Dziecko Ludwika i Zelii
o. Konrad de Meester OCD
Alençon, ulica Saint-Blaise 36. W ten czwartek, 25 czerwca 1874 roku, Zelia Martin przyjęła właśnie swoje robotnice. Jest właścicielką „zakładu koronki Alençon” i w każdy czwartek, udając się na targ, koronczarki przynoszą jej swe koronki – kawałeczki 15 x 20 cm, które Zelia musi następnie połączyć według wzoru zamówionego przez paryskie domy.
Aby odpocząć, Zelia – równie zręczna w piórze jak i w igle – pisze do starszych córek, Marii i Pauliny, pensjonariuszek w klasztorze wizytek w Mans, do którego wstąpiła jej jedyna siostra, Maria Ludwika Guérin.
Pięcioro dzieci to dużo. Choć ciągle za mało! Jakże Zelia chciałaby zatrzymać dwóch chłopczyków i dwie córeczki, które śmierć wyrwała jej macierzyńskiej miłości. Z pięciorga, które pozostały, Maria i Paulina mają odpowiednio czternaście i trzynaście lat i są bardzo obiecujące. Leonia, trzecia z kolei, ma lat jedenaście; dziecko to, o charakterze nieco dzikim i upartym, przysparza jej nieustannie zmartwień. Później przychodzi Celina, lat pięć, i Teresa – najmłodsza, półtora roku, jej największy skarb.
Serce Zelii wciąż jest przy dzieciach. Właśnie dwie najmłodsze bawią się w ogrodzie z tatusiem, jej mężem Ludwikiem. „Wasz ojciec zawiesił przed chwilą huśtawkę”, pisze, „Celina nie posiada się z radości, ale trzeba widzieć huśtającą się małą. Śmieszne to, ale ona zachowuje się jak duża dziewczynka, nie ma obawy, by wypuściła sznur z ręki, a gdy nie huśta się dość mocno – krzyczy. Przywiązujemy ją z przodu drugim sznurem, mimo to jednak nie jestem spokojna, widząc ją wzbijającą się tak wysoko…”.
Jakże Teresa mogłaby podzielać ten niepokój? Obok jest przecież tata, jej „król”, którego silną rękę czuje za każdym powrotem huśtawki, i który zbyt łagodnie popycha ją do przodu. Jeszcze raz! Wyżej!
Taka właśnie jest nasza mała. Ciągle wyżej! Pewnego dnia porówna świętość do szczytu góry. Wyżej! Aż do Nieba, o ile to możliwe! W tym domu przy ulicy Saint-Blaise mówi się często o Niebie. To cel ich życia. Jakże ci państwo Martin są praktyczni; to duchowi realiści.
Ludwik uśmiecha się widząc radość i zaufanie małej, dziewiątego dziecka… W zupełności zgadza się z tym, co jego żona pisze w długich listach do Marii i Pauliny, czy do siostry w Mans i brata Izydora Guérin, aptekarza w Lisieux. „Wydaje mi się być bardzo inteligentna… Będzie ładna i teraz jest już pełna wdzięku” (Correspondance familiale, Office Central de Lisieux, 1958, nr 117). „Staje się coraz milsza, szczebiocze od rana do wieczora” (CF 118). „Jest bardzo inteligentna i prawi nam bardzo zabawne mowy. Umie się już modlić do Dobrego Boga!” (CF 130).
Coraz wyżej! W końcu, Terenia męczy się. Nigdy przecież nie dochodzi się tak wysoko jak by się chciało… I nagle, oczom jej „kochającego i wrażliwego” serca (A4v) otwiera się inny świat: mama!
Ma rację, myśli Ludwik, że szuka matki! Co za żona… Czy mógł ją sobie wyobrazić taką szesnaście lat temu?! Miał wtedy 35 lat i nie myślał o małżeństwie zadomowiwszy się na dobre w kawalerskim życiu.
Urodził się 22 sierpnia 1823 roku w Bordeaux, gdzie stacjonował batalion jego ojca, Piotra Martin, kapitana armii francuskiej, zatrzymanego w momencie urodzin Ludwika w Hiszpanii, z powodu kampanii. Wojskowi i ich rodziny są tak ruchliwi… Odnajdujemy małego Ludwika w wieku czterech lat i sześciu miesięcy z drugiej strony Francji, w Strasburgu. Trzy lata później przybywa do Alençon, do Normandii swego ojca. Z pewnością studiował u Braci Szkół Chrześcijańskich, lecz jego studia mało przypominają naukę typowego ucznia – to raczej studia samouka, który kocha literaturę i uczy się niemieckiego.
Ludwik Martin znany jest przede wszystkim z opisu, jaki dała nam jego córka, Teresa, w swych Rękopisach: starzec czcigodny i pobożny, uwielbiający dzieci, trochę marzyciel, żyjący ze swej renty. To „Ludwik Martin II”. „Ludwik Martin I”, przeciwnie, to młody człowiek, który z wytrwałością i łagodnym uporem toruje sobie drogę, wypracowuje cierpliwie swój plan, zdobywa swoje miejsce w społeczeństwie. W wieku 19 lat opuszcza Alençon i kończy długie staże ucznia-zegarmistrza w rodzinie lub u przyjaciół: rok w Rennes, cztery lata w Strasburgu, trzy w Paryżu, gdzie zastaje go burzliwa rewolucja 1848 roku z abdykacją króla Ludwika Filipa i elekcją prezydenta republiki, Ludwika Napoleona Bonaparte.
