Wprowadzenie
Geneza i historia księgi
Pierwsza inicjatywa powstania tej książki jest nadprzyrodzona. W pierwszy czwartek Wielkiego Postu, 9 lutego 1570, Teresa od Jezusa znajdowała się w klasztorze w Malagón. Po Komunii św., w widzeniu przez wyobraźnię, zobaczyła Chrystusa, który niósł na głowie „koronę” jaśniejącą promieniami, które rozchodziły się wokoło. Chrystus dał Teresie kilka poleceń, a między innymi powiedział: „Spiesz się z zakładaniem tych domów; dusze w nich mieszkające są moją pociechą… Opisz także historię tych fundacji”.
Pozwolenie na tę pracę otrzymała od spowiednika o. Jerónima Ripaldo w Salamance w 1573 r. Już od 11 lat, tj. od r. 1562 rozwijała swoją działalność fundacyjną. W tym czasie ufundowała 8 klasztorów: Awila (1562), Medina del Campo (1567), Malagón (1568), Valladolid (1568), Toledo (1569), Pastrana (1569), Salamanka (1570), Alba de Tormes (1571).
Od 25 sierpnia 1573 r., w którym zaczęła pisać Księgę fundacji w Salamance, do lutego 1574 r., w którym wyjechała z tego miasta do Alby i Segowii, napisała 9 pierwszych rozdziałów.
W 1576 roku, znajdując się w Toledo przy swoim „mistrzu Hieronimie Grarianie od Matki Bożej… komisarzu apostolskim… przełożonym aktualnym – są to słowa samej Teresy – karmelitów i karmelitanek bosych reguły pierwotnej i wizytatorem złagodzonych”, otrzymała od niego rozkaz, by ukończyła pisać Księgę fundacji. Teresa zabrała się zaraz do pracy i napisała dalszych 8 rozdziałów. Pod koniec 27 rozdziału pisze: „Skończyłam dzisiaj, w wigilię św. Eugeniusza, dnia 14 listopada roku 1576, w klasztorze Św. Józefa w Toledo, gdzie obecnie przebywam z rozkazu o. komisarza apostolskiego, magistra Hieronima Graciana od Matki Bożej, obecnego naszego przełożonego nad klasztorami męskimi zarówno jak i żeńskimi pierwotnej reguły Karmelu, a zarazem i wizytatora prowincji andaluzyjskiej, reguły złagodzonej”.
Teresa uważała, że jest to jej ostatnia fundacja i koniec opisu, ponieważ mniemała, że już dalej klasztorów fundować nie będzie. Rzeczywiście od 1576 do 1580 zostało przerwane dzieło fundacji. Na początku rozdziału 28 Święta opisuje przyczyny tej przerwy, trwającej 4 lata.
Karmelici obserwancji złagodzonej widzieli w reformie św. Teresy rozdwojenie zakonu i zarzewie niezgody, usiłowali więc stłumić dzieło reformy. W tym celu pozyskali, a raczej przeciągnęli na swoją stronę generała zakonu, o. Rubeo, który początkowo pozwalał i popierał dzieło odnowy. Pod naciskiem karmelitów złagodzonej obserwancji zaczął występować przeciwko reformie. Pozyskał sobie poparcie nuncjusza apostolskiego, Filipa Segi. Ten poddał karmelitanki pod ścisły i nieprzychylny dozór karmelitów dawnej obserwy, a nieliczne klasztory męskie rozwiązał i zakonników poumieszczał w klasztorach złagodzonej reguły. W końcu jednak prawda i sprawiedliwość zwyciężyły. Nuncjusz spostrzegł się, że był wprowadzony w błąd i dlatego nie przeciwstawiał się reformie terezjańskiej, zwłaszcza kiedy staraniem króla Filipa II papież uznał Karmel odnowiony za oddzielną prowincję, niezależną od karmelitów obserwancji złagodzonej.
Po uspokojeniu się zawieruchy, Teresa wznowiła działalność fundacyjną i częściami opisywała przebieg fundacji nowych klasztorów. Ostatniej fundacji dokonała w Burgos (26 I – 26 VIII 1582).
Jeszcze przed śmiercią św. Teresy dokonano odpisów manuskryptu. Oryginał jest przechowywany w klasztorze Alba de Tormes, bowiem matka Anna od Jezusa, zbierając rękopisy terezjańskie do druku, zabrała manuskrypt Księgi fundacji i przekazała go o. Ludwikowi z Leonu. W jego wydaniu dzieł z 1588 roku Księga fundacji nie została wydrukowana. Racją najprawdopodobniej był fakt, że Teresa z rozbrajającą szczerością i prostotą opisała przykre zajścia z karmelitami złagodzonej reguły, z niektórymi osobami świeckimi i duchownymi przy fundowaniu niektórych klasztorów. Protagoniści tych wydarzeń jeszcze żyli, dlatego o. Ludwik z Leonu nie chciał ich zdradzać i powiększać ran jeszcze nie zagojonych. Niemniej o. Ludwik z Leonu posłał oryginał Księgi fundacji księdzu Francisco Sobrino, który został później biskupem w Valladolid. Ten kazał dokonać odpisu dla karmelitanek bosych w Valladolid. Król Filip II, po wydaniu dzieł św. Teresy, zapragnął mieć wszystkie autografy terezjańskie. Zwrócił się tedy do o. Mikołaja Dorii, wikariusza generalnego karmelitów bosych. O. Doria spowodował, że rękopis Księgi fundacji znalazł się w bibliotece królewskiej w Eskurialu, gdzie od roku 1592 jest przechowywany.
Pierwsze wydanie Księgi fundacji ukazało się w roku 1610 staraniem siostry Anny od Jezusa i o. Hieronima Graciana. Wydanie to było oparte na rękopisach z odpisów niedokładnych. Dopiero w r. 1880 wydanie litograficzne hiszpańskie zostało oparte na kodeksie z Eskurialu.
Nasze wydanie opieramy na wydaniu hiszpańskim z r. 1982, a więc najnowszym i krytycznym, przygotowanym do druku przez o. Tomasza od Krzyża Alvareza OCD.
Atrakcyjność księgi
Lektura książki, zatytułowanej prozaicznie Księgą fundacji, stanowi dużą atrakcję z punktu widzenia jej treści i stylu Autorki. Teresa z rozbrajającą szczerością i humorem przedstawia kulturę, zwyczaje i pasje Hiszpanów z XVI wieku. Jest to opowieść o przygodach jej i sióstr, a także karmelitów bosych podczas fundowania klasztorów Reformy. Autorka opowiada fundacje 16 klasztorów żeńskich i 2 męskich. Książka ma 31 rozdziałów numerowanych z podaniem odpowiedniego tytułu. Księga posiada prolog i epilog. Praca trwała 9 lat (1573-1582).
Z opowiadania, bogatego we wzmianki historyczne, drobiazgowego w opisywaniu faktów, można wnioskować, że święta Teresa pisała nie tylko dla swoich córek duchowych, karmelitanek bosych, lecz także dla szerokiego grona czytelników. Chciała szczerze powiedzieć, jak przeżywała radość i trudności w dziele fundacji, jak oceniała zasługi i winy różnych osób, które mogły działać w dobrej wierze, ale sprawiły swoim negatywnym nastawieniem ogromne cierpienia karmelitankom i karmelitom bosym, a nawet przyjaciołom fundacji. Podkreśla z całym uznaniem i wdzięcznością zasługi wielu osób, wmieszanych w dramatyczne dzieje fundacji, jak papież i król, nuncjusze apostolscy, biskupi, gubernatorzy miast i przełożeni zakonni wszelkich stopni; damy stojące wysoko na szczeblu hierarchii społecznej i osoby zakonne należące do instytutów religijnych wtedy istniejących.
Na scenie terezjańskiej jawią się wielkie postacie XVI wieku: wielcy papieże, jak św. Pius V i Grzegorz XIII, życzliwi dla reformy; król Filip II obrońca reformy; teologowie różnych zakonów, jak św. Piotr z Alkantary i św. Franciszek Borgiasz; biskupi sprzyjający fundacjom i biskupi wystawiający na ogniową próbę Teresę oraz jej siostry; inkwizytorzy, którzy względnie łagodnie potraktowali „wędrowną mniszkę”; ludzie kultury i ludzie prości: cała mozaika różnych postaci, charakterów, zwyczajów, bogata gama życia ludu hiszpańskiego z czasów błędnego rycerza Donkiszota.
Teresa doskonale kreśli sylwetki psychologiczne wielu osób sobie współczesnych. Kobiecą intuicją psychologiczną wspaniale opisuje niektóre postacie kobiece swych przyjaciółek i sióstr, a także męskie, jak św. Jana od Krzyża, o. Antoniego de Heredia i o. Graciana. Znaczenie teologiczne dzieła wyraża się w intencji Teresy oddania czci Bogu. Według niej, opowiadane wydarzenia są ogniwami łańcucha łask Bożych. Dużą wartość literacką ma styl Teresy, swobodny, zwięzły, żywy i płynny. Natchniona przez egzotyczne krajobrazy, coraz to nowe i inne, przez lud spotykany na drodze fundacyjnej, opisuje swoje przygody z gracją i humorem. Ponadto przy sprawnym załatwianiu spraw daje mimo woli przekonywające dowody na to, że mistycy są ludźmi czynu, realistami, doskonałymi organizatorami. Zatopienie się w kontemplacji Boga nie przeszkadzało jej w działaniu, owszem, pomagało jej do zdumiewająco zręcznego załatwiania spraw z ludźmi nieraz bardzo trudnymi, do taktownego i umiejętnego obcowania z każdym napotkanym człowiekiem, do pozyskiwania sobie sympatii, nawet początkowo zawziętych wrogów.
Człowiekowi współczesnemu Teresa daje wzór, jak ma postępować z ludźmi, którzy niewiele się różnią od ludzi jej czasów. „W cudownej harmonii zjednoczyło się w niej wszystko. Gdy na modlitwie podnosi wzrok ku niebu, jest całkowicie oderwana od tej ziemi, a gdy zajmuje się sprawami doczesnymi, jest realną, ludzką i praktyczną”.
Pośród morza książek współczesnych, opisujących przygody człowieka dzisiejszego, Księga fundacji św. Teresy jest dziełem, które po 400 latach jest nadal aktualne i dostosowane do gustu nowoczesnego. Teresa jest obiektywna, wspaniała w przedstawianiu faktów historycznych, zawsze pogodna w zetknięciu z ludźmi uczonymi i prostymi, z wszystkimi ich humorami, z woźnicami i hotelarzami, na słońcu i pod deszczem, na wezbranych rzekach, w błocie i chłodzie, w śniegu i mrozie. Nowocześni ludzie mają się nauczyć od Teresy kultury ludzkiej i chrześcijańskiej, głoszenia nauki chrześcijańskiej prosto i pociągająco.
Księga fundacji zainteresowała współczesne czasopismo ilustrowane „II Messaggero del Bambino Gesu di Praga”, ukazujące się w Arenzano koło Genui. Jej redaktor i fotograf, o. Girolamo Salvatico OCD i postulator generalny Zakonu o. Simeón Tomas Fernandez OCD, postanowili iść po tropach św. Teresy i udokumentować fotograficznie wszystkie jej podróże fundacyjne oraz poszczególne klasztory przez nią założone. W ciągu kilku tygodni przejechali samochodem śladami św. Teresy, odwiedzili wszystkie jej klasztory i miejscowości, przez które przejeżdżała, dokonali dokumentalnych kolorowych zdjęć każdej drogi, każdego mostu, każdej rzeki, każdego miasta czy wioski, każdego klasztoru terezjańskiego reformy z licznymi jej pamiątkami. Powstał wielki zbiór kolorowych przeźroczy, wykorzystanych w druku.
Przez cały rok terezjańskiego jubileuszu 1982 ukazywał się na łamach miesięcznika „II Messaggero” cały szereg opisów poszczególnych fundacji terezjańskich, bogato ilustrowanych zdjęciami kolorowymi, mapami i wykresami. Każdy numer miesięcznika przynosił wkładkę z opisem i dokumentacją fotograficzną poszczególnych fundacji. Na końcu roku Wydawnictwo oprawiło poszczególne wkładki w jeden tom zatytułowany: Avanti con Dio. Fondazioni e viaggi di S. Teresa di Gesu (Naprzód z Bogiem. Fundacje i podróże św. Teresy od Jezusa).
Jest to nowoczesna i oryginalna opowieść ilustrowana o życiu i fundacjach św. Teresy od Jezusa. Czytelnik śledzi opowieść z zainteresowaniem i satysfakcją oraz ogląda to, co widziały oczy św. Teresy przed 400 laty. Przedziwna historia terezjańska została uwieczniona atrakcyjnym opisem, bogactwem kolorów i artyzmem barwnych wykresów.
Tadeusz Machejek OCD
Św. Teresa od Jezusa,
Dzieła, tom I,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
Kraków 1997
Prolog
IHS
1. Z własnego doświadczenia przekonałam się, o czym i w wielu książkach czytałam, jak wielkim to dla duszy jest dobrem, nie schodzić nigdy z drogi posłuszeństwa. Na tym bowiem zasadza się postęp w cnocie i w pokorze; na tym polega bezpieczna ufność, którą dobrze jest nam, ludziom śmiertelnym, w sobie zachowywać, dopóki żyjemy na tej ziemi, byśmy nie zbłądzili z drogi wiodącej do nieba. Tu znajduje się on pokój tak pożądany dla duszy pragnącej spodobać się Bogu. Ktokolwiek bowiem szczerze i prawdziwie zda siebie na to święte posłuszeństwo i umysł swój jemu podda, nie chcąc już mieć innego zdania i sądu, jeno zdanie i sąd spowiednika, albo jeśli żyje w zakonie, zdanie i sąd przełożonego swego, tego już diabeł nie będzie napastował niepokojami, bo widzi, że szkodę raczej niż korzyść odnosi. Podobnie i niesforne zapędy natury człowieka, rade czynić wedle woli własnej i samże rozum stłumić dla zadowolenia swego, umilkną w nim, bo posłuszeństwo będzie mu przypominało, że stanowczo i raz na zawsze wolę swoją złożył w wolę Bożą, za środek ku temu obierając poddanie się temu, który mu miejsce Boga zastępuje.
Odkąd Pan w dobroci swojej raczył mię oświecić ku poznaniu wielkiego skarbu zamkniętego w tej drogocennej cnocie, starałam się zawsze – choć nieudolnie i niedoskonale – zachowywać ją chociaż nieraz utrudnia mi ją mała we mnie cnota, lękająca się, że do niektórych rzeczy, jakie mi czynić każą, sił mi nie starczy. Niechaj Boski Majestat raczy zaradzić niedostateczności mojej i w tej obecnej pracy.
2. W czasie pobytu mego w klasztorze Św. Józefa w Awili roku tysiąc pięćset sześćdziesiątego drugiego, to jest w samymże roku założenia tego klasztoru, otrzymałam od ojca Garcia de Toledo, dominikanina, naonczas spowiednika mojego, rozkaz opisania fundacji tego klasztoru i wielu innych rzeczy, które sam zobaczy, kto ujrzy to pismo, jeśli ono wyjdzie na światło dzienne. Obecnie, w roku tysiąc pięćset siedemdziesiątym trzecim, po upływie jedenastu lat, znajdując się w Salamance, mam za spowiednika ojca magistra Ripalda, rektora Towarzystwa Jezusowego. Ten, przeczytawszy księgę pierwszej fundacji, uznał, że będzie to na większą chwałę Bożą, gdy napiszę o innych siedmiu klasztorach, które od założenia pierwszego aż do tego czasu z łaski Pana naszego powstały, jak również o pierwszych początkach klasztorów Ojców Bosych tejże Reguły pierwotnej; polecił mi zatem podjąć się tej pracy.
Wykonanie tego rozkazu wydawało mi się niepodobnym (przy tylu interesach do załatwienia i tylu listach do pisania, i innych jeszcze obowiązkach, włożonych na mnie z rozkazu przełożonych), a nadto i z powodu tak małych zdolności, i zdrowia tak zniszczonego, że i bez tej pracy nadprogramowo mi narzuconej, nieraz zdawało mi się, że dłużej brzemienia mego nie zniosę. Wobec tego uciekałam się do Pana, polecając Jemu utrapienie moje. A Pan rzekł do mnie: Córko, posłuszeństwo dodaje siły.
3. Niechże boska łaskawość Jego to sprawi, by tak się stało, i niech użycza mi łaski, abym potrafiła na chwałę Jego opowiedzieć miłosierdzie, jakie w tych fundacjach Zakonowi naszemu okazał. W opowiadaniu moim, upewniam, będzie czysta prawda, bez żadnej przesady, o ile sama rozumiem, zgodna z tym, co było rzeczywiście. W najmniejszej rzeczy nawet, za nic na świecie nie powiedziałabym kłamstwa; tym bardziej więc, gdy to, co tu piszę, ma być na chwałę Panu, za ciężki grzech poczytywałabym sobie najlżejsze rozminięcie się z prawdą. Byłoby to, zdaniem moim, nie tylko zmarnowaniem czasu, ale i nadużyciem rzeczy Bożych na oszukanie ludzi; miast chwały Bożej, wyrządziłabym Bogu obrazę; byłoby to niegodną zdradą. Niech Boski Majestat nie wypuszcza mnie ze swej opieki, bym miała uczynić rzecz podobną.
Każdą fundację opiszę osobno, starając się pisać zwięźle i krótko, o ile potrafię; bo styl mam taki ciężki, że słusznie się obawiam, czy mimo najlepszej woli nie umęczę i drugich, i siebie. Lecz znając miłość, jaką mają dla mnie, córki moje, którym to pismo ma się dostać po śmierci mojej, ufam, że cierpliwie mię zniosą.
4. Wie nasz Pan, że w niczym nie szukam pożytku mego i o nic nie dbam, jeno o cześć i chwałę Jego, toteż i pisanie to podejmując błagam Go, niech daleka będzie od tych, którzy to czytać będą, myśl przypisywania mnie czegoś z tych wielu rzeczy chwalebnych, które tu znajdą opisane, bo byłoby to wprost przeciwne prawdzie. Niech raczej proszą za mną Boski Majestat Jego, aby mi raczył przebaczyć, że tak źle tych wszystkich łask użyłam. Toteż córki moje nierównie słuszniejszy mają powód do żalenia się na mnie, niż do dziękowania mi za to, co się w tych fundacjach dokonało. Dobroci Bożej, córki moje, wszystko oddajmy dziękczynienie za te tak wielkie łaski, jakie nam uczynił. Ktokolwiek będzie to czytał, proszę go na miłość Boga o jedno Zdrowaś Maryjo, aby mi modlitwą swoją dopomógł do wyzwolenia się z czyśćca i dojścia do oglądania Jezusa Chrystusa, Pana naszego, który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków, amen.
5. Skutkiem tej słabej pamięci mojej, zapewne tu opuszczę niejedną rzecz ważną, a wspomnę za to o wielu takich, bez których by się obyło; słowem, będzie to robota odpowiadająca tępocie mego umysłu i nieokrzesaniu memu, a także warunkom, w jakich ją piszę, mało mając do niej czasu spokojnego. Stosownie do danego mi polecenia, dotknę tu również, przy sposobności, niektórych spraw odnoszących się do modlitwy wewnętrznej i złudzeń, jakie się w niej zdarzyć mogą, ażeby ktoś, co im podlega, w porę się na tej niewłaściwej drodze zatrzymał.
6. We wszystkim poddaję się temu, czego matka święta Kościół Rzymski naucza; postanowiłam nadto, że nim to pismo dostanie się do rąk waszych, siostry moje i córki, pierwej je przejrzą ludzie uczeni i w rzeczach duchowych doświadczeni. Zaczynam w imię Pańskie, wzywając na pomoc błogosławioną Matkę Jego, której, choć niegodna, habit noszę, i chwalebnego ojca i pana mego, św. Józefa, w którego domu jestem, bo pod jego wezwaniem wzniesiony jest ten klasztor Karmelitanek Bosych, a który przez całe życie moje przyczyną swoją mię wspierał.
7. Roku 1573, w dzień świętego Ludwika, króla francuskiego, to jest dnia 25 sierpnia.
Niech będzie Bóg pochwalony
Rozdział I
W jaki sposób poczęła się pierwsza myśl tej fundacji i innych.
1. Przez pięć lat od chwili założenia domu Św. Józefa w Awili przebywałam w tym klasztorze, będą to, zdaje mi się, o ile dzisiaj o tym sądzić mogę, najspokojniejsze lata życia mego, za których ciszą i spokojem często potem tęskniła i tęskni dusza moja. W tym czasie wstąpiło do naszego klasztoru kilka młodych panien, o których, wnosząc z wykwintności i okazałości strojów, można było sądzić, że świat je pozyskał dla siebie. Pan jednak odrywając je wcześnie od tych marności, pociągnął je do domu swego, tak wysoką darząc je doskonałością, że przykład ich wielkim był dla mnie zawstydzeniem. Tym sposobem doszłyśmy do liczby trzynastu, której postanowiłyśmy nigdy nie przekroczyć.
2. Rozkoszą było dla mnie żyć pospołu z takimi świętymi i czystymi duszami, których jedyną troską była służba i chwała Pana. Boska łaskawość Jego zyskała nam, choć nikogo o nic nie prosiłyśmy, czego nam było potrzeba do życia; a jeśli kiedy zabrakło nam chleba, co się bardzo rzadko zdarzało, one tym większą stąd radość miały. Z uwielbieniem dzięki czyniłam Panu, patrząc na tyle tak wysokich cnót, a szczególnie na taką świętą obojętność tych dusz, nie frasujących się o nic, jeno o to, aby Jemu służyły. Ja też, choć sprawowałam rządy klasztoru, nie pamiętam, bym kiedy zafrasowała się o rzeczy doczesne, mając tę mocną wiarę, że nie zapomni Pan o służebnicach swoich, o to jedynie się starając, by Jemu się spodobały. Gdy się zaś zdarzyło, że tego, co miałyśmy w domu, nie starczyło na obiad dla wszystkich, polecałam to, co jest, podać słabszym i więcej pożywienia potrzebującym, ale żadna nic nie chciała i tak wszystko pozostawało nietknięte, dopóki Bóg nie zesłał więcej, aby było dla wszystkich.
3. Co do cnoty posłuszeństwa, wiele mogłabym przytoczyć przykładów, na które sama patrzałam. Dla cnoty tej szczególną mam cześć (choć pełnić jej nie umiałam, póki mię te służebnice Boże nie nauczyły, i lepiej bym ją umiała, gdybym była cnotliwa). Jeden tu wspomnę, jaki mi w tej chwili przychodzi na pamięć. Pewnego razu podano nam do stołu w refektarzu ogórki; mnie się dostał jeden bardzo cienki i wewnątrz zepsuty. Z udaną tedy powagą zawołałam jedną z sióstr, odznaczającą się rozumem i wykształceniem, i dla doświadczenia jej posłuszeństwa, kazałam jej pójść i zasadzić ten ogórek w ogródku, jaki miałyśmy przy domu. Zapytała mię, jak go ma zasadzić, czy na sztorc, czy w poprzek. Odpowiedziałam jej, że w poprzek. Poszła więc i zasadziła go, ani chwili nie dopuszczając tej myśli, że niepodobna, by nie usechł; to jedno miała na myśli, że działa przez posłuszeństwo i służy Chrystusowi. Ślepe to posłuszeństwo tak zagłuszyło w niej rozum przyrodzony, iż pewna była, że czyni rzecz najrozumniejszą.
4. Zdarzyło się, że umyślnie naznaczałam jednej siostrze sześć albo siedem różnych obowiązków naraz, a ona je przyjmowała nie odpowiadając ani słowa, przekonana, że zdoła spełnić je wszystkie. Miałyśmy studnię z bardzo złą wodą, według zapewnienia tych, którzy jej próbowali, a przy tym tak głęboką, że zdawało się rzeczą niepodobną wydobyć z niej wodę. Robotnicy, których wzywałam, aby ją urządzili, śmiali się ze mnie, że chcę wyrzucać pieniądze na próżno. Zapytałam sióstr, jakie ich zdanie. Jedna z nich odpowiedziała, że „trzeba podjąć tę robotę. Pan nasz, mówiła, musi nam przysyłać wodę z miasta i dawać nam pokarm dla tych, którzy ją nam przynoszą; daleko taniej wypadnie wielmożności Jego, gdy sprawi, byśmy ją miały w domu, a zatem i nie omieszka tak uczynić”. – Z taką to powiedziała żywą wiarą i z taką stanowczością, że i ja nabrałam pewności, że tak się stanie. Za czym, wbrew zdaniu i oporowi studniarza, choć znającego się na rzeczy, kazałam przystąpić do dzieła i z łaski Pana wyprowadziliśmy ze studni strumień wody dobrej do picia, zupełnie wystarczający na naszą potrzebę i do dziś dnia płynący.
5. Nie opowiadam tego zdarzenia dla zaznaczenia cudu, bo gdybym chciała mówić o cudach, wiele innych tego rodzaju rzeczy mogłabym wymienić, ale dla wykazania na tym przykładzie, jak była wielka wiara w tych siostrach, bo tak się stało, jak mówię. Nie jest tu głównym zamiarem moim pisać pochwały zakonnic tych klasztorów, które wszystkie dotąd, dzięki dobroci Pańskiej, tą drogą idą; opisywać tu wszystkie podobne powyższym przykłady, i wiele innych jeszcze szczegółów, byłoby za długo. Choć opis taki nie byłby bez pożytku, gdyż pobudzałby te, które po nich przyjdą, do naśladowania tych pierwszych. Ale jeśli jest wola Pańska, by te szczegóły były ogłoszone, zapewne przełożeni polecą przeoryszom ich spisanie.
6. Żyłam więc, ja nędzna, wśród tych dusz anielskich… (bo tak jak je znałam, nie mogę ich nazwać inaczej; wyznawały przede mną nie tylko każde najmniejsze swe uchybienie, choć zgoła wewnętrzne, ale i dary nad wyraz wielkie, łaski nadzwyczajne, żarliwe pragnienia, całkowite oderwanie serca od wszystkiego, co ziemskie, jakich Pan im użyczał; samotność była dla nich rozkoszą; upewniały mię, że nigdy się nią nasycić nie mogą; przyjmowanie odwiedzin, choćby rodzeństwa, wydawało im się męką; która więcej miała czasu i możności pozostawania w pustelni, ta poczytywała się za najszczęśliwszą). Zastanawiając się nad wysoką szlachetnością tych dusz, nad męstwem zgoła nie niewieścim, jakim Bóg je napełniał do cierpienia i pracy dla chwały Jego, nieraz myślałam sobie, że Pan, takie w nich składając bogactwa, snadź wielki jaki ma w tym cel i zamiar. Nie, iżby mi nawet przez głowę przeszło, by miało się stać to, co potem się stało, bo było to wówczas, po ludzku sądząc, zupełnym niepodobieństwem i, w braku wszelkich środków ku temu, niepodobna było o takich rzeczach i myśleć. Ale coraz wyżej z każdym dniem rosły we mnie gorące pożądania przyczynienia się w czymkolwiek do zbawienia jakiej duszy. I nieraz miałam takie uczucie, jak gdyby kto posiadał w schowaniu u siebie wielki skarb i chciałby użyczać z niego wszystkim, a nie może, bo mu ręce związano. Tak i dusza moja czuła się niejako związana, bo jakkolwiek bardzo wielkie były łaski, których Pan w tych latach mi użyczał, wszystko to zdawało mi się jakby uwięzione we mnie i leżące bez pożytku. Nie mogąc uczynić nic więcej, służyłam Panu ustawicznie moimi ubogimi modlitwami i siostry pobudzałam, aby czyniły podobnież, i żarliwe w sobie utrzymywały pragnienie zbawienia dusz i wzrostu Kościoła świętego. Jakoż każdy, kto zbliżył się do nich, wielkie zawsze z rozmowy z nimi odnosił zbudowanie. W takich to wewnętrznych pracach i usiłowaniach zanurzałam wielkie moje pragnienia.
7. Tak upłynęło może trochę więcej niż cztery lata, gdy przybył do mnie w odwiedziny pewien zakonnik franciszkanin imieniem Alonso Maldonado. Żarliwy ten sługa Boży takimiż, jak i ja, pałał pragnieniami zbawienia dusz, a mógł je wypełnić czynem, czego mu bardzo zazdrościłam. Niedawno przedtem powrócił z Indii Zachodnich i począł mi opowiadać o tych milionach dusz, które tam giną, bo nie ma, kto by je uczył prawdziwej wiary. Miał do nas przemowę, pobudzając nas do pokuty; potem nas pożegnał. Pozostałam tak przejęta żalem nad zgubą tylu dusz, że prawie odchodziłam od siebie; udałam się do pustelni i tam zalewając się łzami wołałam do Pana, błagając Go, by mi dał sposób i możność pozyskania jakiej duszy dla służby Jego, kiedy Mu czart tyle ich wydziera; by przynajmniej modlitwa moja, kiedy nic więcej uczynić nie mogę, miała przed Nim jaką ku temu skuteczność. Serdecznie zazdrościłam tym, którym dano jest dla miłości Pana naszego poświęcać się tej wielkiej sprawie, chociażby tysiąc razy na śmierć narazić się mieli. Bywało tak ze mną, że gdy czytamy żywoty świętych, to to, co oni uczynili dla nawrócenia dusz, daleko większą wzbudza we mnie pobożność i rozrzewnienie, i zazdrość, niż wszelkie męki, jakie wycierpieli. Jest to szczególny pociąg i skłonność, jaką mam od Pana, i mam to przekonanie, że więcej w Jego oczach waży jedna dusza, którą byśmy, z Jego łaski i miłosierdzia naszą pracą i modlitwą Jemu pozyskali, niż wszelkie inne, jakie byśmy mogli oddać Mu usługi.
8. Wśród takiego serdecznego mego strapienia, jednego wieczoru, gdy byłam na modlitwie, ukazał mi się Pan w takiej, w jakiej zwykle Go widuję postaci, i z wielką do mnie mówiąc miłością i pocieszając mię, rzekł: Córko, poczekaj nieco, a ujrzysz rzeczy wielkie.
Słowa te tak głęboko utkwiły mi w sercu, że ani na chwilę o nich zapomnieć nie mogłam, a chociaż znaczenia ich, mimo ciągłego nad nimi rozmyślania dociec nie zdołałam, wielce przecie mię pocieszyły. Miałam zupełną pewność, że zapowiedziane one wielkie rzeczy się sprawdzą, ale w jaki sposób to się stanie, o tym żadnego nie miałam pojęcia. Tak upłynęło jeszcze, zdaje mi się, pół roku, aż wreszcie nastąpiło to, co teraz opowiem.
Rozdział II
Przyjazd ojca generała do Awili, i co z jego przyjazdu wynikło.
1. Generałowie nasi stale mieszkają w Rzymie. Żaden z nich nigdy nie był w Hiszpanii, zdawało się więc niepodobna, by teraźniejszy miał kiedy do nas przyjechać. Lecz jako dla woli Bożej nie ma rzeczy niepodobnej, tak i w obecnym razie Boża Opatrzność Jego zrządziła, że czego nigdy przedtem nie było, to teraz nastąpiło. Wiadomość o tym, gdym ją otrzymała, nie była mi, zdaje mi się, zupełnie przyjemna; bo jak mówiłam w opisie fundacji domu Św. Józefa, dom ten, z powodów tam wymienionych, nie podlegał władzy Zakonu. Dwóch rzeczy się bałam: naprzód, by nie był na mnie zagniewany, do czego, nie znając całego przebiegu rzeczy, słuszny mógł mieć powód; a po wtóre, by nie kazał mi wracać do klasztoru Wcielenia, rządzącego się Regułą złagodzoną, co dla mnie, z przyczyn, nad którymi tu rozwodzić się nie mam potrzeby, ciężkim byłoby strapieniem. Dość tej jednej racji, że nie mogłabym tam zachowywać z całą ścisłością Reguły pierwotnej i że znalazłabym się w zgromadzeniu liczącym przeszło sto pięćdziesiąt sióstr, bo łatwiej przecież o zgodę i pokój w domu, w którym, jak w tym naszym, liczba zakonnic jest niewielka. Lecz Pan szczęśliwe, nad spodziewanie moje, z tych obaw dał wyjście. Generał, gorliwy sługa Boży, mąż przy tym wysokiej nauki i roztropności, uznał, że sprawa nasza jest dobra i żadnego mi w niczym nie okazał nieukontentowania. Nazywa się Jan Chrzciciel Rubeo z Rawenny; wysoko jest poważany w Zakonie, i słusznie.
2. Gdy tedy przybył do Awili, postarałam się, aby zwiedził ten dom Św. Józefa, a Biskup polecił nam przyjąć go z całą czcią i ceremoniałem własnej jego osobie należnym. Zdałam mu sprawę o wszystkim z zupełną szczerością i prawdą, bo tak zawsze postępować zwykłam z przełożonymi, cokolwiek by stąd miało wyniknąć, skoro oni z urzędu swego zastępują miejsce Boga, jak również i ze spowiednikami; inaczej postępując, nie byłabym spokojna o duszę moją. Zdałam mu podobnież sprawę z wewnętrznego stanu i z całego prawie życia mego, choć tak grzesznego. On, wysłuchawszy mię, powiedział mi wiele rzeczy na pociechę moją i upewnił mię, że nie każe mi opuszczać naszego klasztoru.
3. Ucieszył się bardzo, przypatrzywszy się naszemu porządkowi życia, widząc w nim obraz, jakkolwiek niedoskonały, pierwszych początków naszego Zakonu, i jako Reguła pierwotna zachowuje się u nas w całej swej ścisłości, bo żaden inny klasztor jej nie przestrzega, ale cały Zakon rządzi się Regułą złagodzoną. Stąd też, pragnąc jak najdalszego rozszerzenia się tych początków naszych, wydał mi bardzo szerokie upoważnienia do zakładania więcej takich klasztorów, z zagrożeniem kar kościelnych, gdyby który Prowincjał chciał mi w tym stawiać przeszkody. Ja go o te upoważnienia nie prosiłam, ale poznawszy mój rodzaj modlitwy, sam zrozumiał z niego gorące pragnienia moje przyczynienia się w czymkolwiek do duchowego postępu choćby jednej duszy i bliższego jej złączenia się z Bogiem.
4. Upoważnień tych i sposobów do spełnienia onych pragnień moich ja sama nie szukałam; owszem sama myśl o tym wydawała mi się szaleństwem, boć rozumiałam to dobrze, że taka jak ja, maluczka, bez żadnego znaczenia i powagi kobiecina niczego zdziałać nie może. Ale gdy duszę ogarną one święte pragnienia, nie jest już w jej możności od nich się uchylić. Miłość Boga, pragnienie chwały Jego i wiara czynią podobnym to, co w oczach przyrodzonego rozumu jest niepodobieństwem. Tak i dla mnie, wobec objawionej mi stanowczej woli Przewielebnego naszego Ojca Generała, bym więcej klasztorów zakładała, klasztory te były jakby już założone. Wspomniałam na one słowa, które Pan był do mnie powiedział; przedtem nie mogłam zrozumieć ich znaczenia, teraz widziałam już ich spełniania się początek. Bardzo się smuciłam, gdy nasz O. Generał odjeżdżał z powrotem do Rzymu. Bardzo go byłam pokochała, i z odjazdem jego zdawało mi się, że pozostaję w wielkim opuszczeniu. On też bardzo był dla mnie łaskaw i szczególną mi przychylność okazywał; ile razy zajęcia jego na to mu pozwalały, przychodził do nas i mówił nam o rzeczach duchowych, a czuć było w słowach jego, że Pan snadź wielkich łask mu użycza; pociechą było dla nas móc go słuchać. Przed odjazdem jego, Biskup nasz (don Alvaro de Mendoza), pasterz serdeczną otaczający miłością i opieką wszystkich, w których widzi pragnienia służenia Bogu z większą doskonałością, prosił go o upoważnienie do założenia w diecezji swojej kilku klasztorów karmelitów bosych, według Reguły pierwotnej. Z innych stron także zanoszono podobne prośby. On rad by był na nie się zgodził, ale napotkał na opór ze strony Zakonu, i przeto, nie chcąc dać powodu do rozterek w Prowincji naszej, na razie rzeczy zaniechał.
5. Mimo to jednak, w kilka dni potem, zważywszy, że skoro mam zakładać klasztory żeńskie, nieodzownie będzie potrzeba, by obok nich powstały także klasztory braci tejże Reguły, tym bardziej, że karmelitów w naszej Prowincji tak mała była liczba, iż zdawało się prawie, jak gdyby Zakon u nas miał wygasnąć, po gorącym tej sprawy poleceniu Bogu, napisałam do O. Generała list błagalny, przedstawiając mu, jak umiałam najlepiej, moje racje: że wielka stąd będzie służba Boża, że trudności przewidywane nie są dostatecznym powodem do zaniechania takiej dobrej sprawy, że i Najświętszej Pannie, której tak gorliwym jest czcicielem, niemałą przez to odda usługę. Snadź Ona sama wzięła w ręce tę sprawę, bo Generał, skoro doszedł do niego list mój, z Walencji, gdzie wówczas bawił, przysłał mi upoważnienie do założenia dwóch klasztorów męskich, w czym jawnie się okazała troskliwość jego o dobro i wzrost Zakonu. Zapobiegając oporowi niechętnych, polecił wykonanie rozporządzenia swego obu Prowincjałom, i obecnie urzędującemu, i dawnemu, chociaż z nimi niełatwo było dojść końca. Ale osiągnąwszy już rzecz główną, ufałam, że Pan dokona reszty; i tak się stało. Dzięki staraniom księdza Biskupa, który popierał tę sprawę jakby swoją własną, obaj Prowincjałowie wreszcie się zgodzili.
6. Cieszyłam się, że mam już zapewnione upoważnienie, ale wraz z nim przybyło mi troski, bo nie znałam w całej Prowincji żadnego zakonnika ni świeckiego, zdolnego do wykonania takiego przedsięwzięcia i do zapoczątkowania tego dzieła. Wciąż tylko błagałam Pana, aby mi wzbudził i przysłał choć jednego pomocnika. Nie miałam również domu ani sposobu jego nabycia. Do podjęcia więc takiego dzieła była tam wszystkiego jedna uboga zakonnica bosa, bez żadnej znikąd pomocy, oprócz od Pana, obładowana listami upoważniającymi i dobrymi chęciami, a pozbawiona wszelkiej możności spełnienia ich czynem. Nie traciłam jednak odwagi ani nadziei, że skoro Pan dał jedno, da więc i drugie; rzecz cała wydawała mi się już zupełnie możliwa, zatem i przystąpiłam do dzieła.
7. O Boże wielki! Jakże dziwnie objawiasz potęgę Twoją, dodając śmiałości maluczkiemu robaczkowi! Zaprawdę, nie Twoja w tym wina. Panie mój, jeśli nie umieją wielkich rzeczy zdziałać ci, którzy Cię miłują; winna temu jedynie małoduszność i tchórzostwo nasze. Nie umiemy się zdobywać na mężne postanowienia, zawsze pełni tysiącznych strachów i względów ludzkich, i dlatego Ty, Boże mój, nie działasz w nas cudów i wielmożności Twoich. Bo któż ochotniejszy nad Ciebie do dawania, skoro tylko masz komu dawać, i kto chętniej niż Ty przyjmuje usługi, i własnym kosztem sprawując je, i za nie odpłacając? Obym z boskiej łaskawości Twojej umiała Tobie w czym usłużyć, obym tyle od Ciebie wziąwszy, usilniej się starała oddawać Tobie z tego, co wzięłam, amen.
Rozdział III
W jaki sposób i z jakimi środkami przystąpiono do założenia klasztoru Św. Józefa w Medina del Campo.
1. Wśród takich zamysłów i trosk moich, przyszło mi na myśl udać się o pomoc do Ojców Towarzystwa Jezusowego w onym miejscu, to jest w Medinie mieszkających i w wielkiej tam wziętości będących; tym bardziej, że – jak o tym mówiłam w opisie pierwszej fundacji – przez wiele lat duszę moją przed nimi otwierałam, i tyle mi uczynili dobrego, że odtąd szczególną dla nich mam cześć i miłość. Napisałam więc do tamtejszego rektora, donosząc mu o otrzymanym od naszego Ojca Generała zleceniu. Trafiło się, że tym rektorem był właśnie ten sam ojciec, który mię przez wiele lat spowiadał, jak o tym w wyżej wskazanym miejscu mówiłam, tylko nazwiska jego tam nie wymieniłam, nazywał się Baltasar Alvarez; obecnie jest prowincjałem. Odpowiedział mi, że sam i inni uczynią dla nas w tej potrzebie, co tylko będzie w ich mocy. Jakoż dużo nam pomogli do uzyskania zgodzenia się miasta i zwierzchności duchownej, co jest rzeczą trudną, gdy chodzi o założenie klasztoru utrzymującego się wyłącznie z jałmużny; i tu więc także kilka dni zeszło na wstępnych zachodach i rokowaniach.
2. Prowadził je pewien kapłan, wielki sługa Boży, całkiem oderwany od wszelkich rzeczy tego świata, żarliwie oddany modlitwie. Był on kapelanem naszego klasztoru; Pan wzbudzał w nim takież, jakich i mnie użyczał pragnienia, stąd też wielką z niego pomoc miałam, jak się to w dalszym ciągu okaże. Nazywa się Julian z Awili. Pozwolenie wreszcie otrzymałam, ale nie było ani domu, ani szeląga na jego kupienie. Co zaś do kredytu, jak mogła się spodziewać tego taka jak ja uboga przybłęda, jeśliby Pan sam tego cudu nie sprawił? Jakoż On zaradził potrzebie naszej.
Pewna panienka bardzo pobożna, której nie mogłyśmy przyjąć do klasztoru Świętego Józefa, bo już nie było miejsca, dowiedziawszy się o zamierzonym otworzeniu nowego domu, przyszła do mnie z prośbą o przyjęcie. Miała ona trochę grosza (ale tak mało, że nie było za co kupić domu); zaledwo starczyło jej pieniędzy na wynajęcie mieszkania, o które też wystarałyśmy się, i dla nas na drogę. Z takim więc zasobem wybrałyśmy się z Awili; pojechały ze mną dwie siostry z klasztoru Św. Józefa i cztery siostry z klasztoru Wcielenia (to jest z tego klasztoru Reguły złagodzonej, w którym przebywałam do czasu założenia klasztoru Św. Józefa). Nasz ojciec kapelan, Julian z Awili, nam towarzyszył.
3. Gdy wieść o postanowionym wyjeździe naszym rozeszła się po mieście, szemrania było dużo; jedni mówili, że zwariowałam, drudzy czekali, jaki będzie koniec tego szaleństwa. Samże Biskup – jak później mi mówił – poczytywał nasz zamiar za wielki nierozum, choć wówczas nic mi o tym nie wspomniał ani próbował zatrzymać mię, nie chcąc w wielkiej swej dla mnie przychylności robić mi zmartwienia. Przyjaciele moi za to dużo mi nagadali, ale ja nic na ich dowodzenia nie zważałam; bo to, co im się wydawało trudnym, w moich oczach było rzeczą tak łatwą, że niepodobna mi było przypuścić tej myśli, by skutek nie był pomyślny.
Gdy jeszcze gotowaliśmy się do wyjazdu z Awili, napisałam była do jednego ojca z naszego Zakonu, imieniem Antonio de Heredia, który wówczas był przeorem klasztoru Karmelitów, pod wezwaniem św. Anny, z prośbą, aby nam kupił tam jaki dom. On udał się w tym celu do jednej pani jemu oddanej, która posiadała dom bardzo dobrze położony, ale z wyjątkiem jednej izby całkiem rozwalony. Pani ta tak była dobra, że zgodziła się go sprzedać i zrobiła umowę, nie żądając kaucji ani żadnej rękojmi prócz słowa jego; bo też, gdyby była wymagała innego ubezpieczenia, nie byłybyśmy w możności uczynienia zadość jej żądaniu. Wszystko Pan tak nam ułatwiał i zrządzał. Ale dom ten tak był zrujnowany, że musiałyśmy nająć tamten drugi, dopóki by nasz nie był naprawiony, co niemałą było robotą.
4. Pierwszego dnia podróży naszej, wieczorem, gdy zmęczone złym, jaki miałyśmy zaprzęgiem, zajeżdżałyśmy na noc do Arevalo, wyszedł na spotkanie nasze pewien kapłan, przyjaciel nasz, który nam był przygotował gościnę w domu jakichś pobożnych niewiast, i ostrzegł mię po cichu, że ten dom w Medinie nie dla nas, leży bowiem blisko klasztoru Augustianów i zakonnicy nie pozwalają na to, byśmy w nim zamieszkały, i niezawodnie wytoczą nam proces. O Boże wielki, co znaczą wszelkie przeciwieństwa od ludzi, komu Ty, Panie, raczysz ducha i odwagi dodawać! Mnie ta przeciwność jakby większej jeszcze otuchy przymnożyła; skoro diabeł, tak myślałam sobie, już się zaczyna miotać, więc pewno będzie Pan miał wierną służbę w tym klasztorze. Uprosiłam jednak tego kapłana, by głośno o tym nie mówił, aby snadź nie przeraziły się towarzyszki moje, szczególnie te dwie z klasztoru Wcielenia, bo inne gotowe były dla mnie wszelkie znieść utrapienia. Jedna z tych dwu była wtedy podprzeoryszą klasztoru i mocno się jej wyjściu sprzeciwiano; obie były z rodów zamożnych, i przyłączyły się do mnie wbrew woli swych krewnych, którym, tak samo jak wszystkim, zamiar mój wydawał się szaleństwem, i po ludzku, jak sama później o tym się przekonałam, aż nadto mieli słuszność. Ale gdy Panu się spodoba użyć mnie do założenia jakiego domu, żadnej nie uznaję przeszkody, która by mi się zdawała dostatecznym powodem do zaniechania dzieła. Dopiero gdy rzecz już zrobiona, trudności wszelkiego rodzaju gromadnie mi stają na oczy, jak się to w dalszym ciągu okaże.
5. Stanąwszy w gospodzie, dowiedziałam się, że bawi tu dominikanin, bardzo gorliwy sługa Boży, u którego spowiadałam się w czasie pobytu mego w klasztorze Św. Józefa. W opisie fundacji tego klasztoru szeroko mówiłam o jego cnotach; tu więc wymienię tylko jego nazwisko: był to ojciec magister Dominik Bańez. Jest to mąż wielkiej nauki i wysokiej roztropności, jego też zdaniem się kierowałam. W przedsięwzięciu moim nie widział on tak wielkich trudności jak wszyscy, których rady zasięgałam; bo im kto lepiej pozna Boga, tym łatwiejszymi stają mu się sprawy dla chwały Jego podjęte. Wiedział także o niektórych łaskach, jakie Pan w boskiej dobroci swojej mi uczynił, i po tym, co na własne oczy oglądał przy fundacji Św. Józefa, wszystko już wydawało mu się zupełnie możliwe. Widzenie się z nim wielką było dla mnie pociechą, a mając zdanie i radę jego, pewna byłam, że wszystko się dobrze ułoży. Gdy tedy przyszedł do mnie, opowiedziałam mu pod sekretem, jak rzeczy stoją, na co on mię upewnił, że sprawa z augustianami prędko, jak sądzi, da się załatwić. Mnie jednak i najmniejsza zwłoka wydawała się ciężka, bo nie wiedziałam, co począć z tylu siostrami. Tak więc spędziłyśmy całą tę noc w wielkim frasunku, bo i one wszystkie niebawem dowiedziały się w gospodzie o tym, co zaszło.
6. Nazajutrz zaraz z rana przyjechał do nas ojciec Antoni, przeor z naszego Zakonu, i oznajmił mi, że dom, o którego kupno się ułożył, wystarczy, że jest w nim przedsionek, z którego można będzie zrobić kaplicę, przyozdobiwszy go nieco draperiami. Postanowiłyśmy pójść za jego radą; mnie przynajmniej bardzo się ona podobała, bo im prędzej rzecz by się załatwiła, tym lepiej dla nas; raz że byłyśmy poza naszym klasztorem, a po wtóre także dlatego, że nauczona doświadczeniem przy pierwszej fundacji nabytym, obawiałam się i tu jakiego przeciwieństwa, za czym pragnęłam czym prędzej objąć w posiadanie nasze siedlisko, pierwej nimby się o nas dowiedziano. Postanowiłyśmy więc wykonać natychmiast nasz zamiar. Ojciec magister Dominik był także tego zdania.
7. Stanęliśmy w Medina del Campo w wigilię Najświętszej Panny sierpniowej o północy; nie chcąc robić turkotu, wysiadłyśmy przy klasztorze Św. Anny i pieszo doszłyśmy do domu. Wielkie to miłosierdzie Pańskie, że nas po drodze nie napadły byki, które właśnie o tejże porze spędzano do walki nazajutrz odbyć się mającej. Całkiem zajęte sprawą naszą, o niczym więcej nie myślałyśmy; ale Pan, który zawsze ma pieczę o tych, którzy pragną Mu służyć, wybawił nas, bo rzecz pewna, że nic tam innego nie miałyśmy na celu, jeno służbę Jego.
8. Doszedłszy do domu, weszłyśmy na dziedziniec; mury już wtedy wydały mi się mocno zrujnowane, ale nie tak jeszcze mi się przedstawiły, jak je ujrzałam za dnia. Snadź Pan na tego poczciwego Ojca dopuścił dobrowolną ślepotę, kiedy nie widział tego, że nie jest to miejsce, w którym by wypadało umieścić Przenajświętszy Sakrament. Rozpatrzywszy się bliżej w onym przedsionku, znalazłyśmy go zawalony gruzami, które trzeba było uprzątać; dach byle jak z desek sklecony, ściany porysowane i bez oprawy. Noc była już późna; kobierców miałyśmy z sobą zaledwo trzy, co było jakby nic w porównaniu z rozmiarami ścian, które przykryć należało. Nie wiedziałam, co począć, bo przecież byłoby nieprzyzwoitością w takim otoczeniu ustawić ołtarz. Ale wolą było Pana, by kaplica stanęła bez zwłoki, i łaskawym zrządzeniem Jego dostałyśmy niespodzianie, czego nam było potrzeba. Zawiadowca tej pani miał u siebie w schowaniu wiele różnych jej dywanów oraz namiot z adamaszku błękitnego, a dała mu była polecenie, bo była to osoba bardzo pobożna, by nam wydał, cokolwiek byśmy potrzebowały.
9. Na widok tak bogatych przyborów dzięki czyniłam Panu i inne siostry ze mną. Ale jeszcze był kłopot z gwoździami, których nie miałyśmy z sobą, a trudno było chodzić po nie i kupować w nocy; poczęłyśmy wreszcie wyrywać ćwieki ze ścian, i tak na koniec, choć z trudem,, nazbierało się, ile ich było potrzeba. Wszyscy tedy zabraliśmy się do pracy; mężczyźni rozwieszali draperie, my oczyszczałyśmy z gruzu i zamiatałyśmy podłogę, a tak raźno nam szła ta robota, że o pierwszym brzasku dnia już ołtarz był gotów i dzwonek zawieszony w przyległym korytarzu, za czym natychmiast i kapłan wyszedł ze Mszą świętą.
Równało się to formalnemu objęciu domu w posiadanie. Nikt z przybyłych na Mszę nie gorszył się z ubóstwa naszego ołtarza, tym bardziej, że umieściłyśmy na nim Przenajświętszy Sakrament. My słuchałyśmy Mszy świętej przez szpary w drzwiach naprzeciwko ołtarza, bo innego dla nas miejsca nie było.
10. Ja w onej chwili byłam szczęśliwa, bo każdy nowy kościół niezmierną jest dla mnie pociechą, bo przybywa w nim jedno więcej miejsce na mieszkanie Pana w Najświętszym Sakramencie. Ale niedługa była radość moja; gdym po Mszy świętej stanęła na chwilę w oknie i wyjrzałam na dziedziniec, ujrzałam w wielu miejscach całe szmaty murów rozwalonych i leżących na ziemi. Na naprawienie tego długiego jeszcze potrzeba było czasu i niemałej pracy. O Boże wielki! Jakiż żal i ciężkość ścisnęły mię za serce, gdym widziała Boski Majestat Twój tak wystawiony jakby na ulicy i to jeszcze w tych czasach tak niebezpiecznych, jakich dożyliśmy z powodu luteranów.
11. Wraz z tym strapieniem stanęły mi na myśli wszystkie trudności, ile mi ich zarzucać mogli ci, którzy tak stanowczo ganili mój zamiar, i jasno teraz uznawałam, że mieli słuszność. Zdawało mi się niepodobieństwem, bym mogła doprowadzić do skutku to, co podjęłam, bo jak przedtem wszystko mi się wydawało łatwe, skoro w tym, co czyniłam, miałam na celu chwałę Bożą, tak teraz pokusa z taką siłą mię nękała, iż zdawało mi się, jakobym nigdy żadnej łaski od Boga nie otrzymała i nic mi innego nie stało przed oczyma, jeno własna niskość i niemoc moja. Na takiej nędzy się opierając, jakiegoż mogłam spodziewać się pomyślnego skutku? Gdybym jeszcze była sama, łatwiej bym to przeniosła; ale na myśl o towarzyszkach moich, żeby one ze wstydem miały wracać do klasztoru, z którego wychodząc tyle przeciwieństwa poniosły, serce mi się krajało. I tym jeszcze się dręczyłam, że skoro tak z samego początku fałszywą drogą poszłam, snadź więc i to już się nie spełni, co mi Pan był objawił, iż w dalszym następstwie uczyni. A wraz z tym udręczeniem już powstawała we mnie wątpliwość, czy to, co słyszałam na modlitwie, nie było złudzeniem; i ta wątpliwość nie była najmniejszym, owszem, była największym z cierpień, jakie wówczas przebyłam; strach mię niewypowiedziany przenikał, czy nie zostałam oszukana przez diabła.
O Boże wielki! Jakiż to bolesny stan takiej duszy, którą spodoba się Tobie pozostawić w utrapieniu! Gdy wspomnę na to udręczenie wewnętrzne, i inne podobne, których kilkakrotnie w ciągu tych fundacji doznałam, śmiało rzec mogę, że niczym wydają mi się w porównaniu z nimi wszelkie cierpienia fizyczne, jakkolwiek i tych dużo i ciężkich przebyłam.
12. Towarzyszkom moim jednak tego udręczenia mego w niczym nie okazywałam, nie chcąc zwiększać jeszcze i tak już dotkliwego ich zmartwienia. W takim stanie pozostawałam cały dzień; wieczorem dopiero przyszedł do nas jeden z Ojców Towarzystwa, przysłany przez rektora, a przyjście jego i rozmowa z nim pocieszyły mię bardzo i dodały mi otuchy. Nie wyznałam mu wszystkich udręczeń moich; powiedziałam mu tylko, ile nad tym cierpię, że tak jesteśmy jakby na bruku. Wszczęłam starania o wynalezienie dla nas, za wszelką cenę, jakiego domu do wynajęcia, gdzie byśmy mogły się umieścić, dopóki nasz nie zostanie naprawiony. Wiele ludu wstępowało do naszej kaplicy i było to dla mnie niejaką w strapieniu moim pociechą, że nikt nie zwrócił uwagi na takie niestosowne jej umieszczenie; było to prawdziwie miłosierdzie Boże, bo byłam najpewniejsza, że zobaczywszy tę jej nagość i te ruiny, zabiorą nam Przenajświętszy Sakrament. Dotąd się dziwię tej powszechnej nieuwadze, że nikomu to na myśl nie przyszło; ale się i śmieję z dziecinnego wówczas strachu mego, bo zdawało mi się, że gdyby nas spotkało to nieszczęście, wszystko tym samym byłoby stracone.
13. Pomimo najusilniejszych poszukiwań, nie znalazł się w całym mieście ani jeden dom do wynajęcia. Wielki z tego miałam niepokój we dnie i więcej jeszcze w nocy, bo chociaż każdej nocy stawiałam ludzi na straży Najświętszego Sakramentu, zawsze byłam w obawie, żeby nie zasnęli; po wiele razy więc wstawałam i patrzyłam przez okno, dla przekonania się naocznie, bo przy jasnym świetle księżyca dobrze było widać, co się dzieje na dworze. Przez wszystkie te dni wciąż wiele ludzi przychodziło i nie tylko nic w urządzeniu naszej kaplicy nie widzieli złego, ale owszem pobudzało ich to do pobożności, że widzą Pana jakby po raz wtóry wystawionego na ganku, a On w boskiej łaskawości swojej, jako Mu nigdy nie dość poniżenia siebie dla nas, zdawało się, że nigdy nie zechce tego miejsca opuścić.
14. Wreszcie, po ośmiu dniach, kupiec jeden (posiadający bardzo piękny dom) zaprosił nas, byśmy zajęły górne jego piętro, upewniając, że będziemy tam jakby u siebie. Miał tam bardzo dużą złoconą salę, którą nam oddał za kaplicę; a jedna pani, wielka służebnica Boża, mieszkająca blisko domu przez nas nabytego, nazywała się dońa Elena de Ouiroga, przyrzekła nam pomoc swoją, abyśmy bezzwłocznie przystąpić mogły do zbudowania kaplicy na umieszczenie Najświętszego Sakramentu, oraz i dom tak urządzić, abyśmy w nim były za klauzurą. Wielu innych dobroczyńców dawało nam hojne jałmużny na pożywienie i potrzeby życia; ale ta pani z nich wszystkich najskuteczniej nas wspomagała.
15. Odtąd już zaczął się dla mnie czas większego spokoju; w mieszkaniu użyczonym nam przez tego kupca, zupełną miałyśmy klauzurę i mogłyśmy wrócić do odmawiania godzin kanonicznych. Z drugiej strony zacny nasz przeor gorliwie zajął się domem i wiele pracy koło naprawy jego łożył; trwało to jednak dwa miesiące, ale w końcu na tyle dom urządzono, że przez kilka lat jakie takie miałyśmy w nim pomieszczenie. Później, z łaski Pana, stopniowo coraz dogodniejszy się stawał.
16. Bawiąc w tym nowym klasztorze, nie spuszczałam z oka zamierzonej także fundacji klasztorów męskich; ale nikogo – jak mówiłam – nie mając do pomocy, nie wiedziałam, jak co począć. Postanowiłam wreszcie pomówić o tym w cztery oczy z miejscowym przeorem i zobaczyć, co też mi poradzi; tak i uczyniłam. Przeor, dowiedziawszy się ode mnie o moim zamiarze, ucieszył się bardzo i przyrzekł, że sam pierwszy przyjmie reformę. Ja zrazu wzięłam to za żart i otwarcie mu to wyznałam, bo jakkolwiek zawsze był dobrym zakonnikiem i człowiekiem wewnętrznym, bardzo gorliwym i kochającym samotność swej celi, a przy tym i oddanym nauce, nie zdawało mi się jednak, by mógł być odpowiednim do podjęcia takiej sprawy. Sądziłam, że ani ducha, ani sił mu nie starczy do wytrzymania takiej surowości, jakiej by się poddać musiał, bo wątłej był budowy i do tak ścisłej surowości jak nasza nie przyzwyczajony. On jednak, w odpowiedzi na te wątpliwości moje, upewniał mię, że się mylę; że od dawna już czuje w sobie powołanie Pańskie do życia surowszego; że nawet już miał postanowienie wstąpienia do kartuzów i że mu tam obiecano, iż będzie przyjęty. Z tym wszystkim jednak te zapewnienia jego, choć słuchałam ich z pociechą, niezupełnie mię uspokoiły. Prosiłam go zatem, byśmy sobie zostawili nieco czasu do namysłu, a on by tymczasem zaprawiał się do tych rzeczy, do których miał się potem ślubem zobowiązać. Zgodził się na to, i tak upłynął cały rok, w ciągu którego tyle nań przyszło różnych utrapień, prześladowań, oszczerstw i fałszywych oskarżeń, iż widoczne było, że Pan sam chce go tym sposobem wypróbować, a on wszystko to znosił z mężną cierpliwością, coraz wyższe czyniąc postępy w doskonałości, co widząc błogosławiłam Pana, iż snadź sam w boskiej łaskawości swojej tak go przysposabia do zamierzonego dzieła.
17. Wkrótce po tej rozmowie przybył młody zakonnik, zostający na studiach w Salamance. Nazywał się brat Jan od Krzyża. Starszy ojciec, któremu był dodany za towarzysza, mówił mi z wielkimi pochwałami o dziwnie świątobliwym jego życiu, za co z pociechą wielką dzięki czyniłam Panu. Poznawszy go, większą jeszcze radość miałam z mojej z nim rozmowy. Wyznał mi, że i on także zamierza wstąpić do kartuzów. Na to objawiłam mu mój zamiar, prosząc go usilnie, by się wstrzymał, aż Pan da nam własny klasztor, i przedstawiając mu, że skoro pragnie wyższej doskonałości, daleko lepiej będzie i z nierównie większą chwałą Boga, gdy we własnym Zakonie życie doskonalsze zaprowadzi. Przyrzekł mi, że tak uczyni, byleby tylko sprawa zbytnio się nie przewlokła. Mając tym sposobem już dwóch braci na pierwszy początek, tak byłam pewna pomyślnego skutku nowej fundacji, jak gdyby już była gotowa. Wszakże, niezupełnie jeszcze dowierzając Przeorowi i nie mając jeszcze zapewnionego miejsca na założenie nowego domu, wolałam jeszcze jakiś czas się wstrzymać.
18. Tymczasem siostry nasze coraz większe zjednywały sobie w mieście poważanie i coraz większym otaczano je poszanowaniem i miłością; i słusznie, jak sądzę; bo wszystkie one nic innego nie miały na myśli, jeno doskonalszą służbę Panu. We wszystkim stosowały się do porządku życia przyjętego u Św. Józefa w Awili, tąż samą rządząc się Regułą i też same zachowując Konstytucje.
Pan także przymnażał nowych powołań i tak wielkimi te dusze łaskami obsypywał, że aż zdumiewałam się nad nimi. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen. Snadź niczego więcej nie czeka, jeno ukochania naszego, aby nam okazał swoją miłość.
Rozdział IV
Opowiada o szczególnych łaskach, jakie Pan czyni siostrom w tych klasztorach, i daje przestrogi dla przełożonych, jak się wobec nich mają zachowywać.
1. Nim postąpię dalej w tym opowiadaniu (nie wiedząc, ile mi Pan jeszcze da życia i czasu swobodnego, a mając go nieco w tej chwili), zdało mi się rzeczą właściwą zamieścić tu niektóre uwagi i przestrogi dla przeorysz, aby wiedziały, jak mają postępować z podwładnymi swymi i prowadzić ich dusze, mając na względzie nie tyle własne upodobanie i zadowolenie, ile raczej rzeczywisty postęp ich w doskonałości.
Zaznaczę tu najpierw, że w chwili, gdy mi kazano opisać te fundacje (oprócz pierwszego domu Św. Józefa w Awili, o którym zaraz po założeniu jego pisałam), było z łaski Pana założonych dalszych siedem, aż do fundacji w Alba de Tormes, która w tej kolei była ostatnią; że zaś nie założyło się ich wówczas więcej, przyczyną tego było moje skrępowanie innymi obowiązkami, jakie na mnie włożyli przełożeni, o czym jeszcze w dalszym ciągu będzie mowa.
2. Zastanawiając się tedy nad tym, co w ciągu tych lat zaszło w tych klasztorach odnośnie do rzeczy duchowych, uznałam konieczność powiedzenia tego, co tu piszę. Daj Boże, bym umiała tak dokładnie i jasno mówić o tych rzeczach, jak widzę, że mówić o nich, potrzeba! Otóż, skoro łaski, których siostry doznają, nie są oszukaniem ani zmamieniem, potrzeba więc nie dopuszczać do duszy żadnego z ich powodu niepokoju i trwogi; bo, jak to już na innych miejscach powiedziałam w małych, jakie dla sióstr ułożyłam pisemkach, kto postępuje z czystym sumieniem i w duchu posłuszeństwa, nad tym nigdy Pan nie dopuści złemu duchowi takiej mocy, iżby zdołał oszukać go i duszy jego zaszkodzić; przeciwnie, sam zawsze na zdradach swoich się oszuka. Wie on o tym dobrze. Przeto nie tyle szkody on nam wyrządzić może, ile my jej same sobie wyrządzamy, pobłażając wyobraźni i złym nastrojom naszym, zwłaszcza jeśli przyłączy się do nich melancholia. Niewieścia bowiem natura nasza jest słaba, a miłość własna, panująca w nas, bardzo subtelna. Jakoż, mając do czynienia z wielu duszami, które się do mnie udawały, między którymi byli i mężczyźni, ale więcej niewiast, nie mówiąc już o siostrach tych klasztorów naszych, jasno się przekonałam, że bardzo często, mimo woli i wiedzy, same siebie łudzą i w błąd wprowadzają. Zapewne, że może się w to wdawać i diabeł, dla oszukania nas; ale bądź co bądź wśród tylu dusz, które – jak mówię – poznałam, nie znalazłam żadnej, którą by Pan w dobroci swojej z opieki swej wypuścił. Na to snadź dopuszcza na nie te próby, aby w nich wyćwiczone, z własnego doświadczenia poznały drogi życia duchowego.
3. Tak się dziś, z powodu grzechów naszych, obniżyły na świecie pojęcia o modlitwie bogomyślnej i doskonałości chrześcijańskiej, iż dla dodania duszom odwagi potrzeba takiego, jak je tu daję, objaśnienia rzeczy. Bo kiedy tylu boi się wstąpić na tę drogę, choć niebezpieczeństwa na niej nie widzą, cóż by dopiero było, gdybyśmy im mówili, że jest niebezpieczeństwo? Wprawdzie grozi nam ono wszędzie i na każdym kroku, i w każdej rzeczy, póki żyjemy, potrzeba nam postępować z bojaźnią, prosząc Pana, aby nas nie opuszczał, lecz, jak o tym, zdaje mi się, na innym miejscu mówiłam, jeśli może być jaki rodzaj życia, mniej od innych wystawiony na niebezpieczeństwo, to jest nim życie tych, którzy usilnie starają się mieć myśl zwróconą do Boga i pracować nad udoskonaleniem siebie.
4. O Panie mój! Gdy wspomnimy, ile razy, choć sprzeciwiamy się woli Twojej, wybawiasz nas z niebezpieczeństw, na jakie przez to sami się wystawiamy, jakże możemy przypuścić, byś nie miał nas wybawić, gdy niczego więcej nie mamy na celu i nie pragniemy, jak tego, by spodobać się Tobie i cieszyć się posiadaniem Ciebie? To rzecz niepodobna i nigdy nie uwierzę, by to być mogło. Może być, że Bóg w ukrytych sądach swoich dopuści pewne rzeczy, takie lub inne zrządzenia, ale nigdy z dobrego nie może wyniknąć złe. Niechże nam ta pewność będzie pobudką, nie byśmy miały cofać się wstecz, lecz byśmy tym raźniej postępowały naszą drogą, tym lepiej się spodobały Boskiemu Oblubieńcowi naszemu i tym prędzej Go znalazły; byśmy na przyszłość nie dawały miejsca niepokojom i trwogom, ale byśmy raczej odważnie i mężnie szły naprzód po tych stromych i ostrych wertepach, jakimi są drogi tego życia. W końcu bowiem, idąc naprzód w pokorze, przez miłosierdzie Boże dojdziemy do onego miasta Jeruzalem, kędy w porównaniu z rozkoszą tam nam zgotowaną, niczym i wspomnienia niegodnym będzie się nam wydawało wszystko, cokolwiek tu ucierpieliśmy.
5. W miarę jak poczęły się zaludniać te gołębniki Najświętszej Panny, Pani naszej, Boski Majestat Pana począł objawiać wielmożności swoje w tych niewiastach, słabych z natury, ale mocnych i mężnych w pragnieniach świętych i w oderwaniu się od wszystkiego stworzenia, to jest w tym, czym najściślej dusza łączy się ze Stwórcą swoim, jeśli ma czyste sumienie. Ostatni ten warunek niepotrzebnie dodałam, bo prawdziwe oderwanie się, zdaniem moim, nie może być bez usilnej pilności i stanowczej woli chronienia się od wszelkiej obrazy Bożej. A jako te święte dusze we wszystkich mowach i, uczynkach swoich nigdy się nie oddalały od Niego, tak i Boski Pan nawzajem nie mógł przenieść tego na sobie, by na chwilę rozłączył się z nimi. Są to rzeczy, na które tu patrzę na własne oczy i z wszelką prawdą poświadczyć mogę. Te zaś, które po nas przyjdą, gdyby czytając to, nie widziały już pośród siebie tych łask nadzwyczajnych, jakie tu mają opisane, niech się zatrwożą o siebie, niech tej zmiany na gorsze nie przypisują czasom zmienionym, bo u Boga nie ma różnicy czasów i dobroć Jego każdego czasu gotowa jest wielkie łaski czynić tym, którzy szczerym sercem Mu służą; niech patrzą raczej i zobaczą, czy same nie opuściły się w służbie Bożej i niech postarają się opuszczenie swoje naprawić.
6. Nieraz, gdy mowa o pierwszych początkach zakonów, słyszę takie zdanie, że tym świętym ojcom Pan większych łask użyczał, jako tym, którzy mieli być fundamentem duchowej budowy zakonu. Prawda. Ale i o tym należałoby nam zawsze pamiętać, że my także jesteśmy fundamentem dla tych, którzy po nas przyjdą. I gdybyśmy my dziś żyjące nie odstępowały od przykładów, jakie nam zostawili ci, którzy żyli przed nami, i gdyby te, które będą po nas, czyniły podobnież, budowa stałaby zawsze mocna i niewzruszona. Cóż mi to pomoże, że święci dawnych czasów tak byli doskonali, jeśli ja, nastąpiwszy po nich, tak jestem niedoskonała, iż życiem moim niecnotliwym niszczę to, co oni zbudowali? Boć to rzecz jasna, że nowo wstępujący nie tyle stosują się do tych, którzy dawno temu zeszli z tego świata, ile raczej do tych, których widzą przed sobą obecnych. Zabawna to rzecz, bym miała nędze moje tym tłumaczyć, że nie było mi dano żyć w onych pierwszych czasach, bym nie w tym raczej uznawała ich przyczynę, że życie i cnoty moje tak daleko pozostają w tyle za życiem i cnotami tych, którym Bóg tak wielkich łask użyczał.
7. O Boże mój! Jakież to marne wymówki, jakie oczywiste łudzenie siebie! Cóż z tego, że założycielom Zakonów Bóg, tym samym, że do wielkich rzeczy ich wybrał, większą też dał łaskę? Mnie to cięży i to mię boli, mój Boże, że taka jestem niecnotliwa i taka w służbie Twojej niepożyteczna i jeśli mi nie dajesz tych łask, jakich użyczałeś ojcom moim, wiem dobrze, że ja sama tylko jestem temu winna. Żałość mię ogarnia, Panie, gdy życie moje z ich życiem porównam, i bez łez o tym wspomnieć nie mogę. Widzę, że co oni zapracowali, to ja zmarnowałam, i żadną miarą nie mam prawa żalić się o to na Ciebie; jak i żadna z nas nigdy się słusznie na Ciebie żalić nie może, ale jeśli widzi w Zakonie swoim jakie rozluźnienie, niechaj się stara, by sama stała się kamieniem węgielnym, na którym by budowa upadająca na nowo się wzniosła, a Pan dopomoże.
8. Wracam teraz do tego, o czym byłam zaczęła mówić – a od czego zboczyłam. – Powtarzam, że tak wielkie są łaski, jakie Pan czyni w tych domach, że na jedną siostrę, jeśli jeszcze taka się znajdzie, którą by prowadził drogą zwykłego rozmyślania, wszystkie inne dochodzą do doskonałej kontemplacji; niektóre Pan wznosi jeszcze wyżej i zsyła na nie zachwycenia; innym jeszcze innych łask użycza, połączonych z objawieniami i widzeniami, wyraźnie i niewątpliwie pochodzącymi od Niego. Nie ma w tej chwili domu, w którym by się nie znalazła jedna albo dwie, albo trzy, takimi nadzwyczajnymi łaskami zaszczycone. Wiem dobrze, że świętość nie na tym się zasadza; nie na to też o tych rzeczach wspominam, abym je tylko chwalić chciała, ale aby się okazało, że uwagi i przestrogi, jakie tu daję, nie są zbyteczne.
Rozdział V
Mowa tu o modlitwie i objawieniach. – Uwagi i przestrogi przydatne szczególnie duszom powołanym do pracy zewnętrznej.
1. Nie jest zamiarem ani myślą moją, by to, co tu powiem, tak było dokładnie i trafnie wyrażone, iżby miało służyć za nieomylne prawidło; podobne roszczenie, w rzeczach tak trudnych, byłoby niedorzeczne. Różne w tym życiu duchowym i dążeniu do doskonałości są drogi. Może więc o której z nich zdołam coś powiedzieć, co by trafiło do przekonania i odpowiadało potrzebie tych, które to czytać będą. Które by zaś, nie będąc na tej drodze, tego, co powiem, nie zrozumiały, będzie to właśnie dowód, że idą inną drogą. A choćby wreszcie te uwagi moje nie przydały się żadnej, Pan zawsze przyjmie dobrą wolę moją, bo wie i widzi, że tylko to powiem, o czym wiem z własnego doświadczenia, albo czego nie doświadczyłam sama, to widziałam u drugich i poznałam, patrząc na przejścia ich wewnętrzne.
2. Najpierw chcę tu objaśnić, według słabego rozumienia mego, na czym polega istota doskonałej modlitwy. Znam takich, którzy sądzą, że wszystko tu się zasadza na rozumie. Jeśli zdołają, choćby z wielkim natężeniem, dłuższy czas trzymać myśl utkwioną w Bogu, już tym samym zdaje im się, że są ludźmi duchowymi, a gdy uwaga ich, nie mogąc znieść tego ciągłego naprężenia, odwróci się od Boga do rzeczy postronnych, chociażby dobrych, dręczą się tym roztargnieniem i pocieszyć się nie mogą; zdaje im się bowiem, że wszystko stracone. Takie niezrozumienie rzeczy rzadziej się zdarza u mężów uczonych, chociaż i między nimi napotkałam niektórych, którzy podobnemu błędowi podlegali. Ale nam niewiastom łatwiej weń popaść i pilniejszej nam przeciw takim błędnym pojęciom potrzeba przestrogi. Nie mówię, by nie było to łaską od Pana, jeśli kto może zagłębiać się w ustawicznym rozważaniu cudownych spraw Jego, a zatem dobrze robi, kto o tę łaskę się stara; ale należy pamiętać, że nie wszystkie wyobraźnie zdolne są z natury swojej ciągle rozmyślać, gdy przeciwnie, wszystkie dusze zdolne są kochać. O przyczynach, nie wszystkich zapewne, bo to byłoby niepodobna, ale o głównych przynajmniej, z których powstaje niestałość wyobraźni naszej, pisałam na innym miejscu tu więc już o nich mówić nie potrzebuję. To tylko chciałabym tutaj jak najmocniej zaznaczyć, że dusza nie jest samą wyobraźnią tylko, i nie od tej ostatniej wola powinna przyjmować rozkazy, co byłoby wielkim dla niej nieszczęściem, jak się o tym wyżej mówiło; że zatem postęp duszy nie na tym polega, aby dużo rozmyślała, jeno na tym, by dużo miłowała.
3. Jaką drogą, pytacie, nabywa się tej miłości? – Droga do miłości jest ta, gdy dusza ma mocną i stanowczą wolę dla miłości Boga pracować i cierpieć, a skoro nadarzy się sposobność, to postanowienie swoje czynem wypełnia. Prawda, że do tego postanowienia przychodzi dusza przez rozmyślanie o tym, co jesteśmy winne Bogu, i kto On, a kto my. Takie rozmyślanie wielką ma zasługę, a dla początkujących bardzo jest odpowiednie. Ale to się ma rozumieć o tyle, o ile rozmyślaniu nie staje w drodze obowiązek posłuszeństwa albo pożytek drugich, to jest obowiązek miłości bliźniego. W takim razie bowiem, gdy się nastręcza który z tych dwu obowiązków, potrzeba go spełnić bez odkładania, opuszczając to, co najgoręcej pragnęłybyśmy, jak nam się zdaje, poświęcić Bogu, to jest te najpożądańsze chwile samotnego o Nim rozmyślania i używania tych słodkich pociech, którymi On nas darzy. Zrzekając się tych słodkości dla spełnienia którego z tych obowiązków, prawdziwie dajemy je Panu w ofierze i dla Niego pracujemy, jako On sam to boskimi usty swymi oznajmił, mówiąc nam: „Co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”. To mówi o uczynkach miłości bliźniego; a co się tyczy posłuszeństwa, zapewne On nie chce, by kto szczerze Go kocha, szedł inną drogą, niż tą, którą On sam tak bardzo ukochał „stawszy się posłusznym aż do śmierci”.
4. Lecz jeśli tak jest, skądże więc pochodzi niesmak, jakiego najczęściej doznajemy, ile razy cały dzień lub większą część dnia odjęta nam była możność zostawania na samotności i pogrążania się w Bogu, chociaż zajęte pełnieniem obowiązków zewnętrznych wiemy, że nie traciłyśmy czasu na próżno? – Pochodzi to, zdaniem moim, z dwojakiej przyczyny, z których pierwszą i główną jest miłość własna, która w to się miesza, a tak jest subtelna, że trudno ją rozpoznać. Innymi słowy, że sami sobie sprawy z tego nie zdając, pragniemy raczej zadowolenia własnego niż upodobania Bożego. Boć łatwo to zrozumieć, że skoro dusza poczęła już kosztować, iż słodki jest Pan, większe ma z tego zadowolenie, gdy ciało odpoczywa wolne od pracy zewnętrznej, a sama używa tych duchowych rozkoszy.
5. O, jakże inna jest miłość tych, którzy prawdziwie miłują tego Pana i znają serce Jego! Jakżeby mogli używać wczasów, gdy widzą, że choć w małej cząstce mogą się przyczynić do postępu jakiej duszy, aby się pomnożyła w miłości Bożej, albo wesprzeć ją dobrą radą, albo obronić ją od grożącego jej niebezpieczeństwa? Jakże nieznośnie, wobec takiej potrzeby bliźniego, męczyłoby ich własne odpoczywanie! Serce z żalu się kraje takiemu prawdziwemu miłośnikowi na widok tylu dusz idących na zgubę; i kiedy nie może ratować ich czynem, modlitwą nieustanną błaga za nimi Pana; i tak traci rozkosz swoją i rad jest z tej utraty, bo nie zważa na własne zadowolenie, jeno na to, jak by najlepiej czynił wolę Pańską. Tak samo jest i z posłuszeństwem: gdy Bóg daje nam rozkaz i wyraźnie wskazuje obowiązek, którym chce, byśmy się w danej chwili zajęły, niepięknie byłoby kazać Mu czekać i siedzieć, wpatrując się w Niego dlatego, że tak nam przyjemniej. Szczególniejszy to sposób ćwiczenia się w miłości Bożej, tak Bogu wiązać ręce i narzucać Mu tę drogę, jaka nam się podoba, jakby On żadną inną nie mógł nas doprowadzić do celu!
6. Pomijając tu (jak mówiłam na wstępie), własne moje w tej mierze doświadczenia, odwołuję się do tego, co widziałam w niektórych innych duszach, które znam i przez nie przyszłam do zrozumienia tej prawdy. I ja wówczas bardzo się tym trapiłam, że mało miałam czasu do modlitwy, i nad nimi również się litowałam, widząc je wciąż zajęte około różnych zatrudnień i prac zewnętrznych, zleconych im przez posłuszeństwo. Myślałam sobie i nieraz im mówiłam, że niepodobna w takim zamęcie postąpić w życiu wewnętrznym, i wówczas istotnie mało go miały. O Panie, jakże różne są drogi Twoje od poziomych myśli naszych! I jaka to prawda, że skoro dusza raz zdobędzie się na stanowczą wolę miłowania Ciebie i odda się w ręce Twoje, Ty niczego więcej od niej nie żądasz, jeno by była posłuszna i pilnie patrzyła, jak lepiej Tobie usłużyć może; wtedy już nie ma potrzeby troszczyć się o drogi i sama je wybierać, bo wola jej cała już do Ciebie należy. Ty sam, Panie mój, bierzesz na siebie troskę o nią i wiedziesz ją drogą, jaka jest dla niej najlepsza. I chociażby przełożony w rozporządzeniach swoich nie miał na pierwszym względzie tego starania o postęp dusz naszych, ale myślał tylko o rzeczach doczesnych, dla dobra zgromadzenia, wedle rozumienia jego, potrzebnych, Ty, Boże mój, o duszach naszych pamiętasz i tak nimi kierujesz i powszednie ich sprawy tak rozrządzasz, iż nieznacznie, sami nie wiemy jak, samym tylko wiernym i posłusznym dla miłości Boga spełnianiem tych nakazanych nam czynności zewnętrznych, pomnażamy się w życiu wewnętrznym i z czasem, ku wielkiemu zdumieniu naszemu, wielki w sobie spostrzegamy postęp w doskonałości.
7. Taką drogą do wysokiej doskonałości doszedł pewien zakonnik, z którym jeszcze niedawno temu rozmawiałam. Przez piętnaście lat był tak obarczony pracą w różnych zajęciach i przełożeństwach, które nań wkładało posłuszeństwo, że przez cały ten czas nie pamięta, by miał jeden dzień swobodny dla siebie. Ale starał się, ile mógł, w różnych porach dnia choć na chwilę uklęknąć na modlitwę, czuwając przy tym nad sobą, aby zawsze miał czyste sumienie. Nie spotkałam nigdy duszy bardziej rozmiłowanej w posłuszeństwie; stąd i słowa jego miłość tej cnoty wzbudzają w każdym, kto je słyszy. Hojnie mu Pan za to odpłacił; z łaski Jego, sam nie wie jak, doszedł on do tej nieocenionej, najpożądańszej swobody ducha, którą się cieszą doskonali, i w której znajdują wszystko szczęście, jakiego może człowiek pragnąć w tym życiu; bo niczego nie pożądając, wszystko posiadają. Niczego na tej ziemi nie boją się ani nie pragną; ani ich żadne utrapienie nie zgnębi, ani żadna pociecha ziemska zbytnio nie wzruszy; słowem, żadna odmiana czy przygoda nie zdoła zakłócić wewnętrznego ich pokoju, bo pokój ten wszystek na Bogu samym polega. Ponieważ zaś Boga nikt im wydrzeć nie zdoła, więc jedna tylko troska w tym życiu może im dolegać, to jest obawa, by Go sami z własnej winy nie stracili. Wszelkie zaś inne rzeczy tego świata są dla nich jakby nie były, bo żadna tego szczęścia i zadowolenia, jakie noszą w sobie, ani zwiększyć, ani umniejszyć nie zdoła. O błogosławione posłuszeństwo i szczęśliwe oderwanie się, iż do takiej doskonałości mocne jest duszę doprowadzić!
8. Zakonnik, o którym mówiłam, nie jest jedynym tego przykładem, znam inne dusze jemu podobne. Spotkawszy się z nimi po długoletnim niewidzeniu, pytałam je, co przez ten czas porabiały, i dowiedziałam się, że wszystkie te lata zeszły im na pracach i posługach posłuszeństwa i miłości bliźniego; a przy tym jednak znalazłam je tak wysoko posunięte w życiu duchowym, że aż się zdumiewałam. Odwagi więc, córki moje, nie dawajcie miejsca smutkowi; ale gdy posłuszeństwo posyła was do posług zewnętrznych, bądźcie tego pewne, że i w kuchni także, wśród garnków i rondli, Pan jest z wami, i wewnątrz i zewnątrz was wspiera.
9. Wspomnę tu, co mi opowiadał pewien mój znajomy zakonnik. Mocno i niezachwianie postanowił sobie, że cokolwiek by mu rozkazał przełożony, choćby rzecz najtrudniejszą, nigdy się nie wymówi. Pewnego dnia, późnym wieczorem, wyczerpany całodziennym trudem i już nie mogąc utrzymać się na nogach, szedł do siebie, chcąc usiąść i odpocząć trochę. Wtem spotkał go przełożony i kazał mu wziąć motykę, i pójść kopać w ogrodzie; a on, choć tak strudzony na całym ciele i ledwo mogący się ruszać, nie odpowiadając ani słowa, wziął motykę i zabrał się do spełnienia rozkazu. Aż oto, w chwili gdy szedł gankiem wiodącym do ogrodu (sama na własne oczy oglądałam to miejsce, gdy w wiele lat potem wypadło mi tamże nowy dom założyć), ukazał mu się Boski Zbawiciel z krzyżem na barkach, tak umęczony i pod ciężarem jego upadający, iż na widok Jego żywo uczuł i jasno zrozumiał ów zakonnik, jako strudzenie i cierpienie jego niczym jest w porównaniu z tym, co ucierpiał Pan Jezus.
10. Co do mnie, mam to przekonanie, że wszelkie niesmaki i ciężkości, jakie nam nieraz przeszkadzają do posłuszeństwa, są poduszczeniem złego ducha, który nam je dlatego pod różnymi pięknymi pozorami podsuwa, że wie o tym, iż nie ma drogi, która by prędzej zawiodła do najwyższej doskonałości, nad tę drogę posłuszeństwa, i niech każda dobrze to rozważy, a przekona się, że mówię prawdę. Bo na czym polega najwyższa doskonałość? Nie polega ona na pociechach wewnętrznych ani na tym, by kto miewał wielkie zachwycenia, widzenia i ducha proroctwa, tylko na tym, by wola nasza tak była zgodna z wolą Boga, iżby nie było takiej rzeczy, której Bóg chce, a my byśmy jej nie chcieli całą wolą naszą, i równie ochotnie przyjmowali rzeczy gorzkie jak i rzeczy przyjemne, wiedząc, że taka jest Jego wola. Takie zrzeczenie się wszelkiej woli własnej wydaje się nad wyraz trudne i w rzeczy samej bardzo to trudno, nie tyle jeszcze czynić rzeczy, wręcz i ze wszech miar woli i przyrodzonym skłonnościom naszym przeciwne, ile raczej, o co głównie tu chodzi, czynić je z wewnętrznym zadowoleniem. Ale miłość, gdy jest doskonała, ma tę moc, że pod jej wpływem zapominamy o własnym zadowoleniu naszym, aby tylko zadowolić tego, kogo miłujemy. Wówczas prawdziwie, wszelkie choćby najsroższe utrapienia, gdy wiemy, że znosząc je będziemy przyjemnymi Bogu, stają się dla nas słodkie. Taka jest miłość tych, którzy do tego doszli, że kochają się i weselą się w prześladowaniach i zelżywościach, i wszelkich uciskach. Są to rzeczy tak niewątpliwe, powszechnie wiadome i jasne, że nie mam potrzeby dłużej się nad nimi rozwodzić.
11. Chcę tu tylko bliżej objaśnić przyczynę, dlaczego posłuszeństwo najprędzej tu do celu prowadzi i jest najlepszym środkiem do osiągnięcia tego szczęśliwego stanu. Przyczyna jest ta: woli naszej żadną miarą nie zdołamy tak opanować, iżby cała, jakby czyste i nieskalane naczynie, napełniła się Bogiem, jeno gdy nasamprzód uczynimy ją poddaną rozumowi; do tego zaś jedyną prawdziwą drogą jest posłuszeństwo. Rozumowania i racje, choćby najlepsze, nic tu nie poradzą. Natura bowiem i miłość własna tyle na nie mają w pogotowiu racji przeciwnych, że tą drogą nigdy nie dojdziemy do końca. Nieraz rzecz najlepsza, gdy do niej nie mamy ochoty, wyda nam się niewczesną dlatego jedynie, że się nam nie chce jej spełnić.
12. Nie skończyłabym nigdy, gdybym chciała wypowiedzieć wszystko, co byłoby do powiedzenia o tej walce wewnętrznej i o tych niezliczonych złudach i mamidłach, którymi czart, świat i własna zmysłowość nasza usiłują nas zwieść z prostej drogi rozumu.
Cóż więc począć na to? – Oto, podobnie jak w zawiłym i wątpliwym procesie, obie strony, sprzykrzywszy sobie bezowocne prawowanie się, obierają sobie rozjemcę i w jego ręce sprawę swoją składają, tak i dusza niech się zda na takiego rozjemcę, przełożonego czy spowiednika, z mocnym postanowieniem, że już się więcej prawować ani sprawy swojej sama rozsądzać nie będzie, polegając z zupełną ufnością na słowie Pana, który mówi: „Kto was słucha. Mnie słucha”. Takie zrzeczenie się siebie bardzo jest przyjemne Panu (i słusznie, bo przez nie oddajemy we władanie Jego tę wolę, którą On nam dał). Nieraz to zrzeczenie się sprawi nam mękę wewnętrzną, nieraz wznieci w nas tysiączne burze i walki; nieraz sąd na nas wydany będzie nam się zdawał niesprawiedliwy i bez sensu, ale nie zważając na te trudności i wstręty, zmagając się odważnie z sobą w tym bolesnym potykaniu się wewnętrznym, dochodzimy do zgodzenia się z wolą przełożonych, i ostatecznie, z przykrością czy bez przykrości, spełniamy, co nam każą. A Pan w tej walce tak skuteczną pomoc nam niesie, iż dlatego właśnie i za to, że dla miłości Jego wolę naszą i rozum pod jarzmo posłuszeństwa oddajemy, nabywamy zupełnej swobody wewnętrznej i zupełnego nad wolą naszą panowania. Wówczas już, będąc całkiem panami samych siebie możemy bez podziału oddać się Bogu, ofiarując Mu wolę czystą, aby On ją połączył ze swoją, i błagając Go, aby zesłał z nieba ogień miłości swojej i pochłonął tę ofiarę, oczyszczoną już z wszystkiego, co by mogło nie podobać się Jemu. Bo z naszej strony uczyniłyśmy, co mogłyśmy, aby Mu ją uczynić przyjemną i, choć z wielkim bólem i trudem, już przecie złożyłyśmy ją na ołtarzu i już ona, ile z nas jest, nie dotyka ziemi.
13. Rzecz jasna, że nikt nie może dać tego, czego nie ma, ale potrzeba, by sam pierwszy posiadał to, co ma dawać drugim. Dla nabycia zaś i posiadania tego skarbu nie ma, wierzajcie, pewniejszej drogi nad tę, byśmy go, trudząc się i kopiąc, dobywali z tej kopalni posłuszeństwa. Im dalej w nią się zagłębiamy, tym obficiej się wzbogacimy. Im ochotniej poddamy się człowiekowi, zastępującemu miejsce Boga, nie chcąc mieć innej woli, jeno wolę starszych naszych, tym bardziej będziemy panami woli naszej.
Zapytacie, siostry, czy opłaci się nam tym sposobem zrzeczenie się pociech samotności? Brak tych pociech, upewniam was, nie będzie wam przeszkodą w przysposobieniu się do osiągnięcia tego prawdziwego zjednoczenia, o którym mówię, to jest stania się woli naszej jedno z wolą Bożą. To jest zjednoczenie, którego pragnę dla siebie i które chciałabym widzieć w was wszystkich, nie zaś one bardzo słodkie napawania się Bogiem, jakie zdarzają się w życiu duchowym i zwykle zowią się zjednoczeniem. Chociaż i to rozkoszne zjednoczenie będzie waszym udziałem, jeśli jeno nastąpi po onym pierwszym; lecz jeśli po tych słodkich uniesieniach pozostaje mało posłuszeństwa a dużo woli własnej, sądzę, że taka dusza ma zjednoczenie z wolą swoją, nie zaś z wolą Bożą. Obym z łaski i dobroci Pańskiej tak umiała czynem spełniać te prawdy, jak je jasno rozumiem!
14. Jest druga jeszcze przyczyna, dla której przykro nam porzucać samotność dla zajęć zewnętrznych, ta mianowicie, że na samotności mniej bywa okazji do obrazy Bożej, a zatem i łatwiej duszę czystą zachować (choć i tu są niebezpieczeństwa, bo gdziekolwiek byśmy się obrócili, czart wszędzie trafi za nami i wszędzie nosimy z sobą samych siebie). A że straszną jest dla duszy kochającej Boga sama myśl i możność obrażenia Go, rada więc jest i niewypowiedzianą czuje pociechę, gdy znajdzie się na miejscu bezpiecznym, wolnym od szkopułów, o które by się potknąć mogła. Ten powód do uchylenia się ile możności od obcowania z ludźmi przyznaję, że wielką ma siłę, daleko większą, zdaniem moim, niż wzgląd na pociechy i słodkości, jakich nam Bóg zwykł użyczać na samotności.
15. Ale tu właśnie, córki moje, nie w ukryciu cichego zakątka, tylko wśród walk i pokus, okazuje się moc miłości. I choć tu częstsze mogą się zdarzać uchybienia, niekiedy i małe upadki, wszakże zysk dla duszy bez porównania jest większy. Mówię to, rozumie się, zawsze w tym przypuszczeniu, że posłuszeństwo lub miłość bliźniego do tego wyjścia z ukrycia nas skłania, inaczej bowiem, gdy ten dwojaki powód nie nagli, zawsze wracam do tego, że lepsza jest samotność! Owszem i wtedy, gdy ją opuszczamy dla posług zewnętrznych, zawsze jej pragnąć powinnyśmy i, w rzeczy samej, każda dusza prawdziwie miłująca Boga, ustawicznie do niej tęskni. Zysk zaś, o którym mówiłam, w tym jest, że okazje, na jakie będziemy wystawieni, pokażą nam, czym jesteśmy i jak daleko starczy cnota nasza. Żyjąc ciągle na osobności, jakkolwiek byśmy mogli wydawać się świętymi, nie wiemy przecie, czy jest w nas pokora i cierpliwość, ani nie mamy sposobu przekonania się o tym. Tak i żołnierza nie poznasz, czy jest waleczny czy nie, aż gdy go ujrzysz potykającego się z nieprzyjacielem. Świętemu Piotrowi zdawało się, że jest bardzo mężny, ale wiemy, jaki się okazał w próbie. Dopiero gdy powstawszy z upadku, i już nie ufając samemu sobie, wszystką ufność swą w Bogu położył, wtedy prawdziwie stał się mężny i poniósł to męczeństwo, którego świat był świadkiem.
16. O Boże wielki, gdybyśmy znali głębokość nędzy naszej! Bez tej znajomości wszędzie nam grozi niebezpieczeństwo. Dlatego dobrze dla nas, i bardzo dobrze, gdy nam zlecą takie rzeczy, z których byśmy poznali niskość naszą. Za większą łaskę od Pana poczytuję jeden dzień upokorzenia i poznania samego siebie nabytego kosztem wielu gorzkości i cierpień, niż długie dni spokojnej na samotności modlitwy. Tym śmielej to twierdzę, że kto prawdziwie miłuje, ten wszędzie i na każdym miejscu miłuje i pamięta na umiłowanego. Byłaby to rzecz smutna, gdybyśmy nie mogli się modlić inaczej, tylko schowani w kącie. Trawić długie godziny na samotnym rozmyślaniu, to dla mnie, widzę to dobrze, rzecz niepodobna, ale kto wypowie, jaka jest przed Tobą, Panie mój, siła jednego westchnienia, dobywającego się z wnętrzności serca zranionego bólem swojego na tej ziemi wygnania, i tym dotkliwszym jeszcze bólem, że i w tym wygnaniu nie dają mu czasu i swobody, aby mogło sam na sam z Tobą obcować i Tobą się cieszyć?
17. Tutaj to, siostry, jasno się okazuje, żeśmy uczyniły siebie niewolnicami Pana naszego, dobrowolnie dla miłości Jego zaprzedanymi w moc cnoty posłuszeństwa, gotowymi na pierwsze jej skinienie porzucić niejako Boga samego, to jest rozkosz cieszenia się rozmową z Nim i pociechami Jego. Lecz cóż znaczy dla miłości Jego ofiara nasza, gdy wspomnimy jako On zstąpił z łona Ojca, aby stał się posłuszny i uczynił siebie sługą naszym? Czym zdołamy odpłacić się i odwdzięczyć za tę łaskę Jego? Wszakże i w sprawowaniu tych posług, choć z posłuszeństwa albo dla miłości bliźniego podjętych, winnyśmy mieć baczenie, byśmy nimi zajęte, nie zapominały o sobie i nie zaniechały częstego, z głębi serca przybiegania myślą do Boga naszego. Wierzajcie mi, siostry, nie długość czasu poświęconego na modlitwę stanowi o postępie duszy. Bo i te posługi zewnętrzne, gdy na nich przez posłuszeństwo czy dla pożytku drugich czas trawicie, wielką wam będą do postępu wewnętrznego pomocą i w jednej chwili lepiej was mogą przysposobić do zapałów miłości Bożej niż długie godziny rozmyślania. Wszystko to jedynie z ręki Pana przyjść nam może. Niech będzie błogosławiony na wieki.
Rozdział VI
Mówi o szkodach, jakie może sobie wyrządzić dusza w życiu duchowym, gdy nie wie, kiedy i jak należy sprzeciwiać się duchowi. – O pożądaniu Komunii świętej i jakie w nim mogą ukrywać się złudzenia. – Ważne wskazówki i przestrogi dla przełożonych klasztorów.
1. Pilnie się zastanawiałam i starałam się rozumieć, skąd pochodzi pewne upojenie duszy, jakie widziałam u niektórych pobożnych osób, którym Pan na modlitwie wielkich słodkości użycza, gdy z ich strony nie zbywa na odpowiednim przysposobieniu się do przyjęcia łask Jego. Nie mówię tu o tych wypadkach, gdy dusza zostaje w zawieszeniu i zachwyceniu porwana Boskim Majestatem; dość o tym pisałam na innych miejscach. W podobnych zdarzeniach nie ma co mówić o własnym naszym działaniu i przysposobieniu się, bo sami z siebie nic tu uczynić nie możemy, i jeśli jeno zachwycenie jest prawdziwe, oprzeć się mu nie zdołamy, mimo wszelkiej usilności naszej. Dodać wszakże należy, że ta siła, która nas opanowuje w zachwyceniu i władzy nad sobą nas pozbawia, trwa krótko. Upojenie zaś, o którym tu mówię, następuje najczęściej w chwili, gdy dusza wszczyna modlitwę odpocznienia, podobną do pewnego rodzaju snu duchowego. Jest to stan taki, że kto nie wie, jak się w nim zachowywać, może dużo czasu stracić i siły swoje na próżno wyczerpać, i to z własnej winy, a z małą zasługą.
2. Chciałabym to jak najjaśniej wytłumaczyć, choć rzecz jest trudna i nie wiem, czy zdołam. Ale dusze, które by zostawały w tym błędzie, jeśli zechcą mi dać wiarę, pewna jestem, że mnie zrozumieją. Znałam takie dusze wysoko cnotliwe, które po siedem i osiem godzin zostawały w tym stanie i zdawało im się, że są w zachwyceniu. Każde ćwiczenie duchowe tak je pochłaniało, że zaraz całe się oddawały popędowi jego, tłumacząc sobie, że nie godzi się im sprzeciwiać Panu. Tym sposobem, gdyby wcześnie nie zaradzono złemu, łatwo mogły same się powoli przyprawić o śmierć albo popaść w obłęd. Według mojego rozumienia rzecz się ma tak: gdy Pan zacznie użyczać duszy pociech niebieskich, natura nasza chciwa rozkoszy, tak się przejmuje tą słodkością, iż nie śmie zrobić najmniejszego poruszenia, by snadź ta słodkość się nie rozwiała i za nic nie chciałaby jej utracić. Jakoż w rzeczy samej, duchowa ta rozkosz słodsza jest niż wszelkie uciechy tego świata. Przypuśćmy zaś, że pociechy te trafią na naturę słabą, albo na umysł (czyli raczej na wyobraźnię) z natury nielotny; umysł taki, gdy uchwyci się jakiej rzeczy, cały w niej utkwi, niezdolny ani na chwilę uwagi swej od niej odwrócić (jak w życiu powszednim nieraz się zdarza ludziom powolnego umysłu, że zamyśliwszy się o jakiej rzeczy, choćby nie odnoszącej się do Boga, tak się w niej zatopią, iż patrząc na przedmioty ich otaczające, nie widzą ani uwagi na to, co widzą, nie zwracają albo od wielkiego zamyślenia zapominają, co powiedzieć mieli); tak i tu bywa, według różnego stanu kompleksji albo słabości umysłu. A jeśli jeszcze do tego przyłączy się melancholia, ta dopiero naprowadzi im do głowy tysiące słodkich przywidzeń.
3. O melancholii będzie mowa niżej. Ale i bez niej takie rzeczy, jak je tu opisałam, zdarzają się duszom pobożnym, wyniszczonym pokutą zarówno jak tym, o których mówiłam wyżej, to jest, że skoro tylko poczują w sobie słodkość miłości Bożej, całkiem się dają tej słodkości opanować. Moim zdaniem, lepiej byłoby, gdyby się nie poddawały urokowi, bo na tym stopniu modlitwy bardzo dobrze mogą mu się oprzeć. Jako w słabości fizycznej człowiek czuje w sobie zniemożenie i ruszyć się ani mówić nie zdoła, tak samo dzieje się i tu, gdy brak należnego oporu; wtedy siła duchowego uniesienia opanowuje niedołężne przyrodzenie i je ubezwładnia.
4. Czymże więc, może kto zapytać, stan taki różni się od zachwycenia, kiedy na pozór oba te stany zupełnie są do siebie podobne? Tak jest na pozór, ale nie istotnie. Zachwycenie, czyli zjednoczenie wszystkich władz w Bogu – jak mówiłam – trwa krótko, ale wielkie po sobie skutki pozostawia, wielkie oświecenie duszy i wiele innych korzyści duchowych; rozum tu nic nie działa, tylko Pan sam działa w woli. W tym stanie, o którym tu mówię, jest zupełnie inaczej; choć ciało jest jakby pojmane i ubezwładnione, ale wola, pamięć i rozum pozostają swobodne, tylko że działanie ich będzie bezwładne i czego się w danym razie uchwycą, temu się oddają i tego się oburącz trzymają.
5. Ja w tej mdłości ciała – bo nie jest to nic innego, choć z dobrego źródła bierze początek – żadnego nie widzę pożytku. Lepiej zaiste mogą użyć czasu niż poddając się tyle godzin takiemu upojeniu; daleko większą ma zasługę jeden akt cnoty albo częste pobudzenie woli do miłości Bożej, niż ta gnuśna bezczynność. Radzę zatem przeoryszom, niech z wszelką pilnością starają się zapobiegać takim długim omdleniom, z których, zdaniem moim, nic innego nie wynika, jeno sparaliżowanie władz i zmysłów, pozbawiające możności czynienia tego, czego żąda dusza, a zatem i postradanie zasług, jakich dusza dostępuje posłuszeństwem i staraniem się o to, aby spodobała się Panu. Jeśli spostrzegą w której, że podobne omdlenia są u niej skutkiem osłabienia fizycznego, niech jej zabronią postów i umartwień, takich, mówię, które nie są przykazane (choć w danym razie, gdy tego okaże się potrzeba, można ze spokojnym sumieniem zabronić i tych ostatnich), niech ją naznaczą do posług domowych, aby się zajęciem zewnętrznym rozerwała.
6. Inne, choć nie podlegają tym omdleniom, mają jednak wyobraźnię zbytnio zajętą przedmiotem rozmyślania swego, jakkolwiek mogą to być rzeczy bardzo wzniosłe i bogomyślne. Zdarza im się wtedy, że już nie zdołają panować nad sobą; szczególnie za otrzymaniem od Pana jakiej łaski nadzwyczajnej albo jakiego widzenia, dusza nieraz tak pozostaje pod wrażeniem tego widzenia, iż zdaje jej się, że ciągle je widzi, a tak nie jest, bo widziała je tylko raz. Gdy więc okaże się, że która całymi dniami pozostaje w takim upojeniu, należy jej zmienić przedmiot rozmyślania. Nie ma w tym nic złego, bo skoro rozmyślanie zawsze będzie o rzeczach Bożych, nie robi to żadnej różnicy, czy dusza będzie rozmyślała o tym czy o owym; zawsze tak rozmyślając zajęta będzie Bogiem i Bogu służyć; a Bóg równe ma upodobanie w modlitwie naszej, czy rozmyślamy o Nim samym, Stworzycielu wszech rzeczy, czy też niekiedy zastanawiamy się raczej nad stworzeniami Jego i nad tą potęgą Jego, która je stworzyła.
7. O nieszczęsna nędzo ludzka, tak ciążąca na nas skutkiem grzechu, że i w dobrym potrzeba nam powściągliwości i miary, byśmy zdrowia nie podkopali i tym samym stali się niezdolni tym dobrem się cieszyć! Rzecz pewna, że wielu jest takich, zwłaszcza tych, którzy mają słabą głowę albo niepohamowaną wyobraźnię, którzy koniecznie muszą lepiej poznać samych siebie; lepiej przez to usłużą i Panu. Która by więc spostrzegła w sobie, że ma wyobraźnię wyłącznie i całymi dniami zajętą jaką tajemnicą, czy to Męki Pańskiej czy chwały niebieskiej, czy innym podobnym przedmiotem i o niczym innym, choćby chciała, myśleć nie może, ani od tego pochłonięcia jednym wyłącznym przedmiotem się oswobodzić – niech wie i rozumie, że potrzeba jej w jaki bądź sposób się rozerwać. Inaczej przyjdzie czas, że dowie się o swojej szkodzie i przekona się, że to wyłączne zatopienie się w jednej myśli pochodzi, jak mówiłam, albo z wielkiego osłabienia fizycznego, albo też, co daleko gorsza, z niezdrowej wyobraźni. Podobnie jak obłąkany, gdy jedna myśl mu utkwi w głowie, niezdolny jest zapanować nad sobą ani od tej myśli się oderwać, ani o niczym innym myśleć, ani żadne racje nie zdołają go skłonić do tego, bo nie jest panem rozumu swego, tak również i tu mogłoby się zdarzyć to samo, choć nie przeczę, że słodkim byłby taki rodzaj obłąkania. Jeśli zaś do tej chorobliwej wyobraźni przyłączy się jeszcze melancholia, trudno obliczyć, jak wielka stąd może być szkoda dla duszy. Co do mnie nie widzę zgoła, co by mogło być dobrego w takim skrępowaniu duszy, zdolnej Bogiem samym się cieszyć. Pominąwszy bowiem nawet racje wyżej przywiedzione, to samo już, że Bóg jest nieskończony, jasno dowodzi, że dusza nie ma powodu ani potrzeby trzymać się niewolniczo jednej wyłącznie tajemnicy, kiedy ich jest tyle, nad którymi zastanawiać się może. Owszem, im więcej kto rozważa Bożych spraw i doskonałości Jego, tym jaśniej mu się objawi wielkość Jego nieskończona.
8. Nie znaczy to, byśmy w ciągu jednej godziny albo choćby w ciągu całego dnia mieli rozmyślać o wielu naraz przedmiotach, bo z tego tyle tylko by wynikło, że nie skorzystalibyśmy z żadnego. Nie chciałabym, pisząc o kwestii tak delikatnej, by kto czytając słowa moje domyślał się rzeczy, których ja nie mam na myśli i co innego rozumiał, kiedy ja mówię co innego. Dobre zrozumienie niniejszego rozdziału tak jest, upewniam, rzeczą ważną, że jakkolwiek pisanie to mię trudzi, nie czuję przecie trudu mego. Z drugiej strony pragnęłabym, by kto czytając te rzeczy nie zrozumie ich od razu, nie żałował trudu odczytania ich kilka razy. Mówię to szczególnie do przeorysz i do mistrzyń nowicjuszek, które z obowiązku swego winny kierować siostrami w rzeczach modlitwy. Jeśli nie użyją z samego początku pilnego starania i baczności w powściąganiu podobnych słabości i omdlewań, same się przekonają później, ile czasu potrzeba na zaradzenie im poniewczasie.
9. Gdybym mogła tu przytoczyć wszystkie, o jakich wiem, przykłady szkód z tego źródła wynikających, przekonałaby się każda, jak słusznie na ten punkt tak usilnie nalegam. Jeden tylko wymienię, z którego łatwo będzie domyślić się drugich. Mamy w jednym z tych klasztorów naszych dwie siostry, jedną chórową, drugą konwerskę. Obie odznaczają się wysoką bogomyślnością, połączoną z umartwieniem, pokorą i innymi cnotami, za które im Pan wielkich łask użycza i daje im objawienia wielmożności swoich. Obie są tak oderwane od wszystkich rzeczy ziemskich i wyłącznie miłości Pana oddane, że jakkolwiek na wszelkie najtrudniejsze próby je wystawiamy, nigdy nie dostrzegłyśmy, o ile nasza niskość zdoła, by w czymkolwiek zbywało im na wierności, odpowiedniej łaskom, jakich Pan im użycza. Dlatego tak szeroko nad ich cnotami się rozwodzę, aby te, którym podobnych cnót nie dostaje, tym bardziej miały się na baczności. Otóż poczęły na nie przychodzić wielkie zapały, pożądania i tęsknoty do Pana, nad którymi niezdolne były zapanować. Sama tylko Komunia św. uśmierzała nieco te ich uniesienia; za czym też wyprosiły sobie u spowiedników pozwolenie częstego do niej przystępowania. Pragnienie jednak tak się w nich wzmagało, iż w końcu zdawało się im, że gdyby którego dnia nie komunikowały, umarłyby z pewnością. Spowiednicy, widząc te dusze w takim stanie i takie niepohamowane ich pragnienie, uznali, choć jeden z nich był mężem gruntownie duchowym, że w rzeczy samej nie ma dla nich innego lekarstwa.
10. I nie koniec na tym. Z jedną z nich do tego doszło i do takich ją zapał wewnętrzny przywodził cierpień, że potrzeba było dawać jej Komunię św. o samym świcie, aby dzień przeżyć mogła. Takie miała szczere przekonanie, bo i jedna i druga nie były to dusze zdolne do obłudy i za nic na świecie nie popełniłyby kłamstwa. Mnie tam wówczas nie było, ale przeorysza napisała do mnie donosząc, co się dzieje i jak nie może z nimi dać sobie rady, i że takie osoby poważne, to jest spowiednicy, są zdania, że należy ustąpić i zgodzić się na to, bez czego one wytrzymać nie mogą. Ja z łaski Pana od razu zrozumiałam, jak rzeczy stoją, ale nie objawiłam zaraz zdania mego, ażbym sama przybyła na miejsce; naprzód z obawy, że mogę się mylić, a po wtóre, że nie wypadało stawać w sprzeczności z tymi, którzy te rzeczy pochwalali, póki bym ich nie przekonała.
11. Jeden ze spowiedników tyle miał pokory, że skoro przyjechałam na miejsce i z nim się rozmówiłam, przyznał mi słuszność. Drugiego przeciwnie, nie tak wysoko, czyli raczej w porównaniu z tamtymi wcale nie duchowego, żadną miarą nie mogłam przekonać; ale mało na opór jego zważałam, nie mając takich względem niego obowiązków. Wzięłam na rozmowę obie siostry; przedstawiałam im racje, zdaniem moim, dostateczne do przekonania ich o tym, że obawa ich, iż bez Komunii św. umrzeć muszą, jest tylko urojeniem. Ale myśl ta tak mocno w nich tkwiła, że jej żadne racje nie zdołały wybić im z głowy. Zaniechawszy więc dalszych dowodzeń, oznajmiłam im, że ja też, tak samo jak one, tęsknię do Komunii, ale się od niej powstrzymam, aby z mojego przykładu przekonały się, że i one komunikować nie powinny, z wyjątkiem dni Komunii ogólnej. Jeśli ma być z tego śmierć, więc umrzemy wszystkie trzy, bo zdaniem moim, lepsze to, niż gdyby podobny obyczaj miał się zaprowadzić w tych domach naszych, gdzie są jeszcze inne dusze, tyleż co i one kochające Boga, a zatem i każda mogłaby sobie rościć prawo do takichże dla siebie wyjątków.
12. Skutkiem nawyku zło już tak głęboko się zakorzeniło, do czego pewno i diabeł się wmieszał, że gdy im nie dano Komunii, naprawdę zdawało się, że umrą. Ja jednak nieubłaganie trwałam w postanowieniu moim; bo im bardziej one wzdrygały się przeciw posłuszeństwu (wyobrażając sobie, że usłuchać nie mogą), tym wyraźniejszy widziałam w tym dowód, że wszystko to tylko pokusa. Pierwszy dzień przebyły z wielką ciężkością, drugiego cierpiały trochę mniej, następnych coraz mniej, i kiedy wkrótce potem sama bez nich przystąpiłam do Komunii, bo mi tak kazano (sama z siebie nie byłabym przystąpiła, widząc taką ich słabość), one zupełnie już spokojnie to zniosły.
13. W krótkim czasie przekonały się one i inne, że była to pokusa i jak dobrze to się stało, że jej w porę jeszcze zaradzono. Niezadługo bowiem potem zaszły nieporozumienia między tym domem a przełożonymi (nie z winy sióstr, o czym może jeszcze w dalszym ciągu nieco opowiem), a ci nie byliby pochwalili ani ścierpieli podobnych zwyczajów.
14. O, ileż mogłabym przytoczyć tego rodzaju przykładów! Wspomnę tu przynajmniej jedno jeszcze podobne zdarzenie, choć zaszło ono nie w klasztorze naszego Zakonu, tylko u bernardynek. Była w tym klasztorze zakonnica, równie cnotliwa jak one dwie poprzednie. Skutkiem ustawicznego biczowania się i postów, doszła była do takiego wycieńczenia, że za każdym przystąpieniem do Komunii św., albo za każdym gorętszym uniesieniem pobożnym, natychmiast padała na ziemię jak martwa i osiem do dziewięciu godzin w takim stanie pozostawała. Zdawało się jej i wszystkie tak sądziły, że są to zachwycenia. A tak często jej się to zdarzało, że gdyby temu nie położono tamy, pewna jestem, że bardzo złe byłyby stąd wynikły następstwa. Wieść o tych rzekomych zachwyceniach rozchodziła się po całym mieście. Mnie bolały te słuchy, bo z łaski i woli Pana wiedziałam, co o tym wszystkim sądzić należy, i w wielkiej byłam obawie, na czym to się skończy. Spowiednik tej zakonnicy był i moim, bardzo mi przychylnym ojcem duchownym; będąc u mnie, opowiedział mi wszystko. Ja mu na to oświadczyłam moje o tych zajściach przekonanie, że jest to tylko strata czasu, że niepodobna, by były to zachwycenia, że to wprost tylko skutek niemocy fizycznej. Poradziłam mu, by jej zabronił dyscyplin i postów i kazał jej się rozerwać. Ona posłuszna, uczyniła jak jej kazano. W krótkim czasie odzyskała siły i już więcej nie było mowy o zachwyceniach; a gdyby to były prawdziwe zachwycenia, żaden środek ludzki nie zdołałby ich powstrzymać, dopóki by Bóg chciał, aby trwały. Bo taka jest potężna siła ducha Bożego, że żadna siła nasza nie zdoła mu się oprzeć, a przy tym – jak mówiłam – działanie jego wielkie w duszy skutki pozostawia. Natomiast rzekome te zachwycenia tak przemijają bez śladu, jak gdyby ich wcale nie było, i niczego więcej po sobie nie pozostawiają, jeno wyczerpanie fizyczne.
15. Z tego, co się powiedziało, zrozumiejmy, że cokolwiek nas krępuje wewnętrznie w sposób taki, iż czujemy, że rozum już nie jest swobodny, wszystko to powinno nam być podejrzane. Nigdy tą drogą nie nabędziemy wolności ducha, bo jedna z głównych cech tej wolności zasadza się na tym, byśmy umieli znajdować Boga we wszystkich rzeczach stworzonych i swobodnie przez nie do Boga myślą się wznosili. Co poza tym jest, wszystko to tylko niewola ducha, która, nie mówiąc już o szkodzie, jaką wyrządza ciału, więzi duszę i wzrost tej tamuje. I podobnie, gdy kto idąc drogą trafi na bagno lub trzęsawisko i tak w nim zabrnie, że dalej postąpić nie może, tak i tu dzieje się z duszą, której, aby mogła postąpić, zupełnej potrzeba swobody, bo nie tylko powinna wciąż iść naprzód, ale i latać.
16. Co do tych, które mówią, albo którym się zdaje, że są pochłonięte w Bogu i w tym rzekomym zawieszeniu władz wewnętrznych ani panować nad sobą, ani myśli rozerwać nie mogą, powtarzam raz jeszcze zdanie i radę moją: jeśli taki stan trwa dzień tylko albo choćby cztery dni, albo i tydzień, nie ma jeszcze czego się obawiać, bo nie jest to nic nadzwyczajnego, gdyż naturze słabej tyle czasu potrzeba, aby mogła przyjść do siebie po doznanym wstrząśnięciu. Ale jeśli rzecz dalej się przedłuża, wtedy już należy zaradzić złemu. Tyle tylko w tym stanie jest dobrego, że nie ma w nim winy ani grzechu, że owszem nie jest pozbawiony zasługi przed Bogiem; zawsze jednak pociąga on za sobą te szkodliwe następstwa, o których mówiłam, i wiele innych jeszcze. Mianowicie co się tyczy Komunii św., niemała byłaby to niewłaściwość, gdyby dusza, dla niepohamowanego jej pożądania, nie chciała być posłuszną spowiednikowi i przełożonej. Jakkolwiek by wielkie czuła w sobie, za odmówieniem jej Komunii, opustoszenie, należy przecie, w tym jak we wszystkim, umartwiać ją, choć w sposób łagodny, aby jej nie popchnąć do ostateczności. Należy im tłumaczyć i przywieść je do uznania, że pożyteczniejsza rzecz i potrzebniejsza jest zrzec się woli swojej, niż szukać pociechy.
17. Może się w to wmieszać i miłość własna, jak tego sama na sobie doświadczyłam. Zdarzało mi się nieraz, że zaraz po Komunii (gdy postać chleba musiała jeszcze cała być we mnie), widząc drugie przystępujące, czułam w sobie jakby zazdrość do nich i żal, że już komunikowałam i drugi raz komunikować nie mogę. Wówczas (choć to po wiele razy się powtarzało) nie widziałam w tym nic nagannego; później dopiero spostrzegłam się, że to uczucie pochodzi raczej z chęci zadowolenia własnego niż z miłości Bożej; wzbudziło je we mnie pragnienie tej słodkości i pociechy wewnętrznej, jakiej po większej części doznajemy w chwili Komunii. Bo gdyby mi było chodziło tylko o posiadanie Boga w mej duszy, przecież Go już posiadłam; i gdyby mi było chodziło tylko o spełnienie przepisu, jaki nam w pewne dni każe przystępować do Komunii, wszak już go byłam spełniła; i gdyby mi było chodziło tylko o łaski, jakie nam się w Najświętszym Sakramencie udzielają, wszak już je byłam otrzymała. Tym sposobem przyszłam do jasnego poznania, że powodowałam się wówczas tylko pragnieniem uczuwalnej onej pociechy i że jej więcej pragnąć nie powinnam.
18. Przypomina mi się tu pewna pani, którą znałam, bawiąc w jednym mieście, gdzie posiadamy nasz klasztor. Uchodziła tam za gorliwą służebnicę Bożą i mogła być taką. Komunikowała co dzień nie mając stałego spowiednika, tylko to w jednym kościele, to w drugim do Komunii przystępując. Uderzyło mię to i byłabym wolała widzieć ją raczej posłuszną jednemu przewodnikowi, niż tyle razy komunikującą. Mieszkała w domu własnym i robiła, sądzę, co jej się podobało; ale że była dobra, wszystko też, co robiła, było dobre. Nieraz czyniłam jej uwagi moje, ale ona nie zważała na mnie, i słusznie, bo była o wiele lepsza ode mnie, ale w tym punkcie nie zdaje mi się, bym była w błędzie. Korzystając z przybycia świętego ojca, Piotra z Alkantary, postarałam się, aby z nią się zobaczył. Sprawozdanie jednak, jakie przed nim o sobie uczyniła, nie bardzo mi się podobało, czego zapewne nie inna była przyczyna, jeno ta wielka nędza nasza, że nikt nas nigdy nie zdoła w zupełności zadowolić, jeśli nie jedną z nami drogą chodzi. Bo pewna tego jestem, że więcej ona Panu służyła i więcej w jeden rok pokuty czyniła, niż ja przez lat wiele.
19. W końcu, bo do tego zmierzam, przyszła na nią choroba śmiertelna. Nie zwlekając, postarała się o pozwolenie, by co dzień w mieszkaniu jej odprawiała się Msza święta i by jej co dzień na Mszy dawano Komunię. Gdy jednak choroba jej się przedłużała, kapłan bardzo pobożny, który często u niej miewał Mszę świętą, uznał w końcu, że nie można na to pozwolić, by tak na co dzień w pokoju komunikowała. Była to zapewne pokusa czartowska, bo stało się to w samże dzień, którego ona umarła. Widząc, że Msza święta się kończy, a Komunii jej nie dają, tak się na to oburzyła i takim gwałtownym na kapłana uniosła się gniewem, że ten mocno zgorszony przybiegł do mnie, donosząc mi, co się stało. Mnie to mocno obeszło, zwłaszcza że nie było nawet pewności, czy miała jeszcze czas pojednać się z Bogiem, bo zdaje mi się, że zaraz po tym zajściu umarła.
20, Przekonałam się na tym przykładzie, jak ciężką szkodę wyrządza duszy przywiązanie się do woli własnej w czymkolwiek bądź, a tym bardziej w rzeczy tak wielkiej. Bo kto tak często przystępuje do Pana, ten słusznie powinien tak uznawać niegodność swoją, iżby nigdy nie śmiał tego czynić, polegając na własnym zdaniu swoim, ale zasięgał i słuchał zdania duchownego przewodnika, aby to, czego mu nie dostaje do godnego połączenia się z tak wielkim Panem – a do tego każdemu musi nie dostawać wiele – zastąpił i dopełnił posłuszeństwem, z rozkazu tylko przystępując. W zdarzeniu, o którym mówię, biedna ona pani miała podaną sobie sposobność do głębokiego upokorzenia się, i zapewne większą, niż z przyjęcia Komunii, byłaby miała zasługę, gdyby była uznała, że kapłan w tym razie nic jej nie był winien, ale że Pan sam, widząc jej nędzę i niegodność, tak zrządził, bo nie chciał wnijść do takiego nieprzystojnego dlań mieszkania. Tak czyniła pewna osoba, której roztropni spowiednicy niejednokrotnie odmawiali Komunii, bo przystępowała do niej często. W czułej swej dla Pana miłości bolała bardzo nad takim od Niego usunięciem; ale z drugiej strony, więcej pragnąc czci Boga niż swojej, nie przestawała błogosławić Go za to, że otworzył oczy spowiednikowi, aby ją poznał, jaką jest, i nie dopuszczał Boskiemu Majestatowi Jego wchodzić do takiej lichej gospody. Tych myśli się trzymając, z wielkim spokojem duszy poddawała się zakazowi, chociaż z rzewną także, miłosną boleścią, ale za nic w świecie nie byłaby postąpiła wbrew temu, co jej kazano.
21. Wierzajcie mi, siostry: kiedy miłość Boża w podobny sposób wzbudza namiętności albo prowadzi do czego takiego, co obraża Boga, albo zakłóca pokój duszy tak zakochanej w myślach swoich, że już głosu rozumu nie słyszy, wtedy, rzecz jasna, że szukamy samych siebie (a to nie jest prawdziwa miłość Boża, tylko my ją za taką mamy). Wtedy też diabeł, który nie śpi, nie omieszka nastawać na nas, widząc, że w taką porę łatwiej i ciężej szkodzić nam może, jak to uczynił onej pani. Wypadek jej, przyznaję, mocno mię przeraził. Nie iżbym straciła ufność, że kusiciel nie zdołał dokazać tego, by dusza jej poszła na potępienie, bo dobroć Boga wielka jest, ale że pokusa trafiła, bądź co bądź, na złą godzinę.
22. Opisałam to zdarzenie dla przestrogi przeorysz i aby siostry z świętą bojaźnią zastanawiały się nad sobą i badały siebie, w jaki sposób przystępują do przyjęcia tak wielkiego daru. Jeśli po to przystępują doń, aby przez to podobały się Bogu, wszak wiedzą dobrze, że lepiej podoba się Jemu posłuszeństwo niż ofiara. Jeśli tak jest, jeśli przez posłuszeństwo wstrzymując się od Komunii większą mam zasługę, więc czegóż mam się niepokoić? Nie mówię, by nie czuły przy tym przykrości, ale niech będą pokorne, bo nie wszystkie jeszcze doszły do tego stopnia doskonałości, na którym nic już duszy nie jest przykre, skoro tylko czyni to, co wie, że jest przyjemniejsze Bogu. Bo gdy wola zupełnie jest oderwana od wszelkiego względu na samą siebie, wtedy rzecz jasna, że nic już jej zasmucić nie zdoła, że owszem, będzie się radowała z nastręczającej się jej sposobności przypodobania się Panu w rzeczy tak wiele ją kosztującej i upokorzy się, i zarówno ochotnie poprzestanie na komunii duchowej.
23. Ponieważ jednak w początkach jest to szczególną łaską od Pana, gdy daje te gorące pragnienia złączenia się z Nim, słusznie więc takim początkującym można to wyrozumieć, że, pozbawione Komunii, uczują rzewny żal i zmartwienie, byleby tylko zachowały przy tym pokój duszy wykorzystywały to do czynienia aktów upokorzenia siebie. Wspomniane pragnienia daje Bóg także i doskonałym i gorętsze; ale dlatego mówię tu o początkach tylko, bo na tym stopniu pragnienia one wyżej cenić należy i zresztą, na tym stopniu pragnienia one o którym wspomniałam, nie są one już tak gwałtowne. Lecz gdyby doznawały z tego powodu jakiego wzburzenia lub miotania się, albo skrytego żalu do przełożonej lub do spowiednika niechaj będą pewne, że jest to oczywista pokusa. Jeśliby zaś która, gdy spowiednik zabronił jej Komunii, jednak odważyła się komunikować, ja zasługi, jaką by z takiego postępku odniosła, nie życzyłabym sobie. W rzeczach tak niesłychanie ważnych nie godzi się nam czynić siebie sędziami we własnej sprawie. Sąd należy do tego, któremu powierzone są klucze ku wiązaniu i rozwiązywaniu. Niechaj Pan raczy nam użyczyć światła, abyśmy w rzeczach tak ważnych nie błądzili; niech nam nie odmawia pomocy łaski swojej, byśmy darów, jakich nam użycza, nie obracali na obrazę Jego.
Rozdział VII
Jak należy postępować z duszami podlegającymi melancholii. – Uwagi bardzo potrzebne dla przełożonych.
l. Siostry moje z tego klasztoru Świętego Józefa w Salamance – w którym bawiąc, piszę te słowa – prosiły mię usilnie, bym powiedziała nieco o sposobie postępowania z takimi, które mają skłonność do melancholii. Jakkolwiek pilnie przestrzegamy tego, by takich nie przyjmować, jest to jednak przywara tak subtelna, że umie udawać umarłą, gdy jej tego potrzeba, i skutkiem tego zdarza się, że nie dostrzeżemy jej, aż poniewczasie. Nie pamiętam, ale zdaje mi się, że o tej materii mówiłam już kiedyś w którejś książeczce; wszakże nie zawadzi i tu coś o tym powiedzieć, o ile z łaski Boga potrafię. Gotowam i sto razy powtarzać rzeczy może już dawniej powiedziane, gdy mogę mieć nadzieję, że ktoś z tego odniesie jakikolwiek pożytek. Melancholicy tyle umieją wynajdywać różnych wybiegów dla postawienia na swoim, że chcąc trafić na sposób właściwy znoszenia ich i kierowania nimi tak, aby nie mogli szkodzić drugim, potrzeba te ich wybiegi zbadać i dobrze na nich się poznać.
2. Zaznaczę nasamprzód, że nie wszyscy podlegający tej wadzie tak są trudni i uciążliwi; jeśli przy tym są pokorni i charakteru łagodnego, a zwłaszcza jeśli mają zdrowy rozsądek, choć sami w sobie dręczą się i cierpią, nie będą przecie szkodliwi dla drugich. Są także różne stopnie tego chorobliwego usposobienia. Przekonana jestem, szczerze to mówię, że w niektórych diabeł używa tej wady za środek dla dostania ich w moc swoją i jeśli nie będą się mieli na baczności, z pewnością tego dokaże. Główny bowiem skutek melancholii jest ten, że opanowuje rozum i zaćmiewa go; w takim zaś zaćmieniu rozumu, do czego nie zdołają popchnąć namiętności? Być pozbawionym rozumu, to znaczy to samo, co oszaleć; i tak jest. Ale w tych, o których tu mówię, zło nie dochodzi do takiego stopnia, choć może lepiej byłoby, żeby doszło. Udawać bowiem z konieczności, że za rozumne poczytujesz i jako rozumne traktujesz stworzenie takie, które widzisz, że rozum straciło, toć to męka nieznośna. Natomiast te, które już całkiem opanowała ta choroba, choć godne są pożałowania, ale już szkodzić nie mogą i jakkolwiek nie ma sposobu wpłynąć na nie rozumem, bojaźń utrzyma je w karbach.
3. Głównie więc mam tu na myśli takie, w których groźna ta i w skutkach swoich tak zgubna choroba jest dopiero w początkach i jeszcze takiej siły nie nabrała, choć zawsze z tychże złych soków się rodzi, z tegoż korzenia wyrasta i na tymże pniu dojrzewa. Z takimi, gdy inne sposoby nie starczą, potrzeba również uciec się do tego środka grozy i bojaźni. Niech przełożone zadają im wszelkie pokuty przyjęte w Zakonie; niech starają się tak je ukrócić, iżby zrozumiały, że wszelkimi fochami i dąsami swoimi nic a nic nie wskórają. Bo niechby tylko raz i drugi spostrzegły, że krzykami swymi i desperacjami, które diabeł kładzie im w usta na ich zgubę, zdołają postawić na swoim, to samo już bezpowrotnie w złym je utwierdzi, i dość wtedy jednej takiej na zawichrzenie całego klasztoru. Skoro biedna taka dusza nie ma w sobie samej siły odpowiedniej, aby mogła obronić się od poduszczeń, które zły duch jej podsuwa, potrzeba, by przełożona z jak największą troskliwością czuwała nad jej postępowaniem, nie tylko zewnętrznym, ale i wewnętrznym. I kiedy chora rozum ma zaćmiony, tym jaśniejszy więc powinien on być w przełożonej, aby czart, korzystając z jej słabości, nie dostał jej w moc swoją. Jest to w rzeczy samej stan niebezpieczny. Są wprawdzie czasy, kiedy te złe humory tak biorą górę nad duszą, że zupełnie tłumią rozum (i wtedy już nie będzie grzechu, tak samo jak wariatowi to, co czyni w szaleństwie, za grzech się nie poczytuje; ale bywają inne czasy, nie zupełnego zagłuszenia, tylko osłabienia rozumu, a więc będzie tu zawsze jakaś większa czy mniejsza wina; potem znowu przychodzą chwile jaśniejsze i spokojne). Otóż chodzi o to, by chorej, gdy ma się źle, nie ustępowano w niczym jej woli, by snadź tym ośmielona, nie chciała, gdy przyjdzie do siebie, samą sobą rządzić, to jest ślepo wystawić się na podstępy i zdrady szatańskie, które są straszne. Dobrze przypatrzywszy się tego rodzaju duszom, zobaczymy, że nad wszystko lubią czynić wolę swoją; mówić, cokolwiek im ślina przyniesie na usta, podpatrywać wady cudze i nimi pokrywać swoje, używać wszystkiego, co im smakuje. Tym sposobem jawnie okazują, że nie mają w sobie siły opornej przeciw złemu. Na skutek zaś nie umartwionych namiętności, z których każda domaga się zaspokojenia żądzy swojej, dokądże takie dusze zajdą i co z nimi się stanie, jeśli nie będzie nikogo, kto by za nie opór stawiał i tamę kładł grzesznym ich skłonnościom?
4. Powtarzam raz jeszcze z własnego doświadczenia, bo wiele znałam takich dusz, że nie ma na nie innego lekarstwa, jeno doprowadzenie ich na wszelki sposób możliwy do uległości i posłuszeństwa. Jeśli słowa nie skutkują, trzeba użyć kar; jeśli lżejsze kary nie starczą, niech nastąpią za nimi cięższe; jeśli mało zamknięcia na miesiąc, niech się przedłuży do czterech miesięcy; taka surowość jest to największe dobrodziejstwo, jakie można podobnym duszom wyświadczyć. Bo jak już mówiłam i na nowo powtarzam (dla własnego ich dobra potrzeba, by dobrze to zrozumiały, jakkolwiek nieraz się zdarza, że dusza w napadzie melancholii traci wszelkie nad sobą panowanie): nie jest to przecie jeszcze wyraźne obłąkanie, tak iżby ją wymawiało do winy; bywa to niekiedy, ale nie zawsze. Dusza więc podobnemu stanowi ulegająca, w wielkim jest niebezpieczeństwie grzechu, chyba że – jak mówiłam – napad tak jej odjął rozum, że nieświadomie i poniewolnie musiała uczynić to, co w tym stanie uczyniła. Wielkie to więc miłosierdzie Boga nad duszą tej słabości podlegającą, gdy jej daje łaskę poddania się zwierzchności, która nią rządzi, bo na tej uległości, ze względu na niebezpieczeństwo, o którym mówię, polega jej dobro. Niechże taka dusza, czytając te słowa, jeśli dostaną się w jej ręce, pomni na miłość Boga, że może tu chodzić o wieczne jej zbawienie.
5. Znam dusze dotknięte melancholią, którym ta nieszczęsna słabość prawie zupełnie rozum odbiera; ale są to dusze pokorne i tak bojące się wszelkiej obrazy Bożej, że nie zważając na łzy, którymi się w skrytości zalewają, nigdy nie czynią nic nad to, co im każe posłuszeństwo i w postępowaniu swoim niczym się nie wyróżniają od drugich. Prawdziwe i ciężkie cierpią męczeństwo, ale tym większa za to chwała je czeka, bo za życia wykupują się od czyśćca po śmierci. Tych jednak, które by nie chciały tak się zachowywać, niechaj przełożona zmusi i niech się nie unosi niewczesną dla nich litością, bo folgując ich wybrykom, doczeka się tego, że zły przykład ich i drugie za sobą pociągnie.
6. Pominąwszy bowiem wielkie niebezpieczeństwo, w którym, jak mówiłam, własna dusza takiej nieszczęśliwej zostaje, inna jeszcze większa grozi od niej całemu domowi. Mianowicie ta, że skutkiem przyrodzonej nędzy serca ludzkiego inne, nie widząc tej niedoli wewnętrznej, która gnębi jej duszę, a z pozorów zewnętrznych poczytując ją za dobrą, będą także chciały każda uchodzić za dotknięte melancholią, aby im także podobne okazywano pobłażanie. Diabeł też z pewnością nie zaniecha utwierdzać je w tej myśli i takie zatem w całym domu sprawi spustoszenie, jakiemu potem bardzo trudno będzie zaradzić. Jest to rzecz tak ważna, że żadną miarą nie godzi się przełożonej dopuścić się w tym względzie najmniejszego zaniedbania czy miękkości. Jeśli chora okaże krnąbrność albo upór, niech ją ukarze jak zdrową; niech jej niczego nie puszcza płazem, ani nieuprzejmości i opryskliwości dla sióstr, ani żadnej winy podobnej.
7. Może to się komu wyda niesprawiedliwością, w braku innego sposobu karać chorą, tak jakby była zdrowa. – Ale w takim razie byłoby także niesprawiedliwością wiązać i karcić furiatów; należałoby raczej zostawić ich na wolności, aby rozbijali i mordowali wszystkich. Wierzajcie mi, że mam w tym względzie doświadczenie; wielu różnych sposobów próbowałam, ale nie znalazłam innego. Przeorysza, która by chciała przez litość dozwalać takim swobody, tego tylko się doczeka, że w końcu niepodobna będzie z nimi wytrzymać; a gdy wtedy zabierze się do zaradzenia złemu, pokaże się, że i inne już większą szkodę ucierpiały. Jeśli, jak każdy przyzna, nie jest to okrucieństwem, jeno dobrym uczynkiem, gdy wiążemy i ukrócamy furiatów, aby nie zabijali ludzi, choć słusznie zasługują na litość, bo nie wiedzą, co czynią, czyż nie daleko słuszniej jeszcze należy poskramiać takie nieszczęśliwe, aby przykładem niekarności swojej nie wyrządzały szkody duszom? Tym bardziej, że często, jak o tym mocno jestem przekonana, nie melancholia do takich je wybryków popycha, jeno charakter samowolny, niepokorny i .nieposkromiony; niejedna taka, widziałam to na własne oczy, gdy patrzy na nie kto, kogo się boją, powstrzymują się i powstrzymać się mogą; czemuż by nie mogły dla bojaźni i miłości Boga? Bardzo się boję, czy to nie diabeł korzysta z tej rzekomej melancholii, aby pod jej pozorem dusze do sieci swoich zagarniał.
8. Częściej dzisiaj, niż bywało dawniej, spotykamy się z tym wyrazem i wszelka swawola, wszelkie przywiązanie do woli własnej, podszywa się pod miano melancholii. Stąd też, zdaniem moim, w tych domach naszych, i we wszystkich w ogóle domach zakonnych, należałoby nigdy nie brać na usta tego wyrazu, pod którym ukrywa się rozluźnienie zakonne. Nazywajmy ją ciężką chorobą – o, i jak ciężką! – i jako taką ją leczmy. Należy więc koniecznie od czasu do czasu zadać chorej jakie lekarstwo na uśmierzenie jej humorów, aby były znośniejsze. Niech pobędzie jakiś czas w infirmerii, a gdy z niej wyjdzie i wróci do zgromadzenia, niech wie, że ma być posłuszna i pokorna jak inne i że gdyby słuchać nie chciała, nic jej żadne humory nie pomogą. To koniecznie powinno być z powodów, które wyżej przywiodłam, a mogłabym ich przytoczyć jeszcze więcej. Przełożona zaś niech czuwa nad nią, nie dając jej tego poznać, z jak najczulszą, prawdziwie macierzyńską miłością, i niech używa wszelkich, jakie wynaleźć zdoła, sposobów zdolnych przywrócić jej zdrowie.
9. Mogłoby się zdawać, że sama z sobą jestem w sprzeczności, zalecając teraz czułą troskliwość i miłość, kiedy przedtem ciągle mówiłam o potrzebie surowości. – Tak mówiłam, bo potrzeba te biedne w takich trzymać karbach, by im już ani na myśl nie przyszło, iżby kiedy zdołały dokazać tego, czego im się zachciewa; potrzeba, by wiedziały, że słuchać muszą, bo właśnie to byłoby dla nich największą szkodą, gdyby się czuły wolne. Ale może przeorysza nie dawać im rozkazów, których przewiduje, że nie usłuchałyby nie mając w sobie siły potrzebnej do zwyciężenia siebie; może zręczną a uprzejmą namową skłaniać je do tego, czego potrzeba, tak, iżby, o ile to być może, usłuchały nie z przymusu, jeno z miłości, co będzie daleko lepiej. Prawie zawsze dokaże tego, jeśli będzie umiała słowem i uczynkiem upewnić je o tym, że szczerze je kocha. Niech przy tym dają im jak najwięcej zatrudnienia przy różnych obowiązkach; jest to, zważmy to dobrze, najskuteczniejsze dla nich lekarstwo, bo odbiera im czas i możność do próżnych marzeń, na czym właśnie cała ich choroba polega. Zapewne, że ze zleconych im obowiązków niezbyt świetnie się wywiążą, ale lepiej znosić małe ich w takich rzeczach winy, niż narażać się na znoszenie większych i cięższych, gdyby znowu odeszły od rozumu, samym sobie na zgubę. To jest, powtarzam, najskuteczniejsze, zdaniem moim, dla nich lekarstwo. Potrzeba nadto nie pozwalać im na długie rozmyślania, trzeba owszem i zwyczajne im skrócić; bo przy chorobliwej wyobraźni, jaką po większej części mają, długie modlitwy byłyby dla nich bardzo szkodliwe i podawałyby im tylko sposobność do wytwarzania niezrozumiałych dla nichże samych i dla nikogo dziwolągów. Należy także pilnować, by nie jadały ryby, chyba rzadko kiedy, i postów nie czyniły tak ustawicznych jak drugie.
10. Może komu się wyda, że zbyt długo się rozwodzę, tyle dając rad i wskazówek co do tej jednej słabości, a milczeniem pomijam inne, kiedy tyle ich jest i tak ciężkich w tym nędznym życiu, zwłaszcza dla nas słabych i ułomnych niewiast. – Dwojaki do tego miałam powód. Pierwszy ten, że dotknięte melancholią mają siebie za zdrowe, nie chcąc uznać choroby w nich ukrytej. Gdy zaś choroba ta nie jest ani febrą, ani gorączką i nie zmusza ich pójść do łóżka i wezwać lekarza, potrzeba więc, by przeorysza zastąpiła im lekarza, bo to choroba groźniejsza dla duszy dążącej do doskonałości, niż wszelkie obłożne i śmiertelne niemoce. Drugi powód jest następujący: inne choroby kończą się wyzdrowieniem albo śmiercią; z tej przeciwnie, rzadko kto wyzdrowieje i rzadko umiera, tylko się traci rozum, co jest także w swoim rodzaju śmiercią dla drugich.
Którym zaś ta choroba nie odbiera rozumu, te same w sobie noszą gorzkie jak śmierć udręczenia, urojenia i skrupuły, które wciąż poczytują za pokusy, choć znosząc je cierpliwie, bardzo wielką stąd odniosą zasługę. Gdyby zaś mogły przyjść do uznania, że źródłem tych udręczeń, które cierpią, jest sama ich skłonność do melancholii, gdyby zatem zdobyły się na odwagę i nie zważały na nie, niemałą to przyniosłoby im ulgę. Co do mnie, bardzo ich żałuję. Wszystkie też siostry i towarzyszki ich, pomnąc, że i na nie Pan mógłby zesłać podobnąż niedolę, słuszna, by szczere dla nich miały współczucie i z najczulszą miłością znosiły je, nie dając im jednak poznać tego, jak mówiłam wyżej. Obym z łaski Pana zdołała, w tym co powiedziałam, trafne i skuteczne podać rady na tę tak ciężką niemoc!
Rozdział VIII
Podaje kilka uwag o objawieniach i widzeniach.
1. Są ludzie, których, zdawałoby się, samo wspomnienie o widzeniach albo objawieniach przeraża. Jaki mogą mieć powód do takiego strachu, w czym widzą tak groźne niebezpieczeństwo dla duszy, którą Bóg zechce tą drogą prowadzić, tego nie rozumiem. Nie mam zamiaru roztrząsać tutaj, które widzenia są prawdziwe, a które ułudą tylko, ani wymieniać znaków, po których, jak mię nauczyli mężowie głęboko uczeni, można jedne od drugich rozpoznać. Chcę tu tylko wskazać, co powinna czynić dusza w takim stanie, bo niełatwo trafi na spowiednika, który by jej w tej materii nie naprowadził niepokojów i strachów. Najwięcej jest takich, którzy nie tyle się przerażą, gdy im wyznasz, że diabeł ci podsuwał wszelkiego rodzaju pokusy, myśli bluźniercze, rozpasane, niewstydliwe widziadła, ile się zgorszą, gdy im powiesz, że widziałaś anioła i z nim rozmawiałaś, albo że ci się ukazał Pan Jezus ukrzyżowany.
2. O objawieniach pochodzących od Boga tym bardziej nie mam potrzeby mówić tu obszerniej, że dobrze jest wiadomy każdy najpewniejszy znak, którym się różnią od fałszywych (to jest wielkie skarby i dobra duchowe, które po nich w duszy pozostają). Powiem tu więc raczej o wyobrażeniach i widziadłach, w których zły duch, dla oszukania nas, przebiera się w udaną postać Chrystusa Pana albo świętych Jego. Otóż najmocniej jestem przekonana, że nigdy boska łaskawość Pana naszego nie pozwoli na to, ani nie da złemu duchowi tej władzy, by zdołał podobnymi widmami duszę oszukać, chybaby sama z własnej winy swojej do tego mu pomogła; przeciwnie, sam na zdradach swoich się oszuka. Żadną miarą, powtarzam, nie ulegnie dusza temu złudzeniu, jeśli jeno ma pokorę. Nie mamy więc czego się lękać. Ufajmy tylko w Panu i gardźmy tymi podstępami diabelskimi; owszem, obróćmy je na pożytek, tym żarliwiej chwaląc Boga i tym wierniej Mu służąc.
3. Znam osobę, którą spowiednicy trzymali w ciężkim ucisku i udręczeniu z powodu widzeń, jakie miewała; choć później z wielkich skutków i dobrych uczynków, jakie z nich wynikły, okazało się, że były to widzenia od Boga. Niemało ją to kosztowało, gdy na widok Pana, ukazującgo się jej w widzeniu, musiała od Niego się zażegnywać znakiem krzyża świętego, albo pokazywać mu figę, bo tak jej było kazano. Wielki teolog, ojciec dominikanin, którego później się radziła, powiedział jej, że było to źle, że nikomu takiej rzeczy czynić się nie godzi; bo gdziekolwiek ujrzymy wyobrażenie Pana naszego, powinniśmy uczcić je, choćby je malował diabeł, jest on bowiem wielkim artystą. Owszem, wbrew złośliwemu zamiarowi swemu, zdrajca ten nie szkodę nam przez to wyrządza, jak by chciał, ale raczej przysługę oddaje, gdy tak żywy nam stawia przed oczy wizerunek Ukrzyżowanego, czy innego świętego przedmiotu, iż wrażenie z niego odniesione pozostaje nam wyryte w sercu. Bardzo mi ta nauka trafiła do przekonania; boć każdy, patrząc na jaki obraz znakomity, będzie go podziwiał, choćby wiedział, że malował go zły człowiek i przewrotność malarza nie zepsuje nam pobożnego wrażenia, jakie na nas dzieło jego sprawuje. Pożytek zatem z widzenia czy szkoda nie jest w rzeczy widzianej, jeno w tym, który na nią patrzy, to jest w tym, czy ma, czy nie pokorę potrzebną, aby z widzenia odniósł korzyść. Duszy prawdziwie pokornej żadne widzenie, choćby było od ducha złego, zaszkodzić nie zdoła, ale gdzie nie ma pokory, tam nie będzie pożytku, chociażby widzenie pochodziło od Boga. Dusza, którą to, co powinno ją pobudzić do upokorzenia się, przeciwnie, w pychę i próżność wzbija, podobna jest do pająka, który cokolwiek połknie, wszystko to obraca w truciznę. Przeciwnie, dusza pokorna jest jako pszczoła, która wszystko w miód zamienia.
4. Bliżej myśl moją objaśnię. Gdy Pan w boskiej łaskawości swojej raczy się ukazać jakiej duszy na to, aby Go lepiej poznała i więcej miłowała, albo aby jej jaką tajemnicę swoją objawił, albo jakimi szczególnymi łaskami i pociechami ją obdarzył, a ona (zamiast się ukorzyć w uznaniu nicestwa swego niegodnego takiej łaski) woli zaraz mieć siebie za świętą i wyobraża sobie, że łaska ta jest zasłużoną nagrodą za jej wierną służbę, tedy rzecz jasna, że, podobna do onego pająka, wielkie dobro, jakie jej stąd przyjść mogło, na złe sobie obraca. Przypuśćmy teraz na odwrót, że to zły duch, dla wbicia jej w pychę, takie jej widzenia nasuwa. Jeśli ona, sądząc, że widzenia te pochodzą od Boga, upokarza się i uznaje siebie niegodną tak wielkiej łaski, i tym gorliwiej stara się służyć Panu, widząc siebie tak wzbogaconą; kiedy mieni się być niewartą jeść choćby okruszyny spadające ze stołu tych, o których słyszała, że podobnych łask od Boga dostępowali, i niegodną oddawać im najniższe posługi; jeśli tak uniżając siebie, usilniej jeszcze przykłada się do czynienia pokuty i do coraz żarliwszej modlitwy, i jeszcze pilniej strzeże się, aby w niczym nie obrażała tego Pana, który jej, jak sądzi, taką łaskę uczynił i jeszcze doskonalej stara się być posłuszna, wtedy, ręczę za to, diabeł ucieknie, więcej nie wróci i żadnej po sobie szkody w tej duszy nie pozostawi.
5. Jeśliby w tych objawieniach słyszała zalecenie uczynienia tego lub owego, albo przepowiednie rzeczy przyszłych, potrzeba koniecznie, by zasięgnęła rady światłego i roztropnego spowiednika i w nic nie wierzyła ani nie czyniła z tego, co słyszała, jeno co spowiednik jej wskaże. W tym celu może wyznać całą rzecz przeoryszy, aby ona obmyśliła takiego spowiednika, który by posiadał wspomniane tylko co zalety. Ale niechaj wie i pamięta raz na zawsze, że jeśliby nie usłuchała tego, co spowiednik jej powie, i nie chciała ulegać kierunkowi jego, byłby to znak, że widzenia jej są sprawą złego ducha albo wytworem strasznej melancholii. Przypuśćmy nawet, że spowiednik się myli, ale ona ustrzeże się błędu trzymając się ściśle zdania i zaleceń jego, chociażby to, co słyszała w widzeniu, było głosem anioła Bożego. Albo bowiem Pan w boskiej dobroci swojej użyczy mu światła potrzebnego, albo też sam tak wszystko zrządzi, iżby mimo błędu jego, dusza, słuchając go, osiągnęła to, co On dla dobra jej postanowił. Ta jest jedyna droga zupełnie bezpieczna; inaczej postępując, można się na wielkie niebezpieczeństwo narazić i wielką sobie szkodę wyrządzić.
6. Pamiętajmy, że przyrodzona ułomność nasza bardzo łatwo ulega złudzeniom, zwłaszcza w nas niewiastach, i że właśnie na tej drodze modlitwy bogomyślnej ułomność ta najłatwiej się okazuje. Miejmy się więc na baczności, byśmy za lada przywidzeniem, jakie nam wyobraźnia nasunie, nie myślały zaraz, że to objawienie od Boga; prawdziwe objawienie, bądźmy tego pewne, łatwo daje się poznać. Tym bardziej jeszcze potrzeba ostrożności i powściągliwości tam, gdzie jest jaka bądź skłonność do melancholii. Sama patrzyłam na takie przykłady podobnych przywidzeń, że wydziwić się nie mogłam, jakim sposobem człowiek może przyjść do tego, by najmocniej był przekonany, że widzi to, czego nie widzi.
7. Kiedyś przyszedł do mnie pewien kapłan i z uwielbieniem począł mi opowiadać, co mu mówiła jedna jego penitentka: jako Matka Boska co dzień przez długi czas ją odwiedzała i siadała przy niej na łóżku i godzinę całą i dłużej z nią rozmawiała i różne jej nauki dawała i rzeczy przyszłe jej objawiała. A że w tych bredniach była jedna lub druga rzecz podobna do prawdy, więc na tej zasadzie wszystko się przyjmowało za najczystszą prawdę. Co do mnie, zrozumiałam od razu jak rzeczy stoją, ale nie śmiałam wypowiedzieć całego zdania mego, bo żyjemy w takim świecie, iż musimy dobre mieć baczenie, co o nas mogą pomyśleć inni, jeśli chcemy, by słowa nasze miały jaki skutek. Powiedziałam mu więc tylko, że należałoby naprzód poczekać na spełnienie onych proroctw, jeśli to proroctwa prawdziwe, i przypatrzyć się innym skutkom tych widzeń, i dowiedzieć się, jakie jest życie tej osoby. Jakoż w końcu prawda wyszła na wierzch i pokazało się, że były to tylko przywidzenia chorego mózgu.
8. Mogłabym przytoczyć wiele innych tego rodzaju przykładów, a każdy z nich byłby nowym stwierdzeniem tego, do czego tu zmierzam, mianowicie że nie powinna dusza od razu dawać wiary widzeniom swoim, ale dłuższy czas ma nad nimi się zastanowić i dobrze zbadać i poznać samą siebie, pierwej nim taką rzecz wyzna spowiednikowi, by go snadź niechcący nie oszukała. Spowiednik bowiem, jakkolwiekby był uczony, jeśli nie zna tych rzeczy z własnego doświadczenia, niełatwo na nich się pozna. Tak np. niedawno, może parę lat temu, jakiś człowiek zupełnie wywiódł w pole kilku bardzo uczonych i duchowo wykształconych kapłanów, prawiąc im podobne rzeczy. Wreszcie trafił na osobę, która posiadała z własnego doświadczenia nabyte zrozumienie łask Bożych; ona też jasno poznała, że były to chorobliwe złudzenia człowieka pomieszanego na umyśle. Choć to pięknymi pozorami pokryte, wówczas jeszcze się nie wydało, Pan jednak wkrótce wszystko potem wyjawił, ale przedtem osoba, która pierwsza prawdę odgadła, dużo miała do zniesienia, bo nikt jej nie chciał wierzyć.
9. Z tych powodów i z innych jasno widać, jak wiele zależy na tym, by każda siostra szczerze zdawała sprawę przeoryszy z tego, czego doznaje na modlitwie. Przeorysza zaś powinna pilnie badać przyrodzone usposobienie każdej i stopień jej wewnętrznego udoskonalenia i tak może uprzedzić spowiednika, aby łatwiej każdą zrozumiał, albo gdyby zwyczajny spowiednik nie miał dość światła na rozsądzenie takich widzeń, może poprosić nadzwyczajnego. Powinna również pilne mieć baczenie, aby takie rzeczy, choćby najpewniej pochodziły od Boga, choćby im towarzyszyły łaski widocznie cudowne, nie dochodziły do wiadomości ludzi świeckich. Nie każdemu nawet spowiednikowi wypada mówić o nich, jeśliby który nie miał należnej roztropności i nie umiał milczeć. Jest to rzecz bardzo ważna, więcej niż zdołam wyrazić. Niech także uważa, aby siostry między sobą o tym nie mówiły. Sama zaś niech zawsze słucha ich wyznań z wszelką uwagą i roztropnością, okazując się więcej skłonną do przyznania pierwszeństwa tym, które się odznaczają pokorą, umartwieniem i posłuszeństwem, niż tym, które Bóg by prowadził tą wysoko nadprzyrodzoną drogą, chociażby przy tym takież cnoty posiadały. Bo w której Duch Pański takie rzeczy działa, w tej działanie Jego mnoży także pokorę i radosne umiłowanie pogardy. Upokorzenie więc takim nie zaszkodzi, a inne z niego korzyść odniosą, bo nie mogąc osiągnąć onych łask nadzwyczajnych, które Bóg daje komu chce, większą uczują pociechę z posiadania tych cnót, o których mówiłam. Wprawdzie i te cnoty są darem Bożym, ale łatwiej na nie własnym staraniem zapracować i nieocenioną mają wartość w życiu zakonnym. Niechaj Pan w boskiej łaskawości swojej raczy ich nam użyczyć! A nie odmówi ich nikomu, kto stara się o nie usilnym ćwiczeniem się i gorącą modlitwą, ufając w miłosierdzie Jego.
Rozdział IX
Opowiada o wyjeździe z Medina del Campo na fundację Św. Józefa w Malagonie.
1. Jakże daleko odeszłam od przedmiotu mego! Ale kto wie, może z tych uwag, które powyżej wypisałam, albo choć z niektórych, większy się okaże pożytek niż z opowiadania fundacji.
Przebywając tedy, jak to opisałam w swoim miejscu, w Medina del Campo, z niewypowiedzianą pociechą patrzyłam na postępy sióstr, wiernie wstępujących w ślady starszych towarzyszek swoich u Św. Józefa w Awili, we wszelkiej cnocie zakonnej, zobopólnej miłości i w gorącości ducha. Pan też coraz obficiej zaopatrywał nasze wszelkie potrzeby, tak dla budowy kościoła, jak i na utrzymanie sióstr. Wstąpiło do nas kilka nowych aspirantek, snadź umyślnie wybranych przez Pana, aby się stały podstawą duchowej naszej budowy. Od tych bowiem pierwszych początków zależy, jak sądzę, wszystek dalszy rozwój i pomyślność, bo następne, jaką znajdą drogę utorowaną, taką i pójdą.
2. Mieszkała w Toledo jedna pani, siostra księcia Medinaceli, w której domu, jak to opowiedziałam obszernie w opisie fundacji Sw. Józefa, z rozkazu przełożonych jakiś czas przebywałam. Szczególną wówczas powzięła dla mnie miłość, która później miała jej być niejaką pobudką do szlachetnego jej uczynku. Tak to Pan w Boskiej Opatrzności swojej, ku spełnieniu zamiarów swoich, używa nieraz rzeczy według nas nic nie znaczących albo na nic niepotrzebnych. Gdy pani ta dowiedziała się, że otrzymałam upoważnienie do zakładania klasztorów, poczęła usilnie mię prosić, bym także otworzyła dom nasz w Malagónie, miasteczku do niej należącym. Ja w żaden sposób nie chciałam się zgodzić na to jej żądanie z powodu, że w takiej małej mieścinie klasztor nie mógłby się utrzymać bez zapewnienia mu stałych dochodów, a temu z zasady stanowczo byłam przeciwna.
3. Teologowie jednak, jak również i spowiednik mój, których zdania w tej kwestii zasięgałam, objaśnili mię, że niesłusznie się opieram, że skoro święty sobór pozwala na posiadanie dochodów, ja nie powinnam, dla utrzymania się przy moim sposobie widzenia, uchylać się od założenia tego klasztoru, z którego wielka może być chwała Boża. Gdy przy tym i owa pani nie ustawała w usilnych naleganiach swoich, nie mogłam w końcu się oprzeć. Wyznaczyła fundusz dostateczny na utrzymanie nowego domu, bo taka jest stała zasada moja, że klasztory nasze powinny być albo zupełnie ubogie, albo też w razie wyznaczenia któremu stałego utrzymania, dochody jego powinny być tak zabezpieczone, aby siostry nie były zmuszone naprzykrzać się innym w swoich potrzebach.
4. Zastrzegłam jednak przy tym w sposób najmocniej stanowczy, by żadna nie posiadała niczego na własność, ale by wszystkie we wszystkim zachowywały jak najściślej Konstytucje, zupełnie tak samo jak inne klasztory, trzymające się zupełnego ubóstwa. Po spisaniu odnośnych dokumentów, posłałam po kilka sióstr, wyznaczonych do tej fundacji i w towarzystwie onej pani przybyłyśmy do Malagónu, gdzie dom dla nas nie był jeszcze tak wykończony, byśmy mogły w nim od razu zamieszkać, skutkiem czego musiałyśmy przez tydzień mieścić się w jednym z pokojów zamkowych.
5. W Niedzielę Palmową roku 1568, poprzedzone przez ludność miejscową, która procesjonalnie wyszła na nasze spotkanie, odziane w płaszcze białe, z zasłoną spuszczoną na oczy, zostałyśmy wprowadzone do kościoła, gdzie wysłuchałyśmy kazania, po czym przeniesiono Najświętszy Sakrament do naszego klasztoru. Obchód ten uroczysty głęboko wzruszył wszystkich obecnych.
Zatrzymałam się jakiś czas w nowej fundacji. Jednego dnia, będąc na modlitwie po Komunii, usłyszałam z ust Pańskich obietnicę, że w tym domu dobrze i wiernie służyć Mu będą. Pozostałam w Malagónie nie dłużej, o ile pamiętam, nad dwa miesiące, bo kwapił się duch mój w dalszą drogę, na fundację domu w Valladolid; co mi do tego dało powód, opowiem w następującym rozdziale.
Rozdział X
Opowiada o fundacji domu w Valladolid pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najśw. Panny z Góry Karmel.
1. Na cztery czy pięć miesięcy przed fundacją tego klasztoru Św. Józefa w Malagonie przyszedł do mnie pewien młody pan wysokiego rodu i oznajmił mi, że gdybym chciała założyć klasztor w Valladolid, on z wielką chęcią ofiaruje mi na ten cel swój dom tamże, z dużym i pięknym ogrodem, położonym wśród rozległej winnicy. Był to dar wspaniały, a on domagał się, bym go zaraz wzięła w posiadanie. Przyjęłam, choć nie bardzo mi się chciało zakładać klasztor w takim miejscu, o ćwierć mili od miasta. Myślałam jednak, że raz będąc w posiadaniu tego domu, można będzie wymienić go na inny w mieście. W każdym razie, ze względu na tak ochotną wolę jego, nie chciałam go pozbawiać zasługi tego dobrego uczynku i stawać na przeszkodzie pobożnej jego intencji.
2. Mniej więcej w dwa miesiące potem zapadł nagle na ciężką chorobę, której postępy tak były gwałtowne i szybkie, że straciwszy mowę, nie mógł się dobrze wyspowiadać, choć wciąż znakami skruchę swoją oznajmiał i Pana za winy swoje przepraszał. Umarł bardzo prędko, daleko od miejsca, gdzie wówczas zostawałam. Ale Pan objawił mi, że zbawienie jego w wielkim było niebezpieczeństwie; że jednak znalazł miłosierdzie u Niego, przez wzgląd na usługę, jaką oddał Matce Jego, ofiarując on dom swój na założenie w nim klasztoru Jej poświęconego zakonu, ale że nie wyjdzie z czyśćca, aż za pierwszą Mszą, jaka się w tym klasztorze odprawi. Od chwili tego objawienia tak mi wciąż stały przed oczyma męki tej duszy, że chociaż właściwie chciałam naprzód założyć klasztor w Toledo, odłożyłam ten zamiar na później i z największym, ile tylko mogłam, pośpiechem zajęłam się fundacją w Valladolid.
3. Nie mogłam jednak przywieść jej do skutku tak prędko, jak tego pragnęłam. Musiałam zatrzymać się dość długo w klasztorze Św. Józefa w Awili, który był pod moim zarządem, potem u Św. Józefa w Medina del Campo, bo dom ten miałam po drodze. Tu jednego dnia, na modlitwie. Pan rzekł do mnie, bym się spieszyła, bo dusza ta bardzo cierpi. Więc choć mi brakowało jeszcze wielu rzeczy potrzebnych, zabrałam się do dzieła i w dzień św. Wawrzyńca stanęłam w Valladolid. Gdy ujrzałam dom, wielki na widok jego uczułam zawód. Przekonałam się, że niepodobna, bez nałożenia wielkich kosztów, myśleć o umieszczeniu w nim zakonnic; przy tym, choć bardzo przyjemny, dla rozkosznego dokoła ogrodu, widocznie musiał być niezdrowy, bo stał nad samą rzeką.
4. Zmęczona drogą, musiałam jeszcze pójść na Mszę św. do klasztoru naszego Zakonu, położonego przy bramie miasta. Było tak daleko do niego, że odległość ta zdwoiła jeszcze moje strapienie; nie okazałam tego jednak przed siostrami, aby im nie odebrać odwagi. Sama też, choć zgnębiona, nie traciłam ufności, że Pan, jako mi kazał tu pośpieszyć, tak też biedzie naszej zaradzi. Po cichu, nic nikomu nie mówiąc, wezwałam rzemieślników i kazałam porobić przegrody na celki dla sióstr i inne konieczne urządzenia. Był z nami ksiądz Julian z Awili, ten sam, o którym była mowa wyżej, i jeden z onych dwóch braci, którzy, jak tamże powiedziałam, chcieli przyjąć Regułę Karmelitów Bosych. Ten ostatni, dla lepszego poznania jej, przypatrywał się naszym porządkom i praktykom, ks. Julian zaś robił starania o wydanie upoważnienia biskupiego na naszą fundację, co do którego Biskup miejscowy, jeszcze przed przyjazdem moim, dobrą dawał nadzieję. Nie poszło to jednak tak prędko, wypadła niedziela, a my jeszcze nie miałyśmy w ręku obiecanego upoważnienia, bez którego i Najświętsza Ofiara u nas się sprawować nie mogła. Wydano nam jednak indult tymczasowy na odprawienie jej w miejscu, które przeznaczyłyśmy na kościół; tam też mogłyśmy w tę niedzielę wysłuchać Mszy świętej.
5. Ani mi na myśl nie przyszło, by wtedy już miało się spełnić to, co mi Pan. był o onej duszy zapowiedział; mówił, że się to stanie „za pierwszą Mszą”, ale ja sądziłam, że przez pierwszą ma się rozumieć ta, na której będzie wprowadzony do nas Najświętszy Sakrament. W chwili gdy kapłan z puszką świętą w ręku zbliżał się do miejsca, gdzie miał nam dać Komunię św., w samejże chwili, gdy przystępowałam dla jej przyjęcia, ukazał mi się on zmarły, z jasnym, rozpromienionym od radości obliczem, i składając ręce dziękował mi za to, co dla niego uczyniłam, aby został wyzwolony z czyśćca; po czym zaraz dusza ta wstąpiła do nieba. Gdy pierwszy raz usłyszałam z ust Pana zapewnienie, że dusza jego jest na drodze do zbawienia, niewielką, przyznaję, miałam co do niej otuchę, raczej żal wielki i niepokój o nią mię dręczył; zdawało mi się, że śmierć jego nie była taka, jakiej mu życzyć należało po życiu, jakie prowadził, bo choć nie zbywało mu na dobrych uczynkach, było to jednak życie uwikłane w sprawy światowe. Prawda, że z drugiej strony pocieszało mię i obawy moje uśmierzało to, co w ostatnich czasach mówił towarzyszkom moim, że ciągle myśli o śmierci. Zaiste, wielkie to szczęście i rzecz wielce przyjemna Panu, komu dano jest oddać jaką posługę Jego Matce, bo wtedy wielkie jest Jego miłosierdzie. Chwała Mu i dziękczynienie na wieki, iż taką chwałą i życiem wiecznym odpłaca nam za niepoczesne uczynki nasze, same z siebie małą wartość mające, a które On przez łaskę swoją czyni wielkimi.
6. W dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, 15 sierpnia 1568 r., objęłyśmy nowy klasztor w posiadanie.
Niedługo jednak w nim zostałyśmy, bośmy się prawie wszystkie ciężko rozchorowały. Widząc smutne położenie nasze, jedna pani, zamieszkała w tym mieście, przyszła nam w pomoc. Była to Dońa Maria de Mendoza, małżonka komandora Cobosa, matka margrabiego de Camarasa, osoba bardzo pobożna i wielce dobroczynna (jak o tym jawnie świadczą hojne jej jałmużny). Jest ona siostrą Biskupa awilańskiego i z tego powodu już dawniej ją znałam i wiele łask od niej doznawałam. Bardzo nam była pomocna przy zakładaniu pierwszego klasztoru i we wszystkim, co się tyczy pomyślności naszego Zakonu, żywy udział brała. Otóż będąc tak dobra i miłosierna i widząc, że w tym miejscu niepodobna nam mieszkać bez wielkiej trudności, tak z powodu ciągłych chorób, jak i z powodu zbytniej odległości od miasta i utrudnionej przez to jałmużny, ofiarowała się przyjąć od nas ten dom, a kupić nam za to drugi. Tak i uczyniła; i nie tylko darowała nam dom o wiele więcej wart od tego, który jej ustąpiłyśmy, ale i zaopatrzyła nas i dotąd zaopatruje we wszystko, czego nam tylko potrzeba, i zapewne dopóki żyje, zaopatrywać będzie.
7. W dzień św. Błażeja przeniosłyśmy się do nowego domu. Lud z wielkim nabożeństwem procesjonalnie towarzyszył nam przez miasto i dotąd wielką czcią i miłością otacza ten nasz dom, bo Pan wielu łaskami okazuje nad nim miłosierdzie swoje i pociągnął do niego dusze wybrane, których świętość kiedyś Pan ukaże, by Jemu były chwała i cześć, iż takimi drogami raczy dawać dziełom swoim pomnożenie i takie łaski wylewać na swoje stworzenia. O jednej zwłaszcza, która w tym czasie tu wstąpiła, i choć młodziutka wiekiem, pokazała innym przykładem swoim, co to jest świat, zdeptawszy go nogami, zdało mi się rzeczą pożyteczną obszerniej tu wspomnieć. Będzie to dla nauki i zawstydzenia tych, którzy tak się w nim kochają, a na zachętę panienkom, którym Pan raczył dać dobre natchnienia, aby nie wahały się czynem odpowiedzieć miłościwemu Jego wezwaniu.
8. Mieszka w tym mieście jedna pani dońa Maria dc Acuńa, siostra hrabiego de Buendia. Po śmierci męża, który był gubernatorem Kastylii, w bardzo młodym wieku jeszcze pozostawszy wdową z trojgiem dzieci, jednym synem i dwiema córkami, tak świątobliwemu oddała się życiu i tak cnotliwie dzieci swoje wychowała, iż zasłużyła sobie na ten zaszczyt, że Pan je raczył przyjąć za swoje. Powiedziałam, że pozostały jej dwie córki; omyliłam się, miała ich trzy. Jedna, skoro doszła do lat, została zakonnicą; druga nie chciała wyjść za mąż, ale pozostała przy matce, wiodąc z nią życie w wysokim stopniu budujące; trzecia, najmłodsza, była ta, której wstąpienie do Karmelu tu opowiadam. Syn od wczesnej młodości począł poznawać marność tego świata i tak silne Bóg mu dawał powołanie do zakonu, że nic go od postanowienia odwieść nie mogło. Matka też, pewno uradowana z powołania jego, skutecznie mu, przy łasce Bożej, dopomagała do wytrwania, choć tego przed ludźmi nie okazywała, ze względu na opór rodziny. Ale gdy Pan chce którą duszę mieć dla siebie, żaden opór, żadna usilność stworzeń nie zdoła stanąć na przeszkodzie spełnieniu się Jego woli. Tak stało się i w tym zdarzeniu: przez trzy lata wszelkich używano przedstawień i nalegań, usiłując zachwiać młodzieńca w postanowieniu jego, a koniec był ten, że wstąpił jednak do Towarzystwa Jezusowego. Spowiednik tej pani opowiadał mi potem, jako wyznawała mu, iż nigdy w życiu serce jej nie opływało takim weselem, jak w dniu profesji jej syna.
9. O Panie! Jakąż to łaskę nieocenioną czynisz tym, którym dajesz takich rodziców, taką prawdziwą miłością dzieci swoje miłujących i nad wszelkie państwa, majoraty i bogactwa życzących im dóbr nieskończenie większych w onej szczęśliwości, której nigdy nie będzie końca! Jakże więc słusznie boleć należy i litować się nad nieszczęsną ślepotą tego świata, którą rażeni rodzice na tym cześć swoją zasadzają, by trwale przechowywały się w ich rodzie te nędzne jak gnój dobra ziemskie, a nie pomną na to, że prędzej czy później muszą z nimi się rozstać, że wszystko, co znikome, choćby najdłużej się przechowało, skończyć się musi, a zatem mało się je ważyć powinno. I tak, w tym zaślepieniu swoim, kosztem własnych dzieci chcą utrzymać marny splendor domu swego i z niesłychaną zuchwałością śmieją Bogu wydzierać te dusze, które On wybrał dla siebie. Dusze zaś te pozbawiają tak wielkiego dobra, które, chociażby nawet nie zapewniało im tej szczęśliwości wiecznej, którą im Bóg, wzywając je do życia zakonnego, przeznacza, już tym samym jest dobrem nieocenionym, że wyzwala nas spod jarzma wymagań światowych. O Boże, otwórz im oczy i niech poznają, co to jest prawdziwa miłość rodzicielska, którą dzieci swoje kochać powinni! Niech im już nie wyrządzają takiej krzywdy, aby one nie były kiedyś ich oskarżycielami przed Bogiem, na sądzie ostatecznym, na którym i oni czy chcą, czy nie chcą, dowiedzą się, jaka jest rzeczywista wartość każdej rzeczy.
10. Tak więc dzięki miłosierdziu Bożemu, don Antonio de Padilla (tak się zwał ów młodzieniec, syn dońi Marii de Acuńa) porzucił świat, mając lat mniej więcej siedemnaście. Skutkiem wstąpienia jego, dobra wszystkie przechodzą na starszą córkę, dońę Luisę de Padiiia, to jest nie tylko dobra rodzicielskie, ale i obszerne włości stryja, hrabiego de Buendia, po którego śmierci bezdzietnej hrabstwo jego i godność gubernatora Kastylii prawem dziedzictwa przypadły don Antoniemu. Nie będę tu opowiadała, bo nie należy to do rzeczy, wszystkich udręczeń, jakie wycierpiał od rodziny, nim w końcu przywiódł do skutku postanowienie swoje. Łatwo się tego domyśli kto wie, jak wielką wagę możni tego świata przywiązują do tego, by dom i ród ich nie pozostał po nich bez następcy.
11. O Synu Ojca Przedwiecznego, Jezu Chryste, Panie nasz, prawdziwy Królu wszystkiego stworzenia! Cóż Ty pozostawiłeś tu, odchodząc z tego świata, abyśmy, spadkobiercy Twoi, po Tobie odziedziczyli? Cóż Ty posiadałeś na tej ziemi, Panie mój, prócz cierpień, boleści i zelżywości, nie mając nawet w srogim konaniu śmiertelnym innego łoża, jeno twarde drzewo krzyża? I nam więc, Boże mój, którzy pragniemy być prawdziwymi synami Twymi i nie zrzekać się dziedzictwa Twego, nie godzi się uciekać od cierpienia. Herbem Twoim pięć ran Twoich; to, córki, powinno być i naszym godłem, jeśli mamy odziedziczyć Jego królestwo. Nie używaniem wczasów, rozkoszy, honorów i bogactw ma się nabywać to, co On kupił takim wylaniem krwi swojej! O panowie szlachetni, na miłość Boga, otwórzcie oczy i zobaczcie, jak prawdziwi rycerze Jezusa Chrystusa i książęta Jego Kościoła, taki święty Piotr i święty Paweł, nie tą drogą chodzili, którą wy idziecie. Czy może sądzicie, że dla was ma być osobna, nowego rodzaju droga do nieba? Mylicie się. Prawdziwą drogę oto Pan wam ukazuje na przykładzie takich maluczkich, jak ten młodzieniaszek, jak ta panienka, o których tu mówimy.
12. Widywałam nieraz tego don Antoniego i z nim rozmawiałam. Rad by był posiadał dużo większe jeszcze dobra, aby je wszystkie porzucić dla Chrystusa. Zaiste, błogosławiony młodzieniec, błogosławiona dzieweczka, którzy na taką sobie u Boga łaskę zasłużyli, iż w wieku, w którym świat wszechwładnie zwykł panować nad synami ludzkimi, oni umieli zdeptać go nogami. Błogosławiony niech będzie Ten, który im tak wielkiego dobra użyczył.
13. Gdy tedy skutkiem jego wstąpienia wszystkie posiadłości rodu prawem przeszły na starszą jego siostrę, ta wobec spadającego na nią blasku wielkości ziemskich, taką samą jak brat wspaniałość serca okazała. Od dzieciństwa bowiem żarliwie oddana modlitwie – z której jako ze źródła spływa na duszę światło od Boga ku poznaniu prawdy – wzgardziła chwałą doczesną i bogactwy, idąc za przykładem brata. O Boże wielki! Iluż to ludzi ochotnie zgodziłoby się wycierpieć wszelkie przykrości, udręczenia, procesy i choćby życie nawet i cześć swoją na szwank narazić dla pozyskania takiego dziedzictwa! Ta, przeciwnie, niemało wycierpiała, aby uzyskać pozwolenie zrzeczenia się tego. Taki to jest duch i obyczaj świata; nierozum jego rzuca się w oczy, tylko że ślepi jesteśmy i nie widzimy tego. Chętnie i z wielkim weselem ducha, dla uwolnienia się wreszcie od tej sukcesji, uczyniła zrzeczenie się na imię najmłodszej swojej siostry, ostatniej, jaka jeszcze pozostawała na świecie, mającej zaledwie dziesięć czy jedenaście lat życia. Niebawem, dla przechowania marnej nazwy rodowej, rodzina postanowiła dzieweczkę jeszcze nieletnią wydać za jej stryja, rodzonego brata jej ojca, i za uzyskaniem potrzebnych dyspens papieskich odbyły się zaręczyny.
14. Ale Pan nie dopuścił tego, by córka takiej matki i siostra takiego rodzeństwa uległa fałszywym pojęciom świata, których tamci szczęśliwie się ustrzegli. Stało się to w sposób następujący. Zrazu panienka kochała się w zbytkach światowych, w strojach wspaniałych, odpowiednich do wysokiego jej stanu, zdolnych zatem olśnić umysł tak młody. Ale nim jeszcze skończył się drugi miesiąc zaręczyn. Pan zaczął oświecać ją wewnętrznie, choć jeszcze nie rozumiała tych boskich Jego natchnień. Spędziwszy wesoło dzień cały w towarzystwie narzeczonego, którego nad wiek swój gorąco kochała, wieczorem nie mogła się obronić ciężkiemu smutkowi na myśl, że dzień się skończył i że następne podobnież się skończą. O cudowna wielmożności Boga! Samo zadowolenie, jakiego doznawała z uciech znikomych, przywiodło ją do tego, że te uciechy jej zbrzydły! Smutek jej tak coraz bardziej się wzmagał, że nie było już w jej mocy ukrywać go przed narzeczonym. Na troskliwe pytania jego nie wiedziała jednak, co odpowiedzieć, bo sama nie rozumiała, co jej jest.
15. Wypadła mu w tym czasie potrzeba odjechania na dłuższy czas w podróż daleką, czym ona, tak mocno przywiązawszy się do niego, bardzo się martwiła. Ale wówczas właśnie Pan odkrył przed nią przyczynę jej strapienia. Zrozumiała, że dlatego sobie spokoju znaleźć nie może, że dusza jej już się skłania ku rzeczom, które nigdy nie przeminą. Poczęła zastanawiać się nad tym, jako brat jej i siostra obrali sobie cząstkę bezpieczniejszą, a ją pozostawili wśród niebezpieczeństw świata. Dręczyła ją ta myśl, zwłaszcza że z drugiej strony uważała siebie za nieodwołalnie związaną (nie wiedząc jeszcze o tym, o czym później dopiero się dowiedziała, że zaręczyny nie są przeszkodą do wstąpienia do zakonu). Nade wszystko zaś przywiązanie do narzeczonego wciąż ją powstrzymywało od ostatecznego postanowienia, a wszystko to razem w bolesnym ją trzymało zawieszeniu i rozterce wewnętrznej.
16. Lecz Pan, chcąc ją mieć dla siebie, powoli zacierał w jej sercu to ziemskie przywiązanie i coraz żywsze w niej rozniecał pragnienie opuszczenia wszystkiego. Wówczas jeszcze do tego pragnienia pobudzał ją tylko wzgląd na zbawienie wieczne i chęć obrania środków najpewniej do tego celu wiodących. Mówiła sobie, że przez wysokie stanowisko swoje więcej niż wielu innych wplątana w rzeczy tego świata, zapomni o potrzebie zasłużenia sobie na skarby wieczne. Taką to mądrością, w tak młodym wieku, napełniał Pan tę duszę, ucząc ją szukać tego, co trwa bez końca! Szczęśliwa dusza, tak wcześnie uzdrowiona z tej ślepoty, w której tylu starców leży aż do śmierci! Czując już w sobie wolę i serce wolne od więzów, które je krępowały, postanowiła wreszcie bez podziału oddać je Bogu i z tym postanowieniem swoim, z którym dotąd się kryła, naprzód zwierzyła się siostrze. Ta, sądząc zrazu, że jest to tylko dziecinne zachcenie, poczęła jej odradzać, przedstawiając jej, że i na świecie, i w stanie małżeńskim może być zbawioną. „Czemuż więc ty wszystko to porzuciłaś?” – odpowiedziała jej dzieweczka. Tak upłynęło jeszcze kilka dni, a pragnienie jej oddania się Bogu, z każdym dniem się potęgowało. Mimo to jednak nie śmiała zamiaru swego objawić matce. A może właśnie matka świętymi modlitwami swymi taką w sercu córki wojnę wewnętrzną wznieciła i takie jej zwycięstwo wyprosiła?








