Księga życia
15 listopada, 2016
Księga fundacji
15 listopada, 2016

Droga doskonałości

Wprowadzenie

Geneza i historia księgi

Dwanaście mniszek klasztoru Św. Józefa, ufundowanego przez Teresę od Jezusa w sierpniu 1562 w Awili, dowiedziało się około r. 1565, że ich Matka Fundatorka opisała swoje życie i rękopis przekazała spowiednikowi. Manuskrypt, oprócz wspomnień ściśle osobistych, zawierał także bardzo dokładne wskazania co do modlitwy i sposobu jej odprawiania. Zakonnice ogromnie zainteresowane opisem, nie mogąc go mieć w swoich rękach, zwłaszcza z powodu silnego sprzeciwu o. Dominika Bańeza, dominikanina i spowiednika Teresy, prosiły swą Matkę, aby dla nich napisała coś o modlitwie. Teresa, jako dobra matka, dała się przekonać i w 1566 r. rozpoczęła pisać traktat, który nie pretendował do naukowości, ale chciał być kodeksem rodzinnym dla uzupełnienia nauczania ustnego, którego Matka Teresa udzielała swoim duchowym córkom. Pisała na sposób jakby obszernego rodzinnego listu, skierowanego do grona dusz gorliwych, żyjących już w atmosferze kontemplacji i gotowych do wysiłków i wyrzeczeń dla Boga.

Początkowo Autorka myślała dać siostrom tylko pewne rady odnośnie do zachowania reguły i konstytucji. W czasie pisania dała się jednak ponieść sercu i umiłowanemu tematowi modlitwy, który stał się tematem centralnym, i praktycznie Teresa napisała traktat o życiu modlitwy.

Aby przedstawić jasno wykład życia modlitwy, wzięła sobie jako zasadę opracowanie komentarza do modlitw ustnych Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. W ciągu pisania spostrzegła, że komentarz do Ojcze nasz stał się bardzo długi, i dlatego zrezygnowała z pisania komentarza do Zdrowaś Maryjo. W ten sposób decyzja Świętej pozbawiła nas cennej perły literatury maryjnej.

Teresa ukończyła swe dzieło w r. 1565 i oddała je ojcu Bańezowi do recenzji. Ten jednak nie zdążył przeczytać rękopisu, nim dostał się do o. Garcia z Toledo. Po dokładnej recenzji o. Garcia nie zatwierdził tekstu, ale ze swoimi uwagami zwrócił go Teresie. Święta na nowo wzięła pióro do ręki, i nie tylko poprawiła punkty krytykowane, ale przerobiła całą książkę z punktu widzenia doktrynalnego i literackiego, podzieliła ją na rozdziały, i w 1566 r. oddała cenzorom, którzy jeszcze zażądali od niej poprawek zasadniczych argumentów: o miłości czystej i wolności miłości w osobach doskonałych, o pragnieniu widzenia błogosławionego (visio beatifica), o usprawiedliwieniu, o świadomości stanu łaski i różnych tematach chrystologicznych.

Teresa właściwie do końca życia udoskonalała swoje dzieło, i dopiero w r. 1582, a więc na krótko przed jej śmiercią, don Teutonio de Braganza, biskup z Evora, otrzymał od Teresy zgodę na druk książki. W sześć lat po śmierci Autorki o. Ludwik z Leonu, zabierając się do druku Dzieł Świętej, stanął wobec trudnego problemu. Miał dwa rękopisy Drogi doskonałości, całkowicie napisane ręką Matki Teresy, różniące się nieco treścią. Chcąc wyjść z tej trudności zredagował jedną książkę z dwóch rękopisów, uzupełniając wzajemnie teksty. Tego rodzaju manipulacja wydawnicza nie podobała się krytykom ubiegłego wieku. Zaproponowali więc rozdzielenie dwóch zeszytów autobiograficznych. Pierwszy zeszyt, przechowywany w bibliotece królewskiej Eskurialu, jest uważany za pierwszą redakcję, czyli tekst niedefinitywny, drugi manuskrypt, przechowywany w klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Valladolid, za tekst definitywny, w którym Teresa wyraziła swoją ostateczną myśl.

W poprzednim wydaniu polskim z roku 1962 zostało jeszcze uwzględnione kryterium wydawnicze o. Ludwika z Leonu. Tekst drugiej redakcji z Valladolid został uzupełniony wstawkami z tekstu eskurialnego. Niniejsze wydanie opracowaliśmy zgodnie z kryteriami naukowymi nowoczesnymi. Wydajemy więc drugą redakcję z kodeksu valladolidzkiego. Wstawki z kodeksu eskurialnego podajemy w notach, aby czytelnik miał możność porównania różnicy między obydwoma tekstami.

Struktura księgi

Głównym celem św. Teresy w tym traktacie jest zachęcenie czytelników do modlitwy wewnętrznej i przygotowanie ich do niej przez ascezę i pokutę. Teresa proponuje przygotowanie się do życia mistycznego w dwóch ścisłych etapach. Pierwszy polega na ćwiczeniu się w cnotach; drugi wyraża się przez praktykę modlitwy ustnej i myślnej. Wykonywanie nadprzyrodzonych aktów cnót łączy się ściśle z pielęgnowaniem modlitwy. Przez modlitwę bowiem upraszamy sobie łaskę Bożą, konieczną do urzeczywistnienia aktów nadprzyrodzonych.

To jest główny przedmiot książki. Święta nazwała ją Drogą doskonałości, ponieważ jakby po drodze cnót i bogomyślności, prowadzi ona dusze do źródła wody żywej, którą jest modlitwa doskonała.

W pierwszych trzech rozdziałach przedstawia cel, jaki jej przyświecał w zapoczątkowaniu reformy Karmelu i założeniu pierwszego klasztoru Św. Józefa w Awili. Wczuwając się w potrzeby Kościoła, odnajdującego swoją identyczność na Soborze Trydenckim, Święta pragnęła pomóc Kościołowi w walce z herezją zalewającą Europę, organizując wspólnoty zakonne wierne Kościołowi i Chrystusowi. Była przekonana, że takie wspólnoty mogą przez modlitwę i pokutę wyjednać Bożą pomoc dla kapłanów i misjonarzy oraz dla teologów walczących w obronie wiary.

Po tym ogólnym wstępie Święta przechodzi do właściwego tematu, czyli do traktatu o cnotach i modlitwie. Podstawowymi cnotami ascetycznymi są: pokora, oderwanie się od stworzeń i czysta miłość Boga. Pokora, która według definicji terezjańskiej jest prawdą, stawia duszę w świetle prawdy przed Bogiem jako istotę słabą, potrzebującą zawsze pomocy Bożej, ale równocześnie kochaną przez Boga. W ten sposób pokora przygotowuje duszę do poufnej rozmowy z Ojcem, który jest w niebie. Całkowite oddanie się Bogu może nastąpić tylko pod warunkiem zupełnego oderwania się od przywiązania do rzeczy stworzonych. Miłość czysta sprawia, że wszystkie rzeczy i osoby kochamy w Bogu i dla Boga.

Ćwiczenie się w tych cnotach jest pierwszym krokiem w życiu ascetycznym. Drugim krokiem jest praktykowanie modlitwy wewnętrznej.

Modlitwa wewnętrzna stanowi warunek konieczny w życiu duchowym. Modlitwa ustna powinna wprowadzać w tajniki modlitwy myślnej. Stąd święta Mistrzyni modlitwy w rozdziałach 27-39 objaśnia tym, którzy nie mogą rozmyślać, najpiękniejszą modlitwę ewangeliczną Ojcze nasz, której nauczył nas sam Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus. Na kanwie poszczególnych próśb Ojcze nasz Święta objaśnia trzy rodzaje modlitwy wewnętrznej, a więc modlitwę skupienia, odpocznienia i zjednoczenia, choć nie tak obszernie jak to uczyniła w Księdze życia i Twierdzy wewnętrznej. Autorka posługuje się stylem wdzięcznych obrazów, przenośni i porównań alegorycznych, jak woda, źródło wody żywej, gra w szachy, droga, pałac, a nawet wojna.

Na końcu traktatu jeszcze raz przestrzega dusze przed niebezpieczeństwami i przeszkodami, jakie napotykają na drodze doskonałości. Zapewnia wszakże, że bojaźń Boża zabezpieczy je przed atakami szatana, a miłość doprowadzi do ostatecznego zwycięstwa.

Orędzie do czytelnika

Teresa nawołuje czytelników do łączenia modlitwy ustnej z myślną. Modlitwa ustna nie może być mechanicznym powtarzaniem słów, ale powinna się łączyć ze zrozumieniem ich treści i odniesieniem ich do Boga. W ten sposób modlitwa ustna staje się równocześnie modlitwą wewnętrzną. Słysząc, że niektórzy chrześcijanie nie uważają modlitwy myślnej za konieczną, tak im odpowiada: „Co mówicie, chrześcijanie? Czy rozumiecie, co to znaczy mówić, że modlitwa wewnętrzna jest niepotrzebna? Rzecz pewna, to wiem, że nie rozumiecie i ani nie wiecie, co to jest modlitwa myślna, ani co to jest kontemplacja, ani nawet jaką powinna być modlitwa ustna, bo gdybyście rozumieli i wiedzieli, nie ganilibyście z jednej strony tego, co chwalicie z drugiej” (D 22, 2).

W dalszym ciągu swych wywodów w obronie łączenia modlitwy ustnej z wewnętrzną Święta twierdzi, że do dobrego odmówienia modlitw ustnych trzeba najpierw przygotować się przez modlitwę wewnętrzną. Trzeba się zastanowić na wstępie, poucza Święta, kto jest Ten, do którego ma mówić, a kto człowiek, który chce rozmawiać z Bogiem Najwyższym i Wszechmocnym, aby przejął się wielkością Boga, a swoją niskością i słabością. Wtedy modlitwa będzie godna i skuteczna. Przed modlitwą ustną długa chwila upłynie na modlitwie myślnej. Kiedy już dusza zacznie odmawiać modlitwę ustną, powinna to czynić z wielką uwagą i zrozumieniem słów, które mówi do Boga: „Tak więc, zaczynając modlitwę, zacznijcie ją rozmyślaniem, kto jest Ten, do którego mówić macie, a w ciągu modlitwy myślcie i pamiętajcie, kto jest Ten, z którym rozmawiacie. Wszystkie lata waszego życia, choćby i tysiąc razy pomnożone, nie starczyłyby wam na to, byście w zupełności pojęły i zrozumiały, jakiej czci jest godzien ten Pan, przed którego obliczem drżą Aniołowie, którego rozkazom wszystko stworzenie jest posłuszne, którego wola jest czynem” (D 22, 7).

Wierność duszy modlitwie ustnej i myślnej jest warunkiem nieodzownym, aby Bóg wyniósł ją do łaski kontemplacji wlanej, o której Teresa traktuje szeroko i systematycznie w Twierdzy wewnętrznej.

Tadeusz Machejek OCD

Św. Teresa od Jezusa,
Dzieła, tom I,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
Kraków 1997

Prolog

IHS

Książka ta zawiera w sobie przestrogi i rady, które Teresa od Jezusa daje siostrom zakonnicom i córkom swoim w klasztorach przez nią założonych z łaski Pana naszego i chwalebnej Panny Matki Bożej według pierwotnej Reguły Najświętszej Panny z Góry Karmelu. W szczególności zaś ofiaruje tę książkę siostrom klasztoru Św. Józefa w Awili, który pierwszy został założony i w którym ona była przeoryszą, gdy ją pisała.

We wszystkim, o czym tu mówić będę, poddaję się nauce św. Matki Kościoła Rzymskiego, a gdybym coś powiedziała przeciwnego tej nauce – będzie to tylko skutkiem niezrozumienia. Stąd też uczonych, którzy to czytać będą, proszę na miłość Pana naszego, aby z wszelką pilnością to pismo przeglądnęli i poprawili błędy oraz inne usterki, jakich w nim wiele znaleźć się może. Co zaś tu będzie dobrego, niech to będzie na cześć i chwałę Bogu i na uwielbienie Przeczystej Matki, Patronki i Pani naszej, której habit noszę, choć tego jestem bardzo niegodna.

IHS
Prolog

1. Gdy siostry tego klasztoru Św. Józefa dowiedziały się, że mam pozwolenie od teologa, o. Dominika Bańeza z Zakonu św. Dominika, obecnie mojego spowiednika, napisania czegoś o modlitwie – zdawało mu się bowiem, że znając wiele osób duchownych i wielokrotnie z nimi w tym przedmiocie prowadząc rozmowy, coś o tym napisać potrafię – poczęły nalegać na mnie tak usilnie o napisanie takiego dziełka, że nie mogłam się oprzeć ich żądaniu. Jest wprawdzie wiele książek w tej materii, bardzo dobrze pisanych przez takich, którzy byli biegli w tym przedmiocie, ale dla serc ich szczerze mi przychylnych większy ma urok praca marna i niepoprawna, niż znakomite dzieło pisane przez kogo innego. Ufam, że ze względu na modlitwy ich Pan raczy mi dopomóc, abym umiała coś powiedzieć pożytecznego dla nich i odpowiedniego do naszego sposobu życia w tym domu. Jeśli nie sprostam zadaniu, ojciec teolog – który pierwszy ma przejrzeć to pismo – rzuci je w ogień, a ja nic na tym nie stracę; że uległam żądaniu tych służebnic Bożych. One zaś przekonają się, co potrafię sama z siebie, gdy mię Boski Majestat nie wspomoże.

2. Mam zamiar podać tu środki zaradcze na pewne małe pokusy, jakie wznieca duch ciemności a na które – dlatego że są tak małe – może mało zważamy; napiszę również i o innych rzeczach, w miarę jak mi przyjdą na myśl i Pan mi da ich zrozumienie. Nie wiedząc zawczasu, co mi wypadnie powiedzieć, nie mogę mówić porządkiem; może to i lepiej, bo już to samo, że się podejmuję takich rzeczy, nie zgadza się z porządkiem. Niechaj Pan na wszystkim, co tu piszę, położy rękę swoją, aby było zgodne z wolą Jego; takie bowiem jest zawsze moje pragnienie, chociaż uczynki moje są tak nędzne, jak i ja sama.

3. Czuję, że nie brak mi miłości dla sióstr moich i pragnienia dopomagania im do tego, aby dusze ich jak najwyższe czyniły postępy w służbie Pana. Miłość ta, przy moim wieku i doświadczeniu nabytym w różnych klasztorach, może mi pomóc, że w rzeczach pomniejszych trafniej coś zdołam powiedzieć niż uczeni, którzy, zajęci sprawami ważniejszymi i będąc przy tym mężami silnymi, mniej się troszczą o takie rzeczy, które same z siebie zdają się być niczym, ale takim słabym stworzeniom, jakimi są niewiasty, mogą przynieść szkody. Zwłaszcza duszom żyjącym w ścisłej klauzurze wiele chytrych zdrad grozi od szatana, który widząc, że zwykłymi sposobami nic im nie zaszkodzi, wymyśla nową broń na ich pokonanie. Ja nędzna nie umiałam się bronić od nich jak należało, dlatego chciałabym, by siostry moje miały ze mnie przestrogę. Nie będę tu mówiła o tym, czego nie doświadczyłam sama lub na innych.

4. Niedawno temu rozkazano mi, bym napisała zarys mego życia; zamieściłam w nim także różne uwagi o modlitwie. Ponieważ mój spowiednik może nie będzie chciał, byście tamten opis czytały, powtórzę tutaj te same uwagi z dodaniem innych rzeczy, jakie będę uważała za konieczne. Niechaj Pan, jak Go prosiłam, sam raczy prowadzić rękę moją i wszystko obróci na większą chwałę swoją. Amen.

Rozdział I

O tym, co skłoniło ją do założenia tego klasztoru pod tak ścisłą regułą.

1. Powody, które skłoniły mnie do założenia tego klasztoru, wymieniłam w wyżej wspomnianej księdze, w której opisałam i niektóre cudowne łaski Boże, którymi Pan oznajmiał, jak wielką będzie miał chwałę z służby Bożej w tym domu. Początkowo nie było zamiarem moim, by w zewnętrznym urządzeniu jego tak wielka panowała surowość, ani też, by klasztor pozbawiony był stałych dochodów; chciałam owszem, by był uposażony tak, iżby mu na niczym nie zbywało. Jest to jawnym dowodem, jak byłam słaba i nędzna, choć nie tyle wzgląd na własną przyjemność mną powodował, ile raczej na dobro innych.

2. W tym czasie doszły mnie wieści z Francji o ciężkich szkodach, jakie tam cierpi wiara od luteran i jak tam coraz bardziej się wzmaga nieszczęsna ta herezja. Odczułam to boleśnie i jak gdybym co mogła albo co znaczyła, poczęłam płakać przed Panem i błagać Go, by tak wielkiemu złu zaradził. Zdawało mi się, że tysiąc razy gotowa bym życie moje oddać w ofierze dla uratowania choćby jednej z tych dusz, których tam tyle ginęło. Lecz nie mając żadnej możności uczynienia czegoś w służbie Bożej na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą, i to jeszcze tak nędzną, tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej prawdziwymi byli Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej i tę gromadkę sióstr, które tu są ze mną, skłonić do tego, aby czyniły podobnież, ufna w dobroć Boga, który nigdy nie opuści tych, którzy mężnym sercem wszystko opuszczą dla Niego. Widząc też siostry takimi, o jakich marzyłam w pragnieniach moich, miałam nadzieję, że winy moje znikną w oczach Pańskich, pokryte ich cnotami, że zatem zdołam uczynić cośkolwiek, co by było Panu przyjemne. Czułam, że oddawszy się bez podziału modlitwie za tych, którzy bronią Kościoła, za kaznodziejów i uczonych teologów, którzy są obrońcami jego, będziemy wedle naszej możności wspomagały tego Pana naszego, tak niegodnie poniewieranego przez tych zdrajców, którym On tyle wyświadczył dobrodziejstw, a którzy za to chcieliby na nowo przybić Go do krzyża i nie zostawić Mu miejsca, kędy by skłonił swą głowę.

3. O, Odkupicielu mój, nie może serce moje wspomnieć na to bez gorzkiej boleści i smutku! Cóż to się dzieje dzisiaj między chrześcijanami! Zawszeż to tak ma być, byś od tych właśnie cierpiał największe krzywdy, którym świadczysz najprzedniejsze dobrodziejstwa, którzy więcej niż inni winni są Tobie i których wybrałeś sobie za przyjaciół i między nimi mieszkasz, i w sakramentach swoich samego siebie im udzielasz? Małoż im jeszcze tych mąk, które za nich wycierpiałeś?

4. Zapewne, Panie, nie jest to dziś żadną z siebie ofiarą, stronić i uchylić się od świata. Kiedy Tobie tak niecnie wiarę łamią, czegoż my od nich mamy się spodziewać dla siebie? Czy może więcej zasługujemy na to, by nam wiary dochowali? Czy może większe uczyniliśmy dla nich rzeczy, by nam lepszą niż Tobie miłość okazali ci rzekomi chrześcijanie? Co tu jeszcze mówić? Czego mamy się spodziewać my, którzy z łaski Pana wolni jesteśmy od tego trądu i od tej ohydnej zarazy, gdy oni widocznie już są w mocy szatańskiej? Sprawiedliwie własnymi rękoma swymi gotują sobie karanie, sprawiedliwie za grzeszne rozkosze swoje zasługują na ogień wieczny. Niech go mają, kiedy chcą. Ale serce się kraje na widok tylu dusz, idących na zgubę. Oby już był koniec temu nieszczęściu! Obym już nie patrzała na zgubę dusz, z każdym dniem się mnożącą.

5. O, siostry moje w Chrystusie! Pomóżcie mi to wybłagać od Pana. Po to On was tu zgromadził; to jest powołanie wasze, to ma być jedyne wasze staranie, do tego mają zmierzać nasze pragnienia, nad tym mają płynąć wasze łzy, o to błagać wasze modlitwy. Nie, siostry moje, nie o sprawy tego świata troszczyć się mamy. Uśmiech politowania ale i smutek mnie ogarnia, gdy widzę, jakie to interesy ludzie nam polecają, byśmy o nie prosiły Boga, o powodzenie w rzeczach doczesnych, o pomyślne zakończenie procesu, o nabycie czy zachowanie majątku, kiedy wolałabym raczej, by prosili Boga o łaskę podeptania tego wszystkiego. Intencję mają dobrą i dlatego, czyniąc zadość ich żądaniu, polecam Bogu te prośby, ale czuję to, że w takich rzeczach Bóg nigdy mnie nie wysłuchuje. Oto świat płonie pożarem, oto chcieliby na nowo zasądzić na śmierć Chrystusa i tysiące fałszywych świadków przeciw Niemu stawiają, chcieliby obalić Kościół Jego, a my miałybyśmy czas tracić na pragnienie rzeczy, które, gdyby ich Bóg użyczył, właśnie niejednej duszy zamknęłyby wstęp do nieba? Nie, siostry moje, nie czas teraz w naszych rozmowach z Bogiem zajmować się sprawami błahymi.

6. Rzecz pewna, że gdyby nie wzgląd na słabość ludzką, gdyby nie to, że nie mogę odmawiać żadnej pociechy tym duszom, które w każdej potrzebie swojej u nas szukają pomocy, odmówiłabym im tych modlitw, o które nas proszą, aby wiedziały, że nie takie rzeczy powinny być przedmiotem tak gorących modlitw.

Rozdział II

Jak potrzeba odrzucać troski o potrzeby ciała i jak wielkim zyskiem jest ubóstwo.

1. Nie sądźcie, siostry moje, byście tak czyniąc, to jest nie starając się o przypodobanie się ludziom ze świata, miały cierpieć niedostatek chleba. Przeciwnie, gdybyście chciały używać ludzkich zabiegów dla zapewnienia sobie utrzymania, upewniam was, że wtedy cierpiałybyście głód, i to słusznie. Miejcie oczy wzniesione do Oblubieńca waszego; Jego rzeczą pamiętać o utrzymaniu waszym. Jemu starajcie się być przyjemne, bo gdy On będzie z was zadowolony, wówczas ci nawet, którzy wam najmniej sprzyjają, dostarczą wam pożywienia, jak o tym już przekonałyście się z własnego doświadczenia. A gdybyście tak czyniąc miały umrzeć z głodu, wtedy byłybyście zaiste błogosławione, siostry od Św. Józefa! Na miłość Boskiego Mistrza naszego proszę was, siostry moje, pamiętajcie o tym! Skoro zrzekłyście się dochodów, zrzeknijcie się i troski o pożywienie, inaczej wszystko zmarnieje. Ci, którzy z woli Pańskiej posiadają majętności, niech o nich mają staranie; słuszne to i sprawiedliwe, bo taki jest ich zawód, ale z naszej strony byłby to nierozum.

2. Byłoby to to samo, co sięgać w myśli po dobro cudze. A przy tym takie troszczenie się nie odmieni myśli i serca drugich ani nie wzbudzi w nich chęci dania wam jałmużny. Pozostawcie tę troskę Temu, który sam włada sercami ludzkimi, który jest Panem i bogactw, i bogaczów. Z Jego rozkazu zeszliśmy się tutaj; słowa Jego są prawdą i raczej niebo i ziemia przeminą, niźli one zawiodą. Wy tylko Jemu zawodu nie róbcie, a nie bójcie się, by On was zawiódł. Jeśliby zaś kiedy was opuścił, będzie to tylko dla większego dobra waszego, tak jak na pozór opuszczał Świętych, gdy prześladowcy odbierali im życie, ale na to tylko, by tym wspanialszą otrzymali od Niego nagrodę i jaśnieli na wieki chwałą męczeństwa. O, jakże byłaby to szczęśliwa zamiana, krótkim cierpieniem skończyć raz na zawsze z tym życiem, aby się cieszyć potem nasyceniem bez końca!

3. Zważcie to dobrze, siostry, bo jest to rzecz bardzo ważna. Dlatego wam tę przestrogę pozostawiam na piśmie, abyście pamiętały na nią po mojej śmierci, a póki jeszcze żyję, będę ją wam przypominała, bo wiem z doświadczenia, jak wielki z niej pożytek. Im mniej mamy, tym mi swobodniej na sercu i Bóg widzi, śmiało to rzec mogę, że większą mam przykrość, gdy nam na niczym nie zbywa, niż kiedy są braki. Nie wiem, czy kiedy był u nas taki brak, któremu by Pan wnet nie zapobiegł, jak dotąd zauważyłam. Postępując inaczej, oszukiwałybyśmy świat, uchodząc zewnętrznie za ubogie, a nie będąc nimi w duchu. Miałabym wówczas wyrzuty sumienia, bo zdawałoby mi się, że okradamy tych, którzy nam dają, i byłybyśmy jak bogacze, żebrzący jałmużny. Nie daj Boże, by u nas kiedy do tego przyszło. Gdyby się zagnieździła między nami ta niepomiarkowana troska o pozyskanie jałmużny, żebranina ta mogłaby się zamienić w nawyknięcie i mogłoby przyjść do tego, żebyśmy bez koniecznej potrzeby prosiły o jałmużnę i to nieraz takich, którzy może w większej są potrzebie niż my; a chociaż dla nich nie byłaby to strata, tylko zysk, ale dla nas wielka byłaby szkoda. Niech nas Pan Bóg od tego broni, siostry moje; gdyby tak miało być, wolałabym już, byście raczej miały stałe dochody.

4. Niechże więc nigdy troski o potrzeby ciała nie zaprzątają myśli waszej. O to was proszę, na miłość Boga, proszę jak o jałmużnę. Każda, choćby ostatnia i najmniejsza między wami, gdyby kiedy spostrzegła, że coś podobnego zakrada się do tego domu, niech z głębi duszy woła do miłosierdzia Bożego i niech ostrzeże przełożoną. Niech jej przedstawi z wszelką pokorą, że błądzi, że idąc dalej tą drogą, dojdzie się powoli do zupełnego zatracenia prawdziwego ubóstwa. Ale ufam w Panu, że On ustrzeże od podobnego nieszczęścia ten dom nasz i nie opuści służebnic swoich. Skoro na żądanie wasze to piszę, niechże ta przestroga, choć z ust mizernej grzesznicy, będzie wam pobudką i zachętą.

5. Wierzajcie, córki, że dla pożytku waszego dał mi Pan niejakie zrozumienie dóbr, jakie zawiera w sobie święte ubóstwo. I wy także, gdy tym duchem się przejmiecie, zrozumiecie je, choć może nie tyle co ja, która dzisiaj z miłosierdzia Bożego tym jaśniej je poznaję, im dłużej przedtem byłam, nie ubogą, choć do tego uroczystym ślubem się zobowiązałam, ale niemądrą u duchu. Ubóstwo jest to dobro, które zawiera w sobie wszystkie dobra świata; jest to wysokie panowanie. Jest to, powtarzam, panowanie nad wszystkimi dobrami tego świata, bo kto nie dba o nie i nimi gardzi, ten wyższy jest nad nie i panuje nad nimi. Co mi znaczą królowie i panowie, skoro ze skarbów ich niczego nie pragnę? Co mi znaczą ich łaski, gdybym z powodu ich choćby w najmniejszej rzeczy miała obrazić Boga? Albo na co mi potrzebne ich honory, kiedy rozumiem, jak wielkim zaszczytem jest być prawdziwie ubogim?

6. Przekonałam się, że honory i bogactwa zawsze idą z sobą w parze: kto pragnie czci, ten i pieniędzmi nie gardzi, a kto obrzydzi sobie bogactwa, ten i o zaszczyty nie dba. Zrozumiejmy to dobrze, że żądza czci prowadzi zawsze z sobą pewną chciwość pieniędzy i majętności. Ubogi bowiem chyba cudem jakim jest we czci u świata; jakkolwiekby godzien był szacunku, za nic go mają. Lecz prawdziwe ubóstwo, ubóstwo, mówię, dla samego Boga podjęte, takie ma w sobie dostojeństwo, iż niczyjej łaski nie potrzebuje, dba tylko o łaskę Boga. A rzecz pewna, że kto nie potrzebuje nikogo, ten ma dużo przyjaciół; wiem o tym z własnego doświadczenia.

7. Ale tyle już o tej cnocie napisano, że mnie lepiej milczeć, zwłaszcza, że są to rzeczy tak wzniosłe, że nie zdołam ich ani umysłem objąć, ani tym bardziej wypowiedzieć. Przedtem, wyznaję, tak byłam niepojętna, że nie rozumiałam nawet potrzeby mówienia o tym przedmiocie; teraz, choć zrozumiałam, mówić nie będę, bo nieudolnymi słowy mymi obniżyłabym tylko wysokość jego. Wszakże co dotąd o nim powiedziałam, niech zostanie. Pomnijmy na to, że święte ubóstwo to herb i godło nasze. Pomnijmy, w jakiej czci je mieli, jak ściśle je zachowywali święci Ojcowie w pierwszych początkach naszego Zakonu (nigdy oni, jak mi opowiadali ci, którzy dokładnie znają ich dzieje, niczego z jednego dnia na drugi nie chowali). My więc, gdy nie możemy z taką ścisłością zachowywać ubóstwa zewnętrznie, starajmy się tym doskonalej zachowywać je wewnętrznie. Czas życia mierzy się na niewiele krótkich godzin, a po nim jakże wielka nagroda! I chociażby nie było żadnej innej nagrody, to samo już, że dano nam jest w czymkolwiek wypełniać rady Boskiego Pana naszego i wstępować w Jego ślady, byłoby niewypowiedzianą zapłatą.

8. Ten herb ma jaśnieć na naszym sztandarze; na wszelki sposób starajmy się, aby nim był naznaczony cały dom nasz, odzież nasza, mowy, a przede wszystkim myśli nasze. Dopóki tego przestrzegać będziecie, nie bójcie się, by miała upaść ta gorliwość życia zakonnego, która dziś z łaski Boga dom ten ożywia. Wysokie i mocne, mawiała św. Klara, są mury ubóstwa świętego. Tymi też murami chciała mieć otoczony swój klasztor; i rzecz pewna, że ubóstwo wiernie i święcie zachowywane mocniejszą jest obroną wszelkich cnót zakonnych niż najokazalsze gmachy. Wznoszenia wspaniałych klasztorów niech się siostry strzegą, na miłość Boga, na Krew Najświętszą Zbawiciela o to je proszę. I zaprawdę z głębokim przekonaniem mogę to powiedzieć, że gdyby kiedyś to uczyniły, niech lepiej tegoż dnia wszystko się rozwali.

9. Bardzo to, zdaniem moim, niestosowna rzecz, z majętności ubogich, z których wielu nie ma dachu nad głową, budować okazałe domy. Niechaj Pan nas od tego uchowa; niech domy nasze będą małe i pod każdym względem ubożuchne. Bądźmy choć trochę podobne do Króla naszego, który nie miał domu własnego, tylko stajnię, w której się urodził, i krzyż, na którym umarł. Niech inni budują sobie obszerne klasztory; wiedzą oni, co robią, ja ich nie potępiam; liczniejsze są ich zgromadzenia i cele tych zgromadzeń są inne. Lecz dla trzynastu ubogich zakonniczek dość kąta byle jakiego. Niech przy każdym domu będzie ogród i w nim pustelnie (gdzie by każda mogła się schronić na samotną modlitwę), potrzeba bowiem odetchnienia nędznej naturze naszej, zwłaszcza przy tak ścisłej klauzurze, w jakiej tu żyjecie. Ale od gmachów okazałych i wytwornych urządzeń uchowaj nas Boże. Pamiętajmy o tym, że w dzień sądny wszystko to upadnie, a czyż wiemy, jak prędko on przyjdzie?

10. Dziwną by to było rzeczą, gdyby dom trzynastu ubogich stworzeń, upadając, wielkiego narobił hałasu, prawdziwie ubodzy nie czynią hałasu. Ubodzy muszą być cisi, inaczej nikt się nie ulituje nad nimi. A jakaż to radość dla was, gdy która dusza, dzięki jałmużnie wam świadczonej, ujdzie potępienia wiecznego. Wszak to bardzo być może, bo ustawiczna modlitwa za duszami dobroczyńców jest nieodzownym waszym obowiązkiem. Wprawdzie wszelka jałmużna, świadczona nam przez ludzi, od Pana samego pochodzi; ale taka jest wola Jego, byśmy wdzięczne były i modliły się za tymi, którzy dla miłości Jego dobrze nam czynią. Tego obowiązku wdzięczności nigdy nie zaniedbujmy.

11. Nie pamiętam już, od czego zaczęłam, i daleko zboczyłam od przedmiotu. Stało się to snadź z woli Bożej, bo nie myślałam wcale pisać o tym, czym powyższy rozdział zapełniłam. Niechaj Pan w boskiej dobroci swojej wspiera nas mocną ręką swoją, abyśmy nigdy nie zboczyły z tej drogi. Amen.

Rozdział III

Dalszy ciąg tego, o czym mówiła w rozdziale pierwszym, a także, jako siostry ustawicznie powinny modlić się za tych, którzy walczą w obronie Kościoła.

1. Wracam do głównego celu, w jakim nas Pan tu zgromadził i dla którego najgoręcej pragnę, byśmy wedle słabych sił naszych coś zdziałać mogły na pocieszenie Boskiego Majestatu Jego. Otóż, wobec tych strasznych spustoszeń, jakie wszędzie czynią heretycy; wobec tego wielkiego pożaru, coraz dalej się szerzącego, którego żadna siła ludzka ugasić nie zdoła, (choć próbowano, ale daremnie, wstępnym bojem i siłą oręża poskromić te niecne rozruchy), tak, zdaje mi się, należy postępować, jak się to zwykło czynić czasu wojny, gdy przemagające siły nieprzyjaciela cały kraj zaleją. Wtedy król czy wódz, widząc siebie zewsząd zagrożonym i ściśnionym, z wyborem samych dzielnych i walecznych wojowników, których jedna garstka więcej dokazać zdoła, niż całe zastępy żołnierzy licznych, ale niemężnych, chroni się do twierdzy i obwarowawszy ją, raz po raz czyni z niej na nieprzyjaciela podjazdy i wycieczki. Zdarza się nieraz, że tym sposobem odniesie zwycięstwo; a chociażby nie zwyciężył, przynajmniej nie będzie zwyciężony, bo wśród załogi nie ma zdrajców, sami w niej wybrani i doświadczeni żołnierze, więc twierdzy nieprzyjaciel nie zdobędzie, chyba głodem. Ale w tej twierdzy, którą mam na myśli, w Kościele świętym, nie ma takiego głodu, który by zdołał zmusić załogę do poddania się; obrońcy jej umrzeć mogą, zwyciężonymi być nie mogą.

2. Do czego zmierza to porównanie? Do tego, byście zrozumiały, siostry moje, co powinno być głównym przedmiotem naszych modlitw: o to przede wszystkim powinnyśmy prosić Pana, by w tej małej twierdzy, to jest w gromadce dobrych chrześcijan, ilu ich jeszcze pozostało, nie znalazł się żaden zdrajca, ale by Pan boską obroną swoją zachował ich wszystkich w wierze, a wodzom tej warowni czy tego miasta, to jest kaznodziejom i teologom, by dawał przykładem mężnej stałości i wysokiej świętości przodować nam wszystkim na drodze Bożej. Ponieważ zaś są to po większej części zakonnicy, by użyczał im łaski coraz wyższego postępu w duchu powołania swego i doskonałości zakonnej. Tego nam koniecznie potrzeba, bo jak już mówiłam, nie świeckim orężem, jeno duchowym ma się toczyć ta walka. Co do nas, gdy niczym innym nie jesteśmy zdolne popierać sprawy Boskiego naszego Króla, starajmyż się, byśmy przynajmniej modlitwą zdołały nieść pomoc tym sługom Bożym, którzy z taką pracą i trudem, nauką i życiem świątobliwym obwarowali się i uzbroili do walki i z takim męstwem i poświęceniem siebie potykają się w obronie Pana swego.

3. Dziwicie się może, dlaczego z taką usilnością na to nalegam i tak mocno wam zalecam tę powinność naszą, byśmy się modliły za tymi mężami Bożymi i wspomagały ich, choć lepsi są od nas. Wyjaśnię wam to, bo pewnie nie zrozumiałyście jeszcze w zupełności, jak bardzo jesteście obowiązane Bogu za tę łaskę, że was wprowadził na to miejsce, kędy żyjecie swobodne od wszelkich spraw i kłopotów ziemskich i sposobności do grzechu i stosunków ze światem. Jest to łaska i dobrodziejstwo nieocenione. A tym, o których mówię, nie jest dano cieszyć się podobnym szczęściem, owszem, źle byłoby, gdyby go używali, zwłaszcza w takich czasach jak obecne. Oni postanowieni są na to, by umacniali słabych i ducha dodawali maluczkim, bo cóż by poczęli żołnierze bez wodzów? Oni z urzędu swego winni żyć wpośród ludzi i z ludźmi obcować i bywać na dworach książęcych, nieraz i w zewnętrznym zachowaniu stosować się do obyczajów światowych. Czyż więc małej, córki moje; potrzeba im cnoty i mocy ducha, aby umieli przestawać ze światem i żyć wpośród świata, i zajmować się sprawami świata, i stosować się, jak mówiłam, do obyczajów świata, a przy tym jednak duchem być obcymi światu i nieprzyjaciółmi świata, i żyć na świecie jak na wygnaniu, słowem, nie ludźmi być, ale aniołami?

Bo gdyby nie byli tacy, nie byliby godni zwać się wodzami i nie daj Boże, by, takimi nie będąc, wyszli z ukrycia cel swoich; więcej byłoby z nich wówczas szkody niż pożytku. W obecnych bowiem czasach źle byłoby widzieć niedoskonałości u tych, którzy mają nauczać innych.

4. Jeśliby w nich nie było ducha mężnego mocno opartego na tym niewzruszonym przeświadczeniu, że sługa Boży powinien trzymać pod swymi nogami wszystkie znikomości tego świata i serce mieć oderwane od tych rzeczy, które przemijają, a zwrócone jedynie ku wiecznym – niechybnie będą w życiu ich wady i słabości, które, jakkolwiek by się starali je ukrywać, same się wydadzą. Tym bardziej, że ze światem mają do czynienia, a świat ma bystre oko; niczego im, mogą tego być pewni, nie przepuści, żadna niedoskonałość przed nim się nie ukryje. Na rzeczywiste zalety i cnoty nie raczy zwrócić uwagi, albo i wprost za złe je poczyta, ale by nie dostrzegł uczynku złego albo niedoskonałego, o to nie ma obawy. Rzecz dziwna, skąd ludzie światowi biorą takie jasne i dokładne pojęcie o doskonałości chrześcijańskiej? Nie znają jej jednak na to, aby ją sami naśladowali (do tego obowiązku zgoła się nie poczuwają i jeśli jeno z roztropnym umiarkowaniem zachowują przykazania, już siebie mają za dobrych chrześcijan), tylko na to, aby sądzili i potępiali drugich i nieraz prawdziwą cnotę poczytują za samolubne szukanie własnej pociechy i rozkoszy.

Widzicie z tego, córki, że nie małej, ale obfitej łaski Bożej potrzeba tym, którzy tak ciężki bój muszą staczać.

5. Dlatego proszę was, starajmy się być takimi, byśmy zasłużyły otrzymać od Boga dwie łaski. Pierwszą, by wśród tego mnóstwa zakonników i uczonych teologów, jakich mamy, znalazło się wielu posiadających potrzebne, jak mówiłam wyżej, ku temu zalety, aby z pożytkiem mogli służyć Kościołowi, a którzy między nimi nie są dość dobrze do tego przysposobieni, by ich Pan uczynił sposobnymi i doskonałymi.. Więcej bowiem zdziała jeden doskonały, niż wielu niedoskonałych. Druga łaska jest ta, by tych, którzy już walczą, Pan wspierał wszechmocną ręką swoją w tym, jak mówiłam, nie lada jakim boju, aby zdołali uchronić się od grożących im niebezpieczeństw i uszy mieć zamknięte na zdradziecko nęcący śpiew syren, wśród nawałności tego morza czyhających na ich zgubę. Jeśli za łaską Boga zdołamy modlitwą naszą przyczynić się w czymkolwiek do ich zwycięstwa, tedy i my w tym zamknięciu naszym walczymy w obronie sprawy Jego. Wówczas sowicie będę się czuła wynagrodzoną za te cierpienia i trudy, jakie poniosłam dla założenia tego gniazdka naszego, aby w nim zachowywała się tak doskonale, jak w pierwszych jej początkach, Reguła Pani i Monarchini naszej.

6. Nie sądźcie, by zbyteczną i nieużyteczną rzeczą była taka ustawiczna modlitwa za Kościół i obrońców jego. Są wprawdzie tacy, którym się zdaje, że krzywdę cierpią i szkodę ponoszą, gdy nie modlą się ciągle za samych siebie. Ale jaka może być lepsza i skuteczniejsza dla nas samych modlitwa nad tę, którą wam tu zalecam? Może się obawiacie, że modlitwa wasza nie starczy na wypłacenie się z kar czyśćcowych? Gdyby i nie starczyła, niech sobie nie starczy. Cóż mi to, choćbym miała zostawać w czyśćcu aż do dnia sądnego, jeśli jeno modlitwą moją choć jednej duszy wyjednam zbawienie? Tym bardziej więc, jeśli z tej modlitwy mojej może być pożytek wielu dusz i pomnożenie chwały Bożej. Cierpienia, które się kończą, za nic miejmy, jeśli się nam zdarzy sposobność oddania znaczniejszej przysługi Temu, który za nas tak wielkie męki wycierpiał. Zawsze i we wszystkim usiłujcie czynić, co jest doskonalsze.

I proszę was, błagajcie Boga, jak i ja, choć nędzna, z wami błagam najświętszy Majestat Jego, aby modły nasze za sługami i obrońcami sprawy Jego raczył wysłuchać; chodzi tu o chwałę Jego i o dobro Kościoła Jego, a ten jest jedyny cel wszystkich pragnień moich.

7. Wielka snadź zuchwałość moja, że śmiem przypuszczać, bym mogła w czymkolwiek przyczynić się do osiągnięcia tak wysokiego celu. Ale nie na samej sobie polegam, Panie mój, jeno na tych służebnicach Twoich, tu w tym domu ze mną mieszkających, które niczego innego nie szukają i o nic innego nie dbają, jeno o to, by spodobały się Tobie. Dla Ciebie opuściły one to niewiele, co posiadały, a chciałyby posiadać więcej, aby więcej mogły ofiarować Tobie. A Ty, Stwórco mój, nie jesteś niewdzięczny, byś miał im za to dawać mniej niż to, o co Cię proszą; owszem, dasz dużo więcej. Gdyś jeszcze mieszkał na tej ziemi, nie gardziłeś, Panie, niewiastami, które garnęły się do stóp Twoich; przeciwnie, z wielką dobrocią je przyjmowałeś. Gdybyśmy kiedy miały Cię prosić o honory, o pieniądze, o jakie bądź rzeczy światowe, o, wtedy, Panie mój, nie słuchaj nas; ale kiedy chodzi o cześć Syna Twego, jakże byś, Ojcze Przedwieczny, nie wysłuchał dusz, gotowych tysiąc razy życie swoje i cześć swoją dla Ciebie poświęcić? Nie dla zasług naszych, Panie, bo nie mamy żadnych i niczegośmy niegodne, ale przez wzgląd na Krew Syna Twego i na zasługi Jego przyjm prośby nasze!

8. O, Ojcze Przedwieczny, tyle tak srogich, jakie On ponosił, biczów i ciężkich zelżywości, okrutnych mąk, nie może iść w zapomnienie! I jakże, Stworzycielu mój, tą samą miłością tchnące wnętrzności Twoje znoszą to, by to, co Syn Twój z taką żarliwą miłością uczynił, by ten Najświętszy Sakrament, który ustanowił (dla spełnienia przykazania, któreś Mu dał, aby nas miłował), w takiej był poniewierce, że heretycy wyrzucają Go z przybytków Jego i burzą kościoły Jego? Gdybyż jeszcze był w czym zaniechał spełnienia upodobań Twoich! Ale On przecież wszystko wykonał. Małoż tego, Ojcze Przedwieczny, że póki żył, i to wśród tylu ustawicznych cierpień na tej ziemi, nie miał miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć, by Mu i teraz jeszcze zabierali i niszczyli te domy, które założył, aby do nich spraszał przyjaciół swoich (wiedząc, iżeśmy słabi i potrzeba nam takiego pokarmu na posilenie)? Albo czy nie przeobficie już zapłacił za grzech Adama? Ma więc wciąż na nowo cierpieć i płacić ten najsłodszy Baranek za każdym nowym grzechem naszym? Nie dopuszczaj tego, Królu mój, daj się przebłagać Boski Majestacie! Nie patrz już na grzechy nasze, ale na Przenajświętszego Syna Twego, który nas odkupił, i na zasługi Jego, i na zasługi Męki Jego i tylu świętych męczenników, którzy dla Ciebie śmierć ponieśli!

9. Ach, co za boleść, Panie! Cóż to za jedna poważyła się zanieść do Ciebie tę prośbę w imieniu wszystkich? O, jakąż złą pośredniczkę obrałyście sobie, córki moje, sądząc, że będziecie wysłuchane zdając się na mnie, bym za was przedstawiła Panu prośbę waszą! Snadź gorzej jeszcze i słusznie zagniewa się ten Sędzia najwyższy, za taką zuchwałość moją. Lecz pomnij, Królu mój, iżeś Ty jest Bóg miłosierdzia. Okaż więc miłosierdzie Twoje nad tą nędzną grzesznicą, nad tym podłym robakiem, który tak śmie głos swój do Ciebie podnosić. Wejrzyj, Panie mój, na to pragnienie serdeczne, na te łzy moje, z jakimi o tę łaskę Cię błagam, a zapomnij uczynków moich, bo wszak jesteś Bogiem miłościwym. Zlituj się nad tym mnóstwem dusz, które nędznie giną, wspomóż i ratuj Twój Kościół. Nie dopuszczaj, by dalej jeszcze miały się wśród chrześcijaństwa szerzyć te spustoszenia, rozświeć te ciemności!

10. Proszę was wszystkie na miłość Boga, siostry moje, polecajcie Boskiemu Majestatowi Jego mnie, zuchwałą nędznicę, aby mi użyczył pokory. Nie zalecam wam w szczególności, byście się modliły za królów, za zwierzchników Kościoła, a mianowicie za Biskupa naszego, bo co do was, obecnie tu zgromadzonych, widzę, że z taką pilnością spełniacie ten obowiązek, iż przypominanie go byłoby zbyteczne. Ale i te, które po was tu przyjdą, niech pamiętają o tym, że pod świętym zwierzchnikiem i podwładne będą święte; nigdy więc, wiedząc, jak ważna to rzecz, nie ustawajcie błagać o to Pana. Ten jest cel, do którego zmierzać mają wasze modlitwy, pragnienia i umartwienia; gdybyście zatem w innym zamiarze je spełniały, wiedzcie, że równałoby się to niedopełnieniu tego celu, dla którego was tu zgromadził Boski Oblubieniec.

Rozdział IV

Zachęca do zachowania reguły i do przestrzegania
trzech rzeczy koniecznych do rozwoju życia duchowego.
Objaśnia pierwszą z tych rzeczy, którą jest miłość bliźniego, i jakie
szkody przynosi miłość partykularna.

1. Widziałyście już, córki, wielkie przedsięwzięcie, którego osiągnięcie jest obowiązkiem naszego powołania. Lecz jakimi mamy być, aby w oczach Boga i ludzi nie zasłużyć na miano zuchwałych? Rzecz jasna, że usilnej potrzeba tu pracy i trudu, ku czemu najskuteczniej dopomaga wysokie podniesienie myśli, bo z myśli wysokich rodzi się pożądanie i gorliwe staranie o wzniosłe uczynki. Przede wszystkim więc starajmy się z jak największą pilnością zachowywać wiernie Regułę naszą i Konstytucje; gdy to uczynimy, mam nadzieję w Panu, że przyjmie i wysłucha prośby nasze. Nie żądam od was nic nowego, córki moje, żądam tylko zachowania tego, na czym polega powołanie nasze, do czego ślubami jesteśmy zobowiązane. Jednakowoż między zachowaniem a zachowaniem wielka może być różnica.

2. Pierwszy punkt Reguły naszej przepisuje nam ustawiczną modlitwę. Tego przestrzegajmy z wszelką troskliwością, bo to rzecz najważniejsza, nie zaniedbując przy tym zachowywania i postów, i dyscyplin, i milczenia w Zakonie naszym nakazanych. Modlitwa bowiem, aby była prawdziwa, potrzebuje tych środków do pomocy, jak o tym same już wiecie, i wygodne życie nie może iść w parze z modlitwą.

3. Prosiłyście właśnie, bym wam co powiedziała o modlitwie. Uczynię zadość żądaniu waszemu, ale w nagrodę proszę was, byście to, co tu powiem, często odczytywały i z ochotną wolą spełniały. Nim jednak zacznę mówić o tym, co należy do życia wewnętrznego, to jest o modlitwie, chcę pierwej dotknąć pewnych rzeczy, których koniecznie przestrzegać powinni wszyscy pragnący oddawać się modlitwie. Są to rzeczy tak potrzebne, że samym zachowaniem ich dusza, chociażby nie była bardzo kontemplacyjna, wysoko postąpić może w służbie Bożej, zaś przeciwnie, nie przestrzegając ich, niepodobna, by daleko zaszła na drodze kontemplacji. Gdyby zaś mimo to uważała siebie za kontemplacyjną, oszukiwałaby wielce sama siebie. Niechaj Pan raczy mi użyczyć ku temu łaski swojej i sam mi wskaże, co mam powiedzieć, aby było na chwałę Jego, amen.

4. Nie sądźcie, przyjaciółki i siostry moje, bym wam chciała zbyt wiele rzeczy nakładać. Daj Boże, byśmy tylko te doskonale wypełniły, które Ojcowie nasi przepisali i zachowywali, bo przez nie zasłużyli sobie na tytuł świętych.

Byłoby też błędem szukać innej drogi. Trzy rzeczy tylko w tejże Regule zalecone, szerzej tu objaśnię, bo niezmiernie wiele na tym zależy, byśmy dobrze zrozumiały, jak bardzo nam potrzebne jest ich przestrzeganie; byśmy w ten sposób mogły cieszyć się tym pokojem, wewnętrznym i zewnętrznym, który nam Pan nasz tak usilnie zaleca. Pierwszą z tych trzech rzeczy jest: miłość zobopólna między nami; drugą: zupełne oderwanie się od wszystkich rzeczy stworzonych; trzecią: prawdziwa pokora, która, choć ją wymieniam na końcu, jest przecie główną i inne w sobie zamyka.

5. Co do pierwszej, to jest co do zobopólnej między nami miłości, trudno i wypowiedzieć, jak niezmiernie wiele na niej zależy. Nie masz rzeczy tak trudnej, której by miłujący siebie z łatwością nie znieśli i szczególnie ciężkiej potrzeba by na to przykrości, by im się wydała trudną do zniesienia. Gdyby to przykazanie miłości bliźniego było zachowywane na świecie, tak jak by należało, sądzę, że przyczyniłoby się wiele do zachowania innych, ale niestety, nigdy nie umiemy wypełnić go doskonale.

Mogłoby się zdawać, że zbytnia między nami miłość nigdy nie może być rzeczą złą, a jednak tyle ona szkód wyrządza i takie pociąga za sobą niedoskonałości, że nikt temu nie da wiary, kto sam tego nie doświadczył. Mnóstwo tu szatan wznieca zawikłań, na które sumienia, powierzchownie tylko traktujące służbę Bożą, mało zważają, owszem, wydaje im się to cnotą. Dusze jednak naprawdę dążące do doskonałości jasno widzą, czym to grozi, iż powoli i nieznacznie podkopuje siłę woli i odciąga je od całkowitego oddania się miłości Bożej.

6. Sądzę, że kobiety łatwiej podlegają tej zdrożności niż mężczyźni, a szkody z niej wynikające są dla zgromadzenia bardzo wielkie. Skutkiem takiej wyłącznej przyjaźni już jedna drugiej nie kocha na równi, gniewa się i smuci, gdy ukochaną jaka krzywda spotka, pragnie coś posiadać, czym by mogła obdarzyć tamtą, traci czas na rozmowie z nią, nie tyle o miłości Bożej, ile raczej o tym, jak ją sama kocha i o innych głupstwach. Rzadko czułe te przyjaźnie zawiązują się w celu wzajemnego pobudzania się do gorliwszej służby Bożej, ale na to raczej szatan do nich ciągnie, aby przez nie wzniecał stronnictwa w klasztorze. Gdzie bowiem jest miłość prawdziwa, dążąca do miłości Bożej, tam wola nie powoduje się żadną namiętnością, ale raczej jedna drugiej stara się być pomocą ku pokonaniu wszelkich namiętności.

7. Takie przyjaźnie odrębne niechby sobie były i kwitły w wielkich klasztorach, ale tu u Św. Józefa – gdzie nas jest tylko trzynaście i więcej nas być nie powinno – żadną miarą nie mogą być ścierpiane. Tutaj wszystkie powinny być z sobą w przyjaźni, wszystkie powinny na równi siebie miłować, wszystkie wzajemnie siebie cenić i wzajemnie się wspomagać Niechże więc, na miłość Boga o to proszę, siostry nasze strzegą się tych odrębnych przywiązań, jakkolwiek wydawałyby się one pobożne i święte. Nie widzę bowiem z nich żadnego pożytku, najczęściej zaś, choćby między rodzonymi siostrami, obracają się one w truciznę, owszem, jeśli to krewne, szkodliwsza jeszcze będzie zaraza. Choć może to, co mówię wam, siostry, wydaje się przesadnie surowe, wierzcie mi, że na tej surowości polega wysoka doskonałość, wielki pokój i wielkie, dla słabszych zwłaszcza, zabezpieczenie od różnych sposobności do obrazy Bożej. Gdy więc która uczuje, że wola jej więcej się skłania do jednej niż do drugiej (czemu niech się nie dziwi, bo jest to rzecz naturalna i nieraz skłonność ta pociąga do ukochania osoby mniej cnotliwej, ale bogaciej uposażonej w zalety przyrodzone), niechaj mężnie sprzeciwia się tej skłonności, umartwia ją i tłumi, i nie dopuszcza jej zapanować nad sobą. Miłujmy cnotę i dobro wewnętrzne, a ustawicznie z wszelką troskliwością czuwajmy nad sobą, abyśmy miały serce, nie przywiązujące żadnej wagi do powabów zewnętrznych.

8. Nie dopuszczajmy do tego, by wola nasza była czyjąś niewolnicą, jeno Tego, który ją kupił własną krwią swoją. Zważmy dobrze, że nie trzymając się tej zasady, łatwo zaplątać się w pęta, z których potem prawie niepodobna się oswobodzić. O Boże, ile z tego źródła wynika niedorzecznych i rozlicznych postępków!

9. Aby nie tworzyły się takie związki ustronne, należy z samego początku mieć baczenie, zapobiegając im w samym zawiązku, nie tyle surowością, ile raczej miłością i przezornością. Bardzo skutecznym na tę chorobę lekarstwem będzie przestrzeganie, by siostry nie schodziły się i nie rozmawiały z sobą poza godzinami na to przeznaczonymi, w których według ustanowionego u nas porządku wszystkie zbierają się razem, ale, by każda osobno pozostawała w swojej celi, jak to przepisuje Reguła. Niechaj w tym domu Św. Józefa siostry będą wolne od obowiązku zbierania się w sali ogólnej na wspólną pracę; jakkolwiek dobry i chwalebny to obyczaj, wszakże łatwiej zachować milczenie i do niego przywyknąć, gdy każda zostaje sama u siebie. Zwłaszcza dla dusz oddanych modlitwie wewnętrznej samotność niezrównanym jest dobrodziejstwem i pomocą do skupienia. Ponieważ zaś modlitwa ma być spójnią i cementem tego domu, więc też potrzeba nam starać się usilnie, byśmy ukochały to, co do niej nam pomaga.

10. Wracając do tego, jak powinnyśmy się wspólnie miłować, może się wydać niewłaściwym, gdybym jeszcze ten obowiązek zalecała. Bo gdzież znaleźć istoty tak nieludzkie, które by, żyjąc tak jak wy razem w ustawicznym między sobą obcowaniu i nie mając żadnego innego poza domem towarzystwa, ani rozmowy, ani rozrywki, wiedząc nadto i wierząc, że Bóg każdą z nich miłuje i że każda miłuje Boga, kiedy dla chwały Jego wyrzekła się wszystkiego – które by wzajemnie siebie nie miłowały? Tym bardziej, że cnota ma w sobie wdzięk i urok, który pociąga serce do jej umiłowania, a ufam w miłosierdziu Pana, że w tym domu i u sióstr do niego należących cnota zawsze mieszkać będzie. Nie mam więc obowiązku dłużej tu o tym mówić.

11. To jedno tylko wymaga bliższego objaśnienia, jaką powinna być ta miłość i na czym zasadza się ta cnotliwa miłość – która pragnę, aby między wami panowała – i po czym możemy poznać, czy posiadamy tę cnotę prawdziwie wielką, którą Pan nasz tak mocno nam wszystkim i Apostołom swoim zalecił. O tym chciałabym teraz nieco wam powiedzieć wedle niezdolności mojej. Jeśli w innych księgach znajdziecie te rzeczy lepiej i dokładniej opisane, nie zważajcie na to pisanie moje, bo może sama nie wiem, co mówię.

12. Miłość, o której tu mówię, jest dwojaka. Jedna czysto duchowa, bo nic zmysłowego ani żadna tkliwość uczucia przyrodzonego do niej nie ma przystępu i nie mąci jej czystości; druga również duchowa, ale z domieszką przyrodzonej zmysłowości i słabości, jak miłość między krewnymi i przyjaciółmi. I taką tu głównie mam na myśli.

13. Chcę teraz mówić o miłości duchowej, wolnej od wszelkiej namiętności, bo gdy ta się przyplącze, rozstraja z gruntu wewnętrzną harmonię duszy. Gdy jednak z należną powściągliwością i roztropnością odnosimy się do ludzi cnotliwych, szczególnie spowiedników, jest to bardzo pożyteczne. Gdy się jednak spostrzeżesz, że spowiednik zmierza do ziemskich jakich próżności, wówczas niech ci to będzie podejrzane i pod żadnym warunkiem nie wdawaj się z nim choćby w najpobożniejsze rozmowy, ale krótko odpraw spowiedź i czym prędzej ją kończ. Najlepiej byłoby w takim razie wyznać przełożonej, że ten spowiednik nie przypada do potrzeb duszy twojej, i prosić o zmianę. To jest najpewniejszy sposób, o ile może być użyty bez naruszenia dobrej sławy tego kapłana.

14. W takich i tym podobnych wypadkach, kiedy czart zarzuca na nas sieci swoje i chce nas uwikłać w trudności, a nie wiadomo, jak sobie w nich poradzić, dobrze jest rozmówić się z jakim światłym i uczonym teologiem, wyspowiadać się przed nim i jak on poradzi, tak uczynić. W takiej potrzebie przełożeni powinni zawsze dać pozwolenie, inaczej bowiem można tu ciężko pobłądzić. Ileż to błędów ludzie popełniają na świecie, działając bez poradzenia się, zwłaszcza w rzeczach takich, gdzie chodzi o szkodę drugich! W każdym razie zaradzić tu i zapobiegać potrzeba koniecznie i rychło; bo gdy diabeł z tej strony nas podchodzi, nie lada szkodę wyrządzić nam zamierza, jeśli mu od razu nie zagrodzimy drogi. W takim więc wypadku poradzenie się światłego i pobożnego kapłana, jeśli jest możność po temu, a tej, ufam w Bogu, że nam nie zabraknie, jest bardzo pożyteczne.

15. Zrozumiejcie, siostry, że jest to rzecz niezmiernie ważna, bo może tu wyniknąć niebezpieczeństwo, szkoda wielka, nawet piekło dla nas wszystkich. I nie trzeba czekać, aż złe się wzmoże i zakorzeni, ale w samym zarodzie starajcie się je stłumić wszelkimi sposobami, jakie rozum wam wskaże, a sumienie z nimi się zgadza. Lecz ufam w Panu, że nie dopuści tego, by dusze, których całe życie ma być nieustającą modlitwą, mogły się przywiązać do kogoś; kto by nie był gruntownie cnotliwym i Boga nad wszystko miłującym. Jest to rzecz niezawodna, inaczej bowiem byłoby to znakiem, że takie nie są prawdziwie oddane, jak powinny, modlitwie ni doskonałości. Widząc bowiem, że spowiednik ten nie rozumie was i rozmowy o Bogu nie lubi, niepodobna, byście go pokochały, gdyż żadnej nie masz tu jedności. Jeśli zaś sam ma ducha Bożego, wtedy w rzadkich, jakie mu tu zdarzyć się mogą, tego rodzaju wypadkach łatwo zrozumie, chybaby był ostatecznym prostakiem, że z takiego czysto duchowego przywiązania nie może być żadnych złych następstw i nie będzie robił niepokoju służebnicom Bożym.

16. Kiedy już zaczęłam mówić o tym przedmiocie, nie chcę go zbywać mimochodem. Jest to bowiem wielka szkoda, jaką szatan może tu wyrządzić klasztorowi, tym bardziej, że szkoda ta nierychło wychodzi na jaw i tak zanika i ulatnia się doskonałość zakonna, nie wiadomo jak i którędy. Spowiednik bowiem w próżności uwikłany, sam lekceważy wszystko i innym lekceważyć każe. Niechaj Pan w boskiej dobroci swojej raczy nas od podobnych rzeczy uchować! Dość tego jednego na zatrwożenie i zamącenie dusz wszystkich sióstr, kiedy co innego mówi im sumienie, a co innego każe spowiednik. I jeśli jeszcze trzymane są pod przymusem spowiadania się zawsze tylko u jednego, wtedy już biedne nie wiedzą, co począć z sobą i gdzie szukać uspokojenia, bo ten właśnie, który by powinien podać im na ich trwogę lekarstwo i uśmierzenie, sam w nich tę trwogę wzbudza. W niejednym klasztorze byłam tego świadkiem i wielką czułam litość nad takimi. Nie dziwujcie się więc, że tak szeroko się nad tym rozwodzę, abyście dobrze zrozumiały całą wielkość tego niebezpieczeństwa.

Rozdział V

Opisuje w dalszym ciągu wielkie niemoce, jakie znosiła, i cierpliwość, z jaką Pan jej dał przetrwać, i jak Pan umie złe obracać w dobre, jak się to okazało w pewnym zdarzeniu, w miejscu, gdzie przebywała na leczeniu.

1. Opowiadając wyżej, jak przebyłam rok nowicjatu, zapomniałam nadmienić o wielkich udręczeniach, jakie miewałam z powodu rzeczy w istocie mało ważnych. Często mnie strofowano za winy, do których się nie poczuwałam. Przyjmowałam te upomnienia z wielką przykrością i z bardzo niedoskonałym usposobieniem. Choć przy górującym nad wszystkim rozradowaniu, jakim mnie napełniała ta myśl, że jestem zakonnicą, wszystko to odważnie znosiłam. Widząc mnie chroniącą się na samotność i nieraz płaczącą nad grzechami swoimi, towarzyszki moje sądziły, że jestem niezadowolona i głośno o tym domysłem swoim mówiły. Ja do wszelkich ćwiczeń zakonnych miałam wolę ochotną, ale trudno mi było znieść najmniejszą oznakę pogardy czy lekceważenia. Rada byłam, gdy mi okazywano szacunek. Wszystko, co czyniłam, starałam się czynić z wdziękiem i wytwornością. Wszystko to zdawało mi się być cnotą. Nie może jednak to być dla mnie wymówką, bo bardzo dobrze o tym wiedziałam, że we wszystkim szukam własnego zadowolenia, więc nieświadomość moja nie zwalnia mnie od winy. Usprawiedliwia nieco tylko to, że klasztor nasz nie odznaczał się wielką doskonałością. A ja, niecnotliwa, co widziałam zdrożnego, tego się chwytałam, a co było dobrego, pomijałam.

2. Była tam wówczas jedna zakonnica, złożona ciężką bardzo i bolesną niemocą. Skutkiem obstrukcji powstały w jej żołądku otwory, którymi wychodziło cokolwiek przyjmowała. W krótkim też czasie na skutek tej choroby zmarła. Wszystkie wzdrygały się przerażone na widok tego okropnego cierpienia. We mnie tylko cierpliwość chorej wielką zazdrość wzbudziła. Prosiłam Boga, jeśli zechce dać mi podobną cierpliwość, aby zesłał na mnie wszelkie choroby, jakie Mu się spodoba. Nie było, zdaje mi się tak wielkiej, której bym się lękała. Bo takie było we mnie pożądanie dóbr niebieskich, iż bez wahania gotowa byłam na wszelkie cierpienia dla ich osiągnięcia. Sama się dziwię takiej mojej wówczas gotowości, bo nie miałam jeszcze – zdaje mi się – tej wielkiej miłości Boga, którą, jeśli się nie mylę, nabyłam w czasie, gdy zaczęłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Było to tylko pewne oświecenie wewnętrzne, w którym poznawałam niewartą zachodu marność wszystkiego tego, co przemija, a nieskończoną cenę tych dóbr, które przez zrzeczenie się rzeczy ziemskich nabyć można, bo są to dobra wieczne. Pan w łaskawości swojej wysłuchał prośby mojej i nim jeszcze drugi rok upłynął, popadłam w taki stan, iż choć cierpienie moje innego było rodzaju niż choroba tej zakonnicy, sądzę jednak, że nie było ono mniej bolesne i przenikliwsze. Cierpienie to trwało trzy lata, jak zaraz opowiem.

3. Gdy przyszedł czas leczenia, którego oczekiwałam mieszkając, jak mówiłam, na wsi u mojej siostry, ojciec mój wraz z siostrą i zakonnicą moją przyjaciółką, która z wielkiej do mnie miłości towarzyszyła mi od wyjazdu z klasztoru, troskliwie starając się o moją wygodę podczas drogi, przewieźli mnie na miejsce kuracji. Tu szatan zaczął trwożyć i nękać moją duszę, ale Bóg to w wielkie dobro obrócił. W miejscu, gdzie leczyłam się, mieszkał pewien duchowny, mąż bardzo dobrego rodu i bystrego rozumu. Miał i naukę, choć niewielką. Zaczęłam się spowiadać u niego. Zawsze miałam pociąg do ludzi z nauką, gdyż niemałą wyrządzili szkodę mojej duszy spowiednicy niedouczeni. Ponieważ prawdziwie uczonych, jakich pragnęłam, nie miałam. Przekonałam się o tym z własnego doświadczenia, że spowiednikowi, jeśli tylko jest kapłanem cnotliwym i świątobliwych obyczajów, lepiej jest nie mieć żadnej nauki niż mieć niedostateczną. Bo wówczas ani on nie będzie dowierzał sobie bez poradzenia się tych, którzy mają rzetelną naukę, ani też ja na nim z zupełną ufnością nie będę polegać. Spowiednik naprawdę uczony nigdy mnie w błąd nie wprowadził. Tamci też, bez wątpienia, nie mieli zamiaru mnie oszukiwać, tylko, że nie umieli lepiej. Ja zaś sądziłam, że posiadają potrzebną naukę i że jedynym obowiązkiem moim jest wierzyć im, tym bardziej, że rady i decyzje ich były luźne i szeroką mi pozostawiały swobodę. Gdyby mnie byli ścieśniali, pewno przy niecnotliwym usposobieniu swoim poszukałabym sobie innych. Co było grzechem powszednim, to zapewniali mnie, że żadnego nie ma grzechu. Co było bardzo ciężkim grzechem, to mi mówili, że to powszedni. Tak wielką stąd szkodę odniosłam, że powinnam, zdaje mi się, wspomnieć tu o tym dla przestrogi innych, aby ich podobne nieszczęście nie spotkało. Bo co do mnie, jasno to widzę, że przed Bogiem żadną mi to nie może być wymówką. Samo to, że rzeczy, na które mi pozwalano, z natury swojej były niedobre. Już to powinno było mnie od nich powstrzymać. Bóg to dopuścił za grzechy moje, że oni błądzili i mnie w błąd wprowadzali. Ja zaś w błąd wprowadzałam wiele innych, powtarzając im to, co od tamtych słyszałam. Trwałam w tym zaślepieniu, zdaje mi się, przeszło siedemnaście lat. Dopiero jeden Ojciec Dominikanin, wielki teolog, częściowo wyprowadził mnie z błędu. W końcu ojcowie z Towarzystwa Jezusowego oświecili mnie do reszty i mocno przerazili mnie, ukazując mi przewrotność tych fałszywych zasad, jak to w swoim miejscu opowiem.

4. Gdy zaczęłam się spowiadać u tego duchownego, o którym wspomniałam, on nadzwyczajnie mnie polubił. Wówczas, bowiem w porównaniu z tym, co było później, mało, co miałam do wyznania na spowiedzi, nawet od czasu jak zostałam zakonnicą. Miłość jego dla mnie nie była grzeszna, ale przez zbytnią czułość mogła się stać niedobra. Z tego, co mu mówiłam, rozumiał dobrze, że nigdy za nic na świecie nie zgodziłabym się obrazić Boga w rzeczy ważnej. On też ze swojej strony podobne mi dawał, co do siebie zapewnienie. Zatem częste mieliśmy z sobą rozmowy. Pomimo wszelkich niedoskonałości swoich, mając duszę przenikniętą słodkim uczuciem obecności Boga, w niczym tak nie smakowałam jak w rozmowie o rzeczach Bożych. Zapał mój, zwłaszcza, że tak jeszcze byłam młoda, zdumiewał go i zawstydzał. Aż wreszcie pod wielkim wpływem swojej dla mnie przychylności wyznał mi nieszczęsny stan swojej duszy. Grzech jego był niemały. Od blisko siedmiu lat żył w stanie zatracenia, utrzymując miłosny stosunek z kobietą, w tym miejscu zamieszkałą, a przy tym odprawiał Mszę świętą. Rzecz była głośna, z wielkim uszczerbkiem czci i sławy jego. Nikt jednak nie śmiał powiedzieć mu tego w oczy. Mnie go było szczerze żal, bo lubiłam go bardzo. W wielkiej lekkomyślności i ślepocie swojej za cnotę to uznawałam, że okażę się jemu wdzięczną i wierną mu pozostanę za jego dla mnie przyjaźń i życzliwość. Przeklęta taka wierność, która posuwa się aż do sprzeniewierzenia się prawu Bożemu! Jest to przewrotny obyczaj świata, na którego wspomnienie wszystko się we mnie przewraca. Bo wszystko, cokolwiek ludzie nam uczynią dobrego, Bogu zawdzięczamy. A my za cnotę to sobie uznajemy nie zrywać przyjaźni ludzkiej, chociażby była z obrazą Boga! O ślepoto świata! Jakie by to było szczęście dla mnie, Panie, i jakie uczczenie Ciebie, gdybym się okazała najniewdzięczniejszą względem całego świata, bylebym tylko w niczym nie zaniechała należnej Tobie wdzięczności! Lecz dla grzechów moich stało się przeciwnie.

5. Starałam się zasięgnąć więcej wiadomości od jego domowników, od których też dokładnie się dowiedziałam o szczegółach jego upadku. Przekonałam się, że biedny nie tyle był winien, ile się wydawać mogło. Nieszczęsna ta kobieta wymogła na nim, aby dla miłości jej nosił na szyi jakiś bałwanek miedziany, do którego przywiązała czary. I nie było człowieka, który by zdołał go skłonić do porzucenia tej bezecnej pamiątki. Ja stanowczo nie wierzę, by była to prawda, co opowiadają o podobnych czarach, ale mówię to, na co sama patrzyłam, dla przestrogi innych, aby się strzegli kobiet, które takimi drogi postępują. Niech będą pewni, że która raz utraci wstyd przed Bogiem i tę skromność, do której sama już płeć niewieścia więcej ją obowiązuje niż mężczyznę, takiej w niczym już zaufać nie można. Bowiem dla osiągnięcia swego celu i dla zaspokojenia tej żądzy, którą szatan w niej roznieca, nie ma niegodziwości, której by nie popełniła. Co do mnie, choć tak byłam niecnotliwa, tego rodzaju winy nigdy się nie dopuściłam. Nigdy nie miałam zamiaru czynić coś złego. Nigdy nie starałam się, choć mogłam, zmusić czyjąś wolę, aby się do mnie skłoniła, bo Pan mnie od takiego grzechu zachował. Gdyby mnie pozostawił samej sobie, byłabym i w tym zgrzeszyła, jak grzeszyłam w innych rzeczach, bo na mnie w niczym polegać nie można.

6. Gdy się dowiedziałam o tym wszystkim, zaczęłam mu okazywać większą jeszcze przychylność. Zamiar mój był, dobry, ale uczynek zły. Bo dla dobrego celu, chociażby był najlepszy, nie godziło mi się uczynić najmniejszego zła. Mówiłam mu najczęściej o Bogu, co dobry wpływ na nim wywierało. Choć głównie, jak sądzę, wielkie jego do mnie przywiązanie dawało skuteczność moim słowom. Chcąc mi zrobić przyjemność zdobył się w końcu na oddanie mi swego bałwanka, który natychmiast kazałam wrzucić do rzeki. Jak tylko go się pozbył, zaraz mu – jakby się ze snu przebudził – stanęły przed oczyma wszystkie nieprawości jakie w ciągu tych lat popełnił. Przerażony ich wspomnieniem i żałując występnego swego życia, stopniowo zaczął coraz bardziej brzydzić się tym grzesznym stosunkiem. Bez wątpienia Najświętsza Panna skutecznie go przyczyną swoją wspomogła, bo wielkie miał nabożeństwo do Jej Poczęcia i dzień jemu poświęcony obchodził z wielką uroczystością. W końcu zupełnie porzucił swoją wspólniczkę i nieustanne dzięki czynił Bogu, że go zechciał oświecić. Równo rok od dnia, którego po raz pierwszy go widziałam, zmarł. Już się całkowicie nawrócił do Boga, bo w wielkim przywiązaniu, jakie miał do mnie, nigdy nie widziałam niczego złego. Chociaż mogłoby być czystsze, zawsze jednak nasuwało mi ono okazje, w których gdybym się nie trzymała w obecności Bożej, ciężko obrazić Go mogłam. Miałam wówczas, jak mówiłam, niewzruszone postanowienie nie uczynić niczego takiego, w czym bym widziała grzech śmiertelny. I to właśnie, że on widział takie we mnie postanowienie, jeszcze bardziej go, zdaje mi się, w przywiązaniu do mnie utwierdzało. Bo każdy mężczyzna, sądzę, zawsze będzie wyżej cenił kobietę, w której widzi skłonność do cnoty. Podobnie kobieta, przywiązanie i wpływ, jaki pragnie mieć u męża, tą drogą najprędzej pozyska – jak o tym później jeszcze mówić będę. Co do tego kapłana, mam to za pewne, że jest na drodze zbawienia. Umarł bardzo pobożnie, z zupełnym oderwaniem się od tej okazji. Wolą Pańską było, aby przez takie pośrednictwo został zbawiony.

7. Pozostałam w tym miejscu trzy miesiące, cierpiąc najsroższe boleści, bo kuracja była za gwałtowna na moje siły. Po dwóch miesiącach, z powodu leków życie już prawie ze mnie uchodziło. Cierpienia serca, z którego miałam być wyleczona, wzmogły się bardziej, sprawiając mi bardzo wielki ból! Często miałam takie uczucie, jakby mnie, kto ostrymi kłami za nie chwytał, tak, iż obawiano się o moją przytomność. Obok wielkiego upadku sił, (bo skutkiem, ciągłych nudności nic nie mogłam jeść i tylko płyny przyjmowałam), przy nieustającej gorączce i zupełnym wycieńczeniu skutkiem środków przeczyszczających, które mi przez cały miesiąc, co dzień dawano, tak miałam wnętrzności spalone, że nerwy we mnie kurczyć się poczęły z takim nieznośnym bólem, iż we dnie i w nocy nie miałam odpoczynku i smutek wielki mnie nękał.

8. Z takim to pożytkiem tej kuracji, ojciec zabrał mnie z powrotem do domu, gdzie znowu lekarze badali mój stan. Wszyscy we mnie zwątpili, oznajmiając, że w dodatku do wszystkich tych cierpień jeszcze mam suchoty. Mało mnie to obchodziło, to jedno tylko czułam, że cierpię. Od stóp do głowy bóle mnie nękały ustawicznie. Bóle nerwów, jak przyznawali sami lekarze, sprawiają nieznośne cierpienia, a we mnie wszystkie się kurczyły, prawdziwie, więc srogie – gdybym tylko z własnej winy nie utraciła zasługi jego – cierpiałam męczeństwo. W męce tej przeżyłam nie dłużej niż trzy miesiące, choć i tak zdawało się rzeczą nieprawdopodobną, by ktoś mógł wytrzymać tyle cierpień naraz. Sama dzisiaj nad tym się zdumiewam i za szczególną łaskę od Pana to sobie poczytuję, że taką mi dał wówczas cierpliwość. Rzecz widoczna, że była to Jego łaska. Bardzo mi pomogło to, że niedawno przedtem czytałam historię Hioba, w księdze Moraliów św. Grzegorza, którym to czytaniem Pan sam chciał mnie zawczasu przygotować, abym zdołała to wszystko znieść z takim zgodzeniem się na Jego wolę. Również i modlitwa wewnętrzna, której wówczas zaczynałam się oddawać, siły mi do cierpienia przymnażała. Cała rozmowa moja była tylko z Bogiem. Ustawicznie miałam na myśli i powtarzałam sobie te słowa z księgi Hioba: „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?”. To widocznie, dodawało mi ducha.

9. Nadeszło święto Matki Boskiej Sierpniowej. Już od kwietnia aż do tego czasu trwały moje katusze, choć ostatnie trzy miesiące silniej cierpiałam niż z początku. Gorąco zapragnęłam wyspowiadać się, bo zawsze chętnie i często spowiadałam się. Sądzono, że żądanie moje pochodzi z bojaźni śmierci, dlatego ojciec mój, nie pozwolił chcąc mi oszczędzić trwogi. O nierozumna miłości ciała i krwi, gdy nawet taki prawy katolik i człowiek tak światły, jakim był mój ojciec, – bo był bardzo światłym i nie przez nieświadomość zbłądził w tym wypadku – oprzeć się jej nie umiał! A jakże wielką szkodę mógł mi przez to wyrządzić. Tej nocy nagle zaostrzyły się objawy choroby, skutkiem, których prawie cztery dni leżałam całkiem bez czucia. W tym stanie dali mi Sakrament Ostatniego Namaszczenia. Sądzono, że lada chwila skonam. Bezustannie mówiono mi do ucha Wierzę w Boga, jak gdybym mogła, co słyszeć albo rozumieć. Chwilami tak mnie już mieli za umarłą, że potem, gdy przyszłam do siebie, oczy miałam pełne wosku.

10. Ojciec mój gorzko żałował, że nie pozwolił mi się wyspowiadać. Jakież gorące zanosił za mną wołania i modlitwy do Boga! Niech będzie błogosławiony Pan, iż zechciał go wysłuchać! Gdy bowiem otwarty był grób dla mnie w moim klasztorze już półtora dnia, gdzie czekano mego ciała, a w klasztorze męskim za miastem zakonnicy już odprawili za mnie żałobne nabożeństwo, spodobało się Panu, bym przyszła do siebie. Natychmiast poprosiłam o spowiedź. Przyjęłam Komunię płacząc rzewnymi łzami. Lecz łzy te, zdaje mi się, nie płynęły z samego tylko uczucia żalu i skruchy, że obraziłam Boga, ale z ufności w dobroć Jego, iż ma moc mnie zbawić, chociażby błąd, w który mnie wprowadzili tamci, mówiąc mi, że nie są grzechem śmiertelnym pewne rzeczy, które potem niewątpliwie poznałam, że nim są, nie był dla mnie dostateczną wymówką. Pomimo że cierpiałam boleści nie do wytrzymania, skutkiem, czego i przytomność miałam niezupełną, spowiedź jednak, zdaje mi się, odbyłam dokładną z wszystkiego, w czym mi się zdawało, że obraziłam Boga. Bo oprócz innych łask i tę dał mi Pan w boskiej dobroci swojej, że odkąd zaczęłam przystępować do Stołu Pańskiego, nigdy nie opuściłam na spowiedzi niczego, w czym uznawałam grzech choćby tylko powszedni, żebym tego nie wyznała. W tym wszystkim jednak mam to niewątpliwe przekonanie, że źle byłoby z moim zbawieniem, gdybym wówczas umarła. Z jednej strony dla błędnego kierunku nieoświeconych spowiedników, a z drugiej dla niewierności moich i dla wielu innych przyczyn.

11. Prawdę mówię, i tak jest, że gdy wspomnę na tę chwilę swego życia i jak Pan wówczas prawie mnie wskrzesił z martwych, cała jestem przerażona i jakoby dreszcz trwogi mnie przenika. Gdyż należało tobie, duszo moja, pamiętać o tym niebezpieczeństwie, z którego Pan cię wybawił. Jeśli miłość nie zdołała cię powstrzymać od obrażania Go na nowo, przynajmniej powstrzymała cię bojaźń, bo i potem tysiąc razy mógł cię zabrać z tego świata, w stanie jeszcze groźniejszym. Nie przesadzam, gdy mówię: tysiąc razy, chociaż mnie będzie za to strofował ten, który mi kazał powściągać się w opowiadaniu moich grzechów. I tak wychodzą tu one bardzo upiększone. Na miłość Boga, proszę go, by nic nie wykreślał z tego, co piszę o swoich winach, bo tym jaśniej przez nie objawia się łaskawość Boga, z jaką znosi taką duszę jak moja. Niech będzie błogosławiony na wieki! Błagam Boski Majestat Jego, niech mnie raczej w proch zetrze, niżbym, kiedy przestała coraz więcej Go miłować.

Rozdział VI

Wraca do tego, co zaczęła mówić o miłości doskonałej.

1. Daleko odbiegłam od właściwej myśli, ale przedmiot, nad którym się zatrzymałam, tak jest ważny, że kto go rozumie, nie będzie mnie winił. Wróćmy teraz do tej miłości, którą powinniśmy się wzajemnie miłować. O miłości czysto duchowej, nie wiem, czy się tu dobrze wyrażam, ale zdaje mi się, że nie ma potrzeby wiele o niej mówić, bo jest ona udziałem niewielu. Kto ją osiągnął, ma za co chwalić Boga, bo widać, że bardzo wysoko postąpił już w doskonałości. Chcę jednak coś o niej powiedzieć i sądzę, że będzie to pożyteczne. Jeśli się bowiem przypatrzymy tej cnocie, tym samym zachęcimy się do jej praktykowania.

2. Dałby Bóg, żebym to umiała jasno wyrazić, bo nie wiem o ile ona jest duchowa i co w niej jest zmysłowego, a co duchowego. Jako gdy ktoś z daleka słyszy ludzi rozmawiających między sobą, słyszy, że mówią, ale co mówią, tego dosłyszeć nie można – tak i ja nieraz mówię, a sama nie rozumiem, co mówię. Pan jednak sprawia, że często dobrze powiem; jeżeli zaś w innych razach powiem głupstwo, nic w tym nie ma dziwnego, bo sama z siebie nic dobrego nie potrafię.

3. W tej chwili tak mi się rzecz przedstawia: o wiele doskonalej od innych kocha taka dusza, którą Bóg raczy oświecić i podnieść do jasnego poznania, co to jest świat, jaka nędza jego i że jest inny świat i jaka jest różnica między jednym a drugim, iż tamten jest wieczny, a ten znikomy jak sen; i co to jest miłość Stworzyciela, a co miłość stworzenia i co się zyskuje na pierwszej, a co się traci na drugiej; i co to jest Stworzyciel, a co stworzenie i wiele innych rzeczy, których Pan światłością prawdy swojej naucza, kogo zechce. Taka dusza, powtarzam, o wiele doskonalej miłuje niż my, którzyśmy do tego poznania nie doszli.

4. Może sobie pomyślicie, siostry moje, że bez potrzeby nad tym się rozwodzę, że są to rzeczy dawno wam wiadome. Dałby Pan, by tak było, byście rzeczywiście tak znały te prawdy, jak tego są godne i tak je nosiły wyryte w sercach waszych, by pamięć o nich nigdy ani na chwilę nie wyszła wam z myśli. Lecz jeśli tak je znacie, toć i czujecie i rozumiecie, że nie kłamię, gdy mówię, że kto stanął na tej wysokości, ten musi tym samym posiadać oną miłość czysto duchową. Dusze z łaski Boga do tego stanu wyniesione są to, jak mi się zdaje, dusze wspaniałomyślne, dusze królewskie. Nie zadowolą się one miłością takiej nędznej rzeczy, jaką jest to ciało, jakkolwiek by było piękne i odznaczało się wdziękiem. Piękność tych rzeczy będzie ich pobudką do chwalenia Tego, który je stworzył, ale nie zatrzymają się na nich. Nie zatrzymają się na nich, żeby je kochać, bo czują to dobrze, że kochałyby wtedy czczą marę i goniłyby za cieniem i nie śmiałyby już potem bez głębokiego zawstydzenia mówić o Bogu, że Go miłują.

5. A więc powiecie: „takie dusze nie umieją już kochać nikogo ani wywdzięczyć się za miłość im okazaną?” – To pewna, że mało się troszczą o to, by je kto miłował. Może na razie, ulegając wpływowi uczucia przyrodzonego, ucieszą się z okazanych im oznak miłości, ale skoro wejdą w siebie i nad sobą się zastanowią, jasno widzą, że to jest marność, chyba że te oznaki miłości pochodzą od osób, które bądź nauką, bądź modlitwą mogą im dopomóc do postępu w dobrym. Wszelkie inne dowody przychylności i przywiązania są im ciężarem, żadnego z nich nie widzą dla siebie pożytku, a tylko możliwą szkodę. Nie iżby nie przyjmowały ich z wdzięcznością i nie wywdzięczały się za nie, polecając Bogu tych, którzy im taką świadczą życzliwość, ale przyjmują je jako dług, który winny Panu, bo rozumieją to dobrze, że od Niego pochodzi ta miłość i życzliwość. W samych sobie nic nie widzą takiego, co by zasługiwało na miłość, za czym przekonane są, że kto je miłuje jedynie dlatego, że Bóg je miłuje i przeto na Boga składając spłacenie tego długu i o to Go błagając, uważają siebie za wolne od tego obowiązku, jak gdyby ich to nie dotyczyło. Nieraz sobie myślę, że wszelkie pragnienie tego, aby nas kochano, jest w gruncie dowodem wielkiego zaślepienia, z wyjątkiem, jak mówiłam, kiedy chodzi o miłość takich, których życzliwość może nam być pomocna do nabycia dóbr duchowych i wiecznych.

6. Przy bliższym zastanowieniu się nad sobą nietrudno spostrzec, że gdy pragniemy, aby nas kochano, zawsze w tym szukamy jakiegoś interesu własnego, pożytku czy przyjemności. Lecz dusze doskonałe, o których mówiłam, podeptały już wszelkie dobra i wszelkie pociechy, jakimi by je ktoś na świecie mógł obdarzyć. I takie jest ich usposobienie wewnętrzne, że chociażby chciały jeszcze pragnąć tych rzeczy, nie mogłyby, bo innej już pociechy doznać nie zdołają, jeno w Bogu albo w sprawach Bożych. Jakiż więc pożytek mogą mieć z pragnienia miłości?

7. Nieraz, gdy mają przed oczyma tę prawdę, same śmieją się z siebie na wspomnienie tych czasów, kiedy tak się troszczyły o to, czy ta lub owa za miłość i przywiązanie ich odpłaca się wzajemnością. Prawda, że i najszczersza i najprawdziwsza miłość z natury ma to do siebie, że pragnie wzajemności. Ale gdy ją pozyska, gdy doczeka się tej pożądanej odpłaty, cóż ostatecznie zyskała, jeśli nie wiotkie źdźbło, jeno trochę próchna, które z pierwszym wiatrem uleci? Bo choćby kto najmocniej nas ukochał, cóż nam w końcu z tego pozostanie? Słusznie więc owe dusze wyższym światłem oświecone nie troszczą się o to, czy je kto kocha czy nie; i jeśli, jak wyżej wspomniałam, pragną życzliwości i przychylności od takich, którzy im pomagają do postępu w dobrym i do zbawienia, czynią to jedynie dlatego, że znają słabość naszej natury, która rychło ustaje, jeśli jej serce życzliwe nie wspiera.

A więc, może znowu się wam wyda, że takie dusze nikogo i niczego nie kochają i kochać nie umieją, jeno Boga samego. – Owszem, upewniam was, kochają one nierównie mocniej, goręcej i bardziej owocną miłością niż inni. Jest to miłość szlachetna, zawsze ochotna dawać raczej, niż brać. Względem Boga tak samo postępują. Tylko taka miłość godna jest tej nazwy, a wszelkie inne niskie przywiązania przywłaszczają jeno miano miłości.

8. Może zapytacie jeszcze: jeśli te dusze nie kochają nic z tego, co podpada pod zmysły, cóż więc one kochają? – Kochają one to, co widzą i miłują, co słyszą, tylko że to, co one widzą i słyszą, jest nieprzemijające. Pomijając ciało, wzrokiem duchowym sięgają do duszy tego, kogo miłują i patrzą, czy jest w niej co godnego miłości; jeśli znajdą w niej choćby tylko jaki zaród dobra i cnoty, choćby jaką skłonność i usposobienie wewnętrzne, z którego może da się wydobyć miłość Bożą, tak jak złoto dobywa się z kopalni, wtedy dla dobra tej duszy żadnego trudu nie żałują, i nie ma takiej ofiary, której by ochotnie z siebie nie uczyniły, dla pozyskania jej Bogu. Chcą bowiem i pragną miłować ją, a wiedzą to dobrze, że miłość między nimi jest rzeczą niemożebną, jeśli ta dusza nie żyje życiem łaski, jeśli nie kocha Boga. Niemożebną, mówię, bo chociażby ta dusza, którą kochać pragną, miłowała je z poświęceniem dla nich własnego życia swego, chociażby wszelkie im świadczyła dobrodziejstwa, chociażby uposażona była we wszelkie dary i wdzięki przyrodzone, nie zdołałyby przecie miłować jej głęboką i całkowitą miłością, bo umysł ich mądrością Bożą oświecony i z doświadczenia nicość wszystkiego, co ziemskie, znający, nie da się uwieść żadnemu urokowi znikomych blasków. Widzą, że dusza ta nie dąży z nimi do jednego celu, że zatem niepodobna, aby była między nimi miłość trwała i skończy się ze śmiercią tam, gdzie nie ma zachowania przykazań Bożych i obie strony rozejdą się na zawsze w przeciwnych kierunkach.

9. Takiej więc miłości, która tylko tyle trwa, ile jest tego życia doczesnego, dusza, której Bóg użyczył daru prawdziwej mądrości, nie ceni wyżej nad jej wartość, owszem, niżej ją ceni. Dla tych bowiem, którym smakują słodycze tego świata, taka ziemska miłość i przyjaźń ma tę wartość, że może im zapewnić rozkosze, honory i dostatki, o ile przyjaciel bogaty i możny ma środki po temu, aby takich uciech i przyjemności dostarczył. Ale dla duszy światłością Bożą oświeconej takie rzeczy żadnego nie mają znaczenia; dawno je zdeptała, ma je w obrzydzeniu i gardzi nimi.

Kogo zaś miłuje, pracuje z świętą namiętnością nad tym, aby dusza ta ukochała Boga i przez Niego była kochana, bo wie, że inaczej śmierć je na wieki rozłączy. Tak miłując, prawdziwie miłuje swoim kosztem i żadnego trudu sobie nie oszczędzi, aby tylko ta dusza w łasce i miłości Bożej czyniła postępy. I dla zapewnienia jej najmniejszego pomnożenia się w cnocie, tysiąc razy życie swoje oddać gotowa.

O najdroższa miłości, która tak wiernie naśladujesz Jezusa, wodza miłości, jedyne nasze dobro!

Rozdział VII

Dalszy ciąg o tym samym przedmiocie miłości duchowej.
Niektóre wskazówki do jej nabycia.

1. Dziwna jest zaiste gorącość tej miłości. Ile ona łez kosztuje, ile pokut i umartwień, ile troski i zmartwienia, ile modlitw i usilnego polecania się modlitwom każdego, kto ją przyczyną swoją do Pana wspomóc może! Jaka radość, gdy w tej duszy, którą miłuje, ujrzy jaki postęp ku lepszemu! Jaka boleść, gdy spostrzeże, że ta dusza ukochana choćby tylko o jeden krok cofnęła się wstecz! Boleść ta niepocieszona zatruwa jej życie, nie może spożyć kęsa chleba, nie może zażyć chwili spoczynku nocnego bez tej troski ciągle ją dręczącej, bez tej trwogi wszędzie jej towarzyszącej, że ta droga dusza zginąć może, że grozi im rozłączenie na wieki. Bo to chwilowe rozłączenie, które sprawia śmierć, niczym jest w jej oczach; ona miłuje w Bogu i dla Boga, więc i w tym, kogo miłuje, nie przywiązuje się do tego, co w nim jest znikomego, co lada powiew wiatru wyrwie jej z ręki, czego, choćby chciała, zatrzymać nie może. Jest to – powtarzam – miłość w najmniejszej mierze dbająca o siebie; o to jedynie dba, by tę duszę, którą kocha, ujrzała bogatą w dobra niebieskie. Taka miłość warta jest zwać się miłością, nie one mizerne miłostki, nie mówię już grzeszne, od których niech nas Bóg uchowa.

2. Nie powinniśmy szczędzić słów na potępienie takiej rzeczy, która piekłem trąci, i nie starczy słów na oddanie najmniejszej cząstki tego zła, jakie taka miłość grzeszna w sobie zawiera. Niech nigdy, siostry, ani wzmianki o niej u nas nie będzie w rozmowach, a tym bardziej w myślach naszych. Nie wspominajcie o tym, że takie rzeczy dzieją się na świecie i nigdy, pod żadnym warunkiem, ani żartem, ani na serio, nie godzi się wam słuchać jakich bądź opowiadań o tym przedmiocie, ani pozwalać na to, by opowiadano w obecności waszej. Żadnego pożytku nie przyniesie słuchanie podobnych rozmów, a może przynieść szkodę. A choćby to była miłość godziwa, jaką tu zobopólnie miłować się możemy, jaka bywa między krewnymi i przyjaciółmi, jeśli nie jest duchowa, ileż sprawia troski. Za lada powodem jesteśmy w trwodze, by nam osoba ukochana nie umarła; gdy ją głowa zaboli, w nas już dusza mdleje; widząc ją w jakim strapieniu, same tracimy z nią cierpliwość i tym podobnie.

3. Jakże inaczej postępuje miłość duchowa. Może i ona w pierwszej chwili z przyrodzonego uczucia zmartwić się cierpieniem osoby ukochanej, ale niebawem rozum przyzywając na pomoc, zastanawia się, czy to cierpienie nie jest z pożytkiem dla jej duszy; w jaki sposób je znosi, czy przez nie nie wzbogaca się w cnotę? Prosi też Boga, aby jej dodawał cierpliwości, aby miała zasługę z tego, co cierpi. A gdy się przekona, że tak jest, wtedy już nie boleje nad nią, ale raczej się cieszy. Wolałaby wprawdzie cierpieć za ukochaną, aby ona nie cierpiała; chciałaby wziąć na siebie wszystko, co ją boli, a jej zostawić tylko wszystką zasługę, lecz gdy to być nie może, nie dręczy się zbytnio i pokoju wewnętrznego nie traci.

4. Jest to, powtarzam, miłość zupełnie bezinteresowna, podobna do tej, jaką nas umiłował Chrystus. Dlatego też ci, którzy dojdą do tego stanu i tego stopnia miłości, tyle wkoło siebie czynią dobrego. Dla siebie tego tylko pragną, by mogli wziąć wszystkie bóle i ciężary drugich, aby ci cieszyli się słodkim owocem pociechy i zasługi, który z nich się rodzi. Stąd też wiele zyskują ci, którzy mają takich przyjaciół, bo prędzej czy później pociągną ich na swoją drogę, gdyż zdążają do jednej krainy jak św. Monika z Augustynem. Tacy nie mogą tego przenieść na sobie, by ci, których kochają, mieli być w czymkolwiek oszukani i by widząc, że w czym błądzą, nie upomnieli ich, jeśli jeno jest nadzieja pożytku z tego upomnienia. Owszem, nieraz i na to nie zważają i idąc jedynie za pragnieniem ujrzenia ich bogatymi w cnotę, nie mogą wytrzymać, by im nie wypowiedzieć, co mają na sercu. O świat, który opuścili, nie troszczą się; czy tam kto służy Bogu, czy nie, o tym nie sądzą; sądzą tylko samych siebie; ale względem tych, których miłują, miłość daje im bystre oko! nic się przed nim nie ukryje, ani pyłek najlżejszy. A jakichże delikatnych podstępów umieją używać, aby skłonić dusze ukochane do otrząśnięcia się z tych pyłów i wad swoich! Toczą niejako z nimi wojnę, której nikt nie widzi i albo je pociągną na drogę cnoty, albo przyjaźń się urwie, bo inaczej być nie może. Dźwigają wtedy nielekki krzyż na swoich barkach.

5. Pragnęłabym, by taka miłość panowała między nami. Zapewne, że miłość ta nie od razu będzie doskonała, ale szczerze do niej dążmy i środków do niej wiodących wiernie używajmy, a Pan ją udoskonali. Choćby w niej było nieco ludzkiej tkliwości, nie będzie z tego szkody, byleby tkliwość ta była jednakowa dla wszystkich. Owszem, dobre jest, nieraz i potrzebne żywsze uczucie miłości; dobrze jest, a nieraz i potrzeba okazać siostrze tkliwe współczucie w chorobie lub jej strapieniu. Zdarza się nieraz, że lada mała rzecz niejedną zaboli, z której druga śmiałaby się tylko i miałaby ją za nic; różne są charaktery, silniejsze i wrażliwsze. Niech więc silniejsza umie okazać współczucie wrażliwszej i niech się jej nie dziwi, a może Pan, oszczędzając nam tego cierpienia, gotuje nam inne, które choć dla nas będzie ciężkie – i samo z siebie jest takie – dla drugich wyda się lekkie. Nie sądźmy więc w takich rzeczach z siebie o drugich; jeśli zaś sądzić chcemy, bierzmy za miarę sądu naszego nie te chwile, w których Pan, może bez żadnej pracy naszej, większej nam siły dodawał, jeno raczej te chwile, kiedy same byłyśmy więcej niedołężne i słabe.

6. Jest to ważna przestroga, o której pamiętając, będziemy umiały okazać współczucie bliźniemu w cierpieniach jego, jakkolwiek by się zdawały małymi. Szczególnie zaś one dusze mężne, o których mówiłam, powinny na to pamiętać. Dusze takie pragną cierpienia, więc każde wydaje się im małe. Potrzeba im zatem mieć przed oczyma dawną słabość swoją, świadczącą o tym, że męstwo, które obecnie w nich jest, nie z nich jest. Inaczej łatwo mógłby szatan wyziębić w nich miłość bliźniego i tak je zaślepić, iżby zdrożną twardość serca dla drugich poczytywały za dowód wysokiej doskonałości We wszystkim potrzeba czuwania i baczności, bo nieprzyjaciel nie śpi; a im która dusza wyżej postąpi w doskonałości, tym pilniej powinna czuwać, bo taką kusiciel, nie śmiejąc nastawać na nią jawnie, tym chytrzej i zdradliwiej podchodzi i jeśliby się nie miała na baczności, wielką jej szkodę wyrządzi. Dlatego, jak Pan nas ostrzega, potrzeba czuwać i modlić się zawsze, bo na odkrycie tych zasadzek złego ducha nie ma skuteczniejszego sposobu nad modlitwę.

7. W tym duchu szczerej miłości bierzcie udział i w rozrywkach sióstr, gdy z nich korzystają w czasie przeznaczonym. Chociaż byście same do tych rozrywek pociągu nie miały, wszakże, gdy z dobrą intencją w nich uczestniczycie, będzie to i aktem cnoty i posłuży do utwierdzenia między wami doskonałej miłości. Wzajemne między wami współczucie jest rzeczą dobrą i chwalebną, ale po warunkiem, że nie przekroczy miary właściwej. A przekraczałoby ją, gdyby w czymkolwiek rozmijało się z posłuszeństwem. Jeśli na przykład rozkaz przełożonej wyda ci się w danym wypadku przesadnie surowy i twardy, jakkolwiek byś w głębi serca czuła i przekonana była, że tak jest, nikomu tego nie okazuj, ale samej tylko przełożonej wyjaw to z pokorą; inaczej postępując, wielkiej mogłabyś narobić szkody. Umiejcie także rozróżniać, kiedy i w czym szczególnie ma się okazywać to współczucie, które jedna dla drugiej mieć powinna. Najwięcej powinno cię boleć, gdy spostrzeżesz w siostrze widoczną jaką wadę czy niedoskonałość; umieć tę wadę cierpliwie znosić i nie objawiać z jej powodu zdziwienia czy zgorszenia, to będzie miłość prawdziwa. Tak samo też drugie postąpią wobec twych wad i niedoskonałości, których ty nie widzisz, choć masz ich wiele. Będziesz więc gorąco tę siostrę polecała Bogu, będziesz ze wszystkich sił twoich starała się spełniać jak najdoskonalej cnotę przeciwną tej wadzie, którą w siostrze widzisz, a ponieważ mieszkacie i żyjecie razem i ona ciągle na ciebie patrzy, niepodobna, by nie zrozumiała tej milczącej nauki, jaką jej przykładem swoim dajesz; lepiej winę swoją zrozumie, niżby tego dokazać zdołały wszelkie upomnienia. Takie oddziaływanie jednych na drugie jest bardzo zbawienne. Ważna to przestroga, o której nie powinnyście zapominać.

8. O, jaka to dobra i prawdziwa miłość, gdy dusza Bogu oddana, bez względu na własny swój pożytek, poświęca się cała dla dobra sióstr wszystkich, usiłując coraz wyższy czynić postęp we wszelkich cnotach i z wiernością doskonałą zachować Regułę! Taka miłość w czynie nierównie więcej warta niż wszelkie czułości i słowa pieszczotliwe, które choć powszechnie przyjęte na świecie, tu w tym domu naszym nie są w użyciu i nigdy być nie powinny, jako to: „moje serce, moje życie, mój skarbie”, i inne tym podobne. Czułości takie zachowujcie do rozmowy z Panem, z którym tyle razy na dzień, w zupełnej samotności, dano wam jest obcować. Tak mogą one być potrzebne i z pożytkiem możecie ich używać, skoro Jego Boski Majestat raczy je łaskawie przyjmować; pospolitowane zaś w powszednim użyciu, straciłyby swą świeżość i siłę i już by wam tak skutecznie serca nie rozgrzewały na rozmowie z Bogiem. Takie czułości to rzecz niewieścia, a ja chciałabym, by siostry moje nie okazywały się niewiastami, ale by były jak mężowie odważne. I jeśli ze swej strony uczynią, co mogą, Pan takie im da serca męskie, że sami mężczyźni zdumiewać się będą. Czyż bowiem niełatwo boskiej wszechmocy Jego takimi nas uczynić, skoro nas stworzył z niczego?

9. W tym także okazuje się miłość, gdy każda stara się drugim ulżyć ciężaru i sama bierze na siebie co jest trudniejsze, gdy cieszy się i wychwala każdy postęp drugich w cnocie, jakby swój własny. Po tych i wielu innych podobnych znakach poznacie, czy posiadacie tę cnotę. Wielka to i nad wszelki wyraz ważna rzecz, bo na tym polega zgoda i pokój, tak niezmiernie potrzebne w każdym klasztorze. Ufam w Panu, że pokój ten i zgoda zawsze będą mieszkały w tym domu naszym, bo gdyby ich, co nie daj Boże, zabrakło, byłby to widok prawdziwie nieznośny, patrzeć na taką garstkę sióstr, wspólnie z sobą żyjących, a wspólności serca między sobą zachować nie umiejących.

10. Gdyby kiedy jakie słowo nierozważne tę zgodę zamąciło, tejże chwili, w samym zarodku, złemu zaradźcie, albo jeśliby nie ustąpiło od razu, póty usilnie się módlcie, póki nie będzie stłumione. Gdyby zaś kiedy (na samo wspomnienie o tym krew mi się, jak to mówią, w żyłach ścina, tak jasno widzę w tym główne źródło ruiny życia zakonnego) miały zagnieździć się między wami głębsze zdrożności: chęć podobania się lub wywyższenia się nad drugich, urazy obrażonej miłości własnej, wtedy już miejcie się za stracone i wiedzcie, żeście wygnały Pana z tego domu i musi sobie szukać innego mieszkania. Wołajcie o zmiłowanie do Boskiego Majestatu Jego, błagajcie Go o ratunek, bo jeśli taka częsta spowiedź i Komunia nie zdoła takim zdrożnościom zapobiec, słusznie macie się obawiać, czy nie ma między wami jakiego Judasza.

11. Niech przeorysza, na miłość Boga, pilnie czuwa nad stłumieniem tej zarazy w samym jej zawiązku. Taką zaś, która okaże się główną sprawczynią zawichrzenia, niech usunie z miejsca, odsyłając ją ile możności do innego klasztoru; środków na odpowiednie wyposażenie jej Bóg w łaskawości swojej dostarczy. Wymiećcie z domu ten zaczyn zjadliwy; odetnijcie gałęzie zarażone, a jeśli tego nie dosyć, całe drzewo z korzeniem wytnijcie. Gdyby zaś nie było sposobu wydalenia wichrzycielki z domu, zamknijcie ją na osobności, aby z niej nigdy nie wyszła, lepiej niech ona jedna cierpi, niżby się miała udzielać wszystkim taka nie uleczona zaraza. O, jakie to wielkie nieszczęście! Niech Bóg nas broni od takiego klasztoru, na który ono spadnie. Co do mnie, wyznaję, że wolałabym raczej, by na ten dom spadł ogień z nieba i pochłonął nas wszystkie.

Mając na innym miejscu wrócić do tego przedmiotu – który jest dla nas niezmiernej wagi – tu się już dłużej nie będę nad nim rozszerzała.

Rozdział VIII

Jak wielkim dobrem jest zupełne, wewnętrzne i zewnętrzne
wyrzeczenie się wszystkiego.

1. Mówmy teraz o wyrzeczeniu się, które w nas być powinno, bo na nim, jeśli jest doskonałe, polega i w nim zawiera się wszystko. Wszystko, mówię, na tym polega, bo kto złączy się całą duszą z samym tylko Stworzycielem, za nic sobie mając wszystkie rzeczy stworzone, temu Pan takie cnoty wlewa do duszy, że prócz zwykłej pracy nad sobą i nad stopniowym postępem w dobrym, żadnych już nie będzie miał do znoszenia walk i trudności, bo Pan sam rozciągnie nad nim rękę swoją i będzie go bronił od wszelkich napaści czarta i od całego świata.

Czy sądzicie, siostry, że mała to korzyść starać się o to dobro oddania siebie bez podziału Temu, który jest wszystkim? Ponieważ w Nim, jak mówiłam, jest źródło wszystkiego dobra, więc czyńmy Panu nieskończone dzięki, że nas zgromadził w tym domu, którego jedynym zadaniem jest doprowadzenie nas do tego celu. Chociaż nie wiem, po co wam to mówię, bo nie ma między wami tu zebranymi ani jednej, która by nie mogła raczej mnie uczyć, gdyż w tym punkcie tak ważnym, wyznaję, najbardziej z was wszystkich jestem niedoskonała i nie taka, jaka bym być pragnęła. W ogóle o tym przedmiocie, jak i o każdej innej cnocie, łatwiej jest pisać, niż uczynkiem ją spełnić; chociaż i pisanie o nich nie będzie mi łatwe, bo aby umieć takie rzeczy jasno i dokładnie określić, potrzeba znać je z doświadczenia. Jeśli więc zdołam o tych cnotach trafnie coś powiedzieć, będzie to chyba skutkiem doświadczenia mego w zdrożnościach tymże cnotom przeciwnych.

2. Co do wyrzeczenia się zewnętrznego, jasno widzimy, jak tutaj oddalone jesteśmy od wszystkiego. O, siostry moje! Na miłość Boga proszę was, zrozumiejcie dobrze to wielkie nad wami zmiłowanie Pańskie i każda z was niech dobrze zważy tę łaskę, że Pan raczył to sprawić, by do tych dwunastu do tego domu powołanych każda z was należała! Ale co mówię o dwunastu? Ileż jest lepszych niż my, które z radością, pewna tego jestem, zajęłyby to miejsce, a Pan nie dał im go, ale mnie, któram go wcale niewarta! Bądź błogosławiony za to, Panie, niech Cię chwali wszystko stworzenie, bo za tę łaskę ja się Tobie ani w najmniejszej cząstce odwdzięczyć nie zdołam; jak i za tyle innych łask, z których największa ta, żeś mi pozwolił służyć Ci w zakonie! Ale i w zakonie byłam tak nędzna, że nie mogłeś polegać na mnie. Wstąpiłam do klasztoru, w którym było wiele pobożnych zakonnic; wśród tego mnóstwa dobrych, moje zdrożności byłyby pozostały ukryte, może aż do końca życia mego. Przyniosłeś mnie więc, Panie, do tego domu, gdzie sióstr jest tak niewiele, iż snadź niepodobna, by przywary moje uszły ich uwagi, gdzie zatem potrzeba mi pilniej mieć się na baczności. Wszystkie też okazje do złego odjąłeś tu ode mnie, dlatego też tym więcej potrzeba mi Twego miłosierdzia, jeśli w czym zawinię.

3. O jedno proszę usilnie, jeśliby która po uprzednim wypróbowaniu siebie nie czuła w sobie dostatecznej mocy ducha do zniesienia tego, co Reguła tego domu na nią wkłada, niech to otwarcie wyzna. Są bowiem inne klasztory, w których również gorliwie można służyć Bogu. Niechże tam się uda, a niech nie mąci pokoju tej malutkiej trzódce, którą Pan tu sobie na służbę zgromadził. W innych klasztorach wolno każdej dla pociechy swojej widywać się z krewnymi, tutaj nie wolno, chyba tylko dla pociechy samychże krewnych. Siostra więc, która by dla siebie samej pragnęła tej pociechy od krewnych, wyjąwszy jeśli to są osoby duchowne, niechaj ma siebie za niedoskonałą. Niech będzie pewna tego, że nie masz w niej wyrzeczenia się wszystkiego, że nie jest zdrowa, nie nabędzie swobody ducha i nie będzie miała doskonałego pokoju wewnętrznego. Potrzeba jej lekarza, bo jeśli tego nie usunie, nie nadaje się do tego klasztoru.

4. Lepszego zaś dla niej lekarstwa nie znam nad to, by całkiem wyrzekła się widywania ze swoimi, póki się zupełnie nie oswobodzi z tych więzów, i niech o tę łaskę prosi Pana. Gdy dojdzie do tego, że odwiedziny krewnych będą dla niej krzyżem, wtedy już i owszem, niech się widuje z nimi niekiedy; dla nich będzie z tego pożytek, a jej już to nie zaszkodzi.

Rozdział IX

Poucza, jak wielkim dobrem jest dla duszy oderwanej od świata uchylać się od zażyłości z krewnymi, bowiem miejsce przyjaciół, których dla miłości Jego opuściliśmy, Bóg nam daje innych, prawdziwszych przyjaciół.

1. O, gdybyśmy dobrze zrozumiały, jaką szkodę nam zakonnicom wyrządzają częste stosunki z krewnymi, jakże byśmy uchylały się od nich! Co do mnie, przyznaję, że nie pojmuję, jaka dla nas może z nich być pociecha (nie już pod względem służby Bożej, w której nam tylko czynią przeszkodę, ale i co się tyczy własnego spokoju i zadowolenia); w ich światowych rozrywkach udziału brać nie możemy, każde zaś ich strapienie czujemy i więcej nieraz nad nim bolejemy, niż oni sami. A jeśli kiedy przyjdzie nam od nich jaka ulga dla ciała, biedna dusza drogo to przypłaca. Od tej nędzy tutaj, siostry, jesteście wolne, bo wszystko tu mając wspólne, żadna nie może nic posiadać na własność, zatem i dary od krewnych na nic wam niepotrzebne. Potrzebom waszym Pan zapobiega.

2. Nie mogę doprawdy wspomnieć o tym bez zdumienia, i gdyby nie własne w tym względzie doświadczenie, sama bym temu nie wierzyła, jaką niezmierną szkodę sprawiają te światowe stosunki. A jakże dzisiaj, niestety, poszło w niepamięć w niektórych Zakonach to zupełne oderwanie się od świata! Mówi się, żeśmy opuściły wszystko dla miłości Boga, ale prawdziwie nie wiem, cośmy opuściły, jeśli z takim przywiązaniem trzymamy się tego, co przede wszystkim należało opuścić, to jest rodzinę? Do tego już rzeczy doszły, że gdy osoby zakonne unikają częstego widywania się z krewnymi, poczytuje im się to za brak cnoty; tak twierdzi wielu, przytaczając na to różne dowody.

3. My w tym domu, córki, polecajmy Bogu gorącą i ustawiczną modlitwą naszych rodziców i bliskich; ale poza tym pamięć o nich, ile zdołamy, usuwajmy z myśli, bo łatwiej do nich się przywiązać niż do innych.

Moi krewni bardzo mnie kochali i ja ich kochałam, a jednak i z własnego doświadczenia, i z innych przekonałam się, że z wyjątkiem rodziców (którzy chyba bardzo rzadko się zdarza, by dzieci swoje w potrzebie opuścili, których zatem i my, gdy od nas potrzebują pomocy lub pociechy, słuszne jest, byśmy nie opuszczali, o ile nam nie grozi stąd jaka szkoda dla duszy, i synowską pomoc im nieśli, co bardzo dobrze da się pogodzić z wewnętrznym wyrzeczeniem się i względem rodzeństwa), że więc z wyjątkiem rodziców i rodzeństwa na przyjaźń nie ma co liczyć. Bo choć rzekomo bardzo mnie kochali, gdy znalazłam się w różnych trudnościach i przeciwnościach, zachowali się względem mnie jak obcy; natomiast wspomogli mnie bardzo słudzy Boży.

4. Bądźcie przekonane, siostry, że jeśli jeno z waszej strony tak będziecie służyły Panu jak powinnyście, boska dobroć Jego takich wam przyśle przyjaciół, jakich same nie znalazłybyście lepszych. I tak, o upodobanie Jego jedynie się troszcząc – jak to tutaj czynicie, inaczej bowiem czyniąc, uchybiłybyście przyjacielowi i Oblubieńcowi waszemu – rychło dojdziecie do zupełnej swobody wewnętrznej. Na tych też, którzy was dla samej tylko miłości Jego kochają, bezpieczniej polegać możecie, niż na wszystkich krewnych waszych. Tacy was nie opuszczą i ani się spodziejecie, jak w nich znajdziecie ojców i braci. Za to, co oni nam uczynią, mają zapłatę u Boga, dlatego ochotną wolą dla nas się poświęcają; tamci zaś przeciwnie, żądają od nas zapłaty, a widząc, żeśmy ubogie i że żadnej z nas nie mogą mieć korzyści, prędko się zniechęcają. Nie mówię, żeby zawsze tak było i wszędzie, ale na ogół mówiąc, taki jest obyczaj świata; świat bowiem jest światem.

Kto by więc mówił wam inaczej, kto by wam dowodził, że takie czysto ludzkie przywiązanie jest cnotą, nie wierzcie mu. Gdybym chciała wyliczyć wszystkie szkody, jakie ono wyrządza duszy Bogu poświęconej, dużo jeszcze miałabym do mówienia. Ponieważ jednak wiele jest książek, w których jasno dokładnie znajdziecie wyłożone to, co wam powiedziałam, więc na tym poprzestaję.

5. Wszystko to, co nam zalecają Święci o oderwaniu się od świata, przekonywa nas o tym, jak wielki w tym jest pożytek dla duszy. A wierzcie mi, że to, co najbardziej do nas lgnie ze świata i najtrudniej usunąć się daje, to są bliscy i krewni. Dlatego dobrze czyni, kto, chcąc oddać się Bogu, opuszcza swój kraj rodzinny – jeśli mu to może być pomocą do wewnętrznego wyrzeczenia się – bo nie o to chodzi, by oddalić się ciałem, ale o to, by dusza stanowczo i całkowicie zespoliła się z Jezusem, najsłodszym Panem naszym, w którym znalazłszy wszystko, zapomni o wszystkim. Wszakże i zewnętrzne oderwanie się bardzo tu jest pomocne, dopóki dusza nie przeniknie się na wskroś tą prawdą i nie nabędzie tym samym onej wewnętrznej, jak ją wyżej opisałam, swobody ducha. Wtedy może być, że Pan, zamieniwszy nam w krzyż to, co przedtem dla duszy naszej było pociechą, właśnie każe nam zajmować się krewnymi.

Rozdział X

Poucza, że nie dość samego tylko wyrzeczenia się rzeczy zewnętrznych, ale potrzeba jeszcze wyrzeczenia się samego siebie, i jako ta cnota łączy się z pokorą.

1. Wyrzekłszy się już świata, przywiązań rodzinnych i schroniwszy się do tego domu, gdzie żyjemy w samotności, mogłoby się zdawać, że doszłyśmy już do kresu, że skończyła się walka. O, córki moje! nie ubezpieczajmy się, nie zasypiajmy, aby nas nie spotkała podobna zła przygoda, jak onego gospodarza, który starannie zamknąwszy drzwi domu swego, by się do niego nie zakradli złodzieje, spokojnie położył się spać, a tymczasem złodziejów miał w domu ukrytych. Któż tego nie wie, że najgorszym rodzajem złodzieja jest złodziej domowy? A każda z nas nosi w samej sobie takiego domowego złodzieja i jeślibyśmy nie miały ciągłej baczności i ustawicznie nie czuwały nad sobą, mnóstwo w nas jest rzeczy, które mogą nam uniemożliwić tę wolność ducha, do której dążymy, aby dusza wyzwolona od cięższego niż ołów brzemienia ziemskich pożądliwości mogła się wzbić w górę do Stwórcy swego.

2. Bardzo skuteczną pomocą do oderwania serca od ziemi a utwierdzenia go mocno w tym, co trwa wiecznie, jest ciągła pamięć na marność rzeczy ziemskich i jako wszystko szybko przemija. Sposób to może na pozór słaby, ale dziwnie umacnia duszę i do pilnego czuwania nad sobą choćby w rzeczach najmniejszych pobudza. Czuwając nad sobą, gdy spostrzeżesz w sobie zbytnią jaką skłonność i przywiązanie do tej lub owej, nie zatrzymuj się myślą przy niej, ale wszystką myśl twoją zwracaj ku Bogu, a On ci dopomoże. Już w tym wielką nam łaskę uczynił, że powołując nas do tego domu, dał nam dokonać rzeczy najważniejszej, to jest oderwać się od świata. Ale potrzeba jeszcze oderwać się od samych siebie; a to wewnętrzne umartwienie i wyrzeczenie się siebie jest rzeczą gorzką i przykrą, bo mocno lgniemy do siebie i bardzo siebie kochamy.

3. Tutaj przyjdzie nam w pomoc pokora prawdziwa. Te dwie rzeczy, zaparcie się siebie i pokora, zawsze, zdaniem moim, idą w parze. Są to dwie siostry, których nigdy nie można rozdzielać. Są to siostry, których oburącz się trzymajcie, miłujcie je i nigdy się z nimi nie rozstawajcie. O, święte królewskie cnoty, władczynie nad wszystkim stworzeniem, monarchinie świata, oswobodzicielki od wszelkich zdrad i sideł diabelskich, wybrane i umiłowane Boskiego Mistrza, który nigdy ani na chwilę z wami się nie rozłączył! Kto was posiada, ten śmiało może stawić czoło nieprzyjaciołom swoim i podjąć walkę z wszystkimi potęgami piekła i z wszystkimi mamidłami świata i nie potrzebuje się niczego lękać, bo jego jest królestwo niebieskie. Nie ma zaiste czego się lękać, skoro o żadną stratę ziemską nie dba; dba tylko o to, aby nie obraził Boga i dlatego błaga Go ustawicznie, aby go w tych cnotach utwierdzał, iżby ich nigdy z własnej winy nie postradał.

4. Cnoty te mają tę właściwość, iż ukrywają się przed tym, kto je posiada, tak że nie uwierzy, że je ma, choćby mu to mówiono. Ceniąc je jednak nad wszystko, usilnie się stara o ich nabycie i wciąż je w sobie do coraz wyższej doskonałości podnosi. Cnoty te tak jawnie się w skutkach okazują, że choć sam o tym nie wie, od razu biją w oczy każdego, kto z nim obcuje.

Lecz jakiż nierozum mój, że śmiem jeszcze wysławiać te cnoty, kiedy tak je wsławił sam Pan i tak je przykładem cierpień swoich utwierdził! Tu więc trzeba pracować, siostry moje, bo to droga do wyjścia z Egiptu i jeśli te dwie cnoty osiągniecie, znajdziecie mannę ukrytą, wszystkich smaków słodycz w sobie mającą; wszystko wam będzie słodkie i rzeczy najprzykrzejsze w oczach świata wam się w rozkosz zamienią.

5. Na wstępie tej drogi pierwszym zadaniem naszym będzie usilna praca nad umorzeniem zbytniej miłości własnego ciała. Są dusze z natury bardzo delikatne, troskliwe o zdrowie swoje, niemało więc mają do zrobienia. I jest za co chwalić Boga, patrząc na tę ciężką walkę, jaką niejedna zakonnica, a i niejedna dusza na świecie, toczyć z sobą musi dla zapewnienia sobie zbawienia. Ale są i takie zakonnice, którym się zdaje, że po to tylko wstępujemy do klasztoru, abyśmy nigdy nie umarły, i do tego zwracają ile możności wszystkie starania swoje. Tutaj, co prawda, niewiele się znajdzie sposobności ku temu, ale chciałabym, by takiego pragnienia nie było w myślach waszych. Powiedzcie sobie, córki moje, żeście tu przyszły umrzeć dla Chrystusa, a nie używać rozkoszy. Nie dajmy się podejść diabłu; on to wmawia w nas, że „potrzeba nam oszczędzać zdrowia, abyśmy mogły utrzymać i zachować obserwancję zakonną”. Jakoż często tak pięknie dla zachowania jej zachowuje się siebie, że może przez całe życie, aż do godziny śmierci, nie będzie miesiąca jednego, a może i dnia, aby była w zupełności zachowana. Nie wiem doprawdy, po co takie wstępują do klasztoru.

6. To pewna, że na rozsądku im nie zbywa; by która kiedy przypadkiem przebrała miarę w umartwieniach, o to nie ma obawy. Oby tylko spowiednicy pozbyć się chcieli swych obaw, że za lada pokutą zabijamy siebie. I tak surowo potępiany jest ten nierozsądek, że tylko życzyć by należało, aby i innych rzeczy z równą przestrzegano ścisłością. Siostry mające za nic tego rodzaju rozsądek, wiem, że nie wezmą mi za złe tego, co mówię, jak i ja nie troszczę się o to, że może ktoś o mnie powiedzieć, że z siebie sądzę o drugich. Zdaje mi się i pewna tego jestem, że mam towarzyszki takie, które by poczytywały to sobie za krzywdę, gdybym o nich sądziła i mówiła inaczej. Mniemam, że właśnie dla tej zbytniej w umartwieniu siebie powściągliwości naszej Pan sam nas umartwia, dopuszczając na nas ciężkie choroby. Ze mną przynajmniej tak uczynił i wielkie przez to okazał nade mną miłosierdzie swoje; bo widząc, że czy tak, czy tak, będę się pieściła i o zdrowie się troszczyła, zesłał mi chorobę, aby przynajmniej było o co się starać.

Zabawna to rzecz patrzeć na to marne udręczenie, w jakim niejedna wciąż żyje, sama sobie tworząc obawy i trwogi o zdrowie swoje. Zdarza się niekiedy, że nagle ją porwie szalony jakiś zapęd do pokuty i wtedy bez sensu ni ładu zadaje sobie różne umartwienia. Trwa to dwa dni, jak się mówi, a potem, widząc, że zaszkodziła sobie, wierzy diabłu, że żadnej zgoła pokuty, ani tej, którą przepisuje Zakon, czynić nie może, „że się sama na sobie o tym przekonała”. Zatem i w innych punktach, choć bardzo łatwych, Reguły nie zachowuje – na przykład milczenia, od którego przecie nie zachorujemy – albo dla bólu głowy uchylamy się od chóru – który by nas także nie zabił – albo wymyślamy sobie same inne pokuty, skutkiem czego ani jednego, ani drugiego nie zachowujemy. Inna jeszcze, za najmniejszym, jakie jej dolega cierpieniem, już się podaje za ciężko chorą i dowodzi, że nic robić nie może i prosi o zwolnienie od obowiązków.

7. Czemuż, powiecie, przeorysza ją zwalnia? Gdyby mogła czytać w jej sercu, nie zwolniłaby może. Ale gdy widzi, jak ta nieszczęśliwa nieodzownie domaga się zwolnienia i doktor na jej przedstawienie przyświadcza i jeszcze przyjaciółka jaka albo krewna płacze za nią – cóż ma począć? Boi się zbytnią surowością zgrzeszyć przeciw miłości, choć tu więcej grzeszą tamte, niż ona. Czuje to dobrze, że w tych narzekaniach więcej jest przesady albo udawania, niż prawdy; ale nie chce posądzać, nie mając pewności.

8. Takie to rzeczy zdarzają się niekiedy po klasztorach; piszę o nich dla przestrogi waszej; bo jeśli pozwolimy diabłu straszyć nas obawą o utratę zdrowia, rzecz pewna, ze niedaleko zajdziemy na drodze doskonałości. Niechaj Pan raczy nas oświecać, abyśmy we wszystkim umiały poznać i czynić świętą wolę Jego, amen.

Zobacz podobne wpisy