Jako syn wojskowego, Ludwik jest człowiekiem porządku i obowiązku, odważnym, zawsze gotowym do działania i do podejmowania decyzji. „Od zamiaru do spełnienia nie jest u mnie daleko”, napisze później do swego przyjaciela Nogrix. Skłonny do medytacji, głęboko religijny, nosi w sobie pragnienie życia zakonnego – nawet jeśli przez całe życie zachował upodobanie do podróży. Jako dwudziestoletni młodzieniec odwiedza Samotnię na przełęczy świętego Bernarda; dwa lata później wraca tam, prosząc o przyjęcie go do kanoników świętego Augustyna. „Zawsze myślałam”, zaświadczy potem jego córka Celina, „że w jego pragnieniu życia zakonnego, w jego wyborze świętego Bernarda, by żyć na szczytach, z daleka od tumultu miast, obecne było to upodobanie do ryzyka, by spieszyć na pomoc podróżnym, którzy na lodowcach znaleźli się w niebezpieczeństwie”
Zakonnicy nie odmawiają Ludwikowi, proszą go tylko, by uzupełnił studia. Będzie zatem uczęszczał na prywatne lekcje łaciny. Po półtora roku przerywa tę trudną naukę. Wszystko koncentruje się teraz na przyszłej praktyce zegarmistrza. W wieku 27 lat, w listopadzie 1857 roku, kupuje w Alençon, przy ulicy Pont-Neuf numer 15, dom, w którym zakłada warsztat zegarmistrzowski, uzupełniając go wkrótce o jubilerski sektor. Bierze do siebie swych ciężko doświadczonych rodziców, którzy utracili już trójkę dzieci w wieku dziewięciu, dwudziestu pięciu i dwudziestu sześciu lat.
Interesy idą dobrze. W ciągu siedmiu lat spłaca zaciągnięte długi i kupuje na obrzeżach miasta ogród z maleńką, sześcioboczną, dwupiętrową wieżą: „Pawilon”, który staje się miejscem jego modlitwy i lektury. Praca, wyprawy na ryby, przyjaciele z Kółka Vitala Romet, dzieła dobroczynne w parafii i codzienna Msza – przy tym wszystkim samotność jego zdaje się ofiarować, co dusza zapragnie.
Inaczej widzi rzeczy jego matka, niespokojna o los syna kawalera. Czy to ona właśnie proponuje mu małżeństwo z Paulina Romet (propozycja, która spełzła na niczym z powodu dość „liberalnych” poglądów rodziny Romet, jak wyjaśni Celina)? Jakkolwiek by nie było, kolejna propozycja Fanny Martin jest szczęśliwsza. W szkole koronczarek Alençon, do której chodzi, dostrzega Zelię Martin, diament, o którym rozmawia bezzwłocznie z synem jubilerem.
To dziwne błogosławione małżeństwo!
Wzruszony, w ów pamiętny czwartek 24 czerwca 1874 roku, w ogrodzie przy ulicy Saint-Blaise, Ludwik uśmiecha się wspominając… Tak, Zelia to coś innego! Stwierdził to już przy pierwszym spotkaniu: w przypadku Zelii nie ma mowy o pomyłce. Energiczna dziewczyna o jasnym sercu, praktycznym umyśle i pracowitych rękach, a do tego głęboko wierząca.
Oto charakterystyczny dla jej religijnej duszy i pragnienia czynnego poświęcenia się ubogim moment: pewnego dnia (miała osiemnaście czy dziewiętnaście lat), Zelia poprosiła o przyjęcie jej do Córek Miłości, sióstr świętego Wincentego a Paulo, które w hospicjum w Alençon poświęcają swe życie Panu służąc przebywającym tam chorym. Przełożona nie rozpoznaje u niej powołania. Zelia nie nalega i pojmuje, że jej powołaniem będzie stać się matką dzieci, które, jeżeli zechce tego Bóg, poświęcą Mu się. Później niejednokrotnie przeczytamy w jej korespondencji o pragnieniu posiadania wśród swych dzieci „świętego” i, oczywiście, kapłana, misjonarza.
13 lipca 1858 roku, w kościele Najświętszej Maryi Panny, o północy (jak było to wtedy w zwyczaju), Ludwik Martin (35 lat) i Zelia Guérin (lat 25), wypowiadają przed Bogiem swoje tak. Wymieniają obietnice wierności, której symbolem są obrączki, i serca w pierwszym spojrzeniu małżonków.
Dzisiaj wydaje się to tak nieprawdopodobne… A przecież było typowe dla wielu dziewcząt w tamtych czasach, kiedy seks otaczano najczęściej kompletnym milczeniem: Zelia, o sercu doskonale czystym, pragnąc zostać matką, nie miała najmniejszego pojęcia o rzeczywistości małżeńskiej…
Potężny szok emocjonalny, gdy ją poznaje. Ludwik okazuje wiele taktu. Postanawiają wspólnie żyć jak brat z siostrą, w jedności serca, modlitwy i wspólnocie dóbr. Czyż obydwoje nie marzyli kiedyś o życiu konsekrowanym? A przecież nie szukają łatwego, spokojnego życia, gdyż bardzo szybko przygarniają w domu przy ulicy Pont-Neuf małego chłopca z ubogiej rodziny. Po dziesięciu miesiącach i po kolejnej rozmowie z księdzem, postanawiają mieć dużo dzieci. Będą ich mieli dziewięcioro.
Trudno nam to pojąć. To tak naiwne i piękne zarazem. Z jednej strony, gdzie szukać logiki małżeństwa, które Zelia zawarła w sposób tak nieprzygotowany? Z drugiej jednak, jaki respekt w sercu i ciele Ludwika, jaka siła ducha w oczekiwaniu i wyrzeczeniu. Z oczyma utkwionymi w Bogu pragną Mu się poświęcić; słuchając Go powtórnie, postanawiają mieć liczne potomstwo. Teresa, dziewiąta z kolei, dostrzegnie wymiar Opatrzności, która zrządziła o narodzeniu małego kwiatka: „To Jezus sprawił, że wyrósł on na ziemi świętej i do głębi przesiąkniętej wonią dziewictwa” (A 3v).
Wielkoduszna Zelia
Niemal dwadzieścia lat później, kilka dni po śmierci siostry wizytki, którą odwiedzili w sam dzień ślubu, i która piętnaście lat potem wspomina o ich „sekrecie”, Zelia pisze do swej córki Pauliny: „Twój ojciec miał upodobania podobne do moich, sądzę nawet, że nasze wzajemne uczucie wzrosło z tego powodu. Żyliśmy w harmonii i zawsze był dla mnie pociechą i podporą. Ale kiedy pojawiły się dzieci, nasze poglądy nieco się zmieniły; żyliśmy już tylko dla nich, to było nasze szczęście, znajdowaliśmy je tylko w nich. Nic nas już nie kosztowało; świat przestał być ciężarem. Dla mnie było to dużym pocieszeniem i chciałam ich mieć dużo, by wychowywać je dla Nieba” (CF 192).
Powróćmy do małej Teresy. Owego 25 czerwca 1874 roku, zmęczona jest huśtawką i szuka mamy, świata ciepła i bezpieczeństwa. „Właśnie maleńka przyszła pogłaskać mnie rączką po twarzy i uściskać”, pisze Zelia. „To biedne małe nie chce mnie ani na chwilę opuścić, jest stale ze mną; bardzo lubi chodzić do ogrodu, ale jeśli mnie tam nie ma, nie chce zostać i płacze tak długo, aż ją do mnie przyprowadzą… Szczęśliwa jestem, że mnie tak kocha, lecz czasami staje się to krępujące!” Zwłaszcza w czwartki, kiedy robotnice przynoszą swe koronki!
Dzień wcześniej, Zelia pisała jeszcze do swej szwagierki z Lisieux, drogiej jej Celinie Fournet, która przez ślub z Izydorem stała się panią Guérin: „Teresa zaczyna już prawie wszystko mówić. Staje się coraz wdzięczniejsza, choć nie jest wcale małym obciążeniem, zapewniam Was, gdyż ciągle jest obok mnie i trudno mi pracować. Dlatego, by nadrobić stracony czas, siedzę nad koronką do dziesiątej wieczorem, a wstaję o piątej. Ponadto, raz albo dwa razy muszę jeszcze wstawać w nocy. Ostatecznie jednak, im więcej trudu, tym lepiej go znoszę!”
Zelia kocha swe dzieci! Na ostatnią, Teresę, tak bardzo czekali! Dwa tygodnie przed jej narodzeniem, szczęśliwa mama zwierza się szwagierce: „Czekam teraz codziennie na mojego aniołka… Jeśliby mi dobry Bóg dał tę łaskę, bym sama mogła karmić – to wychowanie będzie dla mnie tylko przyjemnością. Kocham dzieci do szaleństwa. Urodziłam się po to, by je mieć” (CF 83).
Oczekiwać Teresy, to jakby nosić w sobie głęboką muzykę. Matka i dziecko wibrują w tym samym tonie, ta pierwsza zaledwie ośmiela się wyznać szwagierce: „Kiedy nosiłam ją w sobie, zauważyłam coś, co nigdy nie zdarzyło mi się przy innych dzieciach: kiedy śpiewałam, ona śpiewała wraz ze mną… Zwierzam się z tego tylko Tobie, nikt inny by w to nie uwierzył” (CF 85). Trzy lata później napisze: „Jaka jestem szczęśliwa, że ją mam! Myślę, że kocham ją bardziej niż wszystkich pozostałych, pewnie dlatego, że jest najmłodsza” (CF 158).
Mieć dzieci po to, by je kochać – to pozwala Zelii zapomnieć o jej własnym smutnym dzieciństwie. Nie będzie dla swoich dzieci taką, jaką była dla niej jej matka… Trzy łata po ślubie, Izydor Guérin, wojskowy, później żandarm, i jego żona, Ludwika Joanna Mace, mieli pierwsze dziecko – Marię Luizę, przyszłą wizytkę. Dwa i pół roku później przyszła na świat Zelia; 23 grudnia 1831 roku – dziecko prawie że bożonarodzeniowe. Dziewięć i pół roku później urodzi się najmłodszy syn Izydor. Cała trójka urodziła się w Saint-Denyssur-Sarthon, dwanaście kilometrów na północny zachód od Alençon. Ale w 1844 roku rodzina Guérin przeprowadza się do Alençon, na ulicę Saint-Blaise 36, gdzie urodzi się mała Teresa.
Summarium (II, 91) Procesu beatyfikacyjnego Zelii opisuje rodziców Guérin jako „bardzo typowe, każda na swój sposób, osobowości. Byli surowi, autorytatywni, wymagający. W przeciwieństwie do tego, co można by sobie wyobrażać, bardziej łagodny był ojciec niż matka; dzieci, które miały narodzić się z tego związku pierwsze miały odczuć ten kontrast. Wymagania państwa Guérin przejawiały się zresztą szczęśliwie w ich trosce o moralną integralność i religijną wierność. Wielki będzie tego wpływ na wychowanie dzieci”.
Nie ma wątpliwości: Zelia bardzo cierpiała z powodu tych „wymagań” rodziców. „Mimo, że bardzo tego pragnęła”, opowiada jej córka Celina, „nigdy w dzieciństwie nie miała lalki, nawet maleńkiej. Do tego dochodziły częste migreny, których przyczyną był surowy klimat”. Prawdą jest, że mama Guérin bardziej zwracała się ku starszej córce i najmłodszemu Izydorowi niż ku Zelii.
