiadać, w jaki sposób Pan w tych pierwszych czasach kierował mną i rządził, większego, niż ja go mam, potrzeba by na to rozumu, aby należycie uwydatnić nieocenione łaski, jakie Mu w tym czasie zawdzięczam. Moją jedynie niewdzięczność i złość, że wszystko to mogło mi wyjść z pamięci. Niech będzie błogosławiony na wieki za tę cierpliwość, z jaką tak długo mnie znosił. Amen.

Rozdział V

Opisuje w dalszym ciągu wielkie niemoce, jakie znosiła, i cierpliwość, z jaką Pan jej dał przetrwać, i jak Pan umie złe obracać w dobre, jak się to okazało w pewnym zdarzeniu, w miejscu, gdzie przebywała na leczeniu.

1. Opowiadając wyżej, jak przebyłam rok nowicjatu, zapomniałam nadmienić o wielkich udręczeniach, jakie miewałam z powodu rzeczy w istocie mało ważnych. Często mnie strofowano za winy, do których się nie poczuwałam. Przyjmowałam te upomnienia z wielką przykrością i z bardzo niedoskonałym usposobieniem. Choć przy górującym nad wszystkim rozradowaniu, jakim mnie napełniała ta myśl, że jestem zakonnicą, wszystko to odważnie znosiłam. Widząc mnie chroniącą się na samotność i nieraz płaczącą nad grzechami swoimi, towarzyszki moje sądziły, że jestem niezadowolona i głośno o tym domysłem swoim mówiły. Ja do wszelkich ćwiczeń zakonnych miałam wolę ochotną, ale trudno mi było znieść najmniejszą oznakę pogardy czy lekceważenia. Rada byłam, gdy mi okazywano szacunek. Wszystko, co czyniłam, starałam się czynić z wdziękiem i wytwornością. Wszystko to zdawało mi się być cnotą. Nie może jednak to być dla mnie wymówką, bo bardzo dobrze o tym wiedziałam, że we wszystkim szukam własnego zadowolenia, więc nieświadomość moja nie zwalnia mnie od winy. Usprawiedliwia nieco tylko to, że klasztor nasz nie odznaczał się wielką doskonałością. A ja, niecnotliwa, co widziałam zdrożnego, tego się chwytałam, a co było dobrego, pomijałam.

2. Była tam wówczas jedna zakonnica, złożona ciężką bardzo i bolesną niemocą. Skutkiem obstrukcji powstały w jej żołądku otwory, którymi wychodziło cokolwiek przyjmowała. W krótkim też czasie na skutek tej choroby zmarła. Wszystkie wzdrygały się przerażone na widok tego okropnego cierpienia. We mnie tylko cierpliwość chorej wielką zazdrość wzbudziła. Prosiłam Boga, jeśli zechce dać mi podobną cierpliwość, aby zesłał na mnie wszelkie choroby, jakie Mu się spodoba. Nie było, zdaje mi się tak wielkiej, której bym się lękała. Bo takie było we mnie pożądanie dóbr niebieskich, iż bez wahania gotowa byłam na wszelkie cierpienia dla ich osiągnięcia. Sama się dziwię takiej mojej wówczas gotowości, bo nie miałam jeszcze – zdaje mi się – tej wielkiej miłości Boga, którą, jeśli się nie mylę, nabyłam w czasie, gdy zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Było to tylko pewne oświecenie wewnętrzne, w którym poznawałam niewartą zachodu marność wszystkiego tego, co przemija, a nieskończoną cenę tych dóbr, które przez zrzeczenie się rzeczy ziemskich nabyć można, bo są to dobra wieczne. Pan w łaskawości swojej wysłuchał prośby mojej i nim jeszcze drugi rok upłynął, popadłam w taki stan, iż choć cierpienie moje innego było rodzaju niż choroba tej zakonnicy, sądzę jednak, że nie było ono mniej bolesne i przenikliwsze. Cierpienie to trwało trzy lata, jak zaraz opowiem.

3. Gdy przyszedł czas leczenia, którego oczekiwałam mieszkając, jak mówiłam, na wsi u mojej siostry, ojciec mój wraz z siostrą i zakonnicą moją przyjaciółką, która z wielkiej do mnie miłości towarzyszyła mi od wyjazdu z klasztoru, troskliwie starając się o moją wygodę podczas drogi, przewieźli mnie na miejsce kuracji. Tu szatan zaczął trwożyć i nękać moją duszę, ale Bóg to w wielkie dobro obrócił. W miejscu, gdzie leczyłam się, mieszkał pewien duchowny, mąż bardzo dobrego rodu i bystrego rozumu. Miał i naukę, choć niewielką. Zaczęłam się spowiadać u niego. Zawsze miałam pociąg do ludzi z nauką, gdyż niemałą wyrządzili szkodę mojej duszy spowiednicy niedouczeni. Ponieważ prawdziwie uczonych, jakich pragnęłam, nie miałam. Przekonałam się o tym z własnego doświadczenia, że spowiednikowi, jeśli tylko jest kapłanem cnotliwym i świątobliwych obyczajów, lepiej jest nie mieć żadnej nauki niż mieć niedostateczną. Bo wówczas ani on nie będzie dowierzał sobie bez poradzenia się tych, którzy mają rzetelną naukę, ani też ja na nim z zupełną ufnością nie będę polegać. Spowiednik naprawdę uczony nigdy mnie w błąd nie wprowadził. Tamci też, bez wątpienia, nie mieli zamiaru mnie oszukiwać, tylko, że nie umieli lepiej. Ja zaś sądziłam, że posiadają potrzebną naukę i że jedynym obowiązkiem moim jest wierzyć im, tym bardziej, że rady i decyzje ich były luźne i szeroką mi pozostawiały swobodę. Gdyby mnie byli ścieśniali, pewno przy niecnotliwym usposobieniu swoim poszukałabym sobie innych. Co było grzechem powszednim, to zapewniali mnie, że żadnego nie ma grzechu. Co było bardzo ciężkim grzechem, to mi mówili, że to powszedni. Tak wielką stąd szkodę odniosłam, że powinnam, zdaje mi się, wspomnieć tu o tym dla przestrogi innych, aby ich podobne nieszczęście nie spotkało. Bo co do mnie, jasno to widzę, że przed Bogiem żadną mi to nie może być wymówką. Samo to, że rzeczy, na które mi pozwalano, z natury swojej były niedobre. Już to powinno było mnie od nich powstrzymać. Bóg to dopuścił za grzechy moje, że oni błądzili i mnie w błąd wprowadzali. Ja zaś w błąd wprowadzałam wiele innych, powtarzając im to, co od tamtych słyszałam. Trwałam w tym zaślepieniu, zdaje mi się, przeszło siedemnaście lat. Dopiero jeden Ojciec Dominikanin, wielki teolog, częściowo wyprowadził mnie z błędu. W końcu ojcowie z Towarzystwa Jezusowego oświecili mnie do reszty i mocno przerazili mnie, ukazując mi przewrotność tych fałszywych zasad, jak to w swoim miejscu opowiem.

4. Gdy zaczęłam się spowiadać u tego duchownego, o którym wspomniałam, on nadzwyczajnie mnie polubił. Wówczas, bowiem w porównaniu z tym, co było później, mało, co miałam do wyznania na spowiedzi, nawet od czasu jak zostałam zakonnicą. Miłość jego dla mnie nie była grzeszna, ale przez zbytnią czułość mogła się stać niedobra. Z tego, co mu mówiłam, rozumiał dobrze, że nigdy za nic na świecie nie zgodziłabym się obrazić Boga w rzeczy ważnej. On też ze swojej strony podobne mi dawał, co do siebie zapewnienie. Zatem częste mieliśmy z sobą rozmowy. Pomimo wszelkich niedoskonałości swoich, mając duszę przenikniętą słodkim uczuciem obecności Boga, w niczym tak nie smakowałam jak w rozmowie o rzeczach Bożych. Zapał mój, zwłaszcza, że tak jeszcze byłam młoda, zdumiewał go i zawstydzał. Aż wreszcie pod wielkim wpływem swojej dla mnie przychylności wyznał mi nieszczęsny stan swojej duszy. Grzech jego był niemały. Od blisko siedmiu lat żył w stanie zatracenia, utrzymując miłosny stosunek z kobietą, w tym miejscu zamieszkałą, a przy tym odprawiał Mszę świętą. Rzecz była głośna, z wielkim uszczerbkiem czci i sławy jego. Nikt jednak nie śmiał powiedzieć mu tego w oczy. Mnie go było szczerze żal, bo lubiłam go bardzo. W wielkiej lekkomyślności i ślepocie swojej za cnotę to uznawałam, że okażę się jemu wdzięczną i wierną mu pozostanę za jego dla mnie przyjaźń i życzliwość. Przeklęta taka wierność, która posuwa się aż do sprzeniewierzenia się prawu Bożemu! Jest to przewrotny obyczaj świata, na którego wspomnienie wszystko się we mnie przewraca. Bo wszystko, cokolwiek ludzie nam uczynią dobrego, Bogu zawdzięczamy. A my za cnotę to sobie uznajemy nie zrywać przyjaźni ludzkiej, chociażby była z obrazą Boga! O ślepoto świata! Jakie by to było szczęście dla mnie, Panie, i jakie uczczenie Ciebie, gdybym się okazała najniewdzięczniejszą względem całego świata, bylebym tylko w niczym nie zaniechała należnej Tobie wdzięczności! Lecz dla grzechów moich stało się przeciwnie.

5. Starałam się zasięgnąć więcej wiadomości od jego domowników, od których też dokładnie się dowiedziałam o szczegółach jego upadku. Przekonałam się, że biedny nie tyle był winien, ile się wydawać mogło. Nieszczęsna ta kobieta wymogła na nim, aby dla miłości jej nosił na szyi jakiś bałwanek miedziany, do którego przywiązała czary. I nie było człowieka, który by zdołał go skłonić do porzucenia tej bezecnej pamiątki. Ja stanowczo nie wierzę, by była to prawda, co opowiadają o podobnych czarach, ale mówię to, na co sama patrzyłam, dla przestrogi innych, aby się strzegli kobiet, które takimi drogi postępują. Niech będą pewni, że która raz utraci wstyd przed Bogiem i tę skromność, do której sama już płeć niewieścia więcej ją obowiązuje niż mężczyznę, takiej w niczym już zaufać nie można. Bowiem dla osiągnięcia swego celu i dla zaspokojenia tej żądzy, którą szatan w niej roznieca, nie ma niegodziwości, której by nie popełniła. Co do mnie, choć tak byłam niecnotliwa, tego rodzaju winy nigdy się nie dopuściłam. Nigdy nie miałam zamiaru czynić coś złego. Nigdy nie starałam się, choć mogłam, zmusić czyjąś wolę, aby się do mnie skłoniła, bo Pan mnie od takiego grzechu zachował. Gdyby mnie pozostawił samej sobie, byłabym i w tym zgrzeszyła, jak grzeszyłam w innych rzeczach, bo na mnie w niczym polegać nie można.

6. Gdy się dowiedziałam o tym wszystkim, zaczęłam mu okazywać większą jeszcze przychylność. Zamiar mój był, dobry, ale uczynek zły. Bo dla dobrego celu, chociażby był najlepszy, nie godziło mi się uczynić najmniejszego zła. Mówiłam mu najczęściej o Bogu, co dobry wpływ na nim wywierało. Choć głównie, jak sądzę, wielkie jego do mnie przywiązanie dawało skuteczność moim słowom. Chcąc mi zrobić przyjemność zdobył się w końcu na oddanie mi swego bałwanka, który natychmiast kazałam wrzucić do rzeki. Jak tylko go się pozbył, zaraz mu – jakby się ze snu przebudził – stanęły przed oczyma wszystkie nieprawości jakie w ciągu tych lat popełnił. Przerażony ich wspomnieniem i żałując występnego swego życia, stopniowo zaczął coraz bardziej brzydzić się tym grzesznym stosunkiem. Bez wątpienia Najświętsza Panna skutecznie go przyczyną swoją wspomogła, bo wielkie miał nabożeństwo do Jej Poczęcia i dzień jemu poświęcony obchodził z wielką uroczystością. W końcu zupełnie porzucił swoją wspólniczkę i nieustanne dzięki czynił Bogu, że go zechciał oświecić. Równo rok od dnia, którego po raz pierwszy go widziałam, zmarł. Już się całkowicie nawrócił do Boga, bo w wielkim przywiązaniu, jakie miał do mnie, nigdy nie widziałam niczego złego. Chociaż mogłoby być czystsze, zawsze jednak nasuwało mi ono okazje, w których gdybym się nie trzymała w obecności Bożej, ciężko obrazić Go mogłam. Miałam wówczas, jak mówiłam, niewzruszone postanowienie nie uczynić niczego takiego, w czym bym widziała grzech śmiertelny. I to właśnie, że on widział takie we mnie postanowienie, jeszcze bardziej go, zdaje mi się, w przywiązaniu do mnie utwierdzało. Bo każdy mężczyzna, sądzę, zawsze będzie wyżej cenił kobietę, w której widzi skłonność do cnoty. Podobnie kobieta, przywiązanie i wpływ, jaki pragnie mieć u męża, tą drogą najprędzej pozyska – jak o tym później jeszcze mówić będę. Co do tego kapłana, mam to za pewne, że jest na drodze zbawienia. Umarł bardzo pobożnie, z zupełnym oderwaniem się od tej okazji. Wolą Pańską było, aby przez takie pośrednictwo został zbawiony.

7. Pozostałam w tym miejscu trzy miesiące, cierpiąc najsroższe boleści, bo kuracja była za gwałtowna na moje siły. Po dwóch miesiącach, z powodu leków życie już prawie ze mnie uchodziło. Cierpienia serca, z którego miałam być wyleczona, wzmogły się bardziej, sprawiając mi bardzo wielki ból! Często miałam takie uczucie, jakby mnie, kto ostrymi kłami za nie chwytał, tak, iż obawiano się o moją przytomność. Obok wielkiego upadku sił, (bo skutkiem, ciągłych nudności nic nie mogłam jeść i tylko płyny przyjmowałam), przy nieustającej gorączce i zupełnym wycieńczeniu skutkiem środków przeczyszczających, które mi przez cały miesiąc, co dzień dawano, tak miałam wnętrzności spalone, że nerwy we mnie kurczyć się poczęły z takim nieznośnym bólem, iż we dnie i w nocy nie miałam odpoczynku i smutek wielki mnie nękał.

8. Z takim to pożytkiem tej kuracji, ojciec zabrał mnie z powrotem do domu, gdzie znowu lekarze badali mój stan. Wszyscy we mnie zwątpili, oznajmiając, że w dodatku do wszystkich tych cierpień jeszcze mam suchoty. Mało mnie to obchodziło, to jedno tylko czułam, że cierpię. Od stóp do głowy bóle mnie nękały ustawicznie. Bóle nerwów, jak przyznawali sami lekarze, sprawiają nieznośne cierpienia, a we mnie wszystkie się kurczyły, prawdziwie, więc srogie – gdybym tylko z własnej winy nie utraciła zasługi jego – cierpiałam męczeństwo. W męce tej przeżyłam nie dłużej niż trzy miesiące, choć i tak zdawało się rzeczą nieprawdopodobną, by ktoś mógł wytrzymać tyle cierpień naraz. Sama dzisiaj nad tym się zdumiewam i za szczególną łaskę od Pana to sobie poczytuję, że taką mi dał wówczas cierpliwość. Rzecz widoczna, że była to Jego łaska. Bardzo mi pomogło to, że niedawno przedtem czytałam historię Hioba, w księdze Moraliów św. Grzegorza, którym to czytaniem Pan sam chciał mnie zawczasu przygotować, abym zdołała to wszystko znieść z takim zgodzeniem się na Jego wolę. Również i modlitwa wewnętrzna, której wówczas zaczynałam się oddawać, siły mi do cierpienia przymnażała. Cała rozmowa moja była tylko z Bogiem. Ustawicznie miałam na myśli i powtarzałam sobie te słowa z księgi Hioba: „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?”. To widocznie, dodawało mi ducha.

9. Nadeszło święto Matki Boskiej Sierpniowej. Już od kwietnia aż do tego czasu trwały moje katusze, choć ostatnie trzy miesiące silniej cierpiałam niż z początku. Gorąco zapragnęłam wyspowiadać się, bo zawsze chętnie i często spowiadałam się. Sądzono, że żądanie moje pochodzi z bojaźni śmierci, dlatego ojciec mój, nie pozwolił chcąc mi oszczędzić trwogi. O nierozumna miłości ciała i krwi, gdy nawet taki prawy katolik i człowiek tak światły, jakim był mój ojciec, – bo był bardzo światłym i nie przez nieświadomość zbłądził w tym wypadku – oprzeć się jej nie umiał! A jakże wielką szkodę mógł mi przez to wyrządzić. Tej nocy nagle zaostrzyły się objawy choroby, skutkiem, których prawie cztery dni leżałam całkiem bez czucia. W tym stanie dali mi Sakrament Ostatniego Namaszczenia. Sądzono, że lada chwila skonam. Bezustannie mówiono mi do ucha Wierzę w Boga, jak gdybym mogła, co słyszeć albo rozumieć. Chwilami tak mnie już mieli za umarłą, że potem, gdy przyszłam do siebie, oczy miałam pełne wosku.

10. Ojciec mój gorzko żałował, że nie pozwolił mi się wyspowiadać. Jakież gorące zanosił za mną wołania i modlitwy do Boga! Niech będzie błogosławiony Pan, iż zechciał go wysłuchać! Gdy bowiem otwarty był grób dla mnie w moim klasztorze już półtora dnia, gdzie czekano mego ciała, a w klasztorze męskim za miastem zakonnicy już odprawili za mnie żałobne nabożeństwo, spodobało się Panu, bym przyszła do siebie. Natychmiast poprosiłam o spowiedź. Przyjęłam Komunię płacząc rzewnymi łzami. Lecz łzy te, zdaje mi się, nie płynęły z samego tylko uczucia żalu i skruchy, że obraziłam Boga, ale z ufności w dobroć Jego, iż ma moc mnie zbawić, chociażby błąd, w który mnie wprowadzili tamci, mówiąc mi, że nie są grzechem śmiertelnym pewne rzeczy, które potem niewątpliwie poznałam, że nim są, nie był dla mnie dostateczną wymówką. Pomimo że cierpiałam boleści nie do wytrzymania, skutkiem, czego i przytomność miałam niezupełną, spowiedź jednak, zdaje mi się, odbyłam dokładną z wszystkiego, w czym mi się zdawało, że obraziłam Boga. Bo oprócz innych łask i tę dał mi Pan w boskiej dobroci swojej, że odkąd zaczęłam przystępować do Stołu Pańskiego, nigdy nie opuściłam na spowiedzi niczego, w czym uznawałam grzech choćby tylko powszedni, żebym tego nie wyznała. W tym wszystkim jednak mam to niewątpliwe przekonanie, że źle byłoby z moim zbawieniem, gdybym wówczas umarła. Z jednej strony dla błędnego kierunku nieoświeconych spowiedników, a z drugiej dla niewierności moich i dla wielu innych przyczyn.

11. Prawdę mówię, i tak jest, że gdy wspomnę na tę chwilę swego życia i jak Pan wówczas prawie mnie wskrzesił z martwych, cała jestem przerażona i jakoby dreszcz trwogi mnie przenika. Gdyż należało tobie, duszo moja, pamiętać o tym niebezpieczeństwie, z którego Pan cię wybawił. Jeśli miłość nie zdołała cię powstrzymać od obrażania Go na nowo, przynajmniej powstrzymała cię bojaźń, bo i potem tysiąc razy mógł cię zabrać z tego świata, w stanie jeszcze groźniejszym. Nie przesadzam, gdy mówię: tysiąc razy, chociaż mnie będzie za to strofował ten, który mi kazał powściągać się w opowiadaniu moich grzechów. I tak wychodzą tu one bardzo upiększone. Na miłość Boga, proszę go, by nic nie wykreślał z tego, co piszę o swoich winach, bo tym jaśniej przez nie objawia się łaskawość Boga, z jaką znosi taką duszę jak moja. Niech będzie błogosławiony na wieki! Błagam Boski Majestat Jego, niech mnie raczej w proch zetrze, niżbym, kiedy przestała coraz więcej Go miłować.

Rozdział VI

Opowiada, jak wielką łaskawość Pań jej okazał, że zgodziła się na tak wielkie cierpienia, jak wybrała sobie chwalebnego świętego Józefa za pośrednika i orędownika i jak wielką korzyść odniosła z tego nabożeństwa.

1. Po tych czterech dniach nasilonego ataku choroby, takie mi pozostały nieznośne boleści, że Panu samemu wiadomo, ile od nich wycierpiałam. Język sobie sama pokaleczyłam na strzępy. Gardło od długiego nie przyjmowania żadnego pokarmu i od wielkiej niemocy, które mnie dławiło, tak miałam zaschłe, że kropli wody przełknąć nie mogłam. Cała byłam jakby rozbita, z niewypowiedzianym zawrotem głowy. Cierpienia tych dni do takiego mnie stanu doprowadziły, że całe ciało miałam skurczone i leżałam zwinięta w kłębek, nie mogąc ruszyć ani ramieniem, ani ręką, ani głową. Byłam cała bezwładna, cudzą tylko siłą poruszana, jakby umarła. W jednym tylko palcu prawej ręki, o ile pamiętam, miałam jeszcze władzę. Otaczający nie wiedzieli jak przystąpić do mnie, bo tak byłam zbolała na całym ciele, że najmniejszego dotknięcia znieść nie mogłam. W prześcieradle tylko podnosili mnie, trzymając je za cztery końce. Trwało to aż do Wielkanocy. To jedno mnie pokrzepiało, że gdy nikt mnie nie ruszał, bóle częstokroć ustawały. Każda, najmniejsza ulga już mi się wydawała wyzdrowieniem, bo bałam się, aby mi w końcu nie zabrakło cierpliwości. Wielka też była moja radość, gdy przez chwilę nie czułam tak przenikliwych i nieustających boleści. Choć ciągle jeszcze niewypowiedziane cierpiałam udręki za każdym powrotem ostrych dreszczów, bardzo silnej podwójnej febry czwartaczki, którą miałam.

2. Pragnęłam wtedy tak gorąco wrócić do klasztoru, że na prośby moje tam mnie zaniesiono. Czekano umarłej, powitano jednak jeszcze duszę mającą w sobie, ale z ciałem gorzej niż umarłym. Aż przykro było na nie patrzeć. Tak niesłychanie było wycieńczone, że wyrazić trudno – pozostały z niego same tylko kości. W takim stanie, jak już mówiłam, zostawałam przeszło osiem miesięcy, ale sparaliżowanie ze stopniowym polepszaniem trwało blisko trzy lata. Gdy już mogła pełzać na czworakach, z radością dziękowałam Bogu. Wszystkie te cierpienia zniosłam z wielkim poddaniem się woli Bożej, a nawet, z wyjątkiem pierwszych, i z weselem, bo wszystkie późniejsze wydawały mi się jakby niczym w porównaniu z tymi boleściami i mękami, które cierpiałam z początku. Byłam w zupełnej zgodzie z wolą Bożą, chociażby mnie w takim stanie pozostawił na zawsze. Jedynym, zdaje mi się, powodem, dla którego pragnęłam wyzdrowieć, była chęć oddawania się na samotności modlitwie wewnętrznej w sposób, jaki mi był ukazany, bo w infirmerii nie miałam do tego możności. Spowiadałam się bardzo często, mówiłam prawie ustawicznie o Bogu. Siostry wszystkie były tym zbudowane i zdumiewały się nad cierpliwością, jakiej Pan mi użyczał. Bo rzeczywiście, gdyby nie to, że pochodziły z łaski Jego Majestatu, zdawałoby się rzeczą nieprawdopodobną, z takim weselem znosić tak wielkie cierpienia.

3. Wielkim była dla mnie dobrodziejstwem łaska, której mi Bóg użyczył, dając mi ducha modlitwy wewnętrznej. Przez nią poznałam, na czym zasadza się Jego miłość, gdyż w krótkim czasie ujrzałam rodzące się we mnie nowe cnoty, które zaraz wymienię, choć jeszcze słabe, skoro nie zdołały utrzymać mnie na drodze sprawiedliwości. Nie mówiłam źle o nikim, choćby w rzeczy najmniejszej, ale raczej miałam we zwyczaju tłumaczyć każdego, kogo przy mnie obmawiano, pamiętając zawsze o tej zasadzie, że nie powinnam ani z przyjemnością słuchać, ani sama mówić tego o innych, czego nie chciałabym, by o mnie mówiono. Trzymałam się mocno tej zasady, ile razy zdarzyła się do tego okazja, choć nie z taką doskonałością, bym niekiedy, w nagłym, jakim zdarzeniu nie uchybiła w czymkolwiek. Zwykły mój sposób postępowania był taki. Towarzyszki moje i osoby, z którymi przebywałam, tak zdołałam nakłonić, iż również ten zwyczaj przejęły. Stąd zaczęto mówić o mnie, że gdzie ja jestem, tam każdy ma plecy bezpieczne i takąż samą od obmowy obronę miał bliźni u wszystkich, z którymi żyłam w przyjaźni albo miałam pokrewieństwo, albo, którzy nauk moich słuchali. W innych jednakże rzeczach wiem dobrze, że zdam Bogu liczbę ze złego przykładu, jaki im dawałam. Oby mi Boski Majestat Jego raczył odpuścić, bo w wielu wypadkach byłam dla innych przyczyną do złego. Jakkolwiek intencja moja nie była nigdy tak niegodziwą, jakim się potem okazał uczynek.

4. Pozostało mi dawne moje zamiłowanie do samotności. Lubiłam zastanawiać się nad rzeczami Bożymi i rozmawiać o Bogu. I ile razy znalazłam sposobność do takiej rozmowy, większe z niej miałam zadowolenie i pociechę, niż z całej wytworności – czyli, prawdę mówiąc, jałowości – rozmów światowych. Do Komunii i do spowiedzi bardzo często przystępowałam i gorąco pragnęłam do nich przystępować. Z rozkoszą czytałam dobre książki. Najgłębszą miałam skruchę, ile razy zdarzyło mi się, w czym obrazić Boga. Nieraz, pamiętam, bałam się przystąpić do rozmyślania, wiedząc, że na nim poczuję niewypowiedziany ból za to, że Go obraziłam. Ból ten w późniejszym czasie jeszcze bardziej się wzmagał i do takiego stopnia dochodził, że nie wiem, do czego mogłabym przyrównać to cierpienie. Nigdy jednak ani w najmniejszej cząstce ból ten nie pochodził z bojaźni, lecz skutkiem rozważania tych łask, jakich mi Pan użyczał na modlitwie. Widziałam, bowiem, jak wiele byłam Mu winna, a jak źle Mu się wywdzięczam. Znieść tego nie mogłam i gorzko sobie wymawiałam te rzewne łzy, jakie nad przewinieniami swoimi wylewałam, kiedy małą w sobie widziałam poprawę. Ani żadne moje postanowienia, ani pokuty, jakie w takich zdarzeniach sobie zadawałam, nie zdołały mnie powstrzymać od nowych upadków. Łzy te wydawały mi się obłudne i wina znowu po nich popełniona tym większa mi się przedstawiała, że widziałam dobrze, jak wielką łaskę Pan mi czyni, dając mi dar łez i tak wielką skruchę. Starałam się wyspowiadać jak najprędzej i czyniłam ze swej strony, zdaje mi się, co mogłam, aby łaskę u Boga odzyskać. Przyczyna wszystkiego złego było to, że nie wyrwałam go z korzeniem, że nie porzucałam okazji, a także i to, że od spowiedników małą miałam pomoc. Gdyby mnie, bowiem ostrzegli o niebezpieczeństwie, w jakim zostawałam, i o obowiązku zaniechania tych kontaktów ze światem, bez wątpienia jak sądzę, byłabym się poprawiła. Bo żadną miarą nie zniosłabym tego, bym miała choćby jeden dzień świadomie żyć w jasno poznanym grzechu śmiertelnym. Wszystkie te oznaki rosnącej we mnie bojaźni Bożej przyszły mi z modlitwą wewnętrzną. Największą z nich i najszczęśliwszą była ta, że miałam bojaźń jakoby pochłoniętą w miłości, bo myśl o karze zupełnie mi się nie nasuwała. Przez cały czas tej ciężkiej choroby, pilnie czuwałam nad swoim sumieniem, o ile chodziło o uchronienie się grzechów śmiertelnych. O Boże!… Pragnęłam zdrowia, abym lepiej mogła służyć Panu, a ono właśnie stało się przyczyną mojego nieszczęścia!

5. Widząc się zniedołężniałą w tak młodym wieku, opuszczoną przez ziemskich lekarzy, postanowiłam uciec się do lekarzy niebieskich, aby oni mnie uzdrowili, bo gorąco pragnęłam zdrowia. Jakkolwiek, bowiem z weselem znosiłam chorobę, i owszem, nieraz miewałam tę myśl, że gdybym zdrowa będąc, miała zasłużyć sobie na potępienie, lepiej mi pozostać chorą, to jednak zdawało mi się, że w zdrowiu lepiej będę mogła służyć Bogu. Tak to sami siebie łudzimy, nie chcąc zdać się całkowicie na wszelkie zrządzenia Pana, który lepiej wie, co dla nas lepsze.

6. Zaczęłam, więc zamawiać Msze św. i odprawiać w tej intencji różne nabożeństwa powszechnie przyjęte i zatwierdzone. Innych nabożeństw nigdy nie lubiłam, jak je odprawiają niektórzy, zwłaszcza niewiasty, z różnymi ceremoniami. Ja takich wymysłów nie cierpiałam, choć one w nich miały nabożne swoje upodobanie. Później się okazało, że są to rzeczy niedobre i trącące zabobonem. Wybrałam sobie za orędownika i patrona chwalebnego świętego Józefa, któremu się polecałam. I poznałam jasno, że jak w tej potrzebie, tak i w innych jeszcze ważniejszych, w których chodziło o cześć moją i zatracenie duszy, Ojciec ten mój i Patron wybawił mnie i więcej mi dobrego uczynił niż sama prosić umiałam. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek aż do tej chwili prosiła go, o jaką rzecz, której by mi nie wyświadczył. Jest to rzecz zdumiewająca, jak wielkie rzeczy Bóg mi uczynił za przyczyną tego chwalebnego Świętego. Z ilu niebezpieczeństw na ciele i na duszy mnie wybawił. Innym Świętym, rzec można, dał Bóg łaskę wspomagania nas w tej lub innej potrzebie, temu zaś chwalebnemu Świętemu, jak o tym wiem z własnego doświadczenia, dał władzę wspomagania nas we wszystkich. Chciał nas Pan przez to zapewnić, że jak był mu poddany na ziemi jako opiekunowi i mniemanemu swemu ojcu, który miał prawo Mu rozkazywać – tak i w niebie czyni wszystko, o cokolwiek on Go prosi. Przekonali się o tym i inni, którym poradziłam, aby się jemu polecili. I coraz więcej jest już takich, którzy go czczą i wzywają, doznając na sobie tej prawdy.

7. Starałam się obchodzić jego święto z wszelką, na jaką się zdobyć mogłam, uroczystością. Ale było w tym więcej próżności niż ducha, bo starałam się, by wszystko było piękne i wytworne, choć z dobrą intencją. W tym jednak było zło, że gdy Pan dawał mi łaskę uczynienia czegoś dobrego, dobro to było pełne niedoskonałości i uchybień. Do złego zaś, do próżności, do wytworności z wielką się zręcznością i pilnością przykładałam. Niech mi Pan zechce odpuścić. Pragnęłabym wszystkich pociągnąć do pobożnej czci tego chwalebnego Świętego, wiedząc z długoletniego doświadczenia, jak wielkie dobra on może wyjednać nam u Boga. Nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo, kto by prawdziwe miał do niego nabożeństwo i szczególną mu cześć oddawał, a nie osiągnął coraz większych korzyści w cnocie. On, bowiem w sposób dziwnie skuteczny wspomaga każdą duszę, która się mu poleca. Od wielu już lat, o ile pamiętam, co roku w dzień jego święta proszę go, o jakąś łaskę i zawsze ją otrzymuję. A jeśli prośba moja jest w czymś niewłaściwa, on ją zawsze sprostuje dla większego mego dobra.

8. Gdybym miała ku temu upoważnienie, chętnie opisałabym ze wszystkimi szczegółami łaski, przez tego chwalebnego Świętego mnie i innym uczynione, lecz nie chcąc uczynić więcej nad to, co mi kazano. Wielu rzeczy pobieżnie tylko dotykam i krócej opisuję, niżbym chciała, a znowu nad innymi dłużej się rozwodzę niż potrzeba. Słowem, w tym jak we wszystkim dobrym, brak mi należytego rozsądku. Proszę tylko na miłości Boga każdego, kto by mi nie wierzył, niech spróbuje, a z własnego doświadczenia przekona się, jak dobra i pożyteczna to rzecz, polecać się temu chwalebnemu Patriarsze i go czcić. Szczególnie dusze oddane modlitwie wewnętrznej powinny go ustawicznie wzywać z ufnością i miłością. Nie rozumiem, jak można pomyśleć o Królowej Aniołów i o tych latach, które przeżyła z Dzieciątkiem Jezus, a nie dziękować zarazem świętemu Józefowi za poświęcenie, z jakim wówczas ich oboje opieką swoją otaczał. Kto nie znalazł jeszcze mistrza, który by go nauczył modlitwy wewnętrznej, niech sobie tego chwalebnego Świętego weźmie za mistrza i przewodnika, a pod wodzą jego nie zbłądzi. Obym tylko ja nie zbłądziła, że się odważyłam o nim mówić! Bo choć głośno mówię o swojej dla niego czci i nabożeństwie, to jednak w należytym jemu służeniu i w naśladowaniu jego przykładu zawsze byłam niewierna. On, w swej łaskawości sprawił to, że podniosłam się z łoża boleści i znowu mogłam chodzić, a ja, w swej nędzy łaski tej na złe użyłam.

9. Kto by uwierzył, że tak prędko znowu upaść miałam po tylu łaskach Bożych? Pomimo że Boski Majestat zaczynał mnie darzyć cnotami, które same przez się pobudzały mnie do służenia Jemu. Pomimo że na krótko przedtem widziałam siebie jakoby już umarłą i w tak wielkim niebezpieczeństwie potępienia. Pomimo że Pan tylko, co był mnie wskrzesił na duszy i na ciele, ku zdumieniu tych, którzy mnie już mieli za umarłą, a teraz widzieli mnie żywą! Czemu to się dzieje, Panie mój, że musimy żyć na tej ziemi zasłanej tyloma niebezpieczeństwami? W chwili, gdy to piszę, zdaje mi się, że z łaski miłosierdzia Twego mogłabym powiedzieć ze św. Pawłem, choć nie tak doskonałym sercem jak on, że już nie ja żyję, ale Ty, Stworzycielu mój, żyjesz we mnie. Bo już od kilku lat, o ile pojąć zdołam, podtrzymujesz mnie ręką swoją. I widzę w sobie pragnienie i postanowienie wielokrotnie czynem potwierdzone także w ciągu tych lat, by nie czynić nigdy niczego, choćby w rzeczy najmniejszej, co by było przeciwne Twojej woli, choć zapewne w wielu rzeczach nieświadomie obrażam Twój Majestat. I nie ma, zdaje mi się takiej rzeczy, której bym, gdy mi się sposobność do niej nadarzy, dla Twojej miłości wahała się podjąć ochotnym sercem, i w niejednej sytuacji Ty mnie wspomogłeś, abym rzecz podjętą szczęśliwie zdołała wykonać. Nie kocham świata ani żadnej rzeczy, która jego jest i nic mnie ucieszyć nie może, tylko to, co od Ciebie i z Ciebie jest, a wszystko inne uważam za ciężki krzyż. Być może, że się mylę i że nie ma we mnie tego, co mówię, ale Ty widzisz, Panie mój, że o ile rozumiem siebie, nie kłamię. Lękam się jednak i nie bez słusznego powodu, bym nie była znowu opuszczona przez Ciebie, bo wiem dobrze, jak niedaleko sięga moje męstwo i jak mała jest we mnie cnota, jeślibyś Ty, Panie, ustawicznie mi jej nie dodawał i nie wspierał mnie, abym od Ciebie się nie oddaliła. I daj Boże, bym już teraz nie była opuszczona przez Ciebie, by wszystko to, co tu mówię o sobie dobrego, nie było złudzeniem! Nie rozumiem, jak możemy kochać to życie, tak ze wszech miary niepewne! Zdawało mi się rzeczą niepodobną, bym, kiedy tak daleko odeszła od Ciebie, ale że tyle razy Cię opuściłam, nie mogę nie lękać się o siebie, gdyż skoro tylko na chwilę odstąpiłeś ode mnie, tejże chwili całym ciężarem swoim upadałam na ziemię. Bądź błogosławiony na wieki, że choć ja opuszczałam Ciebie, Ty nigdy mnie nie opuściłeś tak zupełnie, bym nie powstała znowu z upadku, bo Ty za każdym razem podałeś mi rękę. Tylko, że ja nieraz przyjąć jej nie chciałam ani usłuchać głosu Twego, gdy mnie po wiele razy wołałeś, jak zaraz opowiem.

Rozdział VII

Opowiada, jak traciła stopniowo łaski otrzymane od Pana, i jak zaczęła prowadzić niedoskonały tryb życia. Wskazuje, jak szkodliwe następstwa pociąga za sobą dla klasztorów żeńskich brak ścisłej klauzury.

1. Przechodząc z rozrywki w rozrywkę, z próżności w próżność, z okazji w okazję, tak się stopniowo w te okazje wplątałam i do takiego rozproszenia doszła moja dusza w tych próżnościach, że już i wstyd mnie było tak poufnie przyjacielskim obcowaniem, jakim jest modlitwa wewnętrzna, wznosić się jeszcze do Boga. Do tego przyczyniło się i to, że w miarę, jak rosły moje grzechy, ubywało mi smaku i upodobania do ćwiczenia się w cnocie. Widziałam jasno, Panie mój, że dlatego mnie opuszczają te rozkosze duchowe, że ja opuszczałam Ciebie. Najstraszniejsza zdrada, jaką mógł mnie podejść duch ciemności była ta, że pod pozorem pokory nie śmiałam już odbywać modlitwy wewnętrznej, widząc siebie tak grzeszną. Zdawało mi się, że lepiej iść drogą zwyczajną, jakiej się trzyma wielu innych i poprzestać na odmawianiu przepisanych modlitw ustnych. Gdyż niecnotliwym życiem swoim należę do rzędu najgorszych. Porywać się na modlitwę wewnętrzną i tak bliskie z Bogiem obcowanie, mnie, zasługującej na towarzystwo z czartami i oszukującej tylko ludzi przez zachowywanie w zewnętrznym swoim postępowaniu wszelkich pozorów cnoty. Nie można winić domu, w którym żyłam, że korzystne o mnie miał mniemanie, bo sama zręczną układnością swoją byłam temu winna, że dobrze o mnie sądzono, udając, choć nieumyślnie, pobożną. Nieświadomie, mówię, i nieumyślnie, bo co się tyczy obłudy i próżnej chełpliwości, nie pamiętam dzięki Bogu, bym Go kiedyś świadomie w tym obraziła. Owszem, za pierwszym zaraz poruszeniem próżności, skoro je w sobie spostrzegłam, takie czułam zawstydzenie, że diabeł odchodził pobity na głowę, a ja pozostawałam z zasługą odniesionego zwycięstwa. Chociaż w tym punkcie nigdy mnie bardzo natarczywie nie kusił. Może gdyby Bóg mu dozwolił tak silnie w tym, jak to czynił w innych rzeczach, nastawać na mnie, byłabym i w tym upadła. Ale Boski Majestat Jego dotąd mnie od tego grzechu chronił, za co niech będzie błogosławiony na wieki! Przeciwnie, bardzo mi to ciężyło, że inni dobre o mnie mieli mniemanie, bo znałam dobrze skrytość mojej duszy.

2. To, że nie uważano mnie za tak niecnotliwą, jaką byłam, pochodziło stąd, że mimo młodego mojego wieku i wśród tylu okazji widzieli mnie chroniącą się często na samotność, na długie godziny modlitwy i czytania duchowne, oraz że chętnie rozmawiałam o Bogu. Lubiłam umieszczać, gdzie tylko mogłam, wyobrażenia Boskiego Zbawiciela. Utrzymywałam kapliczkę, ubierając ją w ozdoby pobudzające, do pobożności. Nie mówiłam źle o nikim i robiłam inne rzeczy tym podobne, mające pozór cnoty. Ja zaś w próżności swojej umiałam zręcznie i w udany sposób chodzić około takich rzeczy, które na świecie zwykły mieć powodzenie. Skutkiem tego zostawiano mi swobodę taką samą i większą jeszcze niż najstarszym siostrom, i polegano na mnie z zupełnym bezpieczeństwem. I w rzeczy samej samowolnie pozwalać sobie na cokolwiek, czynić cokolwiek bez upoważnienia, wdawać się po kryjomu, przez szpary, przez ściany, w ciemności nocy rozmowy i to jeszcze w klasztorze, są to rzeczy, których nigdy, zdaje mi się, nie zdołałabym się dopuścić, i nigdy podobnych wykroczeń się nie dopuściłam, bo Pan mnie trzymał za rękę. Zdawało mi się – bo wiele razach rozważnie i statecznie umiałam się zapatrywać na rzeczy – że byłoby to z mojej strony bardzo złym i nieuczciwym uczynkiem wystawiać na szwank dobrą sławę tyle osób dobrych i cnotliwych. Jakkolwiek dobrymi były inne uczynki, których się dopuszczałam! Chociaż złość ich nie była tak rozmyślna, jak by była ta, o której mówię, zawsze jednak były one bardzo złe.

3. Wielką szkodę wyrządziło mi to, jak sądzę, że klasztor, do którego wstąpiłam, nie miał klauzury. Swoboda, której inne osoby, dobre i cnotliwe, mogły ze spokojnym sumieniem używać, bo nie składając ślubu na klauzurę, do niczego więcej nie były zobowiązane, mnie złą i niecnotliwą z pewnością byłaby doprowadziła do piekła, gdyby Pan swoją szczególną łaską i tyloma skutecznymi sposobami i pomocami nie wybawił mnie od tego niebezpieczeństwa. Jest to, więc, moim zdaniem, niebezpieczeństwo bardzo groźne, gdy w klasztorze żeńskim swobodnie się utrzymuje kontakty ze światem. Taki klasztor dla dusz skłonnych do życia luźnego, raczej jest, jak sądzę, drogą do piekła niż skutecznym lekarstwem na ułomność ludzką. Nie mam tu bynajmniej na myśli mojego klasztoru, bo jest w nim tyle dusz służących Panu bardzo szczerą wolą i doskonałym sercem, że Boski Majestat Jego nie może, według wielkiej dobroci swojej nie otaczać ich swoją łaską. Nie należy też ten klasztor do rzędu domów zbytnio dla świata przystępnych i reguła zakonna ściśle w nim jest przestrzegana. Mówię tu o innych klasztorach, o których wiem i na które sama patrzałam.

4. Żal mi bardzo, wyznaję, dusz, które są w takich klasztorach. Potrzeba im, bowiem – nie raz ani dwa, ale nieustannie – szczególnych łask i natchnień od Pana, aby mogły być zbawione w takim otoczeniu, w którym zaszczyty i zabawy światowe w takim są poważaniu, a tak mało jest zrozumienia dla obowiązków zakonnych, że daj, Boże, aby nie uznawały tego za cnotę, co jest grzechem, jak to ja tyle razy czyniłam. Oświecenie ich, aby poznały swój błąd, jest rzeczą tak niełatwą, że Pan sam tylko ma moc pokonać trudność wszechwładną swoją ręką. Gdyby rodzice usłuchali mojej rady, nie zgodziliby się nigdy na oddanie swojej córki do takiego klasztoru, jeśli już nie ze względu na jej zbawienie, któremu tam większe zagraża niebezpieczeństwo niż na świecie, to, choć ze względu na swój własny honor. Niechby ją raczej wydali za mąż, choćby za człowieka niższego stanu, albo niech ją trzymają w domu niż mieliby ją umieścić w podobnym klasztorze, chyba, że wyjątkowe widzą w niej skłonności cnotliwe – a dałby Bóg – by i te ją uchowały od złego. Jeśliby chciała źle się prowadzić, w domu rodzicielskim nie na długo z tym się ukryje. Tam przeciwnie, złe długo może się chować w ukryciu, aż w końcu Pan sam je na jaw wyprowadzi, a wtedy szkoda i niesława nie na tę jedną tylko spada, ale na całe zgromadzenie. Nieraz, co prawda biedne te zbłąkane same temu nie są winne. Zastają drogę utorowaną i idą po niej. Niejedna z nich prawdziwie przyszła z tą myślą, że będzie służyła Panu, że będzie odgrodzona od niebezpieczeństw świata, a tu, zamiast jednego, który opuściła, zastaje jakby dziesięć światów na nią sprzysiężonych i nie wie, jak się od nich obronić i gdzie szukać ratunku. Młodość, zmysłowość i szatan pobudzają ją i pociągają do naśladowania pewnych rzeczy, które są wprost ze świata, zapatrując się na inne, które je rzekomo uważają za dobre. Biedne te dusze podobne są poniekąd do nieszczęsnych heretyków, którzy dobrowolnie zaślepiają siebie i wmawiają w ludzi, że dobre są te nauki, których nauczają, i wierzą w ich prawdziwość, choć w istocie nie wierzą, bo mają w sobie sędziego, który im mówi, że to jest złe.

5. O, jakie to wielkie, jakie to straszne nieszczęście dla zakonnika czy zakonnicy – bo stosuje się to zarówno do zakonów żeńskich jak i męskich – żyć w klasztorze, w którym się nie zachowuje reguły zakonnej! – Gdzie w jednym domu dwie są różne drogi, jedna cnoty i karności zakonnej, a druga rozluźnienia i braku ducha zakonnego, i obie zarówno mają swoich zwolenników! Źle mówię: zarówno. Dla grzechów naszych, bowiem, więcej jest uczęszczana droga przestronna i mniej doskonała. Za nią idzie większość, tak też ci, którzy nią chodzą, większego doznają poparcia i względów. Tamta zaś droga prawdziwego życia zakonnego w takim jest opuszczeniu, iż zakonnik albo zakonnica, chcący naprawdę i bez podziału iść za swoim powołaniem, więcej mają powodu lękać się swoich własnych domowników niż całego wojska czartów. Więcej im potrzeba ostrożności i powściągliwości w rozmowie o Bogu i o przyjaźni, w jakiej z Nim żyć pragną, niż gdyby chcieli mówić o innych przyjaźniach i miłościach, jakie szatan zawiązuje w takich klasztorach. Cóż, zatem dziwnego, że tyle jest zgorszeń w Kościele, kiedy ci sami, którzy powinni być zwierciadłem i wzorem, aby wszyscy z nich brali przykład cnoty, tak sponiewierali tą gorliwość i świętość, jaką duch dawnych ojców pozostawił w Zakonach? Oby Pan w boskiej łaskawości swojej zechciał zaradzić temu złu, bo On sam wie, jak tego potrzeba, amen.

6. Zaczęłam, więc wdawać się w te rozmowy, bo widząc, że to przyjęty zwyczaj, nie sądziłam, że odniosę z nich taką szkodę i roztargnienie na duszy, o jakich się później przekonałam. Zdawało mi się, że obyczaj tak powszechny w, wielu klasztorach, dopuszczających tego rodzaju odwiedziny, nie będzie dla mnie szkodliwszym niż dla innych, pobożnych przy tym, jak widziałam, i cnotliwych. Nie brałam tego pod uwagę, że tamte są dużo lepsze ode mnie, że zatem co dla mnie było niebezpieczeństwem, to dla nich mogło nim nie być. Choć i dla nich, nie sądzę, by takie rozmowy były całkiem bez niebezpieczeństwa, choćby tylko dla czasu marnie straconego. Pewnego dnia, gdy rozmawiałam z jedną osobą w samym początku mojej z nią znajomości, spodobało się Panu dać mi zrozumieć, ostrzec mnie i użyczyć mi światła na oświecenie tak wielkiej mojej ślepoty, jak niestosowne są dla mnie takie przyjaźnie. Ukazał mi się Chrystus Pan, stając przede mną z bardzo surowym obliczem i oznajmiając mi przez to, jak te świeckie moje rozmowy Go zasmucają. Widziałam Go oczyma duszy jaśniej niżbym Go widzieć mogła oczyma cielesnymi, i widok ten tak pozostał wyryty w mojej pamięci, że dziś jeszcze, po upływie dwudziestu sześciu lat, zdaje mi się, że mam Go przed sobą obecnego. Pozostałam mocno przestraszona i strwożona, i już więcej nie chciałam się widzieć z tą osobą, z którą przedtem tak przestawałam.

7. Bardzo mnie w tym zdarzeniu zaszkodziło, gdyż nie wiedziałam o tym, że można widzieć rzeczy inaczej, niż samymi tylko oczyma ciała. A czart utwierdzał mnie w tej niewiedzy i wmawiał we mnie, że to rzecz nie możliwa, że mi się przywidziało, że może to była ułuda szatańska i inne tym podobne matactwa. Chociaż więc zawsze miałam to uczucie, że było to widzenie od Boga a nie złudzenie, starałam się zadać kłamstwo sobie samej, gdyż rzecz nie przypadała mi do gustu. Nie śmiałam też nikomu wspomnieć o swoim widzeniu. Gdy potem zaczęły się znowu wielkie na mnie nalegania i zapewnienia, że widywanie się z taką osobą nie ma w sobie niczego złego, że cześć moja na tym nic nie ucierpi, owszem, tylko zyskać może, wróciłam znowu do tej przyjaźni i inne jeszcze w innych czasach nawiązywałam. Przez długie, bowiem lata oddawałam się tym zgubnym rozrywkom i – póki ich używałam – nie wydawały mi się takim złem, jakim były w istocie, choć bywały chwile, w których jasno widziałam, że nic w nich nie ma dobrego. Żadna jednak przyjaźń nie sprawiła mi takiego w duszy nieładu i roztargnienia jak ta, o której mówię, bo wielkie do niej miałam przywiązanie.

8. Innym razem, gdy byłam w towarzystwie tej osoby, ujrzałyśmy – i inne, które tam były z nami – podchodzące ku nam coś w rodzaju wielkiej ropuchy, tylko bez porównania szybsze w ruchach niż zwykła ropucha. W miejscu, w którym to widziałyśmy, nie mogłam pojąć, skąd mógł się wziąć w biały dzień taki płaz, gdyż nigdy tam nic podobnego nie było. Wrażenie, jakie stąd odniosłam, nie było, zdaje mi się bez tajemnicy i nigdy o nim nie zapomniałam. O Boże wielki! Z jakąż, troskliwością i miłościwą łaskawością bezustannie mnie ostrzegałeś, a jakże mało ja skorzystałam z tych Twoich ostrzeżeń!

9. Była w naszym klasztorze jedna zakonnica, moja krewna, już w podeszłym wieku, wielka służebnica Boża, posiadająca w wysokim stopniu ducha zakonnego. Ona także nieraz mnie ostrzegała, a ja nie tylko jej nie słuchałam, ale i przykrzyły mnie jej upomnienia. Zdawało mi się, że gorszy się z rzeczy, które nie mają w sobie niczego gorszącego. Wspominam o tym, aby każdy widział, jaka była złość moja, jak wielka nade mną dobroć Pana i jak bardzo zasłużyłam na piekło taką niezmierną niewdzięcznością, jak również i w tym celu, aby jeśli to moje pismo z woli Pana i na chwałę Jego będzie, kiedy ogłoszone, zakonnice, które to czytać będą, miały przestrogę i unikały podobnych rozrywek. Na miłość Pana naszego o to je proszę. Daj, Boże, aby te moje słowa wyprowadziły z błędu wszystkie te osoby, które sama w błąd wprowadziłam, mówiąc im, że w tych rozmowach nie ma nic złego i ugruntowując je w tak wielkim niebezpieczeństwie, skutkiem zaślepienia, w którym sama zostawałam, bo rozmyślnie ich oszukiwać nie chciałam. Choć złym przykładem, jaki im dawałam, tyle złego – jak mówię – spowodowałam, nie myślałam przecież, bym, co tak bardzo złego czyniła.

10. W pierwszych okresach swojej choroby, choć nie umiałam jeszcze sama kierować sobą, pragnęłam pomagać innym, aby postępowali w życiu duchowym. Zwyczajna to pokusa u początkujących, choć mnie szczęśliwie się w tym powiodło. Gorąco kochając swego ojca, życzyłam mu tego dobra, które, zdawało mi się, że sama już posiadałam w odprawianiu rozmyślania. Bo, w przekonaniu moim, nie może człowiek w tym życiu znaleźć większego dobra nad to, które daje modlitwa wewnętrzna. Nieznacznie, więc i wszelkimi sposobami, na jakie się mogłam zdobyć, starałam się nakłonić go do tego świętego ćwiczenia. Dałam mu w tym celu odpowiednie książki. On zaś, będąc, jak mówiłam, człowiekiem bardzo cnotliwym, ochotnie zgodził się na moją prośbę i w ciągu pięciu czy sześciu lat – o ile dziś mogę sobie przypomnieć – takie w tym pobożnym ćwiczeniu uczynił postępy, iż z radością za niego dziękowałam Panu i wielką miałam z tego pociechę. Pomimo wielkich trosk i utrapień, jakie z różnych stron przeżywał, wszystko to znosił z niezachwianym zdaniem się na wolę Bożą. Często mnie odwiedzał, bo największą dla niego pociechą była rozmowa o rzeczach Bożych.

11. Gdy potem się zaniedbałam i modlitwy wewnętrznej zaniechałam, widząc, że on tej zmiany we mnie się nie domyśla, nie mogłam tego znieść, i postanowiłam mu o tym powiedzieć. Bo cały rok i dłużej żyłam wówczas bez rozmyślania, przez wielką, jak mi się zdawało, pokorę. A była to, jak później opowiem, największa z wszystkich pokus, jakie w swoim życiu miałam, bo zmierzała wprost do mego zatracenia. Wprawdzie i przy modlitwie wewnętrznej nie byłam bez grzechu, ale jeśli którego dnia obraziłam Boga, nazajutrz za jej pomocą tym pilniej przykładałam się znowu do skupienia wewnętrznego i tym uważniej unikałam okazji. Gdy więc ten święty człowiek przychodził z takim mylnym o mnie przekonaniem, sądząc, że tak samo jak przedtem z Bogiem rozmawiam, sumienie mnie gryzło, że go zostawiam w tym błędzie. Wyznałam mu, zatem prawdę, że już nie odprawiam rozmyślania, jednak głównej przyczyny mu nie powiedziałam. Jako jedyną przeszkodę wymieniłam tylko swoje słabości, co po części było prawdą. Chociaż bowiem wyzdrowiałam z tej największej choroby, zawsze jednak do tej chwili cierpiałam i cierpię na bardzo dotkliwe niemoce. Wprawdzie są one mniej gwałtowne od niejakiego czasu, ale zawsze trwają i w rozmaity sposób mnie trapią. Mianowicie, co dzień przez dwadzieścia lat miewałam wymioty z rana, tak, iż nieraz się trafiało, że aż do południa i dalej nic nie mogłam wziąć w usta. Od czasu jak częściej przystępuję do Komunii, przychodzą one wieczorem, przed położeniem się, ale z daleko większym dla mnie umęczeniem, bo muszę je sama wywoływać za pomocą piórka czy innym tego rodzaju sposobem, gdyż, jeśli tego zaniecham, daleko większe jeszcze męki cierpię. Nie ma, zdaje mi się, chwili, bym nie miała różnych boleści, niekiedy bardzo ciężkich, szczególnie w sercu, chociaż ten ostatni ból, który przedtem trwał ustawicznie, teraz przychodzi z przerwami. Ostry paraliż i inne dolegliwości febry, na które tak często cierpiałam, od ośmiu lat mnie opuściły. Na wszystkie te cierpienia nie zwracam uwagi, i nieraz na myśl o nich raduję się, że znosząc je, choć w czymkolwiek Panu służę.

12. Mój ojciec, więc uwierzył mi, że ta jest istotna przyczyna zaniedbania modlitwy wewnętrznej. On nigdy nie rozmijał się z prawdą, zatem i mnie, zgodnie z tą prawością jego charakteru, nie należało prawdy ukrywać. Powiedziałam mu jeszcze, aby tym łatwiej uwierzył, (bo wiedziałam dobrze, że to mnie nie uniewinnia), że ledwo mi sił starczy do uczestniczenia w chórze. Ale moja słabość, na którą się powoływałam, bynajmniej nie była dostatecznym powodem do porzucenia modlitwy wewnętrznej. Nie potrzeba, bowiem do niej sił fizycznych, tylko miłości i przyzwyczajenia. Bóg zawsze do niej daje sposób i możność, jeśli tylko chcemy. Zawsze, mówię, bo choć niekiedy choroba lub inne przeszkody nie pozwalają przebywać długo na samotności, przecież i w takim położeniu nie brakuje chwil wolnych dla swobodnej rozmowy. Tym bardziej, że dla duszy miłującej Go, prawdziwa w chorobie i wśród takich przeszkód modlitwa wewnętrzna polega na ofiarowaniu Bogu tego, co cierpi, na wspominaniu, dla kogo to cierpi, na zgadzaniu się z Jego wolą, na niezliczonych innych aktach tego rodzaju, których dostarcza jej sposobność. Tym sposobem dusza w czynie okazuje miłość. Do tego zaś nie potrzeba gwałtownego wysiłku ani samotności, jakby bez tego nie było modlitwa. Z odrobiną pilności wielkie dobra pozyskać możemy w takich chwilach, kiedy Pan przez różne cierpienia odbiera nam czas swobodny do modlitwy wewnętrznej. I ja też te dobra zyskiwałam sobie, póki miałam dobre sumienie.

13. Ojciec mój, dzięki dobremu, jakie miał o mnie przekonaniu i wielkiej jego do mnie miłości, nie tylko mi uwierzył, ale jeszcze mnie żałował. Doszedłszy do tak wysokiego stopnia modlitwy wewnętrznej, długo nie przebywał ze mną, tylko przyszedłszy na chwilę i zobaczywszy się ze mną, zaraz odchodził, mówiąc, że dłuższa rozmowa byłaby stratą czasu. Ja tracąc czas na różnych próżnościach mało się o tę stratę troszczyłam. Nie tylko swojemu ojcu, ale i kilku innym osobom pomogłam do umiłowania modlitwy wewnętrznej, choć sama żyłam w tych próżnościach. Widząc w nich skłonność do modlitwy, nauczyłam i dopomagałam im, jak odprawiać rozmyślanie. Pragnienie to, by inni wiernie Panu służyli, było i trwało we mnie od czasu jak zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Sama nie służąc Panu tak jak rozumiałam, że Mu służyć należy, chciałam, by inni za mnie Mu służyli i tym sposobem nie zmarnowało się to, co w boskiej łaskawości swojej dał mi poznać. Mówię to, aby kto będzie to czytał, mógł się przekonać, jak wielkie było moje zaślepienie. Sama pracowałam sobie na zatracenie, a drugim dopomagałam do zbawienia.

14. W tym czasie ojciec mój zachorował i zmarł. Chorował tylko kilka dni. Byłam przy nim cały ten czas i pielęgnowałam go, choć sama chora, nie tyle jeszcze na ciele, ile na duszy pogrążonej w tylu próżnościach, choć nie w taki sposób, bym o ile znam siebie i rozumiem, przez cały ten czas najgorzej – jak mówiłam – zmarnowany, byłam w grzechu śmiertelnym. Bo gdybym taki w sobie spostrzegła, żadną miarą bym go nie zniosła. Wielkie w czasie choroby ojca przebyłam udręczenia. Sądzę, że wówczas, choć w części odwdzięczyłam się mu za to, co przy mnie w moich chorobach wycierpiał. Sama mocno cierpiąca, gwałt sobie zadawałam, i choć ze śmiercią jego traciłam całą osłodę i pociechę życia, jaką on zawsze był dla mnie, zdobyłam się na tyle męstwa, by nie okazać swego bólu i spokój zachować aż do chwili jego skonania. Mogło się zdawać, że nic nie czuję, a tymczasem serce mi się krajało, gdy patrzyłam na gasnące powoli jego życie, bo bardzo go kochałam.

15. Było, za co dziękować Panu, za tę piękną śmierć. Z radością mówił o swojej śmierci, a po przyjęciu Ostatniego Namaszczenia, dawał nam rady i upomnienia. Z jakim naleganiem zobowiązywał nas, byśmy go polecali Bogu i błagali miłosierdzia dla jego duszy, byśmy wiernie Jemu służyli, pamiętając o tym, że wszystko na tym świecie przemija. Ze łzami wyrażał swój żal, iż Jemu nie poświęcił się, zostając zakonnikiem najsurowszej, jaka być może Reguły. Wiem to z pewnością, że piętnaście dni wcześniej Pan objawił mu dzień jego śmierci. Bo przedtem, choć czuł się źle, o śmierci nie myślał, potem zaś mimo znacznego polepszenia, o którym go i lekarze zapewniali, on do tych nadziei żadnej wagi nie przywiązywał, a tylko myślał o swojej duszy, aby z nią był w porządku.

16. Największym cierpieniem jego był silny ból w plecach, który go nigdy nie opuszczał. Ból ten tak mu nieraz ostro dolegał, że aż z nóg go zbijał i oddech mu zapierał. Wiedząc, jak wielkie ma nabożeństwo do Chrystusa Pana niosącego krzyż, poddałam mu tę myśl, że Pan w boskiej łaskawości swojej chce mu dać niejaki udział w tym, co w tej męce wycierpiał. Myśl ta taką go napełniła pociechą, że odtąd już nie pamiętam, bym słyszała z ust jego najmniejszą skargę. Przez trzy dni leżał zupełnie nieprzytomny, ale w dzień śmierci Pan taką mu jasną przytomność przywrócił, że wszyscy byliśmy zdziwieni. Taką przytomność zachował aż do chwili, gdy w połowie Credo, sam je odmawiając, oddał ducha. Twarz jego po śmierci miała wyraz anielski. I rzeczywiście, według mnie – z pewnego względu – aniołem był pięknością swojej duszy i świętością usposobienia, w jakim życia dokonał. Nie wiem, po co mówię to wszystko, chyba na tym większe obwinienie swego grzesznego życia. Gdyż dla tego samego, że patrzyłam na taką śmierć i byłam świadkiem takiego życia, dla dorównania, choć w części ojcu, powinnam była się poprawić. Spowiednik jego, dominikanin, mąż bardzo uczony mówił, że nie wątpi o tym, że ojciec mój poszedł do nieba. Od kilku lat spowiadał go i z uwielbieniem świadczył o czystości jego sumienia.

17. Ten sam Ojciec dominikanin, kapłan wysoce cnotliwy i bogobojny, mnie także był bardzo pomocny. Wyspowiadałam się przed nim, a on z wielką troskliwością zajął się moją duszą, prowadząc ją ku dobremu i otwierając mi oczy na niebezpieczeństwo, w jakim zostawałam. Kazał mi przystępować do Komunii św., co dwa tygodnie. W miarę jak coraz więcej przed nim się otwierałam, wyznałam mu także usposobienie swoje, co do modlitwy wewnętrznej. Zalecił mi, bym jej nie opuszczała, gdyż jest rzeczą niemożliwą, bym z niej nie odniosła pożytku. Zaczęłam, więc na nowo jej się oddawać i od tego czasu nigdy więcej jej nie zaniechałam, choć przy tym okazji tych nie porzucałam. Skutkiem tego żyłam w wielkim udręczeniu, bo na rozmyślaniu jaśniej poznawałam swoje przewinienia. Z jednej strony Bóg mnie wzywał, z drugiej ja szłam za światem. Rzeczy Boże sprawiały mi wielką pociechę, a rzeczy światowe trzymały mnie na uwięzi. Chciałam pogodzić ze sobą dwie rzeczy tak przeciwne, życie duchowe z pociechami, upodobaniami i rozrywkami zmysłowymi. Cierpiałam, zatem na rozmyślaniu wielkie rozdarcie wewnętrzne, bo duch we mnie nie był panem, tylko niewolnikiem. Nie mogłam zamknąć się w samej sobie, na czym polegał cały mój sposób modlitwy wewnętrznej, bym zarazem nie zamknęła ze sobą wszelkiego rodzaju próżnych myśli. Żyłam w taki sposób wiele lat i dotąd się dziwię, jak mogłam tak długo wytrzymać i nie porzucić jednego albo drugiego. Ale wiem dobrze, że porzucić rozmyślanie nie byłam w stanie, bo trzymał mnie w swojej mocy Ten, który mnie umiłował chcąc przez modlitwę wewnętrzną większymi jeszcze, łaskami mnie obdarzyć.

18. O Boże wielki, jakże bym zdołała opowiedzieć wszystkie okazje do złego, jakie w ciągu tych lat Ty ode mnie oddalałeś, gdy ja wciąż na nowo do nich powracałam i wszystkie niebezpieczeństwa, z których mnie wybawiłeś grożące mi ostateczną utratą dobrej mojej sławy! Ja uczynkami swymi wciąż zdradzałam siebie, jaką jestem, a Pan wciąż zasłonę rzucał na moje złości, ukazując za to maleńką moją cnotę, jeśli jaka we mnie była i zwiększając ją w oczach wszystkich, tak, iż zawsze w wielkim mieli mnie poważaniu. I chociaż nieraz wychodziły na jaw moje nędze, oni przecież nie dawali mi wiary, widząc we mnie rzeczy, które im się wydawały dobrymi. Gdyż Ten, który wszystko wie i widzi, widział, że tak było potrzeba, aby te, które później miałam namówić do Jego służby, wiarę we mnie pokładać mogły. I w boskiej wspaniałomyślności swojej nie zważał na wielkie moje grzechy, tylko na gorące, jakie nieraz miewałam pragnienie służenia Jemu, i na mój żal i smutek, iż nie miałam w sobie dostatecznej siły do zrealizowania czynem tego swego pragnienia.

19. O Panie mojej duszy! Jak zdołam godnie wysławić wszystkie łaski, jakimi w ciągu tych lat mnie obsypywałeś? Jak w tej chwili, gdym Ciebie najciężej obrażała, Ty nagle wzbudzając we mnie najgłębszy żal, czyniłeś mnie zdolną do przyjęcia łask i pociech Twoich! Prawdziwie, Królu mój, najdelikatniejszego i najsroższego zarazem użyłeś sposobu na ukaranie mnie, wiedząc, Ty Boski Znawco mego serca, co mnie może najmocniej zaboleć. Za grzechy moje karałeś mnie swymi niewypowiedzianymi pociechami. Nie sądzę, bym mówiąc to, była niespełna rozumu, choć może i dobrze byłoby, gdyby mi rozum ustawał w tej chwili, gdy znów przypominają mi się moje niewdzięczności i złości. Taka jest moja natura, że otrzymywać łaski w chwili popełnienia ciężkich przewinień, było to rzeczą dla mnie boleśniejszą, niż wszelkie karanie. Jedna taka łaska, mówię to z zupełną pewnością, więcej mnie na proch ścierała, zawstydzała i bolała, niż jakie bądź choroby albo też wszystkie boleści. Bo na takie kary wiedziałam, że zasłużyłam i zdawało mi się, że choć w części wypłacić się mogę nimi za swoje grzechy. Na spłacenie ich w zupełności, według ich wielkości, mało byłoby wszelkiego najsroższego cierpienia. Ale otrzymywać wciąż nowe łaski, tak źle się odwdzięczając za otrzymane, jest to dla mnie i jak sądzę dla każdego, kto ma niejakie poznanie i miłość Boga, straszliwą w swoim rodzaju męką. Serce prawe i szlachetne łatwo to zrozumie. Z tego to źródła płynęły moje łzy i z tego powodu w ciągłym byłam udręczeniu, czując z jednej strony słodycz pociech Bożych, a z drugiej znając siebie taką, iż lada chwila znowu upadnę. Choć wówczas, to jest w tej modlitwie, miałam szczere postanowienia i mocne pragnienia.

20. Wielkie to nieszczęście dla duszy być pozostawioną samej sobie wśród tylu niebezpieczeństw. Gdybym miała, przed kim się otworzyć z tego wszystkiego i u kogoś znalazła pomoc ku powstrzymaniu się od nowych upadków, sądzę, że dla samego wstydu byłabym go słuchała, choć nie wstydziłam się Boga. Z tego powodu radziłabym każdemu, kto się oddaje modlitwie wewnętrznej, aby zwłaszcza z początku starał się o przyjaźń i towarzystwo z tymi, którzy podobnie ćwiczą się w rozmyślaniu. Jest to rzecz w największym stopniu pożyteczna, choćby tylko, dlatego, że wtedy jeden drugiego swoją modlitwą wspomaga. Tym bardziej, że z takiego połączenia wiele innych wynika korzyści. Jeśli w stosunkach i zabiegach czysto ziemskich, choć niezbyt chwalebnych i nie najlepszych, ludzie szukają sobie przyjaciół dla wzajemnej uciechy, dla powiększenia sobie smaku marnych przyjemności przez wzajemne o nich rozmowy – nie rozumiem doprawdy, dlaczego by temu, kto szczerze zaczyna służyć Bogu i miłować Go, nie było wolno mieć powiernika lub kilku dobranych przyjaciół i zwierzać się im z tych pociech, czy też trudności, jakich niechybnie musi doznać każdy, kto się oddaje modlitwie wewnętrznej. Kto prawdziwie pragnie i szuka złączenia się z Bogiem przez miłość, niech się nie lęka, by mówiąc z przyjacielem o tych swoich wewnętrznych przejściach, ulegał próżnej chwale. Może mu niekiedy przyjść pokusa albo pierwsze poruszenie próżnej chełpliwości, ale je zwycięży i będzie miał zasługę. Sądzę, że z taką intencją prowadząc rozmowy sam z nich odniesie pożytek i pomoże również tym, którzy go słuchają i wyniesie z nich większe światło wewnętrzne, tak ku własnemu rozumieniu rzeczy, jak i ku oświeceniu przyjaciół, choć sam tego nie spostrzeże.

21. Kto by w takich rozmowach kierował się próżną chwałą, ten również będzie się nią unosił, słuchając na przykład pobożnie Mszy świętej, gdy ludzie na niego patrzą, albo spełniając inne obowiązki, które każdy spełniać musi, jeżeli chce żyć po chrześcijańsku, a których opuszczać nie wolno, chociażby miała się do nich przyplątać pokusa próżności. Słowem, te rozmowy tak niezmiernie ważną są pomocą dla dusz jeszcze nie utwierdzonych w cnocie, a wystawionych na tyle przeciwieństw i fałszywych przyjaciół, pociągających je do złego, że słów mi nie starcza na dostateczne ich zalecenie. Jest w tym podstęp diabelski, dla jego sprawy w każdym razie bardzo pożyteczny, że dusze, prawdziwie pragnące pomnażać się w miłości Boga i pełnić Jego wolę, trzymają tak w ukryciu te swoje pobożne pragnienia. Gdy przeciwnie, ludzi oddanych światu, diabeł ten, pobudza do głośnego ogłaszania swoich niskich żądz, co już tak weszło w zwyczaj na świecie, że jakoby za chlubę poczytują sobie swoje niecne występki i jawnie się przechwalają ze zniewag, jakie przez nie wyrządzają Bogu.

22. Nie wiem, może mówię nie do rzeczy. Jeśli tak, niech Wasza Przewielebność to wykreśli, jeśli zaś nie, to wspomóż, błagam Cię, Ojcze, moją prostotę, mocniej i szerzej dopowiadając to, czego należycie nie umiała powiedzieć. Sprawy służby Bożej są dzisiaj tak słabe, że ci, którzy Panu służą, muszą wzajemnie się wspierać, aby naprzód mogli postępować. Próżność i uciechy świata powszechnie uznaje się za rzecz dobrą i tym, którzy tą drogą idą, mało, kto się dziwi. Ale gdy kto postanowi oddać się Bogu, takie ze wszystkich stron podnosi się na niego szemranie, iż musi szukać sobie przyjaciół, aby zdołał się obronić, póki się na duchu nie umocni, by już nie zważał na żadne cierpienia, inaczej ciężkie będzie miał udręczenia. Taki jest, jak sądzę, powód, dla którego niektórzy Święci chronili się na puszczę. Nadto, jest to także znak pokory nie ufać samemu sobie, ale raczej spodziewać się pomocy od Boga za pośrednictwem innych, u których rady szukamy. Także i miłość rośnie przez wzajemne udzielanie się i wiele innych pożytków płynie z tego źródła, o których nie ważyłabym się, mówić, gdyby nie to, że z własnego długoletniego doświadczenia sama je poznałam. Prawda, że nie ma na całym świecie stworzenia tak niedołężnego i grzesznego jak ja, ale sądzę, że i najdzielniejsza dusza nic na tym nie straci, jeśli się upokorzy i nie dowierzając swojej sile, usłucha rady doświadczonej. Co do mnie, wyznaję i zapewniam, że gdyby nie to, że Pan mi objawił tę prawdę i dał mi możliwość niemal ustawicznego towarzystwa tych, którzy modlitwę wewnętrzną praktykowali, byłabym w końcu wciąż na przemian to powstając, to znów upadając, prosto wpadła do piekła. Bo do upadania wielu miałam przyjaciół i pomocników, ale do powstania tak byłam opuszczona i zostawiona samej sobie, że dzisiaj dziwię się, jakim sposobem nie pozostałam w upadku na zawsze i wysławiam miłosierdzie Boga, który sam jeden mnie nie opuścił i rękę mi podał. Niech będzie błogosławiony na wieki wieczne, amen.

Rozdział VIII

Opowiada, jak szczęśliwie jej to posłużyło i od zatracenia duszy ją ustrzegło, że nie porzuciła ostatecznie modlitwy wewnętrznej, która jest skutecznym lekarstwem na naprawienie wszelkich szkód duchowych. – Zachęca wszystkich bez wyjątku do rozmyślania. – Tak wielkim ono jest zyskiem, że choćby kto znowu go zaniechał, to samo już, że przez jakiś czas używał tego dobra, będzie mu wielce pożyteczne.

1. Nie bez powodu tak długo zatrzymałam się nad tym okresem swego życia. Nikomu, dobrze to widzę, nie sprawi przyjemności poznanie z tego opisu stworzenia tak nędznego, lecz chciałabym, by obrzydzenie do mnie mieli ci, którzy to będą czytać. Widząc duszę tak uporczywie niewdzięczną względem Tego, który jej tyle łask uczynił. Cieszyłabym się, gdybym miała pozwolenie opowiedzenia, ile razy w tym czasie sprzeniewierzyłam się Bogu skutkiem tego, że nie chciałam się oprzeć na tym mocnym filarze, którym jest modlitwa wewnętrzna.

2. Nurzałam się blisko dwadzieścia lat w tym burzliwym morzu, wciąż upadając, to znów podnosząc się, i to słabo tylko – i potem znowu upadając – i wiodłam życie tak przeciętne i dalekie od doskonałości, że grzechy powszednie prawie za nic sobie miałam, a śmiertelnych, choć się wystrzegałam, to nie tak jak się należało, bo nie unikałam niebezpieczeństw. Takie życie rzec mogę, należy do najsmutniejszych, jakie sobie można przedstawić, bo ani się Bogiem nie cieszyłam, ani nie miałam zadowolenia ze świata. Gdy używałam przyjemności światowych, wspomnienie na to, co winna jestem Bogu, sprawiało mi udręczenie. Gdy byłam na samotności z Bogiem, przywiązanie światowe rozstrajało mnie. Jest to wojna tak ciężka, że nie rozumiem, jak mogłam ją wytrzymać, choćby jeden miesiąc, a cóż dopiero przez tyle lat. W tym wszystkim jasno widzę, jak wielkim miłosierdziem Pan mnie obdarzył, że mimo takich moich kontaktów ze światem, miałam przecież śmiałość oddawania się modlitwie wewnętrznej. Śmiałość, mówię, bo nie wiem, czy jest, jaka rzecz, do której potrzeba większej, niż ją okazuje ten, kto zdradę wyrządza królowi i wie o tym, że jego zdrada królowi jest wiadoma, a przecież ciągle pozostaje w jego obecności. Bo choć wszyscy i w każdej chwili jesteśmy przed obliczem Bożym, sądzę jednak, że na rozmyślaniu dusza w szczególny sposób jest przy Nim obecna, gdyż widzi wówczas i czuje, że Bóg patrzy na nią, gdy przeciwnie innym całe dnie mogą upływać bez wspomnienia na to, że oko Boże nieustannie na nich spoczywa.

3. Prawda, że w ciągu tych lat były takie miesiące, może nawet i cały rok, kiedy wystrzegałam się wszelkiego grzechu, żarliwie oddawałam się modlitwie wewnętrznej i czyniłam starania, aby w niczym Pana nie obrazić. Ponieważ we wszystkim, co tu piszę, ściśle trzymam się prawdy, dlatego i o tym nie mogę nie wspominać. Ale tych dobrych dni słabe pozostało mi wspomnienie, gdyż mało ich było, a za to wiele grzesznych. Mało było takich dni, bym nie spędziła długich godzin na rozmyślaniu, chyba, że byłam bardzo chora albo bardzo zajęta. W czasach cięższej choroby ściślej bywałam złączona z Bogiem. Błagałam o to Pana, i starałam się w otaczających mnie podobne wzbudzać uczucia, i często z nimi rozmawiałam o Bogu. Z wyjątkiem, więc tego jednego roku, o którym mówiłam, na dwadzieścia osiem lat odkąd zaczęłam odbywać rozmyślanie, osiemnaście spędziłam w tej walce i w tej wewnętrznej rozterce duszy rozdzielonej między Bogiem a światem. W dalszych latach, o których teraz będę mówić, przyczyna walki była inna, choć sama walka nie mniej pozostała twarda. Jednak myśl ta, że służę Bogu, i mam jasne poznanie marności tego, co jest na świecie, były mi obfitą osłodą w tych walkach, jak to dalej opowiem.

4. Wszystko, co dotąd tak szeroko opowiedziałam, do tego najpierw zmierza, aby jak już mówiłam, jasno się okazało miłosierdzie Boże i moja niewdzięczność. A po drugie, aby każdy zrozumiał, jak wielkim i nieoszacowanym skarbem Bóg obdarza duszę, gdy ją skłania do ochotnego oddawania się modlitwie wewnętrznej, chociażby skądinąd nie była tak usposobioną, jak tego potrzeba. Jeśli tylko w niej wytrwa wbrew wszelkim grzechom, pokusom i upadkom, o jakie szatan w niezliczony sposób przyprawić ją może, Pan w końcu, mam to za rzecz pewną, przyprowadzi ją do portu zbawienia jak i mnie – o ile teraz śmiem ufać – przyprowadzić zechciał. Obym tylko, o co błagam Jego boską łaskawość, sama się znowu nie naraziła na zgubę!

5. O pożytkach i dobrach duchowych zapewnionych temu, kto się ćwiczy w modlitwie, to jest w modlitwie wewnętrznej, posiadamy wiele ksiąg znakomitych, pisanych przez ludzi świątobliwych i uczonych, za co niech będzie chwała Bogu. Ale choćby ksiąg tych nie było, ja, choć pokora moja niewielka, nie tak przecież jestem zarozumiała, bym o takich rzeczach mówić się ważyła. To tylko mogę powiedzieć, o czym wiem z własnego doświadczenia. Kto raz zaczął ćwiczyć się w modlitwie wewnętrznej, jakkolwiek by liczne i wielkie były jego wady i usterki, niech jej nie porzuca, bo rozmyślanie właśnie jest środkiem, za pomocą którego może się poprawić, a bez niego poprawa będzie o wiele trudniejsza. I niechaj nie poddaje się tej pokusie diabelskiej, jak ja skusić się dałam, by opuszczał modlitwę wewnętrzną rzekomo przez pokorę. Niechaj wierzy Temu, którego słowo mylić nie może, iż jeśli naprawdę żałujemy za swoje grzechy i mamy postanowienie nie obrażać Go więcej, On przywraca nam dawną swoją przyjaźń i na nowo daje nam łaski, które przedtem dawał, a nieraz i dużo większe, jeśli kto gorącą swoją skruchą na to zasłużył. Kto zaś jeszcze nie zaczął, tego proszę na miłość Zbawiciela, niech nie pozbawia się tak wielkiego dobra. Nie ma tu, czego się lękać, wystarczy tylko chcieć. Bo chociażby nie uczynił wielkich postępów, choćby się nie zdobył na to wielkie męstwo, jakiego potrzeba, aby dojść do doskonałości i zasłużyć na te szczególne łaski i pociechy, jakie Bóg daje doskonałym, taki przynajmniej będzie miał zysk, że powoli pozna drogę prowadzącą do nieba. A jeśli wytrwa, to mam nadzieję, że miłosierny Bóg, którego wybrał sobie za przyjaciela, On go za to wynagrodzi. Modlitwa, bowiem wewnętrzna jest to, zdaniem moim, poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i wylewna, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje. Prawda, że ty może Go nie miłujesz. W istocie, bowiem do prawdziwej miłości i do trwałej przyjaźni potrzeba, aby z obu stron było takie samo usposobienie i warunki. Ze strony Pana wiemy, że tu nie brakuje niczego, ale my ze swej strony mamy naturę skażoną, zmysłową, niewdzięczną. Nie potrafisz, zatem zdobyć się na doskonałą miłość Boga przy tak nierównych warunkach. Z tym wszystkim jednak, pamiętając, jak wiele tobie zależy na przyjaźni Boga i jak bardzo On ciebie miłuje, przezwyciężaj samego siebie i znoś ten ciężar, jaki ci sprawia dłuższe obcowanie z Tym, który tak jest różny od ciebie.

6. O nieskończona dobroć mojego Boga, przecież w tym, co powiedziałam, widzę jakby naocznie wierny obraz Twojego postępowania ze mną i mojego zachowania się względem Ciebie! O rozkoszy aniołów, gdy na ten obraz patrzę, z radości rozpłynęłabym się w miłości! Prawdziwie, więc Ty znosisz tego, który znieść nie może, byś Ty z nim mieszkał! O jaki to z Ciebie dobry przyjaciel, Panie mój, jakże go obsypujesz darami swojej miłości, znosisz go i czekasz czy w końcu nie podźwignie się do wysokości Twojej, a tymczasem tak cierpliwie znosisz niskość jego! Zaliczasz mu w zasługę, Panie mój, krótką chwilę, którą poświęci Twojej miłości i za jeden moment skruchy zapominasz to, czym Ciebie obraził. Jasno to poznałam na samej sobie, Stworzycielu mój, i nie rozumiem, dlaczego cały świat nie stara się o złączenie się z Tobą tak ścisłą, poufną przyjaźnią. Źli, usposobieniem swoim tak różni od Ciebie, powinni łączyć się z Tobą, abyś Ty ich uczynił dobrymi. Niech się tylko zgodzą, byś Ty był z nimi, choć dwie godziny dziennie, jakkolwiek oni nie umieją być z Tobą, tylko wśród tysiącznych roztargnień, trosk i myśli światowych, jak ja to czyniłam. Za to przezwyciężenie dobrowolnego roztargnienia, jakie sobie zadają, dla pozostawania w tak szczęśliwym z Tobą towarzystwie – bo w początkach, a nieraz i później nic więcej na rozmyślaniu uczynić nie zdołają – Ty, Panie, łaskawie na nich spoglądasz i wzajemnie jakoby gwałt zadajesz czartom, wstrzymując ich napaści na tych Twoich zapaśników i z każdym dniem umniejszasz ich siłę przeciwko nam, a im przeciwnie, sił dodajesz, aby zwycięstwo odnieśli. Albowiem, Ty nie zabijesz żadnego życia – Życie wszelkiego życia, – ale kto Tobie zaufa i pragnie mieć Ciebie za przyjacielem, pokrzepiasz jego duszę i ciało dając im zdrowie.

7. Nie rozumiem, czego się lękają ci, którzy boją się przystąpić do modlitwy wewnętrznej. Nie wiem, co w niej widzą strasznego. Dobrze wie diabeł, jaką szkodę nam wyrządza, gdy takie obawy w nas wzbudza. Widziadłami swymi odstrasza nas od rozmyślania, byśmy sobie nie przypomnieli, czym obraziliśmy Boga, jak wiele Jemu zawdzięczamy i o tym, że jest piekło, chwała niebieska, i jak wiele wycierpiał dla nas Zbawiciel. O tym było całe moje rozmyślanie i takim pozostało. Przez cały czas, kiedy tkwiłam w tych niebezpieczeństwach, gdy mogłam, zagłębiałam się myślą w te prawdy. Lecz bardzo często, przez kilka lat, bardziej zajęta byłam pragnieniem, by prędzej skończyła się godzina przeznaczona na rozmyślanie i nadsłuchiwaniem, kiedy zegar wybije, niż dobrymi i pobożnymi myślami. I nieraz chętniej byłabym podjęła się surowej pokuty, którą by mi naznaczono, niż to, że miałam skupić się w duchu dla odprawienia modlitwy wewnętrznej. Rzecz pewna, że taka była niepowstrzymana siła, z jaką diabeł czy też zła moja natura odciągały mnie od rozmyślania, i taka mnie niechęć ogarniała w chwili przekraczania progu kaplicy, że musiałam wzywać na pomoc całą swoją odwagę, – o której mówią, że mam niemałą i Bóg mi ją dał dużo większą nad zwykłą siłę kobiecą, jak się to w różnych wydarzeniach okazało, tylko, że na złe jej użyłam – nim zdołałam przezwyciężyć siebie, aż w końcu i Pan przychodził mi z pomocą. Po tak przebytej walce i przezwyciężeniu siebie, większy potem odczuwałam pokój i pociechy niż w innych rzadkich przypadkach, kiedy mnie własna skłonność pociągała do modlitwy.

8. Jeśli więc takie nędzne stworzenie, jakim ja jestem, Pan tak długo znosił i jak się okazało naocznie, wszystkie rany mojej duszy za pomocą rozmyślania uleczył, któż jeszcze jakkolwiek by był grzeszny, może mieć słuszny powód do obawy? Bo choćby wielka była jego złość, nie dorówna ona mojej, gdyż tyle lat w niej trwałam, po tylu łaskach otrzymanych od Pana. I któż jeszcze może Mu nie ufać, kiedy mnie tak długo znosił za to jedynie, że pragnęłam i szukałam spokojnego miejsca i czasu, aby On dostęp miał do mnie, i to jeszcze tak często bez żarliwości serca, jedynie przez wielki wysiłek, jaki sobie zadawałam albo, jaki Pan sam mi zadawał? Jeśli więc tym nawet, którzy Bogu nie służą, którzy owszem i obrażają Go, modlitwa wewnętrzna tak bardzo jest potrzebna i nikt nigdy, jeśli chce być szczery, nie powie, by odniósł, jaką szkodę z praktykowania jej, ale raczej będzie musiał przyznać, że wielką odniósł szkodę nie odprawiając jej – czemuż by, pytam, ci, którzy służą Bogu i pragną Mu służyć, mieli ją porzucać? Tego żadną miarą zrozumieć nie mogę. Chyba, że sami chcą jeszcze bardziej gorzkim uczynić sobie życie i zamknąć Bogu drzwi swego serca, aby go nie mógł napełnić pociechą. Doprawdy, żal mi tych, którzy tak własnym kosztem Bogu służą! Bo którzy oddają się modlitwie wewnętrznej, tych Pan sam wynagradza, gdyż za trochę trudów obdarza ich słodyczą, dzięki której łatwiej znoszą wszelkie trudności.

9. O tych pociechach, które Pan daje tym, którzy niezachwianie trwają na modlitwie, będzie jeszcze mowa obszerniej, tu, więc o nich nie mówię. To tylko powiem: drogą i bramą do tych wielkich łask, którymi Pan mnie obdarzył, jest rozmyślanie. Zamknąwszy te drzwi nie wiem, jakim sposobem można by otrzymać te łaski. Bo jakkolwiek pragnie Pan wejść do duszy i mieć w niej upodobanie, i napełnić ją rozkoszą, nie ma którędy, bo chce ją mieć samą i czystą, pragnącą Jego przyjścia. Jeśli więc kładziemy Mu wszelkiego rodzaju przeszkody i nic nie czynimy dla ich usunięcia, jakże On może przyjść do nas? Jak możemy żądać, by nam tak wielkich łask użyczał!

10. Aby się jaśniej okazało miłosierdzie Jego i jaką niezmierną korzyść z tego odniosłam, że nie opuściłam rozmyślania i czytania, wspomnę tu – bo zależy mi na tym, aby każdy to zrozumiał – jakie ataki szatan stosuje względem duszy, aby ją w swoje sieci zapędzić, i jakich cudownych sposobów Pan w miłosierdziu swoim używa, aby ją do siebie nawrócić. Niech inni nauczą się na moim przykładzie wystrzegać niebezpieczeństw, których ja się nie ustrzegłam. A przede wszystkim, na miłość Pana naszego i przez tę wielką miłość, z jaką On bezsprzecznie stara się pociągnąć nas do siebie, proszę, niech unikają okazji. Bo jeśli się w nie wplątają, nie ma już nic, na czym by mogli polegać wobec tak wielkiej siły nieprzyjaciół prześladujących nas, przy takiej słabej z naszej strony obronie.

11. Chciałabym posiadać większą, niż mam wymowę, abym umiała jasno przedstawić niewolę, jaką wówczas znosiła moja dusza. Czułam ją dobrze, a nie wiedziałam skąd ona pochodzi. Naprawdę trudno mi było uwierzyć, by rzeczy, w których spowiednicy nie widzieli mojej wielkiej winy, były istotnie takimi grzechami, za jakie w głębi duszy je uznawałam. Jeden z nich, gdym mu przedstawiała te moje skrupuły, powiedział mi, że chociażbym była wyniesiona do najwyższego stopnia kontemplacji, takie kontakty i okazje nic by w sobie nie miały dla mnie zdrożnego. Było to już w ostatnim czasie, kiedy z łaski Boga trzymałam się z daleka od większych niebezpieczeństw, ale od okazji nie całkiem jeszcze się chroniłam. Widząc we mnie dobre chęci i pilne oddawanie się modlitwie wewnętrznej sądzili, że czynię wielkie rzeczy. Ale ja w głębi duszy rozumiałam, że to, co czynię, nie odpowiada wielkości obowiązków moich względem Tego, któremu tyle byłam winna. Dziś jeszcze litość mnie bierze nad moją duszą na wspomnienie, ile wówczas wycierpiała, żadnej prawie nie mając od nikogo pomocy oprócz Boga, a mając dozwoloną wszelką swobodę do rozrywek i przyjemności rzekomo godziwych.

12. Niemałe też czułam udręczenia słuchając kazań. Lubiłam ich słuchać i jeśli kaznodzieja był pełen ducha Bożego, mówił z zapałem i namaszczeniem, mimo woli, sama nie wiedząc skąd to pochodzi, szczególną czułam miłość do niego. Nigdy prawie nie zdarzyło się, by jakiekolwiek kazanie wydało mi się tak słabe, iżbym go nie słuchała z przyjemnością. Chociażby inni słuchając go, ganili kaznodzieję, że nie mówi dobrze, miałam niewypowiedzianą z niego rozkosz. Rozmawiać o Bogu albo słuchać mówiących o Nim, nigdy, rzec mogę, mi się nie przykrzyło, mianowicie od czasu jak zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Z jednej strony, więc kazania wielką były dla mnie pociechą, ale z drugiej były dla mnie udręczeniem, bo z nich poznawałam, że nie byłam taka, jaka być powinnam. Błagałam Pana, aby mi przyszedł z pomocą. Modlitwie mojej – jak teraz rozumiem – musiało brakować tego, że nie pokładałam całej swojej ufności w boskiej dobroci i mocy Jego, i nie zrezygnowałam całkowicie z polegania na samej sobie. Szukałam lekarstwa, czyniłam starania, ale nie rozumiałam tego, że cała praca moja niewiele się przyda, dopóki nie odrzucę bezwarunkowo ufności w samą sobie, i nie położę jej w Bogu. Pragnęłam żyć, bo dobrze to rozumiałam, że nie żyłam, tylko raczej szamotałam się w cieniu śmierci, a nie było nikogo, kto by mi dał życie. Ten, który mógł mi je dać, słusznie odmawiał mi swej pomocy za to, że tyle razy już mnie nawrócił do siebie, a ja Go znowu opuszczałam.

Rozdział IX

Opowiada, jak łagodnie Pan zaczął budzić jej duszę i użyczać jej światła w wielkich ciemnościach, utwierdzając zarazem jej siły, aby Go już więcej nie obrażała.

1. W takim żyjąc znękaniu, choć dusza moja pragnęła odpoczynku, nie dawały go jej znaleźć złe moje nałogi, w których ciągle trwałam. Pewnego dnia zdarzyło mi się, że wszedłszy do kaplicy domowej, ujrzałam obraz sprowadzony na jakąś uroczystość mającą się odbyć w klasztorze i tam postawiony na przechowanie. Obraz ten przedstawiał Chrystusa, całego okrytego ranami, tak wiernie oddanego, że na widok jego moja dusza wstrząsnęła się do głębi, oglądając Pana w takim stanie, bo obraz ten żywo przedstawiał, co Chrystus Pan dla nas wycierpiał. Tak wielki ogarnął mnie żal na myśl, jak źle odwdzięczyłam się za te rany, że zdawało mi się, iż serce we mnie pęka. Rzucając się przed nim na kolana, z wielkim płaczem błagałam Pana, by mnie tak umocnił, abym już Go nie obrażała.

2. Miałam wielkie nabożeństwo do chwalebnej świętej Magdaleny i często rozmyślałam o jej nawróceniu, szczególnie po przyjęciu Komunii. Wtedy, mając tę pewność, że Pan jest obecny w moim wnętrzu, rzucałam się do Jego nóg i płakałam, myśląc, że łzy moje nie będą wzgardzone. Nie wiem sama, co w tych chwilach mówiłam, ale wielką łaskę czynił mi Ten, który mi pozwalał takie łzy dla miłości Jego wylewać, kiedy ja znowu tak szybko zapominałam o uczuciu, z którego one wypływały. Polecałam się, zatem tej chwalebnej Świętej, aby ona mi wyjednała przebaczenie.

3. W tym ostatnim wydarzeniu, przed obrazem, o którym mówiłam, zdaje mi się, że skuteczniej, niż kiedy indziej mnie wspomagała, bo pozbyłam się już zupełnie wszelkiej ufności w samą sobie, a całą ufność swoją położyłam w Bogu. Powiedziałam Mu wówczas, zdaje mi się, że nie wstanę od modlitwy, dopóki nie spełni mojego błagania. Wierzę z całą pewnością, że wówczas zostałam wysłuchana, bo od tej chwili zaczęłam coraz więcej się poprawiać.

4. Nie umiejąc rozmyślać rozumem, trzymałam się takiego sposobu modlitwy: starałam się przedstawiać sobie Chrystusa w swojej duszy i najlepiej – zdaje mi się – wychodziło mi rozważanie tych tajemnic, w których oglądałam Go samego. Czułam, że będąc samotny i strapiony, i jakby potrzebujący pomocy, łatwiej mnie powinien dopuścić do siebie. Takich dziecinnych myśli miewałam wiele. Szczególnie też bardzo lubiłam rozważać Jego modlitwy w Ogrójcu i chętnie Mu w niej towarzyszyłam. Rozmyślałam o pocie i o smutku, który tam cierpiał. Chętnie, gdybym mogła, otarłabym Mu ten bolesny pot. Nigdy jednak, pamiętam, nie odważyłam się na to, bo widziałam przed oczyma tyle tak ciężkich moich grzechów. Tak pozostawałam tam z konającym Zbawicielem, jak mogłam najdłużej, o ile pozwalały na to obce moje myśli i roztargnienia, bo zawsze miewałam ich wiele, na swoje udręczenie. Przez wiele lat, każdej niemal nocy przed zaśnięciem polecając Bogu swoją duszę zastanawiałam się na chwilę nad tajemnicą modlitwy w Ogrójcu. Robiłam to, zanim jeszcze zostałam zakonnicą, bo mi powiedziano, że do tego rozmyślania przywiązane są liczne odpusty. I sądzę, że wielką z tego korzyść odniosła moja dusza, zaczynając tym sposobem odprawiać modlitwę wewnętrzną, nim jeszcze dowiedziała się, na czym ta modlitwa polega. Dzięki długoletniemu przyzwyczajeniu, tak mi ta pobożna praktyka weszła w zwyczaj, że nigdy jej nie opuściłam, tak samo jak przeżegnania się przed zaśnięciem.

5. Wracając do tego udręczenia, które jak wspomniałam, sprawiały mi obce myśli, sposób modlitwy wewnętrznej, bez rozumowania umysłem, ma to w sobie, że dusza musi tu dużo zyskiwać albo dużo tracić. Traci korzyści wynikające z rozważania rozumem, ale jeśli czyni postępy, są to postępy wielkie, bo postępuje w miłości. Lecz nim dojdzie do tego, dużo się napracuje, chyba, że Pan zechce w bardzo krótkim czasie dać jej osiągnąć modlitwę odpocznienia, jak to czyni niektórym i sama znam takie. Duszom postępującym tą drogą pożyteczne jest używać książki, dla szybszego skupienia się w duchu. Mnie do tego dopomógł widok pól, wody, kwiatów. W tych rzeczach znajdowałam Stworzyciela, one mnie pobudzały i pomagały do skupienia ducha, oraz służyły za księgę, w której wyczytałam niewdzięczność swoją i grzechy. Do rzeczy niebieskich i w ogóle wszelkich rzeczy wzniosłych, tak słaby miałam umysł, iż nigdy nie zdołałam przedstawić ich sobie za pomocą wyobraźni, dopóki sam Pan mi ich w inny sposób nie ukazał.

6. Tak mało miałam zdolności do przedstawiania sobie rzeczy samym rozumem, że czego nie widziałam na oczy, tego nie umiałam uprzytomnić sobie w wyobraźni, jak to umie wielu innych, którzy tworzą obrazy w myśli i tym sposobem ułatwiają sobie skupienie się w duchu. Ja nie byłam zdolna myśleć o Chrystusie tylko jak o człowieku, ale również nigdy nie zdołałam przedstawić Go sobie w myśli, jakkolwiek wiele czytałam o Jego piękności i widziałam Jego wyobrażenia. Tylko tak jak ślepy albo w ciemnościach pogrążony, który choć rozmawia z drugą osobą i czuje jej obecność, bo wie z pewnością, że jest tam przy nim, więc czuje i wierzy, że ona jest obecną, ale jej nie widzi. Tak było ze mną, ile razy myślałam o Boskim Zbawicielu. Z tego też powodu tak się kochałam w obrazach świętych. O jakże są nieszczęśni ci, którzy z własnej winy takiego wielkiego dobra siebie pozbawiają! Jasny to dowód, że nie kochają Pana, bo gdyby Go kochali, cieszyliby się na widok wyobrażenia Jego, tak jak i w stosunkach ludzkich każdy chce oglądać podobiznę tego, kogo miłuje.

7. W tym czasie otrzymałam do czytania Wyznania świętego Augustyna. Widocznie Pan sam tak zrządził, bo ja się o tę książkę nie starałam ani jej nigdy przedtem na oczy nie widziałam. Wielkie mam upodobanie i miłość do świętego Augustyna, dlatego, że klasztor, w którym przebywałam będąc świecką, należał do jego Zakonu, a po drugie także, dlatego, że był przedtem grzesznikiem. Z takich, bowiem świętych, których Pan nawrócił do siebie z życia grzesznego, wielką brałam dla siebie pociechę, że u nich znajdę skuteczniejszą pomoc i że Pan, jako im odpuścił, tak może odpuścić i mnie. To jedno tylko, jak już mówiłam, w nich mnie przygnębiało, że ich Pan raz tylko do siebie powołał, po czym oni już nie wracali do grzechu, a ja tyle już otrzymałam tych wezwań Bożych, ale zawsze na próżno i to mnie bardzo dręczyło. Lecz pamiętając o miłości, jaką On wciąż mi okazywał, znów nabierałam otuchy, bo w miłosierdzie Jego nigdy nie zwątpiłam.

8. O Boże wielki, jakże mnie przeraża ten upór, w którym trwała moja dusza przy tylu pomocach z nieba! Strach mnie ogarnia na wspomnienie, jak mało miałam mocy w sobie, jak czułam siebie skrępowaną i bezsilną do mężnego postanowienia oddania się Bogu bez podziału. Gdy zaczęłam czytać Wyznania, zdawało mi się, że widzę w nich własny swój obraz. Dlatego zaczęłam gorąco polecać siebie temu chwalebnemu Świętemu. Doszedłszy do miejsca, gdzie Święty opowiada swoje nawrócenie, i jak usłyszał głos w ogrodzie, wyraźne miałam w sercu to uczucie, że Bóg tym głosem woła i mnie. Przez długi czas pozostawałam cała tonąc we łzach, z wielkim w głębi duszy żalem i zmartwieniem. O Boże, jakże bardzo cierpi dusza, gdy utraci tę wolność, jaka była jej dana i jaką powinna była zachować na to, aby była panią samej siebie! Jakie musi znosić udręczenia! Sama sobie dziś się dziwię, jak mogłam żyć w takiej męce! Niech będzie chwała Bogu, iż darował mi życie, abym powstała ze śmierci, nad wszelką śmierć, śmiertelniejszej!

9. Czułam wtedy, że dusza moja wielkie umocnienie otrzymała od Boskiego Majestatu Jego, że wysłuchał moje wołanie i ulitował się nad tak wielkim moim płaczem. Od tego czasu zaczęło rosnąć we mnie upodobanie do dłuższego pozostawania z Bogiem i pilność w unikaniu okazji, bo po usunięciu ich, dusza od razu zwracała się do Jego miłości. Rozumiałam dobrze i czułam – jak mi się zdaje – że Go miłuję, ale nie rozumiałam jeszcze, jak powinnam była rozumieć, na czym polega prawdziwa miłość Boga. Zaledwie zaczynałam się zdobywać na chęć i wolę służenia Mu, kiedy boska łaskawość Jego już zaczęła mnie na nowo obsypywać swymi darami. Mogłoby się zdawać, że czego inni z wielką pracą starają się dostąpić, to Pan jakby się u mnie dopraszał, bym zechciała przyjąć z Jego rąk pociechy i łaski duchowe, których mi już w tych ostatnich latach użyczał. Nigdy się nie ośmieliłam błagać Pana o te łaski albo o tkliwe pobożne uczucia. Prosiłam Go tylko, by dał mi łaskę nie obrażania Go więcej i by mi odpuścił ciężkie moje grzechy. Widząc całą ich wielkość, nigdy świadomie i rozmyślnie nie pragnęłam łask szczególnych i pociech duchowych. Uważałam już to, za wielką łaskawość i było to w istocie wielkie Jego miłosierdzie nade mną, że znosił mnie przed swoim obliczem, że owszem sam pociągał mnie do siebie, bo widziałam to jasno, że sama bym nie przyszła, gdyby On tego we mnie nie sprawił. Pamiętam, że tylko jeden raz w życiu prosiłam Go o pociechy wewnętrzne, w chwili wielkiej duchowej oschłości. Gdy się jednak spostrzegłam, co robię, tak się tej prośby swojej zawstydziłam, że sam żal mój i upokorzenie z tego, że tak mało jestem pokorna, sprawiły we mnie to, o co ośmieliłam się prosić. Wiedziałam dobrze, że wolno prosić o takie rzeczy, ale zdawało mi się, że mogą to robić tylko ci, którzy się należycie przygotowują, starając się ze wszystkich swoich sił o to, by nie obrażać Boga i mieć gotową i ochotną wolę do wszystkiego, co dobre. Łzy moje wydawały mi się prostą tylko kobiecą tkliwością, nie mającą w sobie żadnej siły ani skuteczności, skoro nie osiągałam przez nie tego, czego pragnęłam. Jednak sądzę, że miałam z nich pożytek, bo jak mówiłam, szczególnie od czasu tych dwóch zdarzeń, w których je z taką skruchą i z takim bólem serca wylewałam, zaczęłam więcej oddawać się modlitwie i unikać rzeczy przynoszących mi szkodę. Chociaż i wówczas jeszcze nie całkiem je porzuciłam, tylko, że Bóg – jak mówiłam – dopomagał mi do zupełnego od nich oderwania się. Po tym bardzo niedołężnym przygotowaniu, którego boska dobroć Jego jedynie po mnie mogła oczekiwać, zaczęły się mnożyć łaski duchowe w sposób, jaki zaraz opiszę. Była to dobroć nadzwyczajna, bo takie łaski daje Pan tylko tym, którzy już osiągnęli doskonałą czystość sumienia.

Rozdział X

Zaczyna opisywać łaski, jakich Pan jej udzielał na modlitwie. Jak i w czym możemy sami sobie dopomagać do otrzymania podobnych darów. Jak wiele zależy od tego, jak rozumiemy łaski, jakie Pan nam daje. – Prosi tego, któremu to pismo posyła, by od tego miejsca wszystko, co napisze, pozostało tajemnicą, skoro według danego rozkazu, musi tak szczegółowo opowiadać o łaskach przez Pana jej udzielonych.

1. Kilka razy – jak mówiłam – miałam, choć to bardzo szybko przemijało, początki tego, co teraz opowiem. Gdy na modlitwie, jak powiedziałam wyżej, stawiałam siebie tuż przy Chrystusie i przedstawiałam Go sobie mieszkającego w moim wnętrzu – a nieraz także w czasie czytania – zdarzało mi się, że nagle przenikało mnie takie żywe uczucie obecności Bożej, że żadną miarą nie mogłam wątpić o tym, że On jest we mnie albo ja cała w Nim pogrążona. Nie był to jakiś rodzajem widzenia, ale coś innego, co nazywają, zdaje mi się, teologią mistyczną. Sprawia to takie zawieszenie duszy, iż cała jakby wychodzi z siebie. Wola w tym stanie kocha, pamięć zdaje się jakby zagubiona, rozum, o ile mi się zdaje, nie myśli ani się nie gubi w tym zachwyceniu, tylko, nie działa będąc jakby przerażony wielkością tych rzeczy, które ogląda. Bóg, bowiem chce, aby rozumiał, że z tego, co mu w tej chwili ukazuje Boski Jego Majestat nic a nic nie rozumie.

2. Przedtem miałam prawie nieustannie pobożność uczuciową. Łaski tej, o ile mnie się zdaje, możemy w pewnej mierze i do pewnego stopnia osiągnąć własnym staraniem. Jest to pociecha ani całkiem zmysłowa, ani też czysto duchowa, ale cała jest darem Bożym. Możemy jednak, zdaje mi się, skutecznie ją osiągnąć, zastanawiając się nad niskością i niewdzięcznością naszą względem Boga za tyle dobrodziejstw, które nam uczynił, rozważając Mękę Zbawiciela i tyle ciężkich Jego boleści, i całe życie Jego tak pełne cierpienia. Patrząc z miłością na wspaniałość dzieł Pańskich, na nieskończoną wielkość Jego majestatu, jak nas umiłował i wiele innych rzeczy, które każdemu, kto szczerze pragnie postąpić w dobrym, co chwile same się nasuwają, chociaż nie bardzo na nie zwraca uwagę. Jeśli więc do takiego rozważania dołoży się trochę miłości, wtedy dusza się raduje, serce się wzrusza i łzy płyną. Czasem sami jakby własną siłą je wydobywamy, czasem znowu Pan, otwiera własną ręką ich źródło, tak, iż powstrzymać go ani oprzeć się nie zdołamy. Tak to hojnie, za tę trochę natarczywości naszej, Bóg nam płaci darem tak wielkim, jakim jest pociecha, przenikająca duszę wśród tych jej łez, gdy wie i widzi, że płacze dla wielkiego Pana. I nie ma, co się dziwić, bo ma tu słuszny i wzniosły powód do serdecznej pociechy. Tą pociechą się raduje, w niej słodko odpoczywa.

3. Nasuwa mi się tu porównanie, trafne jak sądzę. Rozkosze te duchowe na modlitwie podobne są w pewnym stopniu do rozkoszy wybranych w niebie, którzy choć tam nie oglądają nic więcej nad to, co Pan według zasługi każdego chce, aby oglądali, każdy z nich przecież, widząc jak małe są jego zasługi, raduje się i jest szczęśliwy z miejsca, jakie otrzymał. Stąd taka jest niezmierzona różność stopni rozkoszy niebieskich, bez porównania większe od różnicy, jaka tu na ziemi zachodzi między jedną pociechą duchową a drugą, choć i tu różnorodność stopni jest bardzo wielka. Tak i duszy początkującej, gdy Bóg użyczy tej łaski, prawdziwie już zdaje się, że nie ma nic, czego by jeszcze pragnąć mogła i uważa się za obficie nagrodzoną za całą swoją pracę i służbę, i bez wątpienia ma słuszność. Bo jedna taka łza, jak mówiłam, staraniem naszym wywołana – chociaż bez Boga daremne byłoby wszelkie nasze staranie – żadną jak sądzę, najcięższą pracą tego życia nie może być godnie okupiona, tak wielką jest jej wartość i tak wielki zysk nam przynosi. Bo jaki może być większy zysk nad taką pociechę, dającą duszy niejakie świadectwo, iż jest przyjemna Bogu? Kto wiec tej łaski dostąpi, niech za nią wielbi Boga, ile zdoła. Niech uważa siebie za wielkiego dłużnika Jego boskiej dobroci, gdyż Pan chce go mieć swoim domownikiem i przeznacza go do swego królestwa, byleby wstecz się nie cofał.

4. Niechaj się nie oszuka pewną fałszywą pokorą, o której tu mówić zamierzam, a która na tym polega, że ktoś przez rzekomą pokorę nie uznaje w sobie darów, jakich Pan mu użycza. Zrozumiejmy to dobrze i nigdy o tym nie zapominajmy, że Bóg nam daje łaski swoje bez żadnej naszej zasługi, że zatem naszą powinnością jest dziękować za nie Jego Boskiemu Majestatowi. Bo jeśli nie znamy i nie rozumiemy tego, co od Niego otrzymujemy, nie zdołamy też pobudzić siebie do Jego miłości. Jest rzeczą pewną, że im jaśniej dusza uznaje, jak bogata jest przez łaskę Bożą, pamiętając o tym, jak sama z siebie jest uboga, tym wyżej postąpi w cnocie, tym głębiej się utwierdzi w prawdziwej pokorze. W przeciwnym razie, gdy przez tę fałszywą pokorę wyobraża sobie, że nie jest godna do posiadania wielkich łask, gdy Pan zacznie jej ich udzielać, lęka się tylko i drży, aby nie zgrzeszyła próżnym upodobaniem. Dusza taka pozbawia siebie wszelkiej otuchy i odwagi do dobrego. Wierzmy mocno, że Ten, który nam daje swoje dary, da także łaskę, abyśmy umieli poznać podstępy czarta, jeśliby z powodu tych darów zaczął nas kusić próżną chwałą, że da i moc, abyśmy mogli się sprzeciwić pokusie, jeśli tylko w szczerości serca chodzimy przed Bogiem i Jemu pragniemy się podobać, a nie ludziom.

5. Rzecz to jasna, że im większe, kto nam wyświadczył dobrodziejstwa, tym więcej będziemy go miłować. Słuszną, więc jest rzeczą i wielką zasługą pamiętać zawsze o tym, że od Boga mamy byt i nasze istnienie, że On nas stworzył z niczego i zachowuje nas, że wszystkie dobrodziejstwa swojej męki i śmierci nam przygotował i w pogotowiu trzymał dla każdego z nas dziś żyjących, na długo przedtem nim nas stworzył. Czemuż by mnie nie miało się godzić, bym uznawała to i jasno widziała, i ustawicznie rozpamiętywała, jak niegdyś lubowałam się w próżnych rozmowach, a jak teraz Pan mi dał tę łaskę, że o niczym mówić nie lubię i nie chcę, tylko o Nim? Oto klejnot drogi, który gdy wspomnimy, że On go dał i że jest w naszym posiadaniu, pobudza i zniewala do miłości, i to jest szczęśliwy owoc modlitwy wewnętrznej, opartej na pokorze. Cóż dopiero będzie, gdy dusza ujrzy w swym władaniu inne klejnoty jeszcze droższe, takie jak je już otrzymał niejeden sługa Boży, na przykład łaskę wzgardy świata, owszem i wzgardy siebie samego? – Rzecz jasna, że tym bardziej wówczas musi uznawać, że jest dłużnikiem Pana i zobowiązaną do służenia Jemu. Musi pamiętać, że sama z siebie nic z tego wszystkiego nie miała. Powinna wielbić hojność Pana za to, że duszy tak ubogiej, grzesznej i ogołoconej z wszelkiej zasługi, jaką jest moja dusza, której wystarczyła ta pierwsza perełka, raczył użyczyć tyle innych jeszcze droższych łask i większymi obsypać mnie bogactwami, niż sama pragnąć bym mogła.

6. Powinniśmy zdobywać się na nowe siły do służby Bożej i nie okazywać się niewdzięcznymi, bo pod tym warunkiem Pan daje nam swoje łaski. I jeśli nie czynilibyśmy dobrego użytku z tego skarbu i z tego wysokiego stanu, do którego nas podnosi, On je nam znowu odbierze i w większym ubóstwie nas pozostawi niż byliśmy przedtem, a perły swoje da takiemu, który je wiernie uszanuje i pożytek z nich uczyni sobie i innym. Lecz jakże mógłby czynić taki pożytek i hojnie użyczać innym, ten, kto by nie wiedział o tym, że jest bogaty? Przy takiej naturze jak nasza, nie sposób, zdaje mi się, by, kto zdobył się sercem i odwagą do rzeczy wielkich, jeśli nie ma wewnętrznego przeświadczenia, że jest w łasce u Boga. Tak przecież jesteśmy nędzni i tak skłonni do rzeczy ziemskich, że trudno by zdołał obrzydzić sobie wszystkie dobra doczesne i całym sercem od nich się oderwał, kto nie jest przeświadczony, że posiada już niejaki zadatek dóbr wiecznych. Trudno tym bardziej, by szczerze pragnął być wzgardzonym przez wszystkich, kto, oprócz żywej wiary, nie czuje w sobie tej miłości, jaką Bóg go miłuje, i nabył wszystkie te wielkie cnoty, którymi jaśnieją doskonali. Bo tak jest nieczuła dla rzeczy nadziemskich nasza natura, że tylko do tego się garniemy, co widzimy na oczy. Dlatego właśnie te łaski i dary Boże, gdy je uznajemy w sobie i widzimy, budzą naszą wiarę i nowej dodają jej dzielności. Przez te swoje dary Pan przywraca nam siłę i męstwo, które my przez grzechy nasze straciliśmy. Może być, że będąc złą i grzeszną, sądzę o tych rzeczach według siebie. Mogą być inni, którym do spełnienia doskonałych uczynków niczego więcej nie potrzeba, tylko samej prawdy wiary. Ja w nędzy swojej potrzebowałam wszystkich tych pomocy.

7. Te rzeczy niech oni nam wyjaśnią. Co do mnie, opisuję tu tylko, co było ze mną, jak mi kazano. Jeśli piszę, co nie do rzeczy, ten, któremu to posyłam, podrze moje pisanie, bo lepiej ode mnie potrafi poznać, co jest złego. Proszę go też na miłość Zbawiciela, by to wszystko ogłosił, co dotąd powiedziałam o swoim niecnotliwym życiu i o grzechach. Od dzisiaj daję na to pozwolenie jemu i wszystkim moim spowiednikom. Wszystko to niech ogłoszą, jeśli chcą, natychmiast, jeszcze za mego życia, bym nie oszukiwała ludzi, którzy myślą, że jest we mnie, co dobrego. Prawdziwie i z wszelką pewnością, o ile znam i rozumiem dzisiaj samą siebie, zapewniam ich, że ogłoszenie to wielką mi sprawi pociechę. Natomiast nie daję pozwolenia na to, o czym teraz będę mówić. Jeśliby ten opis komu mieli pokazać, nie chcę, by wyjawili, kto jest ta, w której takie rzeczy się działy, ani kto to napisał. Dlatego też nie wymienię tu nigdzie swojego nazwiska ani kogokolwiek. Postaram się tak pisać, żebym nie została poznana i o to proszę na miłość Boga. Jeśli tu, cokolwiek w tym moim opisie znajdzie się godne zalecenia, niech to zostanie zatwierdzone przez mężów tak poważnych i uczonych. Jeśli Pan da mi łaskę ku temu, i powiem, co dobrego, będzie to Jego sprawa, a nie moja, bo ja nie mam żadnej nauki ani zalety życia cnotliwego, ani żadnej od nikogo, uczonego czy kogo bądź pomocy do tego pisania. Nikt też oprócz tych, którzy kazali mi pisać, a których obecnie tu nie ma, nie wie o tym, że piszę. A mogę tylko pisać w chwilach, że tak się wyrażę, kradzionych, bo odrywa mnie to od przędzenia, a dom, w którym mieszkam, jest ubogi i nie brak mi różnego rodzaju zajęć. Gdyby to jeszcze Pan dodał mi większej zdolności i lepszej pamięci, za pomocą, których mogłabym przynajmniej korzystać z rzeczy dawniej czytanych lub słyszanych, ale zdolność moja prawie żadna a pamięć bardzo słaba. Jeśli więc w tym wszystkim zdarzy mi się powiedzieć, co dobrego, sam Pan to sprawi według swojej woli, mając w tym na celu, jaki dobry skutek. Co zaś będzie złego, to będzie moja własna sprawa i wasza miłość to wykreśli. Jakkolwiek bądź wymienienie mojego nazwiska ani w jednym, ani w drugim wypadku nie może przynieść pożytku, póki żyję. Wyjawienie to równałoby się głoszeniu moich zalet, a rzecz jasna, że nikogo nie należy chwalić za życia. Tym bardziej jeszcze po mojej śmierci nie ma powodu mówić o mnie, chyba na to tylko, aby to, co w moim pisaniu może być dobrego, straciło wszelką powagę, i nikt by mu wiary nie dawał, widząc, że pisała to osoba tak nędzna i niecnotliwa.

8. Piszę swobodnie, mając nadzieję, że wasza miłość i inni, którzy mają to czytać, uczynicie to, o co proszę na miłość Zbawiciela. Inaczej miałabym wielkie skrupuły, z wyjątkiem, gdy przychodzi mi pisać o swoich grzechach, bo co do tego żadna mnie wątpliwość nie krępuje. Co do reszty zaś, dość tego, że jestem kobietą, aby mi na samo wspomnienie skrzydła opadły, a tym bardziej, że nie tylko kobietą, ale i niecnotliwą. Wszystko, więc, co tu nie należy do prostego opisu mego życia, niech to wasza miłość zachowa u siebie, skoro z takim naleganiem żąda ode mnie objaśnienia tych łask, jakie mi Bóg czyni na modlitwie. Czy to objaśnienie okaże się zgodne z prawdami świętej naszej wiary katolickiej? – Gdyby nie, wasza miłość natychmiast to spali, na co z góry się zgadzam i poddaję. Powiem, więc, co się dzieje we mnie:, jeśli są to rzeczy zgodne z wiarą, może wasza miłość odniesie z nich, jaki pożytek, jeśli nie, nie zaniedba wyprowadzić moją duszę z błędu, by diabeł nie skorzystał z tego, z czego ja spodziewałam się odnieść korzyść dla siebie. Bo zawsze, jak wiadomo Panu i jak o tym później jeszcze wspomnę, szukałam i pragnęłam znaleźć takich, którzy by mnie mogli oświecić.

9. Jakkolwiek pragnę jasno wyrazić to, co wiem o tych przejściach wewnętrznych na modlitwie, słowa moje wydadzą się zapewne bardzo ciemne tym, którzy nie mają doświadczenia w tych rzeczach. Wskażę tu niektóre trudności, które zdaniem moim stoją na przeszkodzie do postępu na tej drodze i inne niebezpieczeństwa, mogące się na niej trafić, jak mi je Pan dał poznać z własnego doświadczenia. Przez wiele lat zasięgałam w tej mierze zdania ludzi głęboko uczonych i świadomych życia duchowego. Wszyscy oni uznali, że mimo tych fałszywych kroków i moich niewierności na tej drodze, Pan łaskawy w ciągu tych dwudziestu siedmiu lat, odkąd zaczęłam odprawiać rozmyślanie, takiego mi użyczył doświadczenia, jakie inni zaledwie osiągnęli w trzydzieści siedem albo czterdzieści siedem lat, przy niezmiennej przez tak długie lata stałości w pokucie i cnocie. Niech będzie błogosławiony za wszystko i niech mną rozporządza do służby swojej według boskiej woli i dobroci. Bo dobrze wiadomo mojemu Panu, że w tym objawieniu łask, jakie mi uczynił, nie mam na celu niczego innego, tylko uwielbienie i przymnożenie Mu chwały według maluczkiej mojej miary, ukazując jak spodobało mu się takie plugawe i cuchnące śmietnisko zamienić w ogród, takim wdzięcznym kwiatem pachnącym. Niech mnie boska dobroć Jego uchroni od tego nieszczęścia, bym je, kiedy jeszcze z własnej winy wyplenić miała… i stać się znowu taką, jaką przedtem byłam. O to błagam na miłość Bożą, niech prosi za mną wasza miłość, bo lepiej i jaśniej wie, czego jestem warta, niż mi to pozwolił tu wypowiedzieć.

Zobacz podobne wpisy