Twierdza wewnętrzna
15 listopada, 2016
Życie i czasy
15 listopada, 2016

Dzieje duszy

Wprowadzenie

Okoliczności powstania Rękopisów

To Marii od Najświętszego Serca, najstarszej siostrze Teresy, zawdzięczamy dwa z trzech nieocenionych tekstów świętej z Lisieux (a pośrednio również i ten trzeci, który stanowi ciąg dalszy jednego z nich). Oto co powiedziała o tym Maria w czasie procesu diecezjalnego: „Pewnego zimowego wieczoru, po oficjum. ogrzewałyśmy się wspólnie z siostrą Teresą, siostrą Genowefą i naszą czcigodną matką przeoryszą Agnieszką od Jezusa. Wówczas siostra Teresa opowiedziała nam o dwóch lub trzech wydarzeniach z dzieciństwa. Wtedy zwróciłam się do matki przeoryszy mówiąc: «Jak to możliwe, że matka każe jej pisać wiersze, by sprawić innym przyjemność, a nie poleca jej spisać wspomnień z dzieciństwa? Zobaczy matka, że ten anioł nie pobędzie już długo na ziemi i przepadną wszystkie szczegóły, które tak bardzo nas interesują». Matka przeorysza wpierw się zawahała, później jednak wobec naszych nalegań powiedziała do Sługi Bożej, że sprawi jej radość, ofiarując jej na przyszłe imieniny opowiadanie o swoim dzieciństwie”. Opowiadanie to nazywane jest dzisiaj Rękopisem A.

Matka Agnieszka potwierdza zeznanie Marii od Najświętszego Serca i uściśla, że było to „na początku 1895, na dwa i pół roku przed śmiercią siostry Teresy”. Dodaje przy tym, że Teresa, słysząc o tym pomyśle, „śmiała się, jakby strojono z niej żarty”. Agnieszka mówi dalej: „Sługa Boża przystąpiła do dzieła z posłuszeństwa, jako że byłam wtedy przeoryszą. Pisała wyłącznie w wolnych chwilach i oddała mi swój zeszyt 20 stycznia 1896, w dniu moich imienin. Byłam wówczas na wieczornej modlitwie. Udając się na swoje miejsce w chórze, siostra Teresa od Dzieciątka Jezus uklękła i przekazała mi ten skarb. Odpowiedziałam jej skinieniem głowy i położyłam rękopis na ławie nie otwierając go. Na czytanie znalazłam czas dopiero na wiosnę tego samego roku, po przeprowadzonych wyborach. Zauważyłam przy tym cnotę Sługi Bożej, która, spełniwszy swoje zadanie z posłuszeństwa, nie powracała do niego i ani razu nie zapytała, czy przeczytałam jej zeszyt i co o nim sądzę. Któregoś dnia przyznałam się przed nią, że nie miałam w ogóle czasu, aby do niego zajrzeć, ona jednak nie okazała wcale smutku”.

W miarę jak Teresa zapisywała kolejne zeszyty, składające się na Rękopis A, dawała je do przeczytania swej rodzonej siostrze Celinie. Ta podaje ciekawe szczegóły na temat sposobu pracy Teresy: „Rozpoczynając ten rękopis [A], nie miała żadnego planu. Pisała jedynie z posłuszeństwa, choć wśród faktów starała się dobierać takie, które dotyczyły każdego z członków rodziny i wszystkim mogły sprawić przyjemność. Rękopis ten miał być «rodzinną pamiątką», przeznaczoną wyłącznie do użytku jej sióstr, co tłumaczy atmosferę poufałości, w jakiej został napisany, oraz niektóre dziecinne szczegóły, o których Teresa nigdy by nie wspomniała, gdyby przewidziała, że wyjdzie on poza krąg siostrzany. Notowała więc to, co przychodziło jej na myśl, i czyniła to w chwilach wolnych, które pozostawiała jej Reguła oraz troska o nowicjuszki”.

Opis Celiny słusznie podkreśla, że Rękopisy Teresy mają w sobie więcej z gatunku listów niż z intymnych zapisków, nie mówiąc już o „traktacie duchowym”. Ta ich cecha nie pozostaje bez wpływu na odbiór, gdyż sprawia, że szybko podbijają nas swym spontanicznym stylem. Nade wszystko zaś promieniuje z nich osobowość autorki, ujmująco otwartej na miłość i łaskę Boga.

Warto przytoczyć tu również zabawny opis redagowania Rękopisów, jaki podaje sama Teresa: „Pisząc moje małe «dzieje», nie łamię sobie głowy; to tak, jakbym łowiła na wędkę: utrwalam to, co nawinie mi się na haczyk”. Podchodziła jednak do swojego „zajęcia” bardzo poważnie, podobnie zresztą jak do wszystkich innych.

W rok później, we wrześniu 1896, Teresa odprawiała doroczne osobiste rekolekcje. Pod wpływem narastających w niej pragnień i sprzeczności napisała spontaniczny list do Jezusa. Maria od Najświętszego Serca, domyślając się czegoś, poprosiła ją, by podzieliła się przeżyciami z tychże rekolekcji. W odpowiedzi Teresa przekazała jej swój list do Jezusa, poprzedzając go dwustronicowym wstępem-wyjaśnieniem. Zadedykowała jej też całość, zaś obydwa składające się na nią teksty nazywane są dzisiaj Rękopisem B. Sama Maria zeznała na procesie: „Poprosiłam ją w czasie jej ostatnich rekolekcji (w 1896), by wyjaśniła mi pisemnie swoją «małą doktrynę». Uczyniła to, a później dołączono te strony do Dziejów duszy, jako trzecią ich część”. Więcej szczegółów czytelnik znajdzie w pierwszym przypisie do Rękopisu B, wyjaśniającym okoliczności powstania tego tekstu. W wydaniu polskim dołączyliśmy również aneks w postaci słynnego listu (zwanego listem 197), który Teresa napisała do Marii, gdy ta przeczytała Rękopis B i podzieliła się z nią swym odbiorem. Maria bowiem zrozumiała jej list na opak i Teresa poczuła się zmuszona do sprostowania jej interpretacji. Szczęśliwe nieporozumienie, gdyż dzięki temu dysponujemy dziś ważnym komentarzem, pozwalającym i nam uniknąć błędnych odczytań!

Rękopis C powstał jako ciąg dalszy Rękopisu A. Oto co mówi o tym Maria od Najświętszego Serca: „Później matka Agnieszka od Jezusa widząc, że siostra Teresa jest ciężko chora, przekonała czcigodną matkę Marię Gonzagę, podówczas przeoryszę, by poleciła Teresie spisać dzieje jej życia zakonnego”. Ze swej strony matka Agnieszka wyjawia ważne szczegóły: „Uważałam, że w jej opowiadaniu [czyli w Rękopisie A] są braki, bowiem siostra Teresa od Dzieciątka Jezus przedstawiła w nim przede wszystkim dzieciństwo i pierwszą młodość, tak jak ją o to prosiłam, lecz swoje życie zakonne ledwie w nim zarysowała. (…) Pomyślałam, że szkoda, iż nie napisała z równym rozmachem o tym, co wiązało się z jej życiem w Karmelu, lecz tymczasem przestałam być przeoryszą i na ten urząd wstąpiła matka Maria Gonzaga. Obawiałam się, że do wypracowania [Teresy] nie będzie przywiązywać tyle samo wagi, i nie śmiałam jej o nim mówić. Widząc jednak, że siostra Teresa zapadła na ciężką chorobę, spróbowałam uzyskać u matki Gonzagi to, co wydawało mi się niemożliwe. Wieczorem 2 czerwca 1897, na cztery miesiące przed śmiercią siostry Teresy, udałam się około północy do matki przeoryszy i powiedziałam: «Matko, nie zasnę, dopóki nie wyznam ci pewnego sekretu. Kiedy byłam przeoryszą, siostra Teresa spisała kilka wspomnień ze swego dzieciństwa, czyniąc to dla mnie, jak również z posłuszeństwa. Przeczytałam to niedawno raz jeszcze. I owszem, jest to ładne, lecz niewiele z tego przyda się matce do listu okólnego, kiedy [Teresa] umrze, gdyż prawie nic tam nie mówi o swoim życiu zakonnym. Gdyby więc matka zleciła jej o nim napisać, to [Teresa] mogłaby zredagować coś poważniejszego i nie wątpię, że to, co matka wówczas by otrzymała byłoby nieporównanie lepsze od tego, co mam ja». Dobry Bóg pobłogosławił tę prośbę i nazajutrz matka przeorysza poleciła siostrze Teresie, by napisała ciąg dalszy swego opowiadania”.I Agnieszka dodaje jeszcze: „Kiedy matka Maria Gonzaga poleciła jej uzupełnić Rękopis z dziejami jej życia, [Teresa] powiedziała do mnie: «Napiszę o miłości braterskiej. Ach, zależy mi na tym, gdyż otrzymałam zbyt wiele światła na ten temat i nie chcę go zatrzymywać dla siebie. Zapewniam cię, że miłość [braterska] nie jest na ziemi rozumiana, a przecież, jest najważniejszą z cnót»”.

Przypomnijmy w tym miejscu, że kiedy Teresa otrzymała polecenie od matki Gonzagi, była już obłożnie chora na gruźlicę. Mimo to do pisania nowego zeszytu wzięła się bardzo sumiennie. Według matki Agnieszki, „nawet w czerwcu, kiedy z posłuszeństwa pisała dalej swoje «dzieje», i już nie tylko w chwilach wolnych, jak niegdyś, ale również i w ciągu dnia, traktowała to zajęcie poważnie. W pewne święto powiedziała do mnie: «Dziś pozwoliłam sobie trochę poczytać i odłożyłam swój zeszyt. Zwykle jednak traktuję go jako swoja pracę i nie chciałabym stracić ani chwili na coś innego». Matka przeorysza z pewnością nic o tym nie wiedziała, gdyż nie zamierzała powierzać jej jakiegokolwiek zadania za cenę najmniejszego choćby zmęczenia”.

Techniczny opis Rękopisów

Rękopis A „składa się z 87 kartek, w formacie 22,5 x 17,5 cm, nie numerowanych. Każda ze stron liczy 25 wierszy. […] Teresa dorzuca często wiersz u góry lub u dołu. Papier, bardzo złej jakości, pochodzi z dwóch szkolnych zeszytów (za dwa centymy każdy). […]” Razem daje to trzy małe zeszyciki (choć możliwe, że Teresa podzieliła każdy z nich jeszcze na dwa), oprawione w całość grubym papierem.

Rękopis B to „trzy kartki papieru listowego w drobną kratkę. Każda złożona jest na pół. co dało sześć kartek o wymiarze 20 x 13 cm. Pierwsza posłużyła za okładkę całości. Jedynie pierwszych pięć jest zapisanych po obydwu stronach, bez marginesu i bez odstępu między wierszami, gdyż Święta, w duchu ubóstwa wykorzystała wszystkie poprzeczne linie kratek. Tym samym każda ze stron liczy przeważnie 45 wierszy”.

Rękopis C to „zeszyt szkolny dobrej jakości, z twardą okładką, pokrytą warstwą ciemnego wosku. […] Zeszyt ten. o wymiarze 19,5 x 15 cm, liczy 62 kartki. 36 jest zapisanych po obydwu stronach, bez marginesu i bez numeracji. Zapisana jest również lewa strona kartki 37. Jej prawa strona oraz wszystkie pozostałe kartki są czyste. Papier jest kratkowany. Teresa, która z ubóstwa wolałaby wykorzystać każdą linijkę, musiała z posłuszeństwa pisać tu co dwie linijki. Strona liczy 23 wiersze.”

Sprawa publikacji Rękopisów

Jak wyjaśniono wyżej, Rękopisy A Teresa napisała na polecenie swoich przełożonych, Rękopis B zaś na prośbę Marii od Najświętszego Serca. Sama nigdy nie zamierzała utrwalić na piśmie ani swoich wspomnień, ani przemyśleń, choć jej listy i poezje były dla niej zarówno środkiem wyrazu, jak i sposobem dzielenia się miłością do Chrystusa. Od początku też wiedziała, że – w tej czy innej formie – Rękopis C przeznaczony był do publikacji, wszak w rozmowie z Marią Gonzagą Agnieszka powołała się na konieczność zredagowania „listu okólnego” po śmierci Teresy.

Ten zamiar późniejszej publikacji Rękopisu C Teresa potraktowała bardzo poważnie i nawiązywała do niego wielokrotnie podczas ostatnich rozmów (po części być może po to, by podtrzymać na duchu swoje siostry). I zanim jeszcze matka Agnieszka przekonała matkę Gonzagę o konieczności uzyskania „dziejów zakonnych” Teresy, ta ostatnia powiedziała w święto Wniebowstąpienia: „Bardzo bym chciała mieć [po śmierci] list okólny, gdyż zawsze uważałam, że powinnam spłacić modlitwę za zmarłych, którą karmelitanki za mnie odmówią. Nie rozumiem za bardzo, dlaczego niektóre nie chcą go mieć, przecież tak dobrze jest poznać się nawzajem, dowiedzieć się nieco, z kim będziemy żyć wiecznie”.

Z drugiej strony Teresa nie była przywiązana do ewentualnej publikacji, lub raczej zdawała się w tym na wolę Boga. Matka Agnieszka dodaje w tym względzie: „Kiedy powiedziałam jej, że możliwe jest i to, iż matka przeorysza spali ten rękopis [C], odpowiedziała: «Och, cóż to zmienia! Znaczyłoby to tyle, że dobry Bóg nie zamierza posłużyć się tym środkiem i że ma w swoich planach inne»”. Jest faktem niepodważalnym, że Teresa ustanowiła matkę Agnieszkę poniekąd swoim «wydawcą». Ta ostatnia oświadczyła pod przysięgą, że jej siostra powiedziała do niej: „Matko, wszystko co ujmiesz lub dodasz w zeszycie z moimi «dziejami», to tak jakbym ja to ujęła lub dodała. Wspomnij na to później i nie miej co do tego żadnych skrupułów”. Matka Agnieszka przytacza też inne słowa Teresy, dotyczące Rękopisu C: „Nie napisałam w nim tego, co chciałam, musiałabym mieć ku temu więcej samotności. Jednak zawiera on moją myśl, wystarczy, że ją uporządkujesz”. Komentując to świadectwo, o. Franciszek od św. Marii stwierdza nie bez racji: „Ująć, dodać, uporządkować, to trzy działania, które autorka Rękopisów przewidywała i na które zgadzała się z góry. Jej «wydawca» skorzystał z nich w bardzo szerokim zakresie”. I dodaje: „Trzeba przyznać, że dosłowny tekst zeszytów Teresy pewnie nie mógł być wówczas opublikowany. […] Czy w czasach, w których przypisywano takie znaczenie doskonałości stylu i skrupulatnemu przestrzeganiu konwencji literackich, można było wydrukować brudnopis młodej, nieznanej zakonnicy, nie ośmieszając siebie i nie zdradzając jej samej? Innymi słowy tak treść, jak i forma opowiadania [Teresy] wymagała pewnych udoskonaleń. […] Lecz trzeba przyznać, że «wydawca» Dziejów duszy okazał się niezwykle hojny w ulepszaniu oryginału. […] Matka Agnieszka od Jezusa poprawiała te strony, tak jak poprawiała w Buissonnets wypracowania małej Teresy. […] Jej psychika i wylewny temperament skłoniły ją do wyciśnięcia osobistego piętna na pismach, które miała pod ręką, do spontanicznego ich przetworzenia. Dla niej zresztą najważniejsze było dotrzeć do dusz i przysłużyć się im zwalczając resztki oparów jansenizmu, jakie unosiły się jeszcze w pewnych pobożnych środowiskach. Była przeświadczona, że dla spełnienia tej misji Teresa jest w jej rękach cudownym narzędziem. Koniec końców, myślała, sposób pisania Teresy nie jest tak ważny, a nawet należy usunąć zeń wszystko, co mogłoby odstręczyć lub zrazić czytelnika. Skończyło się na tym, że matka Agnieszka napisała poniekąd na nowo autobiografię Teresy. […] Co prawda treść opowiadania pozostaje wyczuwalnie ta sama, zasadnicze zręby duchowego przesłania również, lecz forma jest odmienna, tak samo jak odmienne są temperamenty obydwu sióstr.. […] Skądinąd wszystkie te zmiany nie przeszkodziły czytelnikom dotrzeć do Teresy i napełnić się jej przesłaniem. Lecz w wymiarze czysto naukowym nie ma co próbować godzić wymagań współczesnej krytyki tekstu ze sposobem, w jaki przetworzony został oryginał”.

Stopniowa ewolucja kolejnych wydań

Pierwsze wydanie Dziejów duszy ukazało się 30 września 1898, innymi słowy dokładnie w pierwszą rocznicę śmierci Teresy od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza. Kiedy Maria od Najświętszego Serca mówiła jej wcześniej o smutku, jaki po jej śmierci napełni matkę Agnieszkę, ta jej odpowiedziała: „Nie martw się. Matka Agnieszka od Jezusa nie zdąży zająć się swoim smutkiem, gdyż będzie tak bardzo zajęta mną, że do końca życia nie podoła wszystkiemu”. Raz jeszcze Teresa okazała się dobrym prorokiem: Dzieje duszy, które wydrukowano w ilości 2000 egzemplarzy, z obawą, że nie znajdą zbytu, wnet zaczęły być rozchwytywane, pociągając za sobą cudowne wydarzenia, „deszcz róż” i listów (pięćdziesiąt dziennie w 1911 roku, pięćset w 1915). I wszystko spoczęło na barkach właśnie matki Agnieszki: lawina próśb o modlitwę, obrazki, pamiątki, książki (Dzieje duszy miały wiele wznowień, a począwszy od 1901 roku zaczęto publikować pierwsze przekłady, w tym i na język polski), wreszcie sam proces beatyfikacyjny. Procesy w sprawie beatyfikacji i kanonizacji Teresy postawiły pytanie o rzeczywistą wersję Rękopisów. Pomimo wysiłków świadków, by pomniejszyć różnice między oryginałem, a wydanymi Dziejami duszy, były one zbyt duże, by przejść nie zauważone. W wydaniu z 1907 roku przyznano, że tekst Teresy został podzielony na rozdziały. W wydaniu z 1914 roku przywrócono rozróżnienie na trzy oddzielne rękopisy.

W 1948 roku wydano Listy Teresy od Dzieciątka Jezus w wersji na tyle ścisłej i kompletnej, na ile pozwoliła z jednej strony nieustępliwość księdza Combesa, a z drugiej opór siostry Genowefy, równie wzruszający co nieprzejednany. Ta właśnie publikacja otwarła drogę do wydania prawdziwego tekstu Rękopisów.

W tym samym czasie ojciec Maria-Eugeniusz od Dzieciątka Jezus, Definitor Generalny Zakonu Karmelitów Bosych, pisał w liście do matki Agnieszki: „Kościół przemówił. Świętość Teresy od Dzieciątka Jezus, jak i przesłanie, z jakim przychodzi, są powszechnie uznane. Zatem przynależy ona odtąd do Kościoła i do historii. Otóż, by móc oddalić błędne lub cząstkowe tylko interpretacje, jak również aby ich uniknąć, a także by móc pogłębiać stopniowo doktrynę Małej Świętej i wniknąć w jej duszę, dokumenty i teksty, które udostępniono nam dotąd tak hojnie, przestają wystarczać; jedynie teksty oryginalne pozwolą odkryć puls jej myśli, dotrzeć do rytmu jej życia oraz do pełni światła zawartego w sformułowaniach zwykle tak precyzyjnych i tak stanowczych zarazem” (list z 3 września 1947).