Zelia, która tak bardzo marzyła o lalce, kochać będzie niezmiernie swojego braciszka Izydora, młodszego od niej o dziesięć lat. Później, kiedy Izydor – już jako aptekarz – zdecyduje się osiedlić w dalekim Lisieux zamiast w sąsiednim Mans, gdzie można byłoby go łatwo odwiedzać, i gdzie mieszka już ich siostra wizytka, Zelia raz jedyny pozwoli sobie na gorzką skargę (to skarga, której nie trzeba oddzielać w tym okresie od wielkiego szczęścia bycia matką). Pisze, 7 listopada 1865 roku, do niezależnego brata: „Jestem tak rozczarowana! Widziałam Cię już w Mans i cieszyłam się, że od czasu do czasu wpadnę na chwilę; byłaby to cudowna odmiana w moim życiu, tak pracowitym i monotonnym. Ale co zrobić, trzeba zrezygnować ze wszystkiego; nigdy nie miałam w życiu przyjemności, nie, nigdy nie miałam tego, co zwą przyjemnością. Moje dzieciństwo, moja młodość smutne były jak całun. Matka, która ciebie rozpieszczała, dla mnie była bardzo surowa. Chociaż tak dobra, nie rozumiała mnie. Poza tym cierpiałam bardzo na serce”.
O ile szczegóły znane są dość skąpo, o tyle Okólnik nekrologiczny jej siostry zakonnicy ukazuje klimat rodzinny, w którym dominuje postać surowej pani Guérin, „prostej ale mocnej wiary”. To, co powiedziano w nim o Marii Luizie można z pewnością odnieść do Zelii. W rodzinie królowała „pewna atmosfera rygoru, przymusu i skrupułów”. „Słowo: to grzech powstrzymywało biedne dziecko [Marię Luizę] w jej najmocniejszych skłonnościach (…). Pani Guérin, która zauważyła u córki ową nadmierną obawę przed obrazą Boga, nieco zbyt często używała mocy tego zdania, by poprawić jej najdrobniejsze niedoskonałości. Maria Luiza pracowała dużo, a bardzo mało się bawiła.”
Opowiadano zwłaszcza, jak mała Maria Luiza, w zabawach czy tańcach z innymi dziećmi, „uważała za wielki grzech to, że znalazła się blisko jakiegoś chłopca; wymykała się, z wielkim drżeniem i z największą niezręcznością, prowokując w ten sposób złośliwe żarty na temat tego, co nazywano jej dzikim humorem”.
Na tle tego wszystkiego łatwiej zrozumieć niepokój i wstrzemięźliwość jej siostry Zelii w noc poślubną. Takt męża, jego spokojna obecność, a następnie lepsze zrozumienie dla dzieła Stworzenia przygotują ją do przyjęcia małżeństwa w całej jego logice. W późniejszym czasie, piękno płodnej miłości i radość posiadania dzieci będą ją dalej rozwijać.
Swoisty dar intuicji
Powróćmy jeszcze do przeszłości Zelii. Przez kilka lat sytuacja finansowa jej rodziców była bardzo ciężka; miała im ulżyć dopiero praca córek. W 1848 roku (Zelia będzie miała siedemnaście lat), dom przy ulicy Saint-Blaise podlega przebudowom – na parterze ma być otwarta kawiarnia, a na pierwszym piętrze sala bilardowa. Podczas, gdy emerytowany żandarm uprawiać będzie amatorsko stolarkę, jego żona poprowadzi kawiarnię. Małżonkowie mają nadzieję, że uzyskają w ten sposób niezbędne uzupełnienie dochodów. Nadzieje okazują się jednak płonne. Pani Guérin – osoba o bezkompromisowym charakterze – karci nieustannie klientów. Tym ostatnim nie podobają się jej morały i szukają mniej surowych miejsc rozrywki (por. Summarium II, 91).
Zelia posiada swoisty dar intuicji, których nie umie sobie wytłumaczyć. Fakty są jednak pewne. Przed dwudziestymi urodzinami odprawia nowennę do Niepokalanej Dziewicy prosząc o ukierunkowanie w pracy zawodowej: nagle, pamiętnego 8 grudnia 1850 roku, uzmysławia sobie jasno, tak jak gdyby dyktowała jej to Matka z Nazaretu: „Każ robić koronkę z Alençon”… Ów 8 grudnia pozostanie na zawsze w jej pamięci: „tego dnia otrzymałam dwukrotnie wielkie łaski”, pisze (CF 16), „to dla mnie wielkie święto” (CF 147).
Pomysł Zelii polegał więc nie na robieniu koronki z Alençon, która uchodziła za jedną z najpiękniejszych i najbardziej wyrafinowanych koronek, lecz (w wieku 20 lat!) na tym, by kazać ją robić, to znaczy zatrudnić robotnice do jej wytwarzania, a samej zająć się łączeniem i – w miarę potrzeb – poprawianiem fragmentów. „A trzeba było być nie lada mistrzem w łączeniu, by uczynić niewidocznymi łącza, rafę podwodną i chwałę wirtuozów”, pisze Ojciec Piat (Dzieje pewnej rodziny, Office Central de Lisieux, 1947, str. 42).
Matka Guérin zgadza się na plan Zelii. Pod warunkiem jednak, że… za przedsiębiorstwo odpowiedzialna będzie starsza córka, Maria Ludwika. Młodzi nie mają kontaktów z bogatymi rodzinami w Alençon, na dodatek miejscowość nie jest duża; trzeba więc będzie znaleźć odbiorców w Paryżu. Po uporczywych poszukiwaniach udaje się pozyskać zaufanie Domu Pigache, do którego Zelia staje się stałym dostawcą. Na Wystawie Przemysłowej Alençon otrzyma nawet imiennie pochwałę jury za „piękno” swych koronek, „bogactwo wzorów” i „umiejętne kierowanie”. Ma to miejsce 20 czerwca 1858 roku. Miesiąc później, Zelia wychodzi za mąż. Sama decyzja małżeństwa zostaje także podjęta na skutek nadzwyczajnej intuicji. Zwierzy się z tego swoim dzieciom. Pewnego dnia, przechodząc w Alençon przez most świętego Leonarda obejmujący rzekę Sarthe, mijając młodego dystyngowanego człowieka, którym jest Ludwik Martin, serce Zelii pojmuje, że „ten właśnie” będzie jej wybranym. Przez trzy miesiące, wiosną, Zelia i Ludwik będą się spotykać, rozmawiać ze sobą, szanować się i kochać miłością czystą i głęboką jak dwa zbiegające się jeziora. Decydują się połączyć swe serca i racje we wspólnym losie, jeszcze nieznanym, o którym sądzą, że jest wybrany i prowadzony przez Boga.
Po ślubie Zelia przenosi swe „biuro” do męża, na ulicę Pont-Neuf, numer 15, gdzie w mieszkaniu na piętrze mieszkają rodzice Martin. Ich sytuacja, dzięki intensywnej pracy uwieńczonej sukcesem, jest już niezła. Ludwik posiada dom z ogrodem i niewielką posiadłość, „Pawilon”; oprócz zakładu zegarmistrzowskiego, wnosi 11.000 franków (odpowiada to mniej więcej 75.000 dolarów amerykańskich na początku 1996 roku). Zelia przynosi w wianie i jako owoc swych osobistych oszczędności około 5.000 franków.
Radości i troski rodziców
O, nie! Dzieci Zelii nie będą cierpieć tego, co ona sama wycierpiała – za to Zelia ręczy! Lecz życie decyduje inaczej… Do radosnego oczekiwania pierwszego dziecka miesza się smutek krótkiej choroby, a później śmierci pani Guérin, 9 września 1859 roku.
Przychodzi jednak godzina życia, które Zelia po raz pierwszy, ze wzruszeniem, czuje w sobie. 22 lutego 1860 roku na świat przychodzi maleńka Maria Luiza (nazwana tak na cześć siostry Zelii, która trzy dni później składa profesję w zakonie sióstr wizytek). Na codzień zwać ją będą po prostu „Marią”. Wszystkie z dziewięciorga dzieci Zelii nosić będą jako pierwsze imię Maria.
7 września 1861 roku rodzi się Paulinka. Później, 3 czerwca 1863 roku, mała Leonia. Ta pierwsza trójka, którą mogła karmić sama, dożyje odpowiednio do 80, 90 i 78 lat.
Intymna troska, gdy nie może już karmić czwartego dziecka, Helenki, która rodzi się 13 października 1864 roku, i którą trzeba powierzyć mamce. Już wtedy Zelia zaczyna „trochę cierpieć” z powodu „guza na piersi” (CF 13), który rozwinie się w raka, i który stanie się – trzynaście lat później – powodem jej śmierci.
Przyjrzyjmy się przez chwilę macierzyńskiej miłości Zelii do małej nieobecnej. Zelia pisze 12 stycznia 1865 roku: „Mała Helenka ładnie rośnie, śliczna jest jak anioł. Poszłam ją odwiedzić w dzień Nowego Roku; zapewniam cię, że bardzo mi jej brak, ciągle o niej myślę. Ma bardzo dobrą mamkę, tryskającą zdrowiem” (CF 11).
5 marca: „Byłam odwiedzić w ostatni wtorek moją małą Helenkę. Wyszłam samiuteńka o siódmej rano, smagana deszczem i wiatrem. Możesz sobie wyobrazić moje zmęczenie w czasie drogi, lecz podtrzymywała mnie myśl, że za chwilę trzymać będę w ramionach przedmiot mej miłości. To słodki klejnocik, ta moja Helenka, jest zachwycająco piękna” (CF 12).
„Byłam dwa tygodnie temu zobaczyć moją małą, która jest u mamki; nie pamiętam takiego szczęścia jak to, które ogarnęło mnie, kiedy wzięłam ją w ramiona i kiedy uśmiechnęła się do mnie tak wdzięcznie, że zdało mi się, że widzę anioła; to dla mnie niezrozumiałe. Sądzę, że nie widziano jeszcze, i że nigdy nie ujrzy się tak uroczego dziecka. Moja mała Helenko, kiedyż będę miała szczęście bezgranicznie cię posiąść? Nie mogę pojąć, że to ja właśnie mam zaszczyt być matką tak rozkosznej istoty!… O! Nie żałuję, że wyszłam za mąż” (CF 13).
26 czerwca 1865 roku umiera dziadek, Piotr Martin. „Umarł jak święty”, pisze Zelia, „jakie życie taki koniec”. Śmierć ta – niby przeczucie tego, co nastąpi – wywiera na niej niesłychanie silne wrażenie: „Nigdy nie sądziłam, że może to na mnie tak wpłynąć: jestem przybita. Moja biedna teściowa spędziła przy nim wiele nocy pielęgnując go przez dwa i pół miesiąca, nie dopuszczając nikogo do pomocy. (…)
Wierz mi, śmierć mnie przeraża. Widziałam przed momentem teścia, ma tak sztywne ramiona i tak zimną twarz! I pomyśleć, że zobaczę tak moich bliskich, czy że oni mnie tak zobaczą!” (CF 14).
Porody następują szybko po sobie! Jakaż radość, 20 września 1866 roku, z narodzin małego Marii Józefa: w końcu chłopiec, który będzie mógł zostać księdzem i misjonarzem. Niestety, jego także trzeba powierzyć mamce, młodej wieśniaczce z Semallé, wioski położonej o 10 kilometrów od Alençon, Róży Taillé, którą zwać się będzie w rodzinie „Różyczką”, i której pewnego dnia powierzona zostanie mała Teresa.
„Byłam zobaczyć Józia”, pisze dumna mama 18 listopada 1866 roku. „Śliczny chłopczyk, jakiż on duży i silny! Nie można pragnąć więcej. Nigdy nie miałam dziecka, które tak ładnie się chowało – chyba tylko Maria. Ach! Gdybyś wiedziała, jak bardzo kocham mojego małego Józia! Sądzę, że moje szczęście się dopełniło!” (CF 19).
Lecz wkrótce… jaki niepokój! „Miałam szczęście widzieć mojego Józia w pierwszy dzień roku. Ubrałam go na to święto jak królewicza (…). Nazajutrz, o trzeciej nad ranem, usłyszeliśmy łomot do drzwi; wstajemy, otwieramy drzwi. Mówią nam: Proszę szybko przyjść, źle z waszym dzieckiem, chyba umrze. Domyślacie się, że nie zwlekałam z ubieraniem się. Chwilę potem byłam już w drodze na wieś, w tę najzimniejszą noc, nie bacząc na śnieg i lód. Nie prosiłam męża, by ze mną poszedł, nie bałam się, przeszłabym sama przez las; on jednak nie chciał, bym poszła bez niego. Biedny malec miał ostrą różę, jego twarz była w żałosnym stanie. Lekarz powiedział mi, że jego stan jest bardzo groźny, widziałam go już martwego!… Ale Dobry Bóg nie kazał mi tyle czekać na chłopca, by mi go tak szybko zabrać; chce mi go zostawić, mały jest już zdrowy” (CF 21). Niestety, miesiąc później, 14 lutego, pierworodny syn Żelii i Ludwika umiera… Nietrudno wyobrazić sobie, jaki cios zadaje to rodzicom.
Nie będzie to jedyna śmierć w rodzinie. Po trudnym porodzie i nieustannych chorobach, drugi syn – drugi Józef (Józef Jan Chrzciciel), również powierzony mamce „Różyczce” – umiera 24 sierpnia 1868 roku, w wieku zaledwie ośmiu miesięcy. „Mój kochany Józio umarł dziś rano, o siódmej”, pisze Zelia do brata. „Byłam przy nim sama. Cierpiał w nocy ogromnie i ze łzami prosiłam o wyzwolenie go” (CF 36). Dziewięć dni później umiera pan Guérin, emerytowany żandarm, ojciec Zelii… „Moje serce złamane jest cierpieniem i, jednocześnie, napełnione niebiańską pociechą. Gdybyście wiedzieli jak dobrze przygotował się na śmierć. (…) Jego grób będzie tuż obok moich obydwu Józiów” (CF 38).
28 kwietnia 1869 roku rodzi się siódme dziecko, Celinka (przyszła siostra Genowefa). Lecz nowe nieszczęście spada na rodziców: 22 lutego 1870 roku, umiera Helenka. Ma pięć lat i cztery miesiące. „Podczas, gdy ją podtrzymywałam, jej mała główka opadła mi na ramię, oczka zamknęły się; pięć minut później już jej nie było… Wrażenia tego nigdy nie zapomnę. Nie spodziewałam się tak nagłego końca, ani ja ani mąż. Kiedy wrócił i zobaczył swą biedną córeczkę bez życia, wybuchnął płaczem krzycząc: Moja mała Helenka! moja mała Helenka! Później wspólnie ofiarowaliśmy ją Bogu. (…) Ja sama ubrałam ją i włożyłam do trumny; myślałam, że umrę, ale nie chciałam, by ktokolwiek jej dotknął” (CF 52). „Nie ma chwili, bym o niej nie myślała. (…) W końcu, przecież, jest w Niebie, szczęśliwsza niż tutaj; mnie jednak wydaje się, że całe moje szczęście rozwiało się bezpowrotnie” (CF 54).
W czasie, gdy to wszystko ma miejsce, Zelia ponownie zachodzi w ciążę. Ponieważ jednak śmiertelność jest w tych czasach, w których medycyna ma się dopiero rozwinąć, bezlitosną plagą, pierwsza Terenia (Maria Melania Teresa), która przychodzi na świat 16 sierpnia 1870 roku, umrze pięćdziesiąt trzy dni później… „Tak bardzo chciałabym mieć jeszcze jedną córeczkę”, pisze Zelia dziewięć miesięcy po tej śmierci, po której „nigdy nie będzie pocieszona” (CF 66); ta mała nazywać się będzie „Teresa, jak moje ostatnie maleństwo” (CF 85).
Los nie przestaje ich doświadczać. Jeszcze w ostatnich miesiącach życia Zelia martwić się będzie z powodu swojej małej Leonii, dziecka od innych odmiennego, mniej zdolnego, małego dzikiego kaczątka, które umyka przed wszelką dobrą radą, Leonii nieobliczalnej, która później – po trzech życiowych niepowodzeniach – zostanie zakonnicą w klasztorze wizytek, gdzie żyć będzie według „małej drogi”, jakiej nauczyła ją Teresa.
W ufności dnia codziennego
Rok 1870 jest bardzo burzliwym rokiem dla rodziny Martin. Śmierć Helenki, narodziny i śmierć małej Teresy Melanii. Sprzedaż zakładu zegarmistrzowskiego bratankowi Adolfowi Leriche, który odziedziczył bogaty spadek. Kolejne troski związane z przeprowadzką (ma ona miejsce w lipcu 1871 roku) spod numeru 15 przy ulicy Pont-Neuf pod numer 36 przy ulicy Saint-Blaise. Wojna francusko-niemiecka, połączona z okupacją Francji. Ludwik gotów jest bronić ojczyzny: „Jest jeszcze bardzo możliwe, że wyprawią mężczyzn w wieku od czterdziestu do pięćdziesięciu lat, prawie że jestem na to gotowa. Mój mąż wcale się tym nie przejmuje, nie prosiłby o odroczenie, i powtarza często, że gdyby był wolny, szybko zaciągnąłby się do wolnych strzelców” (CF 62). Stałe zagrożenie inwazją Prusaków w Alençon, którzy („w liczbie dwudziestu pięciu tysięcy, nie zdołam wam opisać naszego niepokoju, (…) mój mąż jest smutny, nie może jeść ani spać”) zajmują miasto w styczniu 1871 roku. Państwo Martin przyjmują dziewięciu Prusaków, „ani złych ani bandytów”, lecz, o zgrozo, łakomych jak nigdy nie widziałam; jedzą wszystko bez chleba! Połykają ragout baranie jak zupę” (CF 110).
Dziś wydaje nam się to zabawne. Dla państwa Martin to jednak nieustanna troska, łagodzona jedynie „mocnym przekonaniem, że wspomaga ich Niebo” (CF 65). Polityczne wydarzenia w kraju poruszają głęboko tych szczerze zaangażowanych katolików: „Wszystko, co się dzieje w Paryżu”, pisze Zelia 29 maja 1871 roku, „napełnia smutkiem mą duszę, właśnie dowiedziałam się o śmierci Arcybiskupa i sześćdziesięciu czterech księży rozstrzelanych wczoraj przez komunardów. Jestem wstrząśnięta” (CF 66).
Rodzina nie doświadcza ubóstwa („Mamy więcej niż potrzeba, by żyć i dobrze wychowywać dzieci; zresztą, nadal będę zajmować się koronką Alençon”, CF 54), nie brakuje jej jednak materialnych trosk. Związani są z handlem, który musi się „kręcić”, w przeciwnym razie traci się swą pozycję; do tego dochodzą choroby dzieci, wychowawcze problemy, przyszłość pięciu córek, których Zelia i Ludwik wcale nie nakłaniają do wstąpienia do klasztoru, i którym trzeba przygotować przyszłe wiano.
Troski i wysiłki ogarniane są przez nich w głęboko chrześcijańskiej perspektywie. Zdanie się na Boga i zaufanie, codzienna modlitwa i post zalecany przez Kościół, szacunek dla niedzieli i dla liturgicznego życia, uczciwość w handlu i szacunek wobec robotników, pomoc poszkodowanym i konkretne zaangażowanie na rzecz ubogich: to dla nich rzecz nietykalna i święta.
I oto w 1872 roku oczekują dziewiątego dziecka, pierwszego, które się narodzi w domu przy ulicy Saint-Blaise, naprzeciwko szacownej Prefektury, w której Tereska będzie się później bawić z „prefektówną”, Genny Bechard (A 9v); stąd pierwsze rodzinne przechadzki doprowadzą ją do parafialnego kościoła Najświętszej Maryi Panny, do klarysek przy ulicy Demi-Lune i na dworzec, z którego odjadą, i na który przyjeżdżać będą Maria i Paulina, mieszkające na pensji w klasztorze wizytek w Mans. Nieco później, rodzinne wyprawy skierują ją ku otaczającym wioskom i ku „Pawilonowi”, gdzie Tato odpoczywa łowiąc ryby w Sarthe, a Tereska zajmuje się truskawkami… Nie wybiegajmy jednak zbytnio naprzód.
Maty zagrożony kwiatek
Co za szczęście, gdy w końcu, 2 stycznia 1873 roku, o 23.30, dwa i pół roku po zmarłej Melanii Teresce, rodzi się nowa Tereska, która przychodzi jak wspaniały prezent, jak późny owoc małżeńskiej miłości. Zelia, która właśnie rozpoczęła czterdziesty drugi rok życia („wiek, w którym jest się już babcią”, CF 83), podczas gdy Ludwik ma lat pięćdziesiąt, spodziewali się, że „nie będą już” mieć dzieci (CF 66). A zatem prezent i, jednocześnie, „niespodzianka, gdyż spodziewałam się chłopca. Wyobrażałam to sobie od dwóch miesięcy, gdyż czułam ją o wiele mocniej niż inne dzieci” (CF 84). Jak bardzo Zelia modli się, by jej synek został dobrym księdzem, dobrym misjonarzem…
3 stycznia, Maria Franciszka Teresa zostaje ochrzczona w kościele Najświętszej Maryi Panny. Matką chrzestną jest jej starsza siostra, Maria, a chrzestnym ojcem miody chłopiec z zaprzyjaźnionej rodziny, Paweł Albert Boul, obydwoje w wieku lat trzynastu. (Chrzestny Teresy umrze dziesięć lat później). Jako dziecko pozornie „bardzo silne” (CF 84-85), „ładne”, i które uśmiecha się już po dwunastu dniach (CF 85), Tereska zdaje się „nieustannie wesołą”; „śmieje się ze szczerego serca” (CF 88).
Świeże jeszcze szczęście narodzin zostaje wkrótce zatrute „ciągłym niepokojem…, nie wiem, czy czyściec może być gorszy od tego” (CF 89). Kiedy Teresa Melania zmarła z winy „swojej niegodnej mamki”, która pozwoliła jej umrzeć z głodu, Zelia powiedziała sobie, że – „nie, nigdy!”- dzieci, które się jeszcze pojawią, „nie wyjdą z tego domu” (CF 61). Próbuje więc sama karmić nowonarodzoną córeczkę, lecz obawiając się, że pokarm jest niewystarczający, chce sobie „po-móc butelką”, co „uniemożliwia karmienie piersią”.
Na początku Teresa „ciągnie doskonale” (CF 85). Ale pod koniec lutego cierpi „na zapalenie jelit”, jest „bardzo blada” (CF 88). 11 marca, doktor Belloc okazuje się stanowczy: „Dziecku potrzeba natychmiast piersi; tylko to może je uratować”. O wschodzie słońca (Ludwik jest w podróży), Zelia wyrusza do Semallé, do „Różyczki”, mamki, która „odpowiada jej pod każdym względem”. Pragnie gorąco, by Róża zamieszkała czasowo u nich, uzyskuje jednak tylko „osiem dni” – jeżeli dziecko przeżyje. Wyruszają do Alençon. Na widok Tereski Róża kręci głową: stracona… Zelia wychodzi modlić się na górę, do swojego pokoju, przed figurę świętego Józefa. Po powrocie nie wierzy własnym oczom: „dziecko ssie z całych sił pierś”, lecz później opada „jak martwe na mamkę”. „Poczułam jak krew ścina mi się w żyłach”, pisze Zelia, „mała zdawała się nie oddychać”. Kwadrans później „moja mała Terenia otwiera oczy i uśmiecha się” (CF 89): uratowana! Trzeba się jednak zgodzić, by odeszła z mamką…
Mała wieśniaczka z Semallé
Przez ponad rok Teresa, która powoli wraca do zdrowia (pozostając jednakże wrażliwą na katary), żyć będzie na wsi, w ubogim domku Mojżesza i Róży Taillé, wraz z czwórką ich dzieci (wśród nich Eugeniusz, „mleczny brat” Teresy), krową Rousse i kurami. Wiosna, lato, jesień, zima, początek wiosny… Rodzinna radość, dziecięca wrzawa, śpiew ptaków i wiatru, widok i zapach owoców, kwiatów, ziół i zwierząt, krótkie spacery do parafialnego kościoła w ramionach Róży. Latem, mała „Martin-Taillé”, opalona słońcem, wożona jest na taczkach na kupie trawy. Zdarza się także, że sadzają ją na grzbiecie Rousse!
Większość z tych szczegółów jest nam znana dzięki korespondencji Zelii, matki na odległość, która odwiedza swą małą mniej więcej co dwa tygodnie z sercem napełnionym tysiącem myśli i uczuć („wiele już wycierpiałam w życiu”, mówi po wyjeździe Teresy, CF 90). Czasami Róża, przy okazji cotygodniowych jarmarków, na których sprzedaje swoje produkty, zabiera dziecko do Alençon.
Teresa, która głęboko odczuć musiała rozłąkę z domem rodzinnym, z Mamą, z Tatusiem, z siostrzyczkami, przywiązała się bardzo do „Różyczki”, którą – jak inne dzieci – z pewnością nazywa „mamą”. Świadczą o tym fragmenty korespondencji Zelii.
„Widzieliśmy Terenię wczoraj, w niedzielę. Nie spodziewaliśmy się jej; mamka przybyła z czwórką dzieci. Włożyła nam dzieciaka w ramiona i sama poszła na Mszę. Małej jednak wcale się to nie spodobało, zaczęła krzyczeć wniebogłosy! Cały dom był w rozsypce; musiałam posłać Luizę [domową służącą], by powiedziała mamce, by wróciła zaraz po Mszy (…). Mamka zostawiła Mszę w połowie i przybiegła, zdenerwowało mnie to, przecież mała nie umarłaby od tego krzyku. Natychmiast się uciszyła. Jest bardzo silna, wszyscy są tym zaskoczeni” (CF 99 – Teresa ma cztery miesiące).
„Pojedziemy w poniedziałek, w ósemkę, zobaczyć Terenię; jest teraz bardzo silna. Widziałam ją w ubiegły czwartek, przyprowadziła ją mamka; mała nie chce zostawać z nami i, kiedy nie widzi mamki, przenikliwie krzyczy. Tak właśnie Luiza musiała ją zanieść na jarmark, gdzie Różyczka sprzedawała swoje masło, nie można już było wytrzymać. Gdy tylko zobaczyła mamkę, roześmiała się i zamilkła; tak już została, sprzedając masło z poczciwymi kobietami, aż do południa!” (CF 102 – Teresa ma prawie sześć miesięcy).
Teresa stała się wieśniaczką o typowo wiejskich upodobaniach! Oto jej reakcja kiedy, w wieku jedenastu miesięcy, spędza kilka godzin w swoim domu w mieście: „Mała nie chciała patrzeć na Luizę ani z nią pójść, byłam doprawdy zakłopotana; co chwila przychodziły do mnie robotnice, dawałam ją to jednej to drugiej. Bardzo chciała je zobaczyć, nawet bardziej niż mnie, i po kilka razy je całowała. Wiejskie kobiety, ubrane jak jej mamka – oto świat, jakiego jej trzeba! Pani T. przyszła, kiedy trzymała ją jedna z robotnic. Gdy tylko ją zobaczyłam, rzekłam jej: Zobaczymy, czy dziecko pójdzie do Pani. Ona, zdziwiona, odpowiada mi: Dlaczegóż by nie? – Proszę spróbować! Wyciągnęła ręce do małej, lecz ta skryła się krzycząc jakby ją parzyło. Nie chciała nawet, by Pani T. patrzyła na nią. Bardzośmy się z tego śmiali; w sumie mała boi się modnie ubranych ludzi!” (CF 112).
„Tłumaczę sobie”, pisze mama, „i usiłuję wziąć się w garść; cały dzień duchem jestem przy tobie; mówię sobie: Teraz robi to. Spieszno mi, by być przy tobie; kocham cię z całego serca i czuję jak podwaja się jeszcze to uczucie przez rozłąkę, której doświadczam w twojej obecności; niemożliwym byłoby mi żyć z dala od ciebie” (CF 108).
Zwraca się tutaj nie do Teresy lecz do „swego drogiego Ludwika”, pisząc do niego z Lisieux, gdzie bawi u brata Izydora i bratowej , podczas gdy Teresa jest w Semallé. Ludwik jest tym „świętym człowiekiem”, z którym jest „ciągle bardzo szczęśliwa”: on „czyni jej życie tak słodkim”… To mąż, jakiego „życzy każdej kobiecie”. Od tego wyznania, po czterech latach małżeństwa (LI), jedenaście lat później nic się nie zmieniło – chyba tylko jej pragnienie, by „zostać świętą: nie będzie to łatwe, wiele jest do ociosania, a drzewo twarde jest jak kamień” (CF 110).
„Spieszno jej mieć Terenię w domu” (CF 114). Po raz drugi dziecko jest gorąco oczekiwane. Zelia przygotowuje wszystko w kolorze niebieskim i białym, jak na