Matka Agnieszka od Jezusa, mająca wówczas osiemdziesiąt sześć lat, nie miała siły zmierzyć się z podobną publikacją, która uderzała po części w dzieło jej życia, jak i niosła ryzyko zaniepokojenia żarliwych czytelników Dziejów duszy. Ale nie sprzeciwiała się temu i oświadczyła siostrze Genowefie: „Polecam ci uczynić to w moim imieniu po mojej śmierci”. Zapadła więc zasadnicza decyzja. Kiedy w 1950 roku ksiądz Combes zaprzestał prac nad Rękopisami Teresy, odpowiedzialnym za ich nowe, krytyczne wydanie został mianowany o. Franciszek od św. Marii, karmelita bosy. Publikując w 1956 roku dokładną reprodukcję zeszytów Teresy, dzięki mistrzowskiej precyzji Drukarni Draeger w Monrouge, przyczynił się do znaczącego i w rzeczywistości decydującego postępu w wydobyciu na światło dzienne prawdziwej ich wersji. Jednocześnie opublikował własne przypisy historyczne oraz ekspertyzy Raymonda Trillata oraz Felbca Michauda, którzy – linijka po linijce – przeanalizowali litery, znaki i wyrazy dodane, wymazane, bądź skreślone w zeszytach Teresy. Odtąd też teksty w nich zawarte będą określane mianem już nie Dziejów duszy, lecz Rękopisów autobiograficznych, dla zaznaczenia powrotu do ich pierwotnej postaci. Pierwsze wydanie Rękopisów nastąpiło w 1957 roku.

Na nim właśnie opiera się najnowsze francuskie wydanie: Sainte Therese de l’Enfant-Jesus et de la Sainte Face, Manuscrits autobiographiąues, Editions du Cerf – Desclee de Brouwer, Paryż 1992, z poprawkami naniesionymi po długich i żmudnych badaniach. To ono stało się podstawą nowego polskiego przekładu, który czytelnik otrzymuje niniejszym do ręki.

Odwołanie się do tego wydania właśnie jest wydarzeniem niebagatelnym, jako że po raz pierwszy polskie tłumaczenie zeszytów Teresy zasadza się na ich prawdziwej wersji. Stąd i nowy polski tytuł: Rękopisy autobiograficzne, odchodzący od Dziejów duszy.

Wydanie francuskie, o którym mowa, jest też znakomicie opracowane pod względem merytorycznym, zwłaszcza jeśli chodzi o przypisy, przeobfite i ciekawe, stanowiące owoc mrówczej pracy grupy ekspertów, badających zeszyty Teresy przez prawie czterdzieści lat. Niekiedy nie tylko wzbogacają one odbiór tekstu, lecz pozwalają wręcz uniknąć mylnych interpretacji. Przedstawiamy je tutaj niemal w całości, rezygnując jedynie z niektórych drobiazgowych wyjaśnień, mniej przydatnych, jak sądzimy, dla szerszej publiczności, do której zwraca się to wydanie. Wzbogaciliśmy je w zamian o przekład pism Teresy, do których odsyła wydanie francuskie, w przypisach podając jednak tylko ich dane bibliograficzne; wzięliśmy bowiem pod wagę fakt, iż czytelnik polski ma do tekstów Teresy dostęp o wiele trudniejszy aniżeli czytelnik francuski. Wśród najważniejszych tego typu modyfikacji należy wymienić zwłaszcza dwa listy zamieszczone we wspomnianym już aneksie do Rękopisu B, a nie cytowane w wydaniu francuskim, choć wskazane przez nie jako niezwykle istotne. Również nasze Wprowadzenie, choć czerpie treść z Wprowadzenia francuskiego, zostało przystosowane pod względem redakcyjnym, dla lepszego zrozumienia zawiłej historii zeszytów Teresy.

Wypada na koniec wyrazić nadzieję, że to wydanie, zrealizowane dzięki współpracy zarówno filologów jak i teologów oraz ludzi pióra, przyczyni się do lepszego poznania Teresy od Dzieciątka Jezus, jak również (a może przede wszystkim?) do zawarcia – lub pogłębienia – przez wielu czytelników prawdziwej z Nią przyjaźni.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus,
Rękopisy autobiograficzne,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
Kraków 1997

Prolog

Rękopisy autobiograficzne pisane przez karmelitanki bose w XIX wieku były rzadkością. Pomysł zrodził się podczas jednej z rekreacji, zimą 1895 roku, gdy Teresa urzekła siostry opowiadaniem swego dzieciństwa. W ciągu roku powstał rękopis zwany manuskryptem „A”, czyli pierwsze VIII rozdziałów Dziejów duszy. Teresa napisała go dla matki Agnieszki. Następny rękopis tzw. manuskrypt „B” był właściwie listem napisanym do siostry Marii i powstał we wrześniu 1896 roku (IX rozdział Dziejów duszy). Kiedy matka Agnieszka po zakończeniu kadencji poświęciła się lekturze zapisanego zeszytu, doprowadziła do napisania jeszcze jednych zwierzeń Teresy obejmujących życie w Karmelu – manuskrypt „C” (X i XI rozdział Dziejów duszy). Dzieje duszy to autobiograficzny opis, utrzymany w serdecznym, rodzinnym tonie, pełnym świeżości i spontaniczności, bezpośredniości spostrzeżeń. Są to dzieje łaski, dzieje miłosierdzia Bożego, dzieje miłującego serca, miłości pełnej wykrzykników, wielokropków, po części owoc francuskiego romantyzmu. Teresa staje się świadkiem tego, co uczynił Bóg, w życiu tej, która chciała być zabawką w rękach Jezusa. Kiedy komisja diecezjalna poprosiła o pisma Teresy, by zbadać je przed rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego, przeorysza, matka Maria Gonzaga skrzętnie zabrała się do korekty tekstu, by nadać mu kształt odpowiadający ówczesnym kanonom świętości. Wykreśliła niezbyt pochlebną opinię o papieżu Leonie XIII, usunęła imiona świętych spoza Karmelu (np. św. Franciszka), usunęła wszystkie świadectwa „słabości” i niedoskonałości Teresy. Wreszcie, wymazała wszelkie wyrazy sympatii Teresy do swych rodzonych sióstr. A siebie uczyniła jedyną adresatką zapisków. Również kapłan, który udzielał imprimatur, dokonał wielu korekt. W rok po śmierci wychodzi pierwsze wydanie autobiografii w 2 000 egzemplarzy. Sześćdziesiąt lat później (1956 r.) przekroczono magiczną liczbę miliona egzemplarzy i po raz pierwszy opublikowano krytyczne wydanie. W Polsce Dzieje duszy pojawiły się po raz pierwszy za przyczyną sióstr karmelitanek bosych z Przemyśla (1902 r.), zaraz po angielskim tłumaczeniu.

Rękopis A – Przeznaczony dla matki Agnieszki od Jezusa Rozdział I

Wczesne dzieciństwo

Miłosierdzie Boże i tajemnica wybrania. Miłość dla rodziców i sióstr. Wizyta w Mans. Charakter Teresy. Przyjaźń z Celinką. Sen o diabełkach. Słoneczne lata.

Tobie, moja droga Matko, która jesteś mi podwójnie Matką, powierzam dzieje mej duszy… (1) W dniu, w którym kazałaś mi to uczynić, zdawało mi się, że rozproszę moje serce, zajmując się sobą, ale Jezus dał mi zrozumieć, że stanę się miłą Jemu przez proste posłuszeństwo; mam zresztą do zrobienia tylko jedno: Zacząć śpiewać to, co będę powtarzać przez całą wieczność – „Zmiłowania Pańskie!!!” (2).

Zanim wzięłam pióro do ręki, uklękłam przed figurą Maryi (3), (przez którą otrzymaliśmy tyle dowodów matczynej opieki Królowej Nieba nad naszą rodziną) i prosiłam Ją o pokierowanie moją ręką, abym nie napisała ani jednej linii, która by Jej nie była miłą. Następnie otworzyłam Ewangelię Świętą; wzrok mój padł na słowa: – „Jezus wszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego” (Mk 3,13) (4). Oto prawdziwa tajemnica mego powołania, całego mojego życia, a przede wszystkim tajemnica uprzywilejowania mojej duszy przez Jezusa… On nie wzywa tych, którzy są tego godni, ale tych, których sam chce, albo, jak mówi św. Paweł: – „Bóg lituje się nad tym, nad kim zechce, i miłosierdzie okazuje temu, nad kim chce się zmiłować. Nie zależy to więc od trudu tego, kto chce, ani kto się ubiega, ale od litującego się Boga” (Rz 9,15 i 16).

Przez długi czas pytałam siebie, dlaczego dobry Bóg ma swoich uprzywilejowanych, dlaczego wszystkie dusze nie otrzymują łask w równym stopniu; dziwiłam się widząc, jak obdarza nadzwyczajnymi względami Świętych, którzy w przeszłości obrażali Go, jak św. Paweł i św. Augustyn, oraz ci, których On zmusił – rzec by można – do przyjęcia swej łaski. Ponadto, czytając o życiu Świętych i widząc, jak Pan Nasz miał upodobanie w pieszczeniu ich od kołyski aż do grobu, jak usuwał z ich drogi wszelkie przeszkody mogące utrudnić im wznoszenie się ku Niemu, jak uprzedzał te dusze swymi względami, aby nie dopuścić do przyćmienia niepokalanego blasku ich szaty chrztu, pytałam siebie: dlaczego, na przykład, tak wielu biednych dzikich umiera, zanim mają możność usłyszeć dźwięk Imienia Bożego… Jezus raczył pouczyć mnie o tej tajemnicy. Stawił mi przed oczyma księgę natury i zrozumiałam, że wszystkie kwiaty przez Niego stworzone są piękne, że przepych róży i biel Lilii nie ujmują woni małemu fiołkowi ani zachwycającej prostoty stokrotce… Zrozumiałam, że gdyby wszystkie małe kwiatki chciały być różami, natura straciłaby swą wiosenną krasę, pola nie byłyby umajone kwieciem…

Podobnie dzieje się w świecie dusz, w tym ogrodzie Jezusa. Spodobało Mu się stworzyć wielkich świętych, których można porównać do Lilii i róż; lecz stworzył także tych najmniejszych, którzy winni się zadowolić, że są stokrotkami i fiołkami, przeznaczonymi, by radować oczy dobrego Boga, gdy je skieruje na ziemię. Doskonałość polega na tym, by czynić Jego wolę, by być tym, czym On nas chce mieć…

Zrozumiałam też, że miłość Naszego Pana objawia się zarówno w duszy najprostszej, która w niczym nie stawia oporu Jego łasce, jak i w najbardziej wzniosłej; ponieważ zaś właściwością miłości jest zniżanie się, więc gdyby wszystkie dusze były podobne do dusz świętych doktorów, oświecających Kościół blaskiem swej nauki, wówczas mogłoby się wydawać, że dobry Bóg, zstępując do nich, nie schodzi dość nisko. On jednak stworzył dziecko, które nic nie wie i potrafi tylko słabo kwilić; On stworzył biednego dzikiego człowieka, kierującego się wyłącznie prawem natury, i do ich serc raczy się zniżać; to są właśnie owe polne kwiaty, których prostota zachwyca Go… Zniżając się tak dalece, dobry Bóg okazuje swą nieskończoną wielkość. Jak słońce oświeca równocześnie cedry i każdy mały kwiatek, jak gdyby ten był jedynym na ziemi, tak Pan Nasz troszczy się o każdą duszę z osobna, jakby nie miała podobnych sobie i jak w przyrodzie następstwo pór roku sprawia, że w oznaczonym dniu może zakwitnąć najdrobniejsza stokrotka, podobnie wszystko zgodne jest z dobrem każdej duszy.

Na pewno, moja droga Matko, zapytasz ze zdziwieniem, do czego zmierzam, bo dotąd nie powiedziałam niczego, co dotyczy historii, mego życia, ty sama jednak poleciłaś mi pisać swobodnie to, co mi się na myśl nasunie. To, co napiszę, nie będzie – ściśle mówiąc – moim życiorysem; będą to moje myśli o łaskach, których dobry Bóg raczył mi udzielić. Znajduję się w tym okresie życia, kiedy mogę skierować spojrzenie w przeszłość; moja dusza dojrzewała w tyglu doświadczeń zewnętrznych i wewnętrznych (5); obecnie jak kwiat wzmocniony burzą podnoszę głowę i widzę, że spełniają się we mnie słowa Psalmu XXII (Pan jest moim Pasterzem i niczego mi nie zabraknie. Postawił mnie na pastwiskach przyjemnych i urodzajnych. Prowadził mnie słodko wzdłuż wód. Wiódł mą duszę bez zmęczenia… Bo choćbym zeszedł w mroczną dolinę śmierci, nie będę się bał niczego złego, albowiem ze mną będziesz, Panie) (6). Pan był dla mnie zawsze współczujący i pełen słodyczy… Powolny do karania i pełen miłosierdzia… (por. Ps 102, 8). Toteż, moja Matko, z wielką radością wyśpiewuję przy tobie zmiłowania Pańskie… Dla Ciebie samej pisać będę dzieje małego kwiatka zerwanego przez Jezusa, chcę więc mówić swobodnie, bez niepokoju o styl czy liczne dygresje. Serce matki zawsze zrozumie swe dziecko, choćby ono umiało jedynie szczebiotać; jestem więc pewna, że zrozumiesz mnie i odgadniesz Ty, któraś ukształtowała moje serce i ofiarowała je Jezusowi!…

Zdaje mi się, że gdyby kwiatek potrafił mówić, powiedziałby po prostu, co dobry Bóg uczynił dla niego, bez chęci ukrywania Jego dobrodziejstw. Nie mówiłby – pod pozorem fałszywej pokory – że jest pozbawiony uroku i woni, że słońce zniszczyło jego wspaniałość a burze złamały łodygę, będąc jednocześnie przekonanym, że jest wręcz przeciwnie. Kwiat, który zaczyna opowiadać swoje dzieje, cieszy się, że może mówić o przywilejach darmo otrzymanych od Jezusa, bo wie, że nic w nim nie było takiego, co mogłoby ściągnąć na niego Boskie wejrzenie i że jedynie miłosierdzie Boże sprawiło to wszystko, co jest w nim dobrego… to Jezus sprawił, że wyrósł on na ziemi świętej i do głębi przesiąkniętej wonią dziewictwa. To Jezus .sprawił, że poprzedziło go osiem Lilii lśniących bielą. W swej miłości chciał On zabezpieczyć mały kwiatek przed zatrutym tchnieniem świata; zaledwie bowiem korona jego zaczęła się rozchylać, Boski Zbawiciel przesadził go na górę Karmelu (7), gdzie już dwie Lilie, które go w wiośnie życia słodko otaczały i kołysały, wydawały swą miłą woń…

Siedem łat upłynęło, odkąd mały kwiatek zapuścił swe korze palio nie w ogrodzie Oblubieńca dziewic, a już trzy Lilie skłaniają wokół Niego swe wonne kielichy; niedaleko inna Lilia rozkwita pod okiem Jezusa, a dwie błogosławione łodygi, które wydały te kwiaty, są teraz złączone na wieki w Niebieskiej Ojczyźnie… Tam to odnalazły cztery Lilie, których ziemia nie widziała w rozkwicie… niech Jezus raczy nie zatrzymywać długo na tym obcym brzegu pozostałych na wygnaniu kwiatów; niech cały szczep Lilii połączy się wkrótce w Niebie (8).

Oto, moja Matko, w kilku słowach zebrałam to, co Pan Bóg dla mnie uczynił; obecnie wejdę w szczegóły mego dzieciństwa. Wiem, że to, co dla kogo innego byłoby tylko nudnym opowiadaniem, dla twego matczynego serca będzie pełne uroku…

Co więcej, wspomnienia, które przyzywam na pamięć, są również Twoimi, przy Tobie bowiem upłynęło moje dzieciństwo i miałyśmy szczęście posiadania tych samych niezrównanych rodziców, którzy otaczali nas równym staraniem i jednakową tkliwością. O! niech zechcą błogosławić najmniejszemu ze swych dzieci i wspomóc je w wysławianiu zmiłowań Bożych!… (9).

W dziejach mej duszy przed wstąpieniem do Karmelu wyróżniam trzy odrębne okresy; pierwszy, mimo że trwał krótko, nie jest najuboższy we wspomnienia; obejmuje on czas od chwili rozbudzenia się mego rozumu, aż do odejścia naszej ukochanej Matki do Ojczyzny Niebieskiej.

Bóg dał mi tę łaskę, że bardzo wcześnie rozwinął mój umysł i wspomnienia z dzieciństwa tak głęboko utrwalił w mej pamięci, iż odnoszę wyrażenie, jakoby wczoraj miało miejsce to, o czym będę opowiadać. W swej miłości Jezus niewątpliwie chciał mi dać poznać, jak niezrównaną dał mi Matkę, zanim pospieszył ukoronować ją w Niebie swą Boską ręką!…

Spodobało się Panu Bogu otaczać mnie przez całe życie miłością; moje pierwsze wspomnienia pełne są uśmiechów i najczulszych pieszczot!… ale jeśli On otoczył mnie tak wielką miłością, napełnił nią także moje małe serduszko, czyniąc je miłującym i wrażliwym; ja także bardzo kochałam Tatusia i Mamusię i – będąc bardzo wylewną – okazywałam im moją czułość na tysiąc sposobów. Sposoby te były jednak niekiedy dziwaczne, jak o tym świadczy fragment z listu Mamusi – „Maleńka jest niezrównanym figlarzem; przychodzi mnie pieścić życząc mi śmierci: -’O! jak bym bardzo chciała, żebyś umarła, moja biedna Mamusiu!…’, skarcona zaś mówi: 'To dlatego, abyś poszła do nieba, przecież mówisz, że trzeba umrzeć, by tam pójść’. Podobnie życzy śmierci swemu ojcu, w napadzie gorącej miłości” (10).

Oto, co pisze o mnie mama 25 czerwca 1874 roku, kiedy miałam zaledwie osiemnaście miesięcy: „Ojciec twój zawiesił huśtawkę; Celina nie posiada się z radości, ale trzeba widzieć huśtającą się małą; śmieszne to, ale ona zachowuje się jak duża dziewczynka, nie ma obawy, by wypuściła sznur z ręki, a gdy nie huśta się dość mocno – krzyczy. Przywiązujemy ją z przodu drugim sznurem, mimo to jednak nie jestem spokojna, widząc ją wzbijającą się tak wysoko…

Ostatnio miałam z nią dziwną przygodę. Zwyczajnie chodzę na Mszę św. o 5.30 rano. Początkowo nie miałam odwagi zostawić jej samej, ale widząc, że się nigdy nie budzi, w końcu zdecydowałam się na to. Kładę ją w łóżku i przysuwam kołyskę tak blisko, że jest rzeczą niemożliwą, aby spadła. Jednego dnia zapomniałam przysunąć kołyskę. Wracam, a małej nie ma w łóżku; w tym momencie usłyszałam krzyk; rozglądam się i widzę ją siedzącą na krześle znajdującym się u wezgłowia, z główką leżącą na poduszce; spała w ten sposób snem bardzo niespokojnym, bo było jej niewygodnie. Ponieważ spała, nie mogę zrozumieć jak się to stało, że upadając usiadła na tym krześle. Podziękowałam Panu Bogu, że się jej nic nie stało, bo jest to istotnie opatrznościowe; powinna była stoczyć się na ziemię. Strzegł ją Anioł Stróż i dusze czyśćcowe, do których codziennie się modlę, by opiekowały się małą. Tak ja to rozumiem… Ty przyjmij to jak chcesz!…”

Pod koniec listu mamusia dodaje: „Właśnie maleńka przyszła pogłaskać mnie rączką po twarzy i uściskać. To biedne małe nie chce mnie ani na chwilę opuścić, jest stale ze mną; bardzo lubi chodzić do ogrodu, ale jeśli mnie tam nie ma, nie chce zostać i płacze tak długo, aż ją do mnie przyprowadzą”… (11). Oto fragment z innego listu: ,,Terenia pytała mnie jednego dnia, czy pójdzie do Nieba. Powiedziałam jej, że tak, jeżeli będzie bardzo grzeczna; na co ona odrzekła:

’Tak, ale jeśli nie będę pieszczotką, to pójdę do piekła… Dobrze jednak wiem, co zrobię; ulecę z Tobą, gdy będziesz szła do Nieba i jak Pan Bóg będzie mógł mnie odłączyć?… będziesz mnie mocno trzymać w swych ramionach – prawda?’ Widziałam w jej oczach mocne przekonanie, że Pan Bóg nie będzie mógł jej nic zrobić, jeśli się znajdzie w ramionach swej matki…” (12). „Maria bardzo kocha siostrzyczkę, uważa ją za pieszczotkę; trudno inaczej, bo mała boi się bardzo, by nie wyrządzić jej przykrości. Wczoraj chciałam dać jej różę wiedząc, że jej to sprawi radość, ale zaczęła mnie prosić, by róży nie ścinać, bo Maria nie pozwoliła. Zaczerwieniła się aż z przejęcia; mimo to dałam jej dwie, ale ona nie śmiała pokazać się w domu. Daremnie tłumaczyłam jej, że róże były moje; 'ależ nie – powiedziała – one są Marii…’ To dziecko bardzo łatwo przejmuje się. Jeśli tylko trochę zawini, wszyscy muszą o tym wiedzieć. Wczoraj niechcący rozdarła mały kawałek tapety; była w stanie godnym pożałowania, chciała, aby to natychmiast powiedzieć Ojcu; wrócił po czterech godzinach, wszyscy już o tym zapomnieli, ale ona przybiegła przypomnieć Marii: 'Powiedz zaraz Tatusiowi, że rozdarłam papier.’ Była jak przestępca oczekujący wyroku, jest jednak przekonana, że łatwiej otrzyma przebaczenie, gdy przyzna się sama” (13).

Bardzo kochałam moją chrzestną matkę. Zwracałam pilną uwagę na wszystko, co się działo i mówiło koło mnie, choć się z tym nie zdradzałam; zdaje mi się, że miałam sąd o rzeczach taki sam, jak obecnie. Bardzo uważnie słuchałam, czego Maria uczyła Celinę, by robić to samo co ona. Po jej powrocie od Sióstr Wizytek, chcąc otrzymać pozwolenie przebywania w jej pokoju podczas lekcji, które dawała Celinie, byłam bardzo grzeczna i stosowałam się całkowicie do jej woli. Zasypywała mnie też podarkami, które mimo swej małej wartości sprawiały mi wielką przyjemność.

Byłam bardzo dumna z obu moich starszych sióstr, ale mym dziecinnym ideałem była Paulina… Odkąd zaczęłam mówić, na zapytanie Mamusi – „O czym myślisz?” odpowiadałam niezmiennie – „O Paulinie…” Kiedyś, wodząc paluszkiem po szybie, mówiłam – „Piszę: Paulina!…” Słyszałam często jak mówiono, że Paulina będzie zakonnicą; nie rozumiejąc jeszcze, co to znaczy, myślałam jednak: „Ja też będę zakonnicą”. Jest to jedno z moich pierwszych wspomnień i od tego czasu nigdy nie zmieniłam swego postanowienia!… Ciebie to, moja droga Matko, wybrał Jezus, byś mnie Jemu zaślubiła; chociaż nie byłaś wówczas przy mnie, już wtedy zaistniała więź pomiędzy naszymi duszami. Ty byłaś moim ideałem, chciałam być podobna do Ciebie; Twój to przykład pociągnął mnie do Oblubieńca dziewic już w drugim roku życia… Jakże słodkie myśli chcę Ci powierzyć!… Powinnam jednak opowiadać dalej dzieje małego kwiatka, jego historię pełną, ale ogólną, gdybym bowiem chciała mówić szczegółowo o moich powiązaniach z Paulina, byłabym zmuszona pominąć wszystko inne!…

Moja droga Leońcia zajmowała również wiele miejsca w mym sercu. Kochała mnie bardzo. Wieczorem, kiedy cała rodzina szła na przechadzkę, ona mnie pilnowała. Zdaje mi się, że jeszcze teraz słyszę te miłe piosenki, które mi do snu śpiewała… na wszelki sposób starała się zrobić mi przyjemność, toteż i mnie byłoby bardzo przykro, gdybym ją czymkolwiek zmartwiła.

Doskonale pamiętam jej Pierwszą Komunię św. (14) zwłaszcza od chwili, kiedy wzięła mnie na ręce, aby zabrać mnie z sobą do prezbiterium; ogromnie mi się to podobało, że niesie mnie starsza siostra, podobnie jak ja – cała w biel przybrana. Wieczorem położono mnie wcześniej spać, ponieważ byłam za mała, by zostać na uroczystym obiedzie, ale teraz jeszcze widzę Tatusia, który przyszedł do mnie w czasie deseru, niosąc swej królewnie kawałek tortu z piramidą…

Nazajutrz, a może kilka dni później, poszłyśmy z mamusią do małej koleżanki Leonii; zdaje mi się, że to w tym dniu nasza dobra Mamusia zaprowadziła nas za mur, byśmy się napiły wina po obiedzie (którym poczęstowała nas uboga pani Dagorau) (15), nie chciała bowiem zrobić przykrości tej dobrej kobiecie, ale nie chciała także, aby nam czegokolwiek brakowało… Jak delikatne jest serce Matki, jak potrafi objawić swą czułość w niezliczonych przewidujących staraniach, o których nikt inny by nie pomyślał!

Pozostaje mi teraz opowiedzieć o kochanej Celinie, towarzyszce mego dzieciństwa, ale wspomnienia o niej są tak liczne, że nie wiem, które z nich wybrać. Przytoczę parę urywków z listów, które mamusia pisała do Ciebie, gdy byłaś u Wizytek; nie będę jednak wszystkiego przepisywać, zbyt długo by to trwało… 10 lipca 1873 r. (16) (rok mego urodzenia) tak oto pisze do Ciebie: – „Karmicielka (17) przyniosła nam we czwartek Teresę, która śmiała się nieustannie; Celina spodobała się jej szczególnie, patrząc na siebie, co chwila wybuchały śmiechem; sprawia wrażenie, jakby chciała się już bawić, co nastąpi niedługo, bo stoi na nóżkach prosto jak kołeczek. Sądzę, że wcześnie zacznie chodzić i będzie miała dobry charakter; wydaje się bardzo inteligentna i twarzyczka jej nosi znamię wybrania…”

Swoje serdeczne uczucia okazałam jednak Celinie dopiero po powrocie od karmicielki (18). Rozumiałyśmy się doskonale, ale ja byłam żywsza i mniej naiwna od niej; choć byłam trzy i pół roku młodsza, zdawało mi się, że jesteśmy w równym wieku.

Oto fragment z listu Mamusi, który Ci pokaże, jak Celina była słodka, a jak ja byłam swawolna – „Celinka jest skłonna do cnoty; cała jej istota wewnętrznie skłania się w tym kierunku; posiada czystą duszę i do zła czuje odrazę. Z małego trzpiota nie wiadomo co wyrośnie; jaka jest mała – taka roztrzepana. Inteligencją przewyższa Celinę, za to jest o wiele mniej łagodna, a przede wszystkim niezmiernie uparta; kiedy powie nie za nic nie ustąpi, woli pozostać cały dzień w piwnicy, a nawet spędzić noc, aniżeli powiedzieć tak…

Przy tym wszystkim ma złote serce, jest czuła i bardzo szczera. Ciekawy to widok, gdy biegnie za mną, by mi wyznać: – Mamusiu, raz popchnęłam Celinę, raz ją uderzyłam, ale więcej już tego nie zrobię. – (Tak jest zawsze, ilekroć coś zbroi). We czwartek wieczorem poszliśmy na przechadzkę w stronę dworca; chciała koniecznie iść do poczekalni i jechać po Paulinę, biegła przed nami z radością, która okazała się złudną. Kiedy spostrzegła, że zamiast wsiąść do pociągu i jechać po Paulinę musi wracać, płakała całą drogę” (19).

Ta ostatnia część listu przywodzi mi na pamięć szczęście, jakiego doznawałam widząc cię powracającą od Sióstr Wizytek. Brałaś mnie, moja matko, na ręce, Maria zaś brała Celinę; w tysiączny sposób okazywałam Ci moją serdeczność, przechylałam się w tył, by podziwiać twój wielki warkocz… potem dałaś mi tabliczkę czekolady przechowywaną od trzech miesięcy. Pomyśl, jaka to była dla mnie relikwia… Przypominam sobie również podróż do Mans (20), wtedy po raz pierwszy jechałam pociągiem. Cóż to za radość podróżować samej z Mamusią!… Tymczasem, nie wiem już dlaczego, zaczęłam płakać i biedna Mamusia była zmuszona zaprezentować cioci w Mans (21) małego brzydala, całego czerwonego od łez wylanych podczas drogi… Z pobytu w rozmównicy nie pamiętam nic poza momentem, kiedy to ciocia podała mi białą myszkę i koszyczek z bristolu napełniony cukierkami, na których królowały dwa piękne pierścionki z cukru, akuratnie na miarę mego palca. Natychmiast zawołałam: – „Co za szczęście! Będzie pierścionek dla Celiny”. Ale, o boleści! wzięłam mój koszyk za ucho, drugą rękę podałam Mamusi i wyszłyśmy. Po kilku krokach oglądam mój koszyk i widzę, że prawie wszystkie cukierki posiałam po ulicy, jak kamyki Tomcia Paluszka… Przyglądam się uważniej i spostrzegam, że jeden z cennych pierścionków podzielił nieszczęśliwy los cukierków… Nie miałam co dać Celinie! rozżaliłam się więc i prosiłam, byśmy wróciły; mamusia zdawała się nie zwracać na mnie uwagi. Tego już było za wiele, łzy moje przeszły w krzyk… Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie podziela mego zmartwienia, i to wzmogło mój ból…

Powracam teraz do listów, w których mamusia opowiada o Celinie i o mnie; stąd będziesz mogła najlepiej poznać mój charakter. Oto fragment, w którym moje wady ukazują się w jasnym świetle: ,,Celina bawi się z małą klockami; od czasu do czasu dochodzi do sprzeczki, Celina ustępuje, by zdobyć perłę do swojej korony. Czuję się wtedy w obowiązku skarcić to biedne maleństwo, które wpada w istną furię; gdy bowiem coś nie dzieje się po jej myśli, z rozpaczy tarza się po ziemi będąc przekonaną, że wszystko stracone; są chwile, że to staje się silniejsze od niej, tak że aż się dusi. Jest to dziecko bardzo nerwowe (22), jednak bardzo miłe i inteligentne, wszystko pamięta” (23). Widzisz więc, moja Matko, że nie byłam wcale dziewczynką bez wad. Nie można było o mnie powiedzieć nawet tego, że „jestem grzeczna kiedy śpię”, bo w nocy wierciłam się jeszcze więcej niż za dnia. Przez sen zrzucałam z siebie wszystkie przykrycia i uderzałam się o brzeg mego drewnianego łóżeczka; budziłam się wtedy z bólu wołając: „Mamusiu, jestem stuknięta…” I ta biedna Mamusia musiała wstawać, stwierdzała, że mam istotnie guzy na czole, że jestem stuknięta, okrywała mnie dokładnie i szła się położyć. Po chwili jednak rozpoczynałam od nowa stuknięcia, toteż w końcu trzeba było przywiązać mnie do łóżka. Co wieczór przychodziła Celina, by powiązać małego skrzata mnóstwem sznurków, uniemożliwiając mu tym samym stukanie się i budzenie Mamusi. Sposób ten okazał się dobry i odtąd byłam grzeczna, gdy spałam. Posiadałam rozbudzoną już inną wadę, o której Mamusia nie wspomina w listach, była nią wielka miłość własna. Chcę Ci podać tylko dwa przykłady, by nie przedłużać zbytnio opowiadania. – Jednego dnia Mamusia powiedziała do mnie – „Moja Tereniu, jeśli pocałujesz ziemię, dam ci sou”. Jeden sou stanowił w moich oczach bogactwo; by go otrzymać, nie potrzebowałam zniżać mej wielkości, ponieważ mój mały wzrost nie czynił zbyt wielką odległość między mną a ziemią. Myśl o „pocałowaniu ziemi” zadrasnęła jednak moją pychę, więc prostując się na całą wysokość, powiedziałam Mamusi – „O nie, moja Mamusiu, wolę nie mieć sou!…”

Innym razem miałyśmy się udać do Grogny do pani Monnier (24). Mamusia poleciła Marii, by ubrała mnie w śliczną błękitną sukienkę, ozdobioną koronkami, ale ramion nie zostawiała odkrytych, by ich nie opaliło słońce. Pozwoliłam się ubierać z obojętnością, jaką powinny mieć dzieci w moim wieku, ale po cichu pomyślałam, że o wiele ładniej wyglądałabym z odsłoniętymi ramionkami.

Mając taką naturę, łatwo stałabym się bardzo niedobrą, a może nawet poszłabym na zatracenie, gdyby mnie nie wychowywali rodzice cnotliwi, albo gdybym była rozpieszczana jak Celina przez Ludwikę (25). Ale Jezus czuwał nad swą małą oblubienicą, aby wszystko wyszło jej na dobre; dozwolił, że wady wcześnie karcone posłużyły jej do postępu w doskonałości.

Istotnie, posiadałam miłość własną, ale miałam też umiłowanie dobra. Zaledwie zaczęłam myśleć poważnie (a było to bardzo wcześnie) wystarczyło powiedzieć mi, że coś nie jest dobre, a nigdy już nie trzeba było powtarzać po raz drugi. Z radością spostrzegam w listach Mamusi, że w miarę jak rosłam, sprawiałam jej coraz więcej pociechy. Mając koło siebie tylko dobry przykład, w sposób naturalny chciałam go naśladować. Oto, co Mama pisała w 1876 roku: – „Co się zaś tyczy Teresy, to i ona zaczyna już pełnić praktyki (26)… Jest to urocze dziecko, delikatne jak cień, bardzo żywe, ale serce ma czułe. Z Celiną kochają się bardzo i wystarczają sobie wzajemnie przy zabawie. Codziennie, zaraz po zjedzeniu obiadu, Celina bierze swego kogutka, jednym susem łapie kurkę dla Teresy; jest tak żywa, że od razu ją chwyci, choć ja nie mogę sobie z nią poradzić; potem obie przychodzą ze swymi zwierzątkami usiąść przy kominku i zabawiają się tam bardzo długo. (Tę kurkę i kogutka podarowała mi Różyczka (27); kogutka dałam Celinie). Pewnego dnia Celina spała ze mną, Teresa zaś na piętrze w łóżku Celiny. Prosiła Ludwikę, by ją zniosła na dół do ubierania. Ludwika poszła jej tam szukać, ale znalazła łóżko puste. Teresa usłyszawszy głos Celiny, zeszła z nią na dół. Ludwika zwróciła się do niej: – „Nie chcesz więc iść się ubierać?” – „O nie, moja Ludwiko, my jesteśmy jak dwie małe kurki i nie trzeba nas rozdzielać!” Przy tych słowach objęły się i zaczęły się ściskać… Wieczorem Ludwika, Celina i Leonia poszły do kółka katolickiego (28) i zostawiły biedną Teresę, która rozumiejąc doskonale, że jest za mała, by pójść z nimi, mówiła: – „Żeby choć położono mnie w łóżku Celiny!…” Ale nie, nie chciano… nic nie powiedziała i pozostała ze swą małą lampką; w kwadrans później spała już głębokim snem…” (29).

Kiedy indziej Mama pisała jeszcze: „Celina i Teresa są nierozłączne, trudno spotkać bardziej kochające się dzieci. Kiedy Maria zabiera Celinę, by odrobić z nią lekcje, biedna Teresa zalewa się łzami. Niestety, cóż poradzi, jej mała przyjaciółka odchodzi!… Maria z litości zabiera i ją i to biedne małe siedzi na krześle dwie czy trzy godziny; daje się jej koraliki do nawlekania albo jakiś gałganek do szycia, a ona nie odważa się ruszyć i tylko wzdycha głęboko. Ciekawy to widok, gdy nitka wysunie się jej z igły i nie potrafi jej nawlec, a nie śmie przeszkadzać Marii; wówczas dwie wielkie łzy spływają po jej policzkach… Maria pociesza ją wkrótce, nawleka igłę i biedny aniołek uśmiecha się przez łzy…” (30).

Przypominam sobie, że istotnie nie mogłam obejść się bez Celiny; wolałam wstać od stołu przed skończeniem deseru, byle móc pójść za nią, gdy tylko się podniosła. Wierciłam się na swym wysokim krześle prosząc, by mnie zsadzono i zaraz szłyśmy razem bawić się. Czasem bawiłyśmy się z córką prefekta; bardzo mi się to podobało ze względu na park i piękne zabawki, jakie nam pokazywała (31), chodziłam tam jednak przede wszystkim dlatego, by zrobić przyjemność Celinie; sama wolałam raczej pozostać w naszym małym ogrodzie i skrobać mury, z których wybierałyśmy wszystkie błyszczące kamyczki, a potem szłyśmy sprzedawać je Tatusiowi, który bardzo poważnie kupował je.

W niedzielę Mamusia zostawała pilnować mnie, ponieważ byłam za mała, by pójść na nabożeństwo. W czasie trwania Mszy św. byłam bardzo grzeczna i chodziłam tylko na paluszkach, gdy jednak zobaczyłam, że drzwi się otwierają, wybuchałam nieopisaną radością, wybiegałam naprzeciw mej ślicznej Siostrzyczki, „wystrojonej jak kaplica” (32)… i zwracałam się do niej: „Oh! moja Celinko, daj mi szybko święconego chleba!” Zdarzyło się raz, że go nie miała, ponieważ przyszła za późno… Co począć? Musiałam go otrzymać, bo była „moja msza”… Bardzo szybko znalazło się wyjście – „Nie masz święconego chleba, to nic, zrób go!” Jak się powiedziało – tak się zrobiło; Celina wzięła krzesło, otworzyła ścienną szafkę, wyjęła chleb, ukroiła kromkę i z wielką powagą zmówiła nad nią Zdrowaś Maryjo, po czym podała mi, a ja zrobiwszy znak Krzyża spożyłam go bardzo pobożnie, stwierdzając, że ma zupełnie smak święconego chleba… Często odprawiałyśmy wspólnie konferencje duchowe; oto przykład, który zapożyczam z listu Mamusi: „Nasze ukochane małe, Celinka i Terenia, to anioły błogosławieństwa, dwie małe anielskie duszyczki. Teresa to radość i szczęście Marii, która chlubi się nią; nie do wiary, jak ona jest z niej dumna. To prawda, że jej odpowiedzi należą do rzadkości w tym wieku, przewyższa w tym Celinę, która jest dwa razy starsza od niej. Któregoś dnia Celina spytała: – 'W jaki sposób Pan Bóg może być obecny w tak małej Hostii?’ Mała odrzekła: 'Nic w tym dziwnego, przecież Pan Bóg jest wszechmocny’. 'Wszechmocny – co chcesz przez to powiedzieć?’ – 'Że czyni wszystko, co tylko zechce!…’ (33).

Kiedy Leonia sądząc, że jest już za duża na to, by bawić się lalką, przyszła do nas obu z koszyczkiem pełnym sukienek i pięknych gałganków przeznaczonych na uszycie innych; na wierzchu leżała jej lalka. – „Proszę, moje siostrzyczki, zwróciła się do nas, wybierajcie, daję wam to wszystko”. Celina wyciągnąwszy rękę, wzięła kłębek jedwabnych sznurków, który się jej spodobał. Po chwili zastanowienia i ja wyciągnęłam rękę mówiąc: – „Ja wybieram wszystko!” i bez żadnych ceremonii zabrałam cały koszyk. Świadkowie tej sceny uznali to za całkiem słuszne, nawet Celina nie próbowała się skarżyć (zresztą nie brakowało jej zabawek; ojciec chrzestny (34) zasypywał ją podarkami, a Ludwika zawsze znalazła sposób dostarczenia jej wszystkiego, czego tylko pragnęła).

Ten drobny szczegół z mego dzieciństwa jest streszczeniem całego mojego życia; później, kiedy stanął przede mną ideał doskonałości, zdałam sobie sprawę, że aby zostać świętą, trzeba dużo cierpieć, szukać zawsze tego, co najdoskonalsze i zapomnieć o sobie.

Zrozumiałam, że istnieje wiele stopni świętości, a każda dusza posiada swobodę w daniu odpowiedzi na zaproszenie Naszego Pana, może czynić dla Niego mało lub wiele, jednym słowem, ma możność wyboru pomiędzy ofiarami, o które On prosi. Zawołałam więc, jak w dniach mego wczesnego dzieciństwa: „Boże, wybieram wszystko!” Nie chcę być świętą połowicznie, nie lękam się cierpieć dla Ciebie, obawiam się jedynie zachowania własnej woli, zabierz mi ją, bo „wybieram wszystko, czego Ty chcesz!”…

Ale stop! nie powinnam jeszcze wspominać Ci o swojej młodości, lecz o małym czteroletnim Figlarzu. Przypominasz sobie sen, który miałam mniej więcej w tym wieku i który wyrył się głęboko w mojej pamięci. Śniło mi się jednej nocy, że wyszłam przejść się samotnie po ogrodzie. Doszedłszy do stopni schodów, na które trzeba było wejść, aby się tam dostać (35), zatrzymałam się z przerażenia. Przede mną, obok altany, znajdowała się beczka od wapna; na tej beczce dwa szkaradne diabełki tańczyły z zadziwiającą zwinnością, pomimo ciężkich żelaznych kajdan, jakie miały na nogach. Nagle rzuciły na mnie ogniste spojrzenie, po czym w mgnieniu oka, zdawało się bardziej przerażone ode mnie, zeskoczyły z beczki i uciekły skryć się w bieliźniarni, która znajdowała się naprzeciw. Widząc, jak wielkie z nich tchórze, chciałam się przekonać, po co tam poszły i w tym celu zbliżyłam się do okna. Biedne diabełki biegały tam po stołach, nie wiedząc w jaki sposób umknąć przed moim spojrzeniem; raz po raz zbliżały się do okna, spoglądając niespokojnym wzrokiem, czy jeszcze przy nim jestem, a widząc mnie, z rozpaczy zaczynały biegać na nowo. Ten sen nie ma w sobie na pewno nic nadzwyczajnego, niemniej jestem przekonana, że Dobry Bóg dlatego pozwolił mi go zapamiętać, by mnie upewnić, że dusza w stanie łaski nie powinna obawiać się szatanów, tchórzliwych, niezdolnych znieść spojrzenia dziecka… Oto jeszcze jeden fragment, który odnalazłam w liście mamusi. Biedna Mateczka przeczuwała już wówczas koniec swego wygnania (36).

„Nie obawiam się o dwie małe, obie są wyjątkowo dobre, to natury wybrane, z pewnością będą dobre. Maria i Ty doskonale dacie sobie radę z ich wychowaniem. Celina nie popełnia nigdy najmniejszej dobrowolnej winy. Mała będzie również dobrą; nie skłamie za żadne skarby świata, jest tak rozumna, jak żadna z was nie była (37).

,Niedawno była z Celiną i Ludwiką w sklepie kolonialnym, opowiadała o swych praktykach i mocno dyskutowała z Celiną; owa pani zapytała Ludwikę: „O czym ona mówi; gdy bawi się w ogrodzie, słychać tylko rozmowę o praktykach?” Pani Gaucherin (38) wychyla głowę przez okno, starając się zrozumieć, co znaczy ta rozprawa o praktykach… To biedne maleństwo jest naszą pociechą; będzie dobra, widać już zawiązki tego; mówi tylko o Panu Bogu, nigdy nie zaniedbuje się w swoich modlitwach. Chciałabym, byś ją zobaczyła kiedy opowiada bajeczki, nigdy nie widziałam nic bardziej miłego; zupełnie sama znajduje wyraz i ton, jaki trzeba nadać, zwłaszcza wtedy, gdy mówi: – „Dziecino złotowłosa, czy wiesz, gdzie mieszka Bóg?” Kiedy dojdzie do słów: – „On jest wysoko w błękitnym Niebie”, zwraca spojrzenie w górę z anielskim wyrazem; słów brak, by to opisać, tak jest piękne; w jej spojrzeniu jest coś niebiańskiego, co zachwyca!…” (39).

O Matko! jak szczęśliwą byłam w tym wieku! Zaczynałam już budzić się do życia, cnota wywierała na mnie urok i miałam – jak mi się zdaje – to samo co obecnie usposobienie, już wtedy w dużym stopniu panując nad swymi czynnościami.

O! jak szybko minęły owe słoneczne lata mego wczesnego dzieciństwa, ale jakże słodkie ślady pozostawiły w mojej duszy! Z radością przypominam sobie dni, kiedy tatuś zabierał nas do pawilonu (40); najdrobniejsze szczegóły wyryły się w mym sercu… Pamiętam zwłaszcza niedzielne spacery, w których zawsze towarzyszyła nam Mama… Do dziś pozostały w mej duszy głębokie, pełne poezji wrażenia, które rodziły się w niej na widok łanów zbóż przybranych bławatami i polnym kwieciem. Już wówczas kochałam dal… Przestrzeń i olbrzymie jodły, których gałęzie dotykały ziemi, pozostawiły w mym sercu wrażenia podobne tym, jakich dziś jeszcze doznaję na widok natury… Podczas tych długich spacerów odwiedzaliśmy często biednych i do Tereni należał zawsze obowiązek podawania im jałmużny, z czego była bardzo szczęśliwa. Tatuś jednak uważając, że droga jest zbyt długa dla jego królewny, zabierał ją wcześniej do mieszkania (ku jej wielkiemu niezadowoleniu). Wówczas Celina, chcąc ją pocieszyć, napełniała stokrotkami swój piękny koszyczek i wręczała go jej po powrocie. Ale cóż z tego! babcia (41) uważając, że wnuczka ma ich za dużo, zabierała większą część dla swojej Najświętszej Panny… Nie podobało się to Tereni, wystrzegała się jednak bardzo, by nic nie powiedzieć, miała bowiem dobry zwyczaj nigdy się nie skarżyć, nawet wtedy, gdy zabierano jej to, co do niej należało. Więcej nawet, kiedy była oskarżana niesprawiedliwie, wolała milczeć aniżeli tłumaczyć się, co bynajmniej nie było zasługą z jej strony, ale cnotą naturalną. Jaka szkoda, że to dobre usposobienie znikło…

O tak! Wszystko na ziemi uśmiechało się do mnie, na każdym kroku znajdowałam kwiaty, a moje szczęśliwe usposobienie również czyniło mi życie przyjemnym. Wkrótce jednak miał się zacząć nowy okres dla mojej duszy; trzeba mi było od dzieciństwa przechodzić różne próby i cierpienia, by móc jak najwcześniej ofiarować się Jezusowi. Jak wiosenne kwiaty zaczynają kiełkować pod śniegiem i rozwijają się w pierwszych promieniach słońca, podobnie kwiatek, którego wspomnienia opisuję, musiał przejść przez zimę doświadczeń…


(1) Opowiadanie o swym życiu pisze św. Teresa od Dzieciątka Jezus dla swej starszej siostry, Pauliny, która jako matka Agnieszka od Jezusa została przeoryszą Karmelu w Lisieux. Teresa w chwili, gdy to pisała, znajdowała się pod władzą tej, którą już niegdyś, po śmierci pani Martin, wybrała sobie jako „Mateczkę”. Tekst rękopisu Teresy zaczyna się od drugiej karty zeszytu.

(2) Por. Ps 88, 1.

(3) Odnosi się to do „Madonny Uśmiechniętej”, która jest obecnie umieszczona nad sarkofagiem Świętej w kaplicy Karmelu w Lisieux. Figura ta, ofiarowana panu Martin przed wstąpieniem przez niego w związek małżeński, towarzyszyła rodzinie we wszystkich kolejnych miejscach zamieszkania, a w końcu przybyła do Karmelu razem z Celiną w chwili jej wstąpienia.

(4) Cytaty z Psalmów i Nowego Testamentu zapożyczyła Teresa w większości z książki: Manuel du Chrétien, którą miała do swego użytku. Teksty, którymi się posługuje, czerpała zapewne i z innych źródeł.

Sygnalizujemy dwa zeszyty rękopiśmienne, z których Święta w sposób szczególny korzystała. Teksty w nich zawarte, odpisane przez jej siostrę Celinę i jej kuzynkę – siostrę Marię od Eucharystii, stanowią głównie wyjątki z Księgi Przysłów, z Eklezjastesa, Pieśni nad pieśniami, z Księgi Mądrości, z Proroków (głównie z Izajasza: 40 i 53 do 66) i z Apokalipsy.

Teresa posługiwała się również przekładem ks. Glaire’a, przechowywanym w bibliotece Karmelu. Cytaty z Pisma św. czerpała ponadto z lektury duchownej, którą miała do swego użytku, jak: „O naśladowaniu Chrystusa” oraz „Pieśń duchowa” i „Żywy płomień miłości” św. Jana od Krzyża. W wydaniu facsimile Manuscrits Autobiographiques znajduje się kompletny spis źródeł, z których św. Teresa od Dz. Jezus czerpała cytaty Pisma św. (t. I, ss. 37-38, t. II, s. 5).

Ponadto Teresa cytowała niekiedy z pamięci, nie obawiając się zresztą podawać wersetów z Pisma św. w brzmieniu przez siebie zmienionym. Z uwagi na to w niniejszym wydaniu podajemy je w tłumaczeniu dosłownym według wersji Rękopisu.

(5) Teresa pisze te słowa w styczniu 1895 r., pod koniec siódmego roku swego życia zakonnego, po śmierci pana Martin (29 lipca 1894) i wszystkich doświadczeniach, które towarzyszyły jego chorobie. Czyni w nich też aluzję do różnego rodzaju trudności, jakie przeżyła w związku ze swym wstąpieniem do Karmelu (cierpienia fizyczne i moralne, oschłości duchowe).

(6) Ps 22, 1-4.

(7) Teresa miała piętnaście lat, kiedy wstąpiła do Karmelu.

(8) Alegoria rodziny Morfin. Osiem lilii, które poprzedziły Teresę, to jej bracia i siostry: Maria Ludwika, ur. 22 lutego 1860, siostra Maria od Najśw. Serca Pana Jezusa, zm. 19 stycznia 1940, Maria Paulina, ur. 7 września. 1861, matka Agnieszka od Jezusa, zm. 28 lipca 1951; Maria Leonia, ur. 3 czerwca 1863, siostra Franciszka Teresa, zm. 16 czerwca 1941; Maria Helena, ur. 13 października 1864, zm. 22 lutego 1870, Maria Józef Ludwik, ur. 20 września 1866, zm. 14 lutego 1867; Maria Józef Jan Chrzciciel, ur. 19 grudnia 1867, zm. 24 sierpnia 1868; Maria Celina, ur. 28 kwietnia 1869, siostra Genowefa od Najśw. Oblicza i św. Teresy; Maria Melania Teresa, ur. 16 sierpnia 1870, zm. 8 października 1870; Ona sama, „mały kwiatek”, Maria Franciszka Teresa Martin, urodziła się 2 stycznia 1873 r., o godz. 11.30 wieczorem, przy ul. św. Błażeja w Alençon i została ochrzczona 4 stycznia w kościele Najśw. Panny (Notre-Dame). W chwili, gdy Święta pisała te słowa, „trzy lilie” znajdowały się przy niej w Karmelu: Maria, Paulina i Celina: inna, Leonia, w klasztorze Sióstr Wizytek w Caen. Przez „dwie błogosławione łodygi, teraz złączone na wieki” określa Teresa swoich rodziców: pani Martin zmarła 28 sierpnia 1877, a pan Martin 29 lipca 1894 roku.

(9) Ten ostatni fragment był w rękopisie wydrapany. Tekst został przywrócony, na podstawie niewątpliwych danych, przez siostrę Marię od Najśw. Serca, w kwietniu 1910 r.

(10) List pani Martin do Pauliny, z 5 grudnia 1875 r. W tym miejscu rękopis Teresy zawiera odsyłacz do kartki uzupełniającej, dołączonej przez nią do s. 5 zeszytu. Tekst, który ona zawiera, podajemy w logicznym miejscu opowiadania, przed ostatnimi wierszami karty 4v.

(11) List Marii Martin do córek: Marii i Pauliny, pensjonarek u sióstr Wizytek w Mans, z 25 czerwca 1874 roku.

(12) List do Pauliny, z 29 października 1876 roku.

(13) List do Pauliny, z 21 maja 1876 roku.

(14) 23 maja 1875 r. Teresa miała więc dwa i pół roku.

(15) Pani Dagorau była matką „koleżanki Leonii”. Zgodnie ze zwyczajem panującym w Alençon państwo Martin wzięli na siebie koszty uroczyste Komunii św. tego ubogiego dziecka.

(16) List ten nosi datę 1 lipca, a nic – jak pisze Teresa – 10.

(17) Dwa miesiące po urodzeniu Teresa zachorowała i musiała być oddana karmicielce, Róży Taillé, mieszkającej na wsi, w okolicy Alençon.

(18) Czwartek, 2 kwietnia 1874 r.

(19) List do Pauliny, z 14 maja 1876 r.

(20) Poniedziałek, 29 marca 1875 r.

(21) Siostra Marie-Dosithée (Maria Ludwika Guérin), starsza siostra pani Martin, wstąpiła w roku 1858, mając lat 29, do Sióstr Wizytek w Mans. W klasztorze, podobnie jak w świecie, była zaufaną powiernicą swej młodszej siostry. Umarła 24 lutego 1877 roku.

(22) Fragment ten był w rękopisie poddany licznym poprawkom. Obecnie czytamy: „Jestem zmuszona usprawiedliwić to biedne maleństwo, które wpada w stan budzący litość; gdy coś nie dzieje się po jej myśli, zdaje się być przekonaną, że już wszystko stracone; są chwile, że to staje się od niej silniejsze, aż się dusi. Jest to dziecko żywiołowe…”

(23) List pani Martin do Pauliny, z 5 grudnia 1875 r.

(24) Pani Monnier była siostrą pani Tifenne, chrzestnej matki Leonii.

(25) Ludwika Marais pełniła obowiązki pomocy domowej u rodziny Martin aż do śmierci pani Martin.

(26) „Praktyki” były to małe ofiarki.

(27) Karmicielka Teresy.

(28) Kółka katolickie, zakładane w ważniejszych miastach Francji, powstały w związku z inicjatywą społeczną hrabiego Alberta de Mań. Dawano w nich koncerty i recytowano poezjo.

(29) List pani Martin do Pauliny, z 8 listopada 1876 r.

(30) List pani Martin do Pauliny, z 4 marca 1877 r.

(31) Te spotkania dzieci były Litwę, ponieważ rodzina Martin mieszkała na wprost prefektury.

(32) Wyrażenie używane w rodzinie Martin.

(33) List pani Martin do Pauliny, z 10 maja 1877 r.

(34) Pan Witalis Romet, przyjaciel pana Martin.

(35) Ogród znajdował się za domem, u wylotu 13-metrowej uliczki. Chcąc się tam udać, trzeba było, po przejściu wewnętrznego podwórza domu, wejść na cztery stopnie przed zapuszczeniem się w uliczkę. Altana znajdowała, się w głębi ogrodu, ale można było ją widzieć już od stopni schodów. Bieliźniarnia była na prawo, przy wejściu do ogrodu.

(36) Przed kilku miesiącami lekarze uznali jej stan zdrowia za beznadziejny.

(37) List pani Martin do Pauliny, z 22 marca 1877 r.

(38) Pani Gaucherin była sąsiadką; droga do ogrodu wiodła obok jej mieszkania.

(39) Lisi. pani Martin do Pauliny, z 4 marca 1877 r.

(40) „Pawilon” – mała posiadłość nabyta przez pana Martin przed jego małżeństwem – znajdował się przy ulicy des Lavoirs (obecnie ulica Pawilonu Świętej Teresy).

(41) Matka pani Martin przychodziła często w niedzielę wieczorem z wizytą do dzieci.

Rozdział II

Buissonnets

Śmierć matki. Miłość ojcowska. Przyjazd do Lisieux. Przechadzki z ojcem. Domowe lekcje. Przygody z Wiktorią. Niedziele i święta. Jak Paulina wychowywała „córeczkę”. Widzenie prorocze. Nad morzem.

Wszystkie szczegóły choroby naszej drogiej matki są jeszcze żywe w mym sercu, pamiętam zwłaszcza ostatnie tygodnie, które spędziła na ziemi; byłyśmy z Celiną jak biedne małe wygnanki; codziennie rano pani Leriche (1) przychodziła po nas i cały dzień spędzałyśmy u niej. Któregoś dnia nie zdążyłyśmy zmówić pacierza przed wyjściem i w drodze Celina szepnęła mi: „Czy trzeba powiedzieć, że nie zmówiłyśmy jeszcze pacierza?…” – „Oczywiście!” – odpowiedziałam; więc bardzo nieśmiało zwróciła się z tym do pani Leriche. „A więc, moje dzieci, zróbcie to teraz” – i wyszła pozostawiając nas w dużym pokoju. Celina spojrzała na mnie i obie stwierdziłyśmy: „Ach! to nie to co Mamusia… ona zawsze modliła się z nami!…” Bawiąc się z dziećmi, myślą byłyśmy stale przy naszej drogiej Matce; kiedyś Celina otrzymawszy piękną morelę, nachyliła się ku mnie i szepnęła: „Nie jedzmy jej, ja dam ją Mamusi”. Niestety! biedna Mamusia była już zbyt chora, by kosztować owoców tej ziemi, mogła już tylko nasycić się chwałą Bożą w Niebie i pić z Jezusem tajemnicze wino, o którym wspominał podczas Ostatniej „Wieczerzy zapowiadając, że będzie je dzielił z nami w królestwie swego Ojca”. (2)

Wzruszająca ceremonia ostatniego namaszczenia (3) wyryła się również w mojej duszy; widzę jeszcze swoje miejsce obok Celiny, cała nasza piątka uszeregowana była podług wieku, biedny Tatuś był także obecny i szlochał… Nazajutrz, w dniu odejścia Mamusi (4), wziął mnie na ręce mówiąc: – „Chodź ucałować po raz ostatni twoją biedną Mamę”. Bez słowa zbliżyłam wargi do czoła mej drogiej Matki… Nie pamiętam, bym bardzo płakała, nie mówiłam nikomu o głębokich uczuciach, jakich doznawałam… Patrzyłam i słuchałam w milczeniu… nikt nie miał czasu mną się zajmować, toteż widziałam wiele rzeczy, które radzi byliby ukryć przede mną. Jednego razu znalazłam się naprzeciw wieka trumny… zatrzymałam się i długo i uważnie przyglądałam się; nigdy tego nie widziałam, ale poznałam… Byłam tak mała, że pomimo niewielkiego wzrostu Mamusi musiałam podnieść głowę, by widzieć je całe i wydawało mi się bardzo duże i bardzo smutne… Piętnaście lat później stanęłam wobec innej trumny; była to trumna Matki Genowefy (5), tak duża jak mamusi, a ja przeżywałam znowu to samo, co w latach dzieciństwa!… Wszystkie wspomnienia powróciły tłumnie; patrzyła na nią wprawdzie ta sama Terenia, ale była już teraz duża, podczas gdy trumna wydawała się jej mała, nie potrzebowała podnosić głowy, by ją objąć wzrokiem; wznosi ją już tylko kontemplując Niebo, które wydaje się jej radosne, bo wszystkie doświadczenia już przeszły i zima jej duszy minęła na zawsze…

W dniu, w którym Kościół błogosławił doczesne szczątki naszej drogiej Mamy, będącej już w Niebie, Pan Bóg chciał dać mi inną na ziemi i pozwolił, bym ją sobie sama wybrała. Cała nasza piątka znajdowała się razem; ze smutkiem spoglądałyśmy na siebie. Była tam także Ludwika, która patrząc na Celinę i na mnie powiedziała: „Biedne małe, nie macie już Matki!”… Wtedy Celina rzuciła się w ramiona Marii mówiąc: „A więc Ty będziesz moją Mamusią!” Choć przywykłam robić to samo co ona, zwróciłam się jednak do Ciebie, moja Matko, i jak gdyby rozdarła się zasłona przyszłości, rzuciłam się w Twoje ramiona wołając: „A więc moją Mamusią będzie Paulina!”…

Trzeba mi – jak wspomniałam – pozostawić już ten etap życia, a przystąpić do drugiego okresu mojego istnienia, najboleśniejszego spośród wszystkich trzech, zwłaszcza od momentu wstąpienia do Karmelu tej, którą wybrałam sobie jako drugą „Mamusię”. Okres ten obejmuje lata od czterech i pół do czternastego roku życia, kiedy to odzyskałam w pełni swoje dziecięce usposobienie, nabierając równocześnie powagi życia.

Muszę Ci wyznać, moja Matko, że po śmierci Mamusi moje usposobienie zmieniło się całkowicie; dotąd żywa nad miarę, skłonna do wynurzeń, stałam się nieśmiała i łagodna, zbyt przewrażliwiona. Wystarczało jedno spojrzenie, a zalewałam się łzami; by mnie zadowolić, trzeba było zupełnie mną się nie zajmować, nie mogłam znieść towarzystwa ludzi obcych, wesołość odzyskiwałam tylko w gronie rodzinnym… A przecież otaczano mnie nieustanną serdecznością najbardziej delikatną. Serce Tatusia, już przedtem tak czułe, wzbogaciło swą miłość w uczucie prawdziwie macierzyńskie… Czyż Ty, moja Matko, wraz z Marią nie byłyście dla mnie najczulszymi, najbardziej bezinteresownymi matkami?… Ach, gdyby dobry Bóg nie udzielił dobroczynnych promieni swojemu kwiatuszkowi nie zdołałby on nigdy zaaklimatyzować się na ziemi, był jeszcze zbyt słaby, by mógł znieść deszcze i burze, potrzebował ciepła, słodkiej rosy i wiosennego wietrzyka. Tych dobrodziejstw nigdy mu nie zabrakło; Jezus pozwalał mu znajdować je nawet pod śniegiem doświadczeń!

Opuszczając Alençon, nie odczułam żadnej przykrości. Dzieci lubią zmianę, toteż z przyjemnością przybyłam do Lisieux. Przypominam sobie podróż, przyjazd wieczorem do cioci (6), widzę jeszcze Joannę i Marię (7) czekające na nas w drzwiach… Byłam bardzo szczęśliwa z posiadania tak miłych kuzynek, kochałam je bardzo, podobnie jak ciocię. Nade wszystko kochałam wuja, jednakże bałam się go i nie czułam się u niego tak swobodnie jak w Buissonnets (8), gdzie życie moje było naprawdę szczęśliwe… Rano przychodziłaś do mnie pytając, czy oddałam swoje serce Panu Bogu, potem ubierałaś mnie mówiąc mi o Nim, następnie obok Ciebie mówiłam pacierz. Później następowała lekcja czytania: pierwsze słowo, jakie sama potrafiłam przeczytać, było: „Niebiosa”. Moja kochana chrzestna matka podjęła się lekcji pisania, a Ty, moja Matko, wszystkich innych; nauka nie przychodziła mi zbyt łatwo, ale miałam dobrą pamięć. Katechizm, a szczególnie historia święta, miały u mnie pierwszeństwo; uczyłam się ich z radością, gramatykę jednak często oblewałam łzami… Pamiętasz rodzaj męski i rodzaj żeński?!…

Po skończonej lekcji szłam zaraz do belwederu (9) niosąc tatusiowi swoją kokardę i stopnie. Jakże byłam szczęśliwa, kiedy mogłam mu powiedzieć: „Mam piątki bez minusa, co znaczyło, że Paulina pierwsza to powiedziała… Kiedy bowiem sama się Ciebie pytałam, czy mam piątki bez minusa, Ty zaś tylko potwierdziłaś, w moich oczach był to niższy stopień; dawałaś mi także dobre punkty, a kiedy zebrałam już pewną ich liczbę, dostawałam nagrodę i wolny dzień. Pamiętam, że dni te wydawały mi się znacznie dłuższe od pozostałych, co sprawiało Ci przyjemność, świadczyło bowiem, że nie lubię być bezczynną. Każdego popołudnia szłam na przechadzkę z tatusiem; wspólnie nawiedzaliśmy Najświętszy Sakrament, wstępując codziennie do innego kościoła. Tak to weszłam po raz pierwszy do kaplicy Karmelu (10); Tatuś pokazał mi kraty chórowe mówiąc, że za nimi są zakonnice. Ani mi przez myśl przeszło, że za dziewięć lat będę między nimi…

Po przechadzce, (w czasie której tatuś kupował mi zawsze mały prezencik za drobne pieniążki), wracałam do domu; odrabiałam lekcje, po czym resztę czasu spędzałam w ogrodzie, skacząc obok tatusia, ponieważ nie umiałam bawić się lalką. Wielką radość sprawiało mi przyrządzanie herbatki z ziarenek i kory drzew znalezionych na ziemi; zanosiłam to potem tatusiowi w pięknej filiżaneczce, a biedny tatuś śmiejąc się przerywał swoje zajęcia i udawał, że pije. Przed oddaniem filiżanki pytał mnie (niby ukradkiem) czy ma wylać zawartość; nieraz odpowiadałam twierdząco, ale częściej zabierałam z powrotem moją drogocenną herbatę, chcąc się nią więcej razy posłużyć… Lubiłam hodować kwiatki w ogrodzie, który mi podarował Tatuś; spędzałam czas na ustawianiu ołtarzyków w zagłębieniu znajdującym się w murze; kiedy skończyłam, biegłam po Tatusia i prowadząc go, mówiłam, aby mocno zamknął oczy i nie otwierał ich wcześniej, aż w chwili kiedy mu powiem, że może to uczynić. Robił wszystko, co chciałam i pozwalał się prowadzić do mego ogródka; wtedy wołałam: „Tatusiu, otwórz oczy!” Otwierał i zachwycał się, by sprawić mi przyjemność, podziwiając to, co uważałam za arcydzieło!… Nie skończyłabym nigdy, gdybym chciała opowiedzieć tysiąc tego rodzaju szczególików, które tłumnie cisną się w mej pamięci… Jakże zdołam wypowiedzieć tę niezmierną czułość, jaką „Tatuś” otaczał swoją królewnę? Są rzeczy, które czuje serce, ale których ani słowo, ani myśl nawet nie są w stanie wyrazić…

Za najpiękniejsze uważałam dni, kiedy mój ukochany król zabierał mnie z sobą na połów ryb; tak bardzo kochałam wieś, kwiaty i ptaki! Czasem próbowałam łowić swoją małą wędką, ale wolałam usiąść samotnie na ukwieconej trawie; pogrążałam się wówczas w głębokich myślach i chociaż nie wiedziałam, co to jest rozmyślanie, dusza moja zatapiała się w rzeczywistej modlitwie… Do uszu moich dobiegały odległe hałasy… szum wiatru i ledwie dosłyszalna muzyka wojskowa, której dźwięki dochodzące aż do mnie, rzewnie nastrajały moje serce… Ziemia zdawała mi się miejscem wygnania i marzyłam o Niebie… Popołudnie mijało szybko; wkrótce trzeba było wracać do Buissonnets; przed odejściem jednak zjadałam podwieczorek przyniesiony w koszyczku; piękna bułeczka z konfiturą, którą mi przygotowałaś, zmieniała swój wygląd; zamiast jej żywego koloru widziałam plamę o lekko różowym odcieniu, nieświeżą i rozlaną… toteż ziemia wydawała mi się jeszcze smutniejsza i zrozumiałam, że tylko w Niebie radość będzie bez chmur… W związku z chmurami przypominam sobie, jak to pewnego dnia piękny błękit wiejskiego nieba zaciemnił się nagle i wkrótce rozległ się ryk burzy; błyskawice przeszywały ciemne chmury i z daleka widziałam uderzający piorun; to mnie bynajmniej nie przeraziło, byłam zachwycona, zdawało mi się, że dobry Bóg jest przy mnie!… Tatuś nie podzielał zachwytu swojej królewny, chociaż burzy się nie bał. Trawa i rumianki, (które były wyższe ode niej), lśniły jak drogie kamienie, a ponieważ, aby dojść do drogi, musieliśmy przejść kilka łąk, mój drogi ojczulek bojąc się, że diamenty zmoczą jego córeczkę, mimo że był obarczony sprzętem rybackim, wziął ją i niósł na plecach.

W czasie tych spacerów tatuś lubił dawać mi pieniążki, abym zanosiła je spotykanym ubogim. Któregoś dnia ujrzeliśmy jednego z nich jak z trudem posuwał się o kulach; podeszłam podać mu pieniążek, on jednak sądząc, że nie jest na tyle ubogim, by przyjmować jałmużnę, spojrzał na mnie ze smutnym uśmiechem i odmówił przyjęcia mojego daru. Nie potrafię wypowiedzieć, co działo się w moim sercu; chciałam go pocieszyć, przynieść mu ulgę, a tymczasem – myślałam – zrobiłam mu przykrość. Biedny chory musiał odgadnąć moje myśli, bo widziałam jak się odwrócił i uśmiechnął się do mnie. Tatuś kupił mi ciastko, które chciałam mu ofiarować, ale nie śmiałam. Pragnęłam jednak ofiarować mu coś, czego przyjęcia nie mógłby odmówić, ponieważ czułam do niego wielką sympatię;. Przypomniałam sobie co kiedyś słyszałam, że w dniu pierwszej Komunii św. można otrzymać wszystko o co się prosi; ta myśl przyniosła mi pociechę, i choć miałam nie więcej jak sześć lat postanowiłam: „Pomodlę się za mojego biednego w dniu pierwszej Komunii św.” Pięć lat później spełniłam obietnicę i ufam, że Dobry Bóg wysłuchał modlitwy, skoro sam dał natchnienie, by ją do Niego skierować w intencji jednego z Jego cierpiących członków…

Kochałam bardzo Pana Boga i często oddawałam Mu swoje serce przy pomocy formułki, której nauczyła mnie mamusia, a jednak pewnego dnia, czy raczej pewnego wieczoru, w pięknym miesiącu Maryi popełniłam winę, która mnie bardzo zasmuciła, dała powód do upokorzenia, a ufam, że także do doskonałej skruchy. Byłam za mała, by iść na majowe nabożeństwo, zostawałam więc z Wiktorią (11) i razem z nią odprawiałam swoje nabożeństwa przed małym ołtarzykiem Maryi. który urządzałam według swego upodobania; wszystko było małe: lichtarzyki i flakony na kwiaty, oświetlały go zaś doskonale dwie zapałki-świeczki. Czasem Wiktoria robiła mi niespodziankę i dawała mi resztki świecy, ale zdarzało się to bardzo rzadko. Pewnego wieczoru wszystko było gotowe do rozpoczęcia modlitwy, zwróciłam się więc do niej: „Wiktorio, bądź tak dobra zacząć 'Pomnij…’ a ja zapalę”. Udała, że zaczyna, ale nic nie mówiła i patrzyła na mnie śmiejąc się. Widząc, jak moje drogocenne zapałki gwałtownie się spalają, błagałam ją, by się modliła, ona jednak w dalszym ciągu milczała, więc unosząc się gniewem, zaczęłam na nią głośno krzyczeć, że jest niegodziwa, i porzucając swoją zwykłą słodycz, tupnęłam nogą z całych sił… Biedna Wiktoria straciła ochotę do śmiechu; patrzyła na mnie zdziwiona i pokazała świeczkę, którą mi przyniosła… Po łzach złości wylewałam łzy szczerego żalu czyniąc postanowienie nigdy tak nie postąpić!…

Kiedy indziej doszło również do awantury z Wiktorią, ale po niej nie odczuwałam skruchy, ponieważ doskonale zachowałam spokój. Chciałam dostać kałamarz, który znajdował się na kominku w kuchni; będąc zbyt małą, by go dosięgnąć, bardzo grzecznie poprosiłam Wiktorię o podanie mi go, ona jednak odmówiła powiedziawszy, bym weszła na krzesło. Bez słowa wzięłam krzesło myśląc sobie, że ona nie jest uprzejma; chcąc dać jej to odczuć, szukałam w mojej główce słowa w mym pojęciu najbardziej obraźliwego. Ona to często, gdy ją nudziłam, nazywała mnie „smarkaczem”, co mnie bardzo upokarzało. Toteż zanim zeskoczyłam z krzesła na ziemię obróciłam się z godnością i powiedziałam jej: „Wiktorio, jesteś smarkaczem”, po czym uciekłam pozwalając jej rozważyć to twarde słowo, które do niej skierowałam… Na wynik nie trzeba było długo czekać, wkrótce usłyszałam jej krzyk: „Panno Mario!… Teresa powiedziała mi, że jestem smarkaczem”. Maria przyszła i kazała mi ją przeprosić, zrobiłam to jednak bez skruchy uważając, że skoro Wiktoria nie chciała wyciągnąć swej dużej ręki, by oddać mi małą przysługę, zasługiwała na tytuł smarkacza… Mimo to kochałam ją bardzo i byłam przez nią kochana; pewnego dnia wyratowała mnie z wielkiego niebezpieczeństwa, w które wpadłam z własnej winy. Wiktoria prasowała, mając obok siebie wiadro z wodą, ja zaś przyglądałam się jej kołysząc się na krześle (jak to miałam w zwyczaju). Nagle krzesło usunęło się spode mnie i spadłam, lecz nie na ziemię, ale do wnętrza wiadra!!!… Nogi dotykały głowy i wypełniałam sobą wiadro, jak kurczątko wypełnia jajko!… Biedna Wiktoria patrzyła na mnie z bezgranicznym zdumieniem, nigdy bowiem nie widziała czegoś podobnego. Chciałam wydostać się z wiadra jak najprędzej, było to jednak niemożliwe; moje więzienie było tak dopasowane, że nie mogłam zrobić najmniejszego ruchu. Z trudem wybawiła mnie z mego wielkiego niebezpieczeństwa, nie uratowała jednak sukienki i reszty, które musiała mi zmienić, bo byłam przemoknięta do nitki.

– Innym razem wpadłam do kominka; całe szczęście, że nie palił się w nim ogień. Wiktoria z trudem wyciągnęła mnie i otrzepała z popiołu, którego miałam pełno na sobie. Te przygody przytrafiały mi się zawsze w środę, to znaczy wtedy, kiedy byłaś z Marią na śpiewie. Również w środę przyszedł do nas z wizytą ks. Ducellier (12). Wiktoria powiedziała mu, że w domu nie ma nikogo prócz małej Teresy; wszedł do kuchni, by mnie zobaczyć i oglądnął moje wypracowania; byłam bardzo dumna, że przyjmuję mego spowiednika, ponieważ krótko przedtem po raz pierwszy się spowiadałam. Jakże słodkie to dla mnie wspomnienie!…

Matko droga! jak troskliwie przygotowywałaś mnie mówiąc, że nie człowiekowi, ale Dobremu Bogu będę wyznawać swoje grzechy. Byłam o tym bardzo mocno przekonana, toteż spowiadałam się w tak wielkim duchu wiary, że zapytałam Ciebie, czy aby nie należy powiedzieć ks. Ducellier, że go kocham z całego serca, skoro w jego osobie mówić będę do samego Pana Boga…

Pouczona dobrze o wszystkim, co należy mówić i czynić, zbliżyłam się do konfesjonału i uklękłam, ale ks. Ducellier po otwarciu okienka nie zobaczył nikogo; byłam tak mała, że moja głowa znajdowała się pod podpórką, na której opierał swe ręce, powiedział mi więc, żebym stała. Posłuchałam natychmiast, podniosłam się i zwracając twarz wprost do niego, by go dobrze widzieć, wyspowiadałam się jak dorosła dziewczynka i z wielką pobożnością przyjęłam jego błogosławieństwo, ponieważ powiedziałaś mi, że w tym momencie łzy maleńkiego Jezusa obmyją mą duszę. Pamiętam, że w pierwszej nauce, jaką otrzymałam, zachęcano mnie do nabożeństwa do Najświętszej Dziewicy, więc obiecałam sobie podwoić moją serdeczność wobec Niej. Opuszczałam konfesjonał tak zadowolona, z tak lekkim sercem i z uczuciem takiej radości w duszy jak nigdy. Odtąd spowiadałam się we wszystkie wielkie święta i ilekroć przystępowałam do spowiedzi, było to dla mnie prawdziwe święto.

Święta!… ileż wspomnień przywołuje to słowo!… Święta, jak bardzo je kochałam!… Umiałaś, droga Matko, tak dobrze wytłumaczyć mi wszystkie tajemnice ukryte w każdym z nich, i były one dla mnie prawdziwie dniami Nieba. Nade wszystko kochałam procesje z Najświętszym Sakramentem; co za radość sypać kwiaty pod stopy Dobrego Boga!… nie pozwoliłam im jednak tam upaść, ale rzucałam je najwyżej jak mogłam i najszczęśliwsza byłam widząc, jak moje płatki róż dotykają Monstrancji…

Święta!… O ile te wielkie były rzadko, za to każdy tydzień przynosił bardzo drogą memu sercu „Niedzielę!” Cóż to za dzień ta Niedziela!… Było to święto Pana Boga, święto odpoczynku. Najpierw pozostawałam w łóżeczku dłużej niż w inne dni, następnie mamusia Paulina dogadzała swojej córeczce, przynosząc jej do łóżeczka czekoladę, wreszcie ubierała ją jak królewnę. Chrzestna mama przychodziła układać loki swej chrześniaczce, która nie zawsze była grzeczna, gdy ją ciągnięto za włosy, ale potem bardzo zadowolona brała za rękę swego Króla, który tego dnia ściskał ją jeszcze czulej niż zwykle, po czym cała rodzina udawała się na Mszę św. (13) Przez całą drogę, a nawet w kościele „Tatusiowa Królewna” trzymała go za rękę, jej miejsce było obok niego, a kiedy musieliśmy zejść na kazanie, trzeba było znowu znaleźć dwa krzesła obok siebie. Nie przedstawiało to trudności, każdemu bowiem miły był widok tego pięknego Starca z maleńką córeczką i nikt nie wahał się ustąpić im miejsca. Mój wuj, który siedział w ławie członków rady parafialnej, cieszył się, gdy widział nas wchodzących, mawiał, że jestem jego promykiem Słońca… Nie sprawiało mi niepokoju to, że na mnie patrzono; słuchałam bardzo uważnie kazania, często niewiele z niego rozumiejąc. Pierwszym, jakie zrozumiałam, i które mnie głęboko wzruszyło, było kazanie o Męce Pańskiej, głoszone przez ks. Ducellier, i odtąd rozumiałam już wszystkie. Kiedy kaznodzieja mówił o św. Teresie, tatuś nachylił się i szepnął: – „Słuchaj dobrze, moja królewno, bo to mowa o twojej Patronce”. Słuchałam wprawdzie dobrze, ale więcej patrzyłam na tatusia niż na kaznodzieję; jego piękna twarz mówiła mi tak wiele… Bywało, że oczy jego napełniały się łzami, które na próżno usiłował powstrzymać; dusza jego z takim upodobaniem zatapiała się w prawdach wiecznych, że zdawało się, jakoby już nie był na ziemi. Tymczasem koniec jego życia był jeszcze daleki, długie lata musiały jeszcze upłynąć, zanim piękne Niebo otworzyło się przed jego zachwyconymi oczyma i zanim Pan otarł łzy swego dobrego i wiernego sługi…

Powracam jednak do mojej Niedzieli. Ten radosny dzień, który tak szybko mijał, miał pewien odcień melancholii. Pamiętam, że moje szczęście było niezmącone aż do komplety; podczas tego nabożeństwa myślałam, że dzień odpoczynku kończy się… że jutro trzeba będzie rozpocząć codzienne życie, pracować, od rąbiąc lekcje, i serce moje odczuwało wygnanie tej ziemi… wzdychałam do wieczystego odpoczynku Nieba, Niedzieli bez zachodu słońca w Ojczyźnie niebieskiej!… Nawet przechadzki. które urządzaliśmy przed powrotem do Buissonnets, pozostawiały mi w duszy uczucie smutku; rodzina nie była wtedy w komplecie, ponieważ dla sprawienia przyjemności memu Wujowi Tatuś zostawiał mu w każdą Niedzielę wieczorem Marię lub Paulinę; zadowolona byłam tylko wówczas, gdy i ja również zostawałam. Wolałam to, niż kiedy byłam zaproszona sama, bo zwracano na mnie mniejszą uwagę. Największą przyjemność sprawiało mi słuchanie opowiadań Wuja; nie lubiłam jednak gdy mnie pytał, a już bardzo się bałam, gdy brał mnie na jedno ze swych kolan śpiewając gromkim głosem Barbe-blau… Z radością witałam przychodzącego po nas Tatusia. W drodze powrotnej oglądałam gwiazdy, które łagodnie migotały i zachwycałam się ich widokiem… Była wśród nich przede wszystkim grupa złocistych pereł, którą z radością zauważyłam, w kształcie litery T (oto mniej więcej taki kształt „T”); pokazałam ją Tatusiowi, mówiąc, że moje imię jest zapisane w Niebie, i nie chcąc już niczego oglądać na brzydkiej ziemi, prosiłam go, by mnie prowadził, i nie patrząc, gdzie stawiam kroki, podziwiałam gwiaździsty firmament…

Cóż powiedzieć o zimowych wieczorach, zwłaszcza w Niedzielę?… Ach! jakże słodko było po grze w warcaby usiąść razem z Celiną na kolanach Tatusia… Śpiewał swoim pięknym głosem pieśni napełniające duszę głębokimi myślami… lub kołysząc nas delikatnie, recytował wiersze pełne prawd wiecznych. Na zakończenie była wspólna modlitwa, podczas której królewna znajdowała się tuż obok swego Króla patrząc na niego, by się przekonać, jak modlą się Święci… Wreszcie przychodziłyśmy wszystkie po kolei powiedzieć tatusiowi dobranoc i otrzymać od niego pocałunek; królowa podchodziła oczywiście ostatnia; król aby ją uściskać, chwytał ją pod pachy, a ona wołała z wysoka: „Bądź zdrów. Tatusiu, dobranoc, śpij dobrze, powtarzało się to co wieczór. Potem moja mateczka brała mnie w ramiona i zanosiła do łóżka Celiny, a ja pytałam: „Paulino, czy byłam dzisiaj grzeczna?… czy aniołki będą fruwać koło mnie?” Odpowiedź była zawsze twierdząca, w przeciwnym razie spędziłabym całą noc we łzach… Potem Paulina, jak również moja chrzestna matka, uściskawszy mnie odchodziły i biedna Terenia zostawała zupełnie sama w ciemnościach; na próżno wyobrażała sobie fruwające wokół niej aniołki, wkrótce ogarniał ją lęk, bała się ciemności, bo ze swego łóżeczka nie widziała gwiazd, które migotały łagodnie…

Uważam to, droga Matko, za prawdziwą łaskę, że przyzwyczajałaś mnie do przezwyciężania lęku; czasami posyłałaś mnie wieczorem samą, bym poszukała czegoś w odległym pokoju; gdybym nie była tak dobrze prowadzona, stałabym się bardzo lękliwa, obecnie natomiast trudno mnie przestraszyć… Zadaję sobie czasem pytanie, jak potrafiłaś wychować mnie z taką miłością i delikatnością nie rozpieszczając mnie równocześnie, bo przecież nie przepuściłaś mi żadnej niedoskonałości; nie czyniłaś mi nigdy niesłusznych wymówek, ale też nigdy nie cofnęłaś raz wypowiedzianego słowa; dobrze o .tym wiedziałam, że nie mogę zrobić ani kroku, jeżeli mi tego zabroniłaś. Nawet Tatuś obowiązany był stosować się do Twojej woli. Bez pozwolenia Pauliny nie szłam na przechadzkę i gdy Tatuś mówił: chodź! odpowiadałam: „Paulina nie chce”; szedł wtedy prosić o łaskę dla mnie; czasem Paulina zgadzała się, by mu zrobić przyjemność, ale Terenia poznając po jej minie, że nie była zadowolona, zaczynała płakać i nie dawała się pocieszyć, aż Paulina powiedziała tak i uściskała ją z całego serca.

Kiedy Terenia była chora, a zdarzało się to każdej zimy, trudno wypowiedzieć z jaką macierzyńską troskliwością była pielęgnowana. Paulina kładła ją do swego łóżka (łaska niezrównana) i dawała jej wszystko, na co ta miała ochotę. Któregoś dnia Paulina wyciągnęła spod poduszki swój śliczny scyzoryczek i dając go swej córeczce, wprawiła ją w nieopisany zachwyt. – „Ach! Paulino – zawołałam – musisz mnie bardzo kochać, skoro pozbawiasz się dla mnie swego ślicznego scyzoryka z gwiazdką z perłowej masy… Ale jeśli mnie tak kochasz, czy zrobiłabyś ofiarę ze swego zegarka, by nie dopuścić do mojej śmierci?” „Nie tylko, by nie dopuścić do twojej śmierci, oddałabym zegarek, ale jestem gotowa nawet na każdą ofiarę, byłeś szybko wyzdrowiała”. Słuchałam tych słów Pauliny z niewypowiedzianym zdumieniem i wdzięcznością. W lecie byłam kilka razy chora na serce. I znów Paulina pielęgnowała mnie troskliwie; by mnie zabawić – co było najlepszym lekarstwem – woziła mnie na taczkach dokoła ogrodu, a potem zsadziwszy mnie, wkładała na moje miejsce piękne sadzonki stokrotek i bardzo ostrożnie zawoziła do mego ogródka, gdzie z wielką pompą zajmowały swoje miejsce…

Paulina przyjmowała wszystkie moje poufne zwierzenia, rozświetlała moje wątpliwości… Razu pewnego dziwiłam się, że Pan Bóg nie udziela równej chwały w Niebie wszystkim wybranym i obawiałam się, że nie wszyscy będą szczęśliwi; wtedy Paulina poleciła mi pójść poszukać dużej „szklanki Tatusia” i postawić ją obok mego maleńkiego naparstka, następnie napełnić oba naczynia wodą, a w końcu zapytała mnie, które z nich jest pełniejsze. Odpowiedziałam, że oba są tak pełne, iż niemożliwością jest nalać w nie więcej wody, ponieważ nie zdołałyby jej w sobie pomieścić. Dzięki mojej drogiej Matce zrozumiałam, że Dobry Bóg daje w Niebie swoim wybranym tyle chwały, ile oni są w stanie znieść, i tak oto ostatni nie będzie miał czego zazdrościć pierwszemu. Uprzystępniając mi w podobny sposób najbardziej wzniosłe tajemnice, umiałaś, moja Matko, podać mojej duszy pokarm, jakiego koniecznie potrzebowała…

Jakąż radością napełniało mnie co roku zbliżające się rozdawanie nagród!… I tutaj, jak wszędzie, zachowywana była sprawiedliwość i otrzymywałam tylko zasłużone nagrody; stojąc zupełnie sama pośród dostojnego zgromadzenia, słuchałam wyroku czytanego przez „Króla Francji i Nawarry”; serce biło mi bardzo mocno, kiedy odbierałam nagrody i wieniec… był to dla mnie obraz sądu!… Natychmiast po rozdaniu nagród zdejmowała Królewna swoją białą sukienkę i szybko ją przebierano do wzięcia udziału w wielkim przedstawieniu!…

Ach! jakże radosne były te rodzinne święta… Patrząc na mego drogiego Króla, tak promiennego, zupełnie nie przeczuwałam doświadczeń, jakie go czekały!… Aż tu pewnego dnia Dobry Bóg ukazał mi w prawdziwie nadzwyczajnym widzeniu wizję owego doświadczenia, przez które chciał nas przygotować (14).

Tatuś był od kilku dni w podróży i miał powrócić dopiero za dwa czy trzy dni. Była godzina druga albo trzecia po południu, słońce świeciło jasnym blaskiem i cała natura miała wygląd jakby odświętny. Byłam sama w oknie mansardy wychodzącym na ogród; patrzyłam przed siebie zajęta radosnymi myślami, gdy nagle przed pralnią, znajdującą się akuratnie naprzeciw, dostrzegłam człowieka ubranego zupełnie jak Tatuś, identycznej co on postaci i o tym samym sposobie chodzenia, był tylko o wiele bardziej pochylony… Głowę miał okrytą czymś w rodzaju fartucha w niewyraźnym kolorze i to w taki sposób, że nie widziałam jego twarzy. Miał kapelusz podobny jak Tatuś. Widziałam, jak posuwał się miarowym krokiem wzdłuż mego ogródka… Duszę moją opanowało natychmiast uczucie nadnaturalnego lęku, ale z miejsca zreflektowałam się, że to na pewno jest Tatuś, który wrócił i ukrywa się, by mi zrobić niespodziankę; krzyknęłam więc głosem drżącym z przejęcia: – „Tatusiu, Tatusiu!…” Ale tajemnicza postać zdawała się mnie nie słyszeć, posuwała się dalej swym miarowym krokiem, nie odwracając się nawet; śledząc ją wzrokiem spostrzegłam, jak skierowała się w stronę zarośli, które wielka aleja dzieliła na dwie części; spodziewałam się, że zobaczę ją po drugiej stronie wielkich drzew, ale prorocze widzenie znikło… Trwało to wszystko zaledwie chwilę, ale tak głęboko wyryło się w moim sercu, ze dziś, po piętnastu latach, wspomnienie jest tak żywe, jak gdyby widzenie trwało jeszcze przed moimi oczyma…

Maria była razem z Tobą, moja Matko, w pokoju przyległym do tego, w którym ja się znajdowałam; słysząc, że wołam Tatusia, doznała wrażenia lęku sądząc – jak mi to później wyznała – że musiało zajść coś nadzwyczajnego. Nie dając nic poznać po sobie, przybiegła do mnie pytając, co mi przyszło do głowy, żeby wołać Tatusia, który jest w Alençon; opowiedziałam jej to, co widziałam. Maria chcąc mnie uspokoić, powiedziała, że to na pewno była Wiktoria, która ukryła głowę w fartuch, aby mnie nastraszyć; zapytana jednak Wiktoria zapewniła, że nie wychodziła z kuchni. Byłam zresztą pewna, że widziałam mężczyznę i że ów mężczyzna postacią był podobny do Tatusia, poszłyśmy więc wszystkie trzy za grupę drzew, nie znalazłyśmy jednak nic co by wskazywało, że przechodził tędy ktokolwiek. Powiedziałaś mi, bym więcej już o tym nie myślała…

Nie było w mojej mocy nie myśleć o tym; bardzo często wyobraźnia przedstawiała mi tajemniczą scenę, którą oglądałam… Bardzo często chciałam podnieść zasłonę ukrywającą przede mną jej sens; w głębi serca byłam bowiem przekonana, że wizja ta miała swój sens, który pewnego dmą zostanie mi objawiony… Na ten dzień trzeba było czekać długo; po czternastu latach sam Bóg rozerwał tajemniczą zasłonę.

Korzystając z pozwolenia, rozmawiałyśmy z Siostra Marią od Najśw. Serca (15) jak zwykle o sprawach przyszłego życia i naszych wspomnieniach z dzieciństwa; przypomniałam jej wówczas widzenie, które miałam w szóstym czy siódmym roku życia. Nagle, wspominając szczegóły tej dziwnej sceny, zrozumiałyśmy, co ona oznaczała… Widziałam rzeczywiście Tatusia, jak szedł pochylony wiekiem… To był rzeczywiście on, niosący na swej czcigodnej twarzy, na swej siwej głowie, znak swego chwalebnego doświadczenia (18)… Jak godne uwielbienia Oblicze Jezusa było podczas Męki zakryte, tak twarz Jego wiernego sługi została zasłonięta w dniach jego cierpienia, by w końcu rozpromienić się w Ojczyźnie Niebieskiej obok swego Pana, Słowa Przedwiecznego. Z wyżyn tej niewysłowionej chwały, kiedy już królował w niebie, wyjednał nam nasz drogi Ojciec łaskę odkrycia sensu widzenia, które jego królewna miała w wieku, kiedy jeszcze nie trzeba obawiać się złudzeń. Z wyżyn tej chwały uprosił nam słodką pociechę zrozumienia, że już dziesięć lat przed naszym wielkim doświadczeniem Dobry Bóg nam je ukazał, jak Ojciec dał przeczuć swym dzieciom ich chwalebną przyszłość, z upodobaniem rozważając mające im przypaść bogactwa…

Dlaczego właśnie mnie dał Dobry Bóg to światło? Dlaczego tak małemu dziecku ukazał to, czego nie mogło zrozumieć, a gdyby zrozumiało, umarłoby z bólu… dlaczego? Jest to jedna z tych tajemnic, które zrozumiemy pewnie dopiero w Niebie i która stanie się przedmiotem naszego zachwytu przez całą wieczność…

Jaki Pan Bóg jest dobry!… jak dostosowuje doświadczenia do sił, które nam daje. Nigdy – jak to już powiedziałam – nie mogłabym znieść nawet myśli o gorzkich utrapieniach, jakie zgotowała mi przyszłość… Nie miałam odwagi nawet pomyśleć, że Tatuś mógłby umrzeć… Kiedyś wszedł na szczyt drabiny, a ja znajdowałam się akurat pod nim; zawołał do mnie: ,.Odsuń się smyku, bo jeśli spadnę, to cię zgniotę”. Odczułam bunt wewnętrzny na te słowa i zamiast się oddalić, przytuliłam się do drabiny myśląc: „Jeżeli Tatuś spadnie, to przynajmniej nie będę cierpiała widząc go umarłym, ponieważ umrę z nim razem!” Nie potrafię wypowiedzieć, jak bardzo kochałam Tatusia; wszystko mnie w nim zachwycało; kiedy tłumaczył mi swoje myśli (jakbym była dużą dziewczynką), mówiłam mu naiwnie, że gdyby powiedział to wszystko członkom rządu, oni na pewno wybraliby go Królem i wtedy Francja byłaby szczęśliwa jak nigdy dotąd… Ale w duchu byłam zadowolona (i wyrzucam to sobie jako myśl egoistyczną), że jest on mnie tylko dobrze znanym Tatusiem; gdyby bowiem został Królem Francji i Nawarry, wiem, że nie byłby szczęśliwy, ponieważ taki jest już los wszystkich monarchów, ale przede wszystkim nie byłby już moim wyłącznie Królem!…

Miałam sześć albo siedem lat, kiedy Tatuś zawiózł nas do Trouville (17). Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiło na mnie morze, nie mogłam oczu oderwać od niego; jego majestat, szum fal, wszystko to mówiło mojej duszy o wielkości i mocy Pana Boga. Pamiętam, że podczas spaceru po plaży jacyś państwo obserwowali mnie, gdy skakałam obok Tatusia, po czym zbliżywszy się zapytali, czy jestem jego [córką] i stwierdzili, że bardzo miła ze mnie dziewczynka. Tatuś odpowiedział, że tak, ale zauważyłam jak dawał znak, aby nie mówili mi komplementów… Wtedy to po raz pierwszy usłyszałam o sobie, że jestem miła i sprawiło mi to przyjemność, ponieważ nie wiedziałam o tym. Chroniłaś mnie, droga Matko, przed wszystkim, co mogłoby przyćmić moją niewinność, nade wszystko zaś czuwałaś, abym nie usłyszała nic takiego, przez co wkraść by się mogła do mego serca próżność. Licząc się jedynie ze słowami twoimi i Marii (18) (od Ciebie zaś nie słyszałam nigdy ani jednego komplementu), nie przywiązywałam większego znaczenia do słów i pełnych podziwu spojrzeń tej pani. Wieczorem, gdy słońce zdawało się nurzać w bezmiarze fal pozostawiając po sobie świetlistą smugę, siadałyśmy z Paulina na samotnej skale…

Przychodziło mi wówczas na myśl przejmujące opowiadanie „O złotej smudze”… (19) Długo kontemplowałam tę świetlistą drogę – obraz łaski – jaką miał przebyć mały okręcik o wdzięcznym białym żaglu. Siedząc przy Paulinie, postanowiłam, że nie usunę nigdy swojej duszy spod spojrzenia Jezusa, aby mogła dopłynąć w pokoju do Niebieskiej Ojczyzny!…

Życie moje upływało spokojnie i szczęśliwie; miłość, którą otaczano mnie w Buissonnets, pozwoliła mi, że się tak wyrażę, wzrastać; jednak byłam już zapewne dość duża, aby zacząć poznawać świat i nędzę, której jest pełen…


(1) Pani Leriche była córką Panny Martin, drugiej siostry pana Martin.

(2) Por. Mt 26, 29.

(3) Pani Martin przyjęła wiatyk i sakrament chorych w niedzielę, 26 sierpnia 1877 r. Zachowujemy w tłumaczeniu nazwę tego sakramentu, przyjętą wówczas i użytą przez Teresę.

(4) Pani Martin zmarła dnia 28 sierpnia o godz. pierwszej; pogrzeb odbył się 29 sierpnia.

(5) Matka Genowefa od św. Teresy, jedna z fundatorek Karmelu w Lisieux.

(6) Pan Martin zdecydował się zamieszkać w Lisieux, by zbliżyć swoje córki do rodziny ze strony matki. Teresa i jej siostry przybyły tam 15 listopada 1877 roku, przywiezione przez swego wuja, pana Guérin, który miał aptekę w Lisieux, na placu św. Piotra.

(7) Państwo Guérin mieli dwoje dzieci: Joannę liczącą 9 lat i 7 letnią Marię.

(8) 16 listopada rodzina Martin zamieszkała w tej posiadłości, wyszukanej przez pana Guérin. Leżała ona na wzgórzu wznoszącym się nad ulicą de Pont l’Eveque.

(9) Mieszkanie na poddaszu, którego szerokie okna wychodziły na fasadę Buissonnets.

(10) Karmel w Lisieux przy ulicy de Livarot był nową fundacją (1838); budynki zostały wykończone w roku 1877.

(11) Wiktoria Pasquier, pełniąca obowiązki pomocy domowej rodziny Martin w Lisieux.

(12) Ks. Ducellier był wikarym przy katedrze św. Piotra.

(13) Obecnie w rękopisie czytamy: „Sumę” zamiast „Mszę” (poprawiono obcą ręką).

(14) Widzenie to miało miejsce latem 1879 lub 1880 roku. Pan Martin wyjechał do Alençon w celach handlowych.

(15) Zgodnie ze zwyczajem Karmelu siostry otrzymują w niektóre święta pozwolenie na prywatne rozmowy.

(16) Pan Martin został pod koniec życia dotknięty paraliżem, spowodowanym arterioskleroza mózgu i towarzyszącymi jej zaburzeniami psychicznymi.

(17) Podróż ta była we czwartek, 8 sierpnia 1878 r. W rzeczywistości Teresa miała pięć lat i osiem miesięcy.

(18) Obecnie w rękopisie jest: „Tatusia”. W chwili korekty przystosowującej wyraz: „Marii” zastąpiono wyrazem „Tatusia” w celu uzgodnienia zmiany osób, która ten ustęp zniekształcała. W efekcie napisano: „moje siostry zwracały tak wielką uwagę (…) ja liczyłam się tylko ze słowami ich i Tatusia…” Sam wyraz „Tatusia” został przeoczony, kiedy przywracano rękopisowi jego pierwotne przeznaczenie dla matki Agnieszki od Jezusa.

(19) Opowiadanie to znajduje się w zbiorze lektur, które Teresa bardzo w dzieciństwie lubiła: La Tirelire aux histoires, de Mme Louise S.W. Belloc, Garnier 1870.

Rozdział III

Nauka u Benedyktynek

Dziecięce zabawy. Pierwsza Komunia święta Celinki. Paulinka wstępuje do Karmelu. Teresa zapada na zdrowiu. Obłóczyny Paulinki. Tajemnicza choroba. Uśmiech Najświętszej Panny.

Miałam lat osiem i pół, kiedy Leonia opuściła pensję a ja zajęłam jej miejsce w Opactwie (1). Często słyszałam, że czas spędzony na pensji jest najlepszym i najmilszym okresem życia; tego nie można powiedzieć o mnie. Pięć lat, które tam spędziłam, to najsmutniejsze lata mego życia; gdybym nie miała przy sobie mojej kochanej Celiny, rozchorowałabym się przed upływem miesiąca… Biedny mały kwiatek przyzwyczajony był zapuszczać swe słabe korzenie w wybraną ziemię, przygotowaną specjalnie dla niego; jakże ciężko mu było, gdy znalazł się pośród kwiatów wszystkich gatunków, mających często niezbyt delikatne korzenie, i był zmuszony czerpać konieczne do życia soki ze wspólnej ziemi!…

Tak dobrze mnie przygotowałaś, moja Matko, że przybywając na pensję, umiałam więcej niż pozostałe dzieci w moim wieku; umieszczono mnie w klasie uczennic o wiele większych ode mnie. Jedna z nich, mająca trzynaście czy czternaście lat, była niezbyt inteligentna, ale potrafiła imponować uczennicom a nawet nauczycielkom. Widząc, że chociaż tak maleńka, jestem prawie zawsze pierwsza w klasie, niewątpliwie doświadczała wybaczalnej u pensjonarki zazdrości i odpłacała mi na tysiąc sposobów za moje małe sukcesy…

Będąc z natury nieśmiałą i delikatną, nie wiedziałam, jak się bronić, i nic nie mówiąc, tylko płakałam; nawet Tobie się nie skarżyłam. Nie posiadałam jednak dostatecznej cnoty, by wznieść się ponad te nędze życia, i moje małe biedne serce cierpiało bardzo… Na szczęście każdego wieczoru odnajdywałam swoje rodzinne ognisko, toteż radość wstępowała w moje serce; wskakiwałam na kolana mego Króla, opowiadając mu o otrzymanych stopniach, a jego pocałunek pozwalał mi zapomnieć o wszystkich troskach… Z jakąż radością obwieściłam wynik mojej pierwszej klasówki (zadanie z Historii świętej); tylko jeden punkt brakował mi do zdobycia stopnia celującego; nie znałam imienia ojca Mojżesza. Byłam więc pierwsza i przyniosłam piękną srebrną odznakę. W nagrodę dał mi Tatuś śliczną małą monetę, cztery sous, którą włożyłam do szkatułki przeznaczonej do tego, by w każdy czwartek przyjmować nową monetę, zawsze tej samej wielkości… (z tej to szkatułki czerpałam, ilekroć w wielkie święta chciałam dać z mojej kasy ofiarę podczas zbiórki na rozszerzanie Wiary lub inne podobne dzieło). Paulina, zachwycona sukcesami swej małej uczennicy, podarowała mi piękne „serso” (2) chcąc mnie zachęcić do dalszej pilności w nauce. Biedna mała rzeczywiście potrzebowała tych rodzinnych radości, bez których jej życie na pensji byłoby zbyt ciężkie.

Popołudnie czwartkowe było wolne, ale to już nie to samo co wolne Pauliny; nie spędzałam go w „belwederze” wspólnie z Tatusiem… Trzeba było bawić się nie tylko z Celiną – bardzo lubiłam być tylko z nią – ale także z moimi kuzyneczkami i małymi Maudelonde; (3) była to dla mnie prawdziwa przykrość. Nie umiejąc bawić się, jak inne dzieci, nie byłam miłą towarzyszką zabaw, mimo że czyniłam wszystko co mogłam, by naśladować inne, robiłam to bez powodzenia i bardzo się nudziłam, zwłaszcza, gdy trzeba było przez całe popołudnie tańczyć kadryla. Jedyną rzeczą, która sprawiała mi przyjemność, była wyprawa do ogrodu gwiazdy (4), toteż byłam tam wszędzie pierwsza, zbierałam mnóstwo kwiatów, a ponieważ wiedziałam, gdzie można znaleźć najpiękniejsze, wzbudzałam tym zazdrość u małych towarzyszek…

Cieszyłam się również, gdy czasem przypadkiem znalazłam się sama z małą Marią – bez Celiny Maudelonde, która zaciągała nas do zwykłej zabawy – ponieważ ta zostawiała mi wolność wyboru i wybierałam zawsze zupełnie nową zabawę. Maria i Teresa stawały się dwoma pustelnikami mającymi jedynie ubogi szałas, pólko zboża i odrobinę jarzyn, które uprawiali. Życie ich upływało na nieprzerwanej kontemplacji, to znaczy, że jeden z pustelników zajmował miejsce drugiego na modlitwie, gdy tamtemu przypadło z kolei zajmować się życiem czynnym. Wszystko to odbywało się w milczącym porozumieniu, w sposób najdoskonalej zakonny. Kiedy przychodziła Ciocia i brała nas na spacer, nawet na ulicy nie przerywałyśmy naszej zabawy. Obaj pustelnicy odmawiali wspólnie różaniec na palcach, by nie okazywać swej pobożności niedyskretnym przechodniom. Aż tu pewnego dnia najmłodszy pustelnik zapomniał się; otrzymawszy na podwieczorek ciastko, zrobił wielki znak krzyża, co wywołało śmiech wszystkich profanów wieku…

Byłyśmy z Marią zawsze tego samego zdania, miałyśmy do tego stopnia podobne upodobanie, że kiedyś nasze zjednoczenie woli przeszło wszelkie granice. Wracając wieczorem z Opactwa, powiedziałam do Marii: „Prowadź mnie, ja zamknę oczy” – „Ja chcę także zamknąć” odpowiedziała mi. Od słów do czynu; bez dyskusji każda z nas spełniła swoją wolę… Znajdowałyśmy się na chodniku, nie było więc obawy co do pojazdów. Po miłym kilkuminutowym spacerze, podczas którego rozkoszowałyśmy się „chodzeniem na ślepo”, dwa małe roztrzepańce przewróciły się razem na skrzynie stojące przed drzwiami sklepu, ale nie na tym koniec, przewróciły również skrzynie. Rozgniewany kupiec wybiegł zbierać swój towar, a dwaj dobrowolni ślepcy poderwali się sami i poszli wielkimi krokami z szeroko otwartymi oczyma, słuchając słusznych wymówek Joanny, rozgniewanej równie jak kupiec!… Postanowiła nas za karę rozdzielić i od tego dnia Maria i Celina chodziły razem, a ja odbywałam drogę z Joanną. To położyło kres naszemu wielkiemu zjednoczeniu woli, a i starszym nie wyszło na złe, bo w przeciwieństwie do nas nie miały nigdy tego samego zdania i sprzeczały się przez całą drogę. Tak oto zapanował całkowity pokój.

Nie wspomniałam jeszcze nic o mojej zażyłości z Celiną. Ach! gdyby mi przyszło opowiedzieć wszystko, nigdy bym nie skończyła…

W Lisieux role się zmieniły; z Celiny zrobił się mały, psotny figlarz, Teresa natomiast stała się dzieckiem łagodnym, ale nadmiernie skłonnym do płaczu. Mimo to Celina i Teresa kochały się coraz bardziej. Nieraz wynikały między nimi sprzeczki, ale nie było to nic poważnego i w gruncie rzeczy były zawsze tego samego zdania. Mogę wyznać, że moja kochana siostrzyczka nit zrobiła mi nigdy przykrości; była dla mnie promieniem słońca, zawsze mnie rozweselała i pocieszała… Któż zdoła wypowiedzieć jak dzielnie broniła mnie w Opactwie, gdy byłam oskarżana?… Tak się troszczyła o moje zdrowie, że mnie to już czasem nużyło. Bez znużenia natomiast potrafiłam patrzeć jak się bawiła; ustawiała w szeregu cały zastęp naszych laleczek i prowadziła z nimi lekcje jak prawdziwa nauczycielka dbając jednak o to, by jej córeczki okazywały się zawsze mądre, moje natomiast były często wyrzucane za drzwi za złe sprawowanie… Mówiła mi często, czego uczono w jej klasie, co mnie bardzo bawiło i uważałam ją za niewyczerpane źródło wiedzy. Tytułowano mnie „córeczką Celiny”, a gdy ona była na mnie zagniewana, najwyższą oznaką jej niezadowolenia było stwierdzenie: „Nie jesteś już moją córeczką, skończone, zapamiętaj to sobie na zawsze!…” Nie pozostawało mi więc nic innego, tylko płakać jak Magdalena i błagać ją, by mnie uważała nadal za swoją córeczkę; wkrótce ściskała mnie i obiecywała, że nie będzie już o niczym pamiętać!… Chcąc mnie pocieszyć, brała jedną ze swych lalek i mówiła do niej: „Moja kochana, uściskaj twoją ciocię”. Pewnego razu lalka tak się pospieszyła z serdecznym uściskiem, że włożyła mi swe malutkie rączki do nosa… Celina, która nie zrobiła tego umyślnie, patrzyła ze zdumieniem, jak lalka wisiała mi u nosa; wkrótce ciocia odrzuciła zbyt serdeczny uścisk swojej siostrzenicy i z całego serca się roześmiała z tak niezwykłej przygody.

Najzabawniejszy był widok, jak razem kupowałyśmy w sklepie prezenty, ukrywając się pilnie jedna przed drugą. Dysponując tylko dziesięcioma sou, chciałyśmy mieć pięć albo sześć najrozmaitszych przedmiotów, a musiały to być rzeczy najpiękniejsze. Zachwycone naszymi sprawunkami, z niecierpliwością oczekiwałyśmy Nowego Roku, by móc w końcu ofiarować nasze wspaniałe podarunki. Ta, która zbudziła się pierwsza, spieszyła złożyć drugiej noworoczne życzenia, po czym składałyśmy sobie podarunki i każda zachwycała się otrzymanymi skarbami za dziesięć sou!…

Te małe podarki sprawiały nam prawie tyle samo radości co piękne prezenty noworoczne mojego wuja; były one zresztą dopiero początkiem radości. Tego dnia ubierałyśmy się szybko i każda czatowała, by skoczyć Tatusiowi na szyję; gdy opuszczał swój pokój, w całym mieszkaniu rozlegały się okrzyki radości, a biedny Ojczulek zdawał się być szczęśliwym, widząc nasze zadowolenie… Podarki, które Maria i Paulina dawały swym córeczkom, nie miały zbyt wielkiej wartości, ale również stawały się dla nich powodem wielkiej radości. Ach! w tym wieku nie byłyśmy grymaśne; dusze nasze rozchylały się jak świeże kwiaty, szczęśliwe, że mogą przyjąć poranną rosę… Ten sam powiew kołysał nasze kielichy, i to, co sprawiało radość lub zmartwienie jednej z nas, było tym samym dla drugiej. Tak, nasze radości były wspólne, toteż bardzo głęboko przeżyłam piękny dzień pierwszej Komunii św. drogiej Celiny (5). Mając dopiero siedem lat, nie uczęszczałam jeszcze do Opactwa, zachowałam jednak w sercu najmilsze wspomnienie przygotowania, jakie Ty, droga Matko, odbywałaś z Celiną; co wieczór brałaś ją na kolana i mówiłaś jej o tym wielkim kroku, jaki ją czekał. Ja również słuchałam pilnie, ponieważ chciałam się też przygotować; często mi jednak powtarzałaś, że ja jeszcze nie pójdę, bo jestem za mała, toteż smutek napełniał mi serce i snułam rozważania, że cztery lata to wcale nie za wiele, by przygotować się na przyjęcie Pana Boga…

Któregoś wieczoru słyszałam, jak mówiłaś, że od pierwszej Komunii św. trzeba rozpocząć nowe życie; postanowiłam więc nie czekając na ten dzień, zacząć je natychmiast razem z Celiną… Nigdy nie odczuwałam mocniej swojej miłości dla niej, jak podczas jej trzydniowych rekolekcji; pierwszy raz w życiu byłam z dala od niej, nie spałam w jej łóżku… Pierwszego dnia zapominając, że nie wróci do domu, schowałam dla niej pęczek czereśni, które mi Tatuś kupił, a widząc, że nie przychodzi, bardzo się zasmuciłam. Tatuś pocieszył mnie mówiąc, że jutro zaprowadzi mnie do Opactwa, bym zobaczyła Celinę i dała jej inny pęczek czereśni!… Dzień pierwszej Komunii św. Celiny pozostawił we mnie podobne wrażenia jak dzień mojej własnej.

Budząc się rano, samiuteńka w wielkim łóżku, czułam się przepełniona radością. „To już dziś!… Wielki dzień nadszedł!…” – powtarzałam bez końca. Zdawało mi się, że to ja mam przystąpić do pierwszej Komunii. Jestem przekonana, że sama również otrzymałam w tym dniu wielkie łaski i zaliczam go do najpiękniejszych w mym życiu…

Cofnęłam się nieco wstecz, by przywołać to miłe i słodkie wspomnienie; teraz zamierzam opowiedzieć o bolesnym doświadczeniu, które rozdarło serce małej Tereni, kiedy to Jezus zabrał jej drogą mamusię, jej Paulinę, tak serdecznie kochaną…

Pewnego dnia zwierzyłam się Paulinie, że chcę zostać pustelnikiem i pójść z nią na odległą pustynię, na co ona odpowiedziała, że podziela moje pragnienie i poczeka aż podrosnę i będę mogła odejść. Było to zapewne powiedziane żartem, ale Terenia wzięła całkiem na serio. Jakiż więc był jej ból, gdy któregoś dnia usłyszała, jak jej droga Paulina rozmawiała z Marią o swym rychłym wstąpieniu do Karmelu… Nie wiedziałam co to jest Karmel, ale zrozumiałam, że Paulina mnie opuści, by wstąpić do klasztoru, zrozumiałam, że nie będzie na mnie czekać, że stracę zatem moją drugą Matkę!… Ach! czyż zdołam wypowiedzieć udrękę mego serca?… W jednej chwili pojęłam, czym jest życie; dotychczas nie wydawało mi się tak smutne, ale kiedy ukazało mi całą swoją rzeczywistość spostrzegłam, że jest nieustannym cierpieniem i rozłąką, jąkałam gorzkimi łzami, bo nie wiedziałam jeszcze, co to jest radość płynąca z ofiary; byłam słaba, tak słaba, że uważam za wielką łaskę zdolność przetrzymania tak ciężkiego doświadczenia, które zdawało się przerastać moje siły!… Gdybym mogła stopniowo oswoić się z myślą o odejściu Pauliny nie cierpiałabym tak bardzo, ale ponieważ dowiedziałam się o tym nagle, wiadomość ta przeszyła moje serce niby miecz…

Nigdy nie zapomnę, moja droga Matko, z jaką czułością mnie pocieszałaś… Potem tłumaczyłaś mi życie Karmelu, które ogromnie mi się podobało! Rozważając to, co mi powiedziałaś, poczułam, że Karmel jest tą pustynią, na którą i mnie Pan Bóg wzywa, bym się w niej ukryła… Przeświadczenie o tym było tak mocne, że usuwało z serca wszelką wątpliwość. To nie było marzenie dziecka, które łatwo daje się innym pociągnąć, ale pewność wezwania Bożego; chciałam pójść do Karmelu nie ze względu na Paulinę, ale dla samego Jezusa… Myślałam wiele o rzeczach, których słowami nie sposób wyrazić, a które pozostawiły mi w duszy wielki pokój.

Nazajutrz powierzyłam swoją tajemnicę Paulinie, która uznając moje pragnienie za wolę Niebios, obiecała mi, że niedługo pójdę razem z nią odwiedzić Matkę Przeoryszę i trzeba będzie jej powiedzieć co Pan Bóg dał mi odczuć… Na tę uroczystą wizytę została wybrana Niedziela. W wielkie zakłopotanie wprawiła mnie wiadomość, że Maria G. (6) ma pozostać razem ze mną [w rozmównicy], ponieważ jest jeszcze w wieku, kiedy może widzieć karmelitanki (7). Musiałam więc wymyślić sposób, by móc pozostać samą; przyszła mi wówczas taka myśl: powiedziałam Marii, że mając przywilej zobaczenia Matki Przeoryszy, trzeba być bardzo grzeczną i uprzejmą i dlatego musimy powierzyć jej nasze tajemnice. Powinnyśmy zatem kolejno wychodzić na chwilę, by druga mogła pozostać sama. Maria uwierzyła mi na słowo mimo niechęci do zwierzania tajemnic, których nie miała, i tak jedna po drugiej zostawałyśmy same z naszą Matką (8). Matka Maria od św. Gonzagi wysłuchawszy moich wielkich zwierzeń, uwierzyła w moje powołanie, ale powiedziała mi, że nie przyjmuje się dziewięcioletnich postulantek, a zatem muszę poczekać do szesnastego roku… Pogodziłam się z tym mimo gorącego pragnienia, by wstąpić jak najprędzej i przyjąć pierwszą Komunię św. w dniu Obłóczyn Pauliny… Tego dnia po raz drugi pochwalono mnie. Siostra Teresa od św. Augustyna, która przyszła mnie zobaczyć, nieustannie powtarzała, że jestem urocza… Nie po to przyszłam do Karmelu, aby mnie chwalono, toteż po wyjściu z rozmównicy nie przestawałam powtarzać Panu Bogu, że chcę być karmelitanką tylko dla Niego samego.

Starałam się w pełni korzystać z [obecności] mej drogiej Pauliny podczas tych kilku tygodni, kiedy pozostawała jeszcze w świecie. Codziennie obie z Celiną kupowałyśmy jej ciastko i cukierki w przekonaniu, że wkrótce już nie będzie ich jadła; byłyśmy nieustannie przy niej, nie pozostawiając jej ani chwili wytchnienia. W końcu nadszedł 2 Października, dzień łez i błogosławieństwa, kiedy to Jezus zerwał swój pierwszy kwiat (9), który po latach stał się matką pozostałych, gdy przybyły, by znowu połączyć się razem.

Dziś jeszcze widzę to miejsce, na którym otrzymałam ostatni pocałunek Pauliny. Następnie Ciocia zabrała nas na Mszę św., a Tatuś podążył na górę Karmelu złożyć swą pierwszą ofiarę… Cała rodzina płakała, toteż kiedyśmy wchodzili do kościoła, ludzie patrzyli na nas ze zdziwieniem; mnie było to jednak najzupełniej obojętne i nie przestawałam płakać. Miałam wrażenie, że wszystko wokół mnie się zawaliło i nie zwracałam na nic uwagi; patrzyłam na błękitne Niebo dziwiąc się, że słońce może świecić tak jasno, kiedy moja dusza pogrążona jest w smutku!… Sądzisz może, droga Matko, że przesadzam, mówiąc o bólu, jaki wówczas odczuwałam?… Zdaję sobie sprawę, że nie powinien on być aż tak wielki, skoro miałam nadzieję odnaleźć Cię w Karmelu; dusza moja była jednak DALEKA od dojrzałości i trzeba mi było przejść jeszcze przez bardzo wiele doświadczeń zanim dotarłam do tak upragnionego kresu…

Dzień 2 Października był wyznaczony na powrót do Opactwa, musiałam więc udać się tam pomimo mego smutku… Po południu przyszła Ciocia, by zabrać nas do Karmełu; zobaczyłam tam moją drogą Paulinę za kratami… Jak bardzo cierpiałam w tej rozmównicy Karmelu! Opisując dzieje mej duszy, winnam powiedzieć drogiej Matce wszystko, a zatem wyznać również, że cierpienia poprzedzające jej wstąpienie nie dadzą się nawet porównać z tymi, które nastąpiły potem… W każdy czwartek szłyśmy całą rodziną do Karmelu i ja, przyzwyczajona rozmawiać z Pauliną „z serca do serca”, otrzymywałam zaledwie dwie lub trzy minuty pod koniec czasu przeznaczonego na rozmowę, minuty tak bardzo oczekiwane, które spędzałam we łzach, i odchodziłam z rozdartym sercem… Nie rozumiałam tego, że to przez delikatność wobec Cioci zwracałaś się głównie do Joanny i Marii, zamiast rozmawiać ze swymi córeczkami… nie rozumiejąc zaś, powtarzałam sobie w głębi serca: „Paulina jest dla mnie stracona!!!” Wśród tego cierpienia dziwnie prędko rozwijałam się wewnętrznie, do tego stopnia, że aż się rozchorowałam.

Choroba, na którą zapadłam, pochodziła zapewne od szatana, wściekłego z powodu Twojego wstąpienia do Karmelu; chciał się zemścić na mnie za to, czego w przyszłości miała go pozbawić u nasza rodzina. Nie wiedział on jednak, że słodka Królowa Nieba „czuwała nad swym delikatnym kwiatkiem i uśmiechała się z wysokości swego tronu, gotowa położyć kres burzy w chwili, gdy się zdawało, że jej kwiat zostanie złamany na zawsze…

Pod koniec roku zaczęłam cierpieć na nieustanne bóle głowy, ponieważ jednak były jeszcze znośne, mogłam się nadal uczyć i nikt się tym nie przejmował; trwało tak aż do Wielkanocy 1883 roku. W tym czasie Tatuś z Marią i Leonią wyjechali do Paryża, a mnie i Celinę zabrała Ciocia. Wieczorem Wuj wziął mnie do siebie i opowiadał mi o Mamusi i dawnych wspomnieniach w sposób tak czuły, że wzruszona do głębi zaczęłam płakać; stwierdził, że jestem zanadto wrażliwa, że potrzebuję więcej rozrywek i wspólnie z ciocią postanowili obmyślić jakiś sposób zrobienia nam przyjemności w czasie wielkanocnych wakacji. Mieliśmy tego wieczoru pójść do kółka katolickiego, ale Ciocia uważała, że jestem zanadto zmęczona i położyła mnie spać. Przy rozbieraniu dostałam dziwnych dreszczy: Ciocia sądząc, że jest mi zimno, otuliła mnie przykryciami i obłożyła gorącymi butelkami, ale nic nie było w stanie zmniejszyć dreszczy, które trwały całą noc. Wuj, kiedy wrócił z mymi kuzynkami i Celiną z kółka katolickiego, był ogromnie zdziwiony moim stanem, który wydawał mu się bardzo poważny; nie chciał się z tym jednak zdradzać, aby nie zaniepokoić Cioci. Rano przyprowadził doktora Notta (10), który skonstatował – podobnie jak Wuj – że choroba jest bardzo ciężka i nigdy nie spotykane u takich małych dzieci. Wszyscy byli skonsternowani; Ciocia musiała zatrzymać mnie u siebie i pielęgnowała z troskliwością iście macierzyńską. Kiedy Tatuś powrócił z Paryża z mymi starszymi siostrami, Aimée (11) przywitała ich z niezmiernie smutną miną, po której Maria sądziła, że umarłam…

Choroba ta jednak nie była na śmierć, ale raczej, jak choroba Łazarza, na to, by Bóg był przez nią uwielbiony (12). I był rzeczywiście uwielbiony przez podziwu godną rezygnację mego biednego Tatusia, który przypuszczał, że „jego córeczka dostanie pomieszania zmysłów, albo – co bardziej prawdopodobne – umrze”. Był On także uwielbiony przez Marię!… Ach! ileż ona wycierpiała z mego powodu… jakże jej jestem wdzięczna za bezinteresowne starania, jakimi mnie otaczała… serce dyktowało jej, czego mi było potrzeba, a serce Matki jest mądrzejsze od lekarzy; odgaduje ono, czego dziecku potrzeba w chorobie…

Biedna Maria była zmuszona zamieszkać u Wuja, ponieważ przeniesienie mnie do Buissonnets było niemożliwe. Tymczasem zbliżały się obłóczyny Pauliny (13); uważano, by przy mnie o tym nie wspominać, ponieważ wszystkim było wiadomo, jak bardzo jest mi smutno, że nie będę mogła udać się na nie; ja jednak rozmawiałam o tym często mówiąc, że będę się czuła na tyle dobrze, by móc zobaczyć moją drogą Paulinę. – I rzeczywiście, Dobry Bóg nie chciał odmówić mi tej pociechy, chcąc przy tym pocieszyć też swoją drogą Oblubienicę, która tak bardzo cierpiała z powodu choroby swej córeczki… Zauważyłam, że Jezus nie chce doświadczać swych dzieci w dniu ich zaręczyn; to święto winno być dniem bezchmurnym i przedsmakiem radości Raju. Czyż nie wskazywał na to już pięciokrotnie?… (14) Mogłam więc uściskać moją drogą Matkę, usiąść na jej kolanach i pieścić ją czule… Mogłam podziwiać, jak była urocza w białym stroju Oblubienicy… Ach! był to piękny dzień pośród mego ponurego doświadczenia, ale ten dzień przeszedł szybko… Wkrótce trzeba było wsiąść do pojazdu, który mnie uniósł bardzo daleko od Pauliny… bardzo daleko od mego drogiego Karmelu (15). Po powrocie do Buissonnets położono mnie do łóżka, mimo mych zapewnień, że jestem zupełnie zdrowa i nie potrzebuję pielęgnacji.

Niestety, nie był to jeszcze koniec mego doświadczenia!… Nazajutrz poczułam się jak poprzednio i choroba przeszła w tak ciężki stan, że według ludzkiej rachuby nie powinnam była wyzdrowieć… Nie wiem, jak opisać tę przedziwną chorobę; teraz tłumaczę ją sobie jako dzieło szatana, ale długi czas po odzyskaniu zdrowia byłam przekonana, że udawałam chorą, i to było prawdziwym męczeństwem dla mojej duszy…

Zwierzyłam się z tego Marii, która z właściwą sobie dobrocią uspokajała mnie, jak tylko się dało; spowiadałam się z tego, i spowiednik również usiłował mnie uspokoić mówiąc, że niepodobieństwem jest udawać tak poważną chorobę jak moja. Dobry Bóg chciał mnie zapewne oczyścić a przede wszystkim upokorzyć pozwalając, by to wewnętrzne męczeństwo trwało aż do mego wstąpienia do Karmelu, gdzie Ojciec naszych dusz (16) podźwignął mnie z wszystkich mych wątpliwości jakby przez podanie ręki, i odtąd w pełni odzyskałam pokój.

Moja obawa o udawanie choroby nie powinna się wydawać dziwna, ponieważ mówiłam i czyniłam rzeczy, o których nie myślałam, prawie nieustannie zdawało mi się, że majaczę, mówiąc słowa bez sensu, a równocześnie miałam pewność, że ani przez chwilę nie byłam pozbawiona używania rozumu… Częste pozostając bez ruchu, sprawiałam wrażenie zemdlonej, i pozwoliłabym zrobić z sobą wszystko, co się komu podobało, nawet zabić; równocześnie słyszałam wszystko, co koło mnie mówiono i dotąd jeszcze to pamiętam… Raz mi się zdarzyło, że długo nie mogłam otworzyć oczu i otworzyłam je na chwilę dopiero wtedy, gdy zostawiono mnie samą…

Jestem przekonana, że szatan miał zewnętrzną moc nade mną, ale do mojej duszy i mego umysłu mógł się zbliżyć tylko po to, by wzniecać we mnie ogromną trwogę na widok różnych rzeczy, na przykład bardzo zwyczajnych lekarstw, do przyjęcia których na próżno usiłowano mnie skłonić. Jeśli jednak Dobry Bóg pozwolił zbliżać się do mnie szatanowi, to zesłał mi również widzialnych aniołów… Maria była nieustannie przy moim łóżku, pielęgnując mnie i pocieszając jak czuła Matka; nigdy nie okazała najmniejszego znudzenia, choć przysparzałam jej wiele kłopotu nie pozwalając, by się choć na chwilę oddaliła ode mnie. Mimo to musiała odchodzić razem z Tatusiem na posiłki, a wtedy przez cały czas nieobecności bez przerwy ją wołałam. Wiktoria, która mnie pilnowała, była niejednokrotnie zmuszona iść szukać mojej drogiej „Mamy”, jak ją nazywałam… Kiedy Maria chciała wyjść, wolno jej było tylko udać się na mszę św. lub by zobaczyć Paulinę; wtedy nic nie mówiłam…

Wujostwo byli również bardzo dobrzy dla mnie; moja kochana Ciocia codziennie przychodziła, by mnie zobaczyć, i rozpieszczała mnie na tysiąc sposobów. Przychodzili mnie odwiedzać także inni członkowie rodziny, ale błagałam Marię, by im mówiła, że nie chcę przyjmować wizyt; przykro mi było oglądać postacie siedzące w JEDNYM RZĘDZIE wokół mego łóżka i patrzące na mnie jak na ciekawe zwierzę. Lubiłam jedynie odwiedziny Wujostwa (17).

– Nie potrafię wyrazić, jak od tej choroby pogłębiły się moje uczucia, które żywiłam dla nich; zrozumiałam lepiej niż dotąd, że nie byli dla mnie jedynie zwykłymi krewnymi. Ach! miał rację Tatuś, kiedy powtarzał nam dopiero co zapisane słowa. Doświadczyłam później, że się nie mylił (18), a teraz wspomaga i błogosławi tych, którzy otoczyli go tak pełnym oddania staraniem… Ja zaś będąc odsuniętą od świata i nie wiedząc jak okazać swą wdzięczność, mam tylko jeden sposób ulżenia memu sercu: modlić się za krewnych, których kocham, a którzy byli i pozostali tak dobrzy dla mnie!

Leonia była dla mnie również bardzo dobra i na wszelki sposób usiłowała mnie zabawić; ja jednak sprawiałam jej nieraz przykrość, ponieważ dobrze wiedziała, że nie może mi zastąpić Marii…

A moja droga Celina, czegóż ona nie dokazywała dla swej Tereni?… W Niedzielę, zamiast pójść na przechadzkę, zamykała się na całe godziny z biedną córeczką, która sprawiała wrażenie idiotki; trzeba było naprawdę kochać, by nie uciec ode mnie… Ach! moje drogie Siostrzyczki, ileż to sprawiłam wam bólu!… nikt nie przysporzył wam tyle troski co ja i nikt też nie doznał tyle miłości, ile mnieście okazały… Na szczęście w Niebie będę mogła wam za to odpłacić mój Oblubieniec jest nader bogaty, toteż czerpiąc ze skarbów Jego miłości, będę wynagradzać wam to, coście przeze mnie wycierpiały…

Największą moją pociechą podczas choroby było otrzymanie listu od Pauliny… Czytałam go w nieskończoność, aż w końcu nauczyłam się na pamięć… Razu pewnego przysłałaś mi, droga Matko, klepsydrę (19) i jedną z mych lalek przebraną za karmelitankę; nie jestem w stanie wypowiedzieć, jak wielką radość mi to sprawiło… Wuj był niezadowolony, mówił, że zamiast poddawać mi myśli o Karmelu, należałoby usuwać je z mojej pamięci; ja jednak czułam coś wręcz przeciwnego, że właśnie nadzieja zostania kiedyś karmelitanką trzyma mnie przy życiu… Sprawiało mi radość, kiedy mogłam pracować dla Pauliny; robiłam dla niej zabaweczki z bristolu, a ważniejszym jeszcze zajęciem było splatanie wieńców ze stokrotek i niezapominajek dla Najświętszej Panny. Był właśnie piękny miesiąc maj; cała natura stroiła się w kwiaty i oddychała radością, tylko „mały kwiatek” opadał z sił i zdawał się więdnąć na zawsze… Jednakże i on miał obok siebie Słońce, a była nim cudowna Figura Najświętszej Panny, która dwukrotnie przemówiła do Mamusi. Często, bardzo często mały kwiatek zwracał swój kielich w stronę tej błogosławionej Gwiazdy… Pewnego dnia zobaczyłam, jak Tatuś wszedłszy do pokoju Marii, gdzie leżałam w łóżku, podał jej z wyrazem ogromnego smutku kilka złotych monet i polecił, by napisała do Paryża zamawiając Msze św. u Matki Bożej Zwycięskiej z prośbą o uzdrowienie jego córeczki. Ach! jakże byłam wzruszona patrząc na tak wielką Wiarę i Miłość mego kochanego Króla! Chciałam móc mu powiedzieć, że będę zdrowa, ale dość już było złudnych radości; moje pragnienia nie mogły zdziałać cudu, a jedynie cud mógł mnie uzdrowić… Trzeba było cudu i cud ten uczyniła Matka Boża Zwycięska. W Niedzielę (20) (podczas nowenny Mszy świętych) Maria wyszła do ogrodu zostawiwszy mnie z Leonią, która czytała przy oknie; po upływie kilku minut zaczęłam wołać bardzo cichutko: „Mamo… Mamo…”. Leonia przyzwyczajona do mego nieustannego wołania nie zwracała na mnie uwagi. Trwało to już długo, więc zawołałam bardzo głośno i w końcu Maria wróciła. Widziałam doskonale wchodzącą, ale nie mogłam powiedzieć jej, że ją poznałam, i w dalszym ciągu wzywałam jej coraz głośniej: „Mamo…”. Cierpiałam bardzo w tej przymusowej i niewytłumaczalnej walce, a Maria cierpiała chyba jeszcze więcej niż ja; daremnie usiłując mi pokazać, że jest przy mnie, rzuciła się w końcu wraz z Leonią i Celiną na kolana przy moim łóżku. Zwracając się do Najświętszej Panny i błagając Ją z żarliwością Matki, proszącej o życie dla swego dziecka, Maria uzyskała to, czego pragnęła…

Biedna Terenia nie znajdując żadnego ratunku na ziemi, zwróciła się również do swej Niebieskiej Matki i prosiła Ją z całego serca, by się wreszcie nad nią zlitowała… Nagle Najświętsza Panna wydała mi się piękna, tak piękna, że nigdy nie widziałam nic równie pięknego. Jej twarz tchnęła dobrocią i niewypowiedzianą czułością, ale tym, co przeniknęło mnie aż do głębi duszy, był „czarujący uśmiech Najświętszej Panny”. Rozwiały się wszystkie moje utrapienia; dwie wielkie łzy wysunęły się spod powiek i cicho spłynęły po policzkach, a były to łzy niezmąconej radości… Ach! pomyślałam, Najświętsza Panna uśmiechnęła się do mnie, jakże jestem szczęśliwa… (21) ale nigdy nikomu o tym nie powiem, bo wtedy zniknie moje szczęście. Bez żadnego wysiłku spuściłam oczy i ujrzałam Marię, która patrzyła na mnie czule; zdawała się być bardzo wzruszoną i domyślać się, że otrzymałam jakąś łaskę od Najświętszej Panny. Ach! jej to zawdzięczam, jej wzruszającej modlitwie, że otrzymałam łaskę uśmiechu Królowej Niebios. Widząc mój wzrok utkwiony w Najświętszą Pannę, powiedziała sobie: „Teresa jest uzdrowiona!” Tak, mały kwiatek powracał do życia; jasny Promień, który go ogrzał, zdawał się nie wstrzymywać swych dobrodziejstw; nie działał nagle, ale łagodnie i słodko podnosił kwiat umacniając go tak dalece, że po pięciu latach rozkwitnął na żyznej górze Karmelu.

Jak już wspomniałam Maria odgadła, że Najśw. Panna obdarzyła mnie jakąś tajemniczą łaską, toteż kiedyśmy zostały same, zapytała mnie, co widziałam. Nie byłam w stanie oprzeć się tak serdecznym i tak naglącym pytaniom; dziwiąc się, że moja tajemnica została odkryta, mimo że jej sama nie ujawniłam, zwierzyłam się mojej drogiej Marii ze wszystkiego… Niestety, przeczucie nie myliło mnie; moje szczęście znikło i ustąpiło miejsca goryczy; przez cztery lata wspomnienie cudownej łaski, którą otrzymałam, było dla mojej duszy prawdziwą udręką; szczęście moje miałam odnaleźć dopiero u stóp Matki Bożej Zwycięskiej (22), a wtedy zostało mi zwrócone w całej pełni… O tej drugiej łasce Najświętszej Panny opowiem później… Obecnie, moja droga Matko, trzeba mi opowiedzieć, jak to moja radość zmieniła się w smutek. Maria wysłuchawszy mego naiwnego i szczerego opowiadania o „małej łasce” poprosiła o pozwolenie powtórzenia tego w Karmelu, a ja nie mogłam się sprzeciwić… Podczas pierwszej wizyty w mym drogim Karmelu rozradowałam się na widok mej drogiej Pauliny w habicie Najświętszej Panny; były to chwile bardzo słodkie dla nas obu… Tyle rzeczy miałyśmy sobie do powiedzenia, a ja nie byłam w stanie wypowiedzieć tego wszystkiego, co przepełniało mi serce… Dobra Matka M. od św. Gonzagi również tam była, dając mi niezliczone dowody miłości; widziałam też inne siostry i w ich obecności pytano mnie o łaskę, którą otrzymałam, prosząc, abym powiedziała, czy Najśw. Panna miała na ręku maleńkiego Jezusa, czy było dużo światła itd. Wszystkie te pytania zaniepokoiły mnie i sprawiły mi przykrość; mogłam powiedzieć tylko jedno: „Najświętsza Panna wydała mi się bardzo piękną… i widziałam, jak się do mnie uśmiechnęła”. Uderzyła mnie jedynie Jej postać; widząc więc, że karmelitanki spodziewały się czegoś innego (już wcześniej zaczęły się udręki dotyczące powodu mej choroby), wyobraziłam sobie, że skłamałam… Gdybym zachowała moją tajemnicę, zachowałabym na pewno i moje szczęście, ale Najśw. Panna zezwoliła na to udręczenie dla dobra mojej duszy; być może, że bez niego przychodziłyby mi myśli pełne próżności, tymczasem moim udziałem stała się pokora; nie mogłam patrzeć na siebie bez głębokiego obrzydzenia… Do jakiego stopnia cierpiałam, o tym będę mogła powiedzieć dopiero w Niebie…


(1) Nazwa ta oznacza pensjonat prowadzony przez siostry Benedyktynki w Lisieux, założony na początku XVI w. i należący do opactwa Notre-Dame-du-Pré.

(2) Gra dla dziewczynek bardzo dawniej popularna.

(3) „Małe Maudelonde” były kuzynkami Joanny i Marii Guérin. Pani Maudelonde, siostra pani Guérin, miała trzy córki: Małgorzatę, Celinę i Helenę, oraz dwóch synów.

(4) Ten piękny park w kształcie gwiazdy ciągnął się wzdłuż ulicy Pont-l’Eveque, na lewo od wzniesienia, na którym leżało Buissonnets.

(5) Pierwsza Komunia św. Celiny była we czwartek, 13 maja 1880 roku.

(6) Maria Guérin. Wstąpiła ona do Karmelu 15 sierpnia 1895 roku i otrzymała imię: Maria od Eucharystii.

(7) Karmelitanki rozmawiając przy kracie z małymi dziećmi, odsłaniają twarz.

(8) Karmelitanki zwracają się w ten sposób do matki przeoryszy.

(9) Paulina wstąpiła do Karmelu w poniedziałek, 2 października 1882 roku.

(10) Chirurg, który już leczył panią Martin w 1876 roku.

(11) Aimée (Amata) Roger, kucharka u rodziny Guérin.

(12) Por. J 11, 4.

(13) Ceremonia odbyła się 6 kwietnia 1883 roku.

(14) Aluzja do obłóczyn czterech jej sióstr i własnych.

(15) Po powrocie z Karmelu odwieziono Teresę do Buissonnets a nie do państwa Guérin, gdzie zachorowała.

(16) Odnosi się to do o. Almira Pichon TJ., urodzonego w Ste Marguerite-de-Carrouges koło Alençon w 1843 roku. Ten sławny kaznodzieja rekolekcyjny umarł w opinii świętości w Paryżu 15 listopada 1919 roku. Był on świadkiem na procesie beatyfikacyjnym Teresy.

(17) Fragment (-…-), który potem następuje, umieściła Teresa w formie przypisu u dołu karty 29 r.

(18) Państwo Guérin otaczali swego szwagra serdecznym staraniem w ostatnich latach jego życia.

(19) Zegar piaskowy.

(20) Niedziela Zesłania Ducha Świętego, 13 maja 1883 r.

(21) W tym miejscu rękopis jest wydrapany, ale można odczytać: „Ona zbliżyła się (albo: nachyliła?) ku mnie” (tekst wątpliwy).

(22) Było to 4 listopada 1887 roku, w przeddzień pielgrzymki do Rzymu.

Zobacz podobne wpisy

26 września, 2016

Novissima verba

"Gdyby nawet, co jest niemożliwe, Pan Bóg sam nie widział moich dobrych uczynków, nie byłabym tym zasmucona. Tak Go kocham, że chciałabym Go rozweselać moją miłością i małymi ofiarkami, chociażby nie wiedział, że ode mnie pochodzą". "Gdy się z cichością przyjmuje upokorzenie pochodzące z naszych niedoskonałości, wówczas łaska Boża w tej chwili powraca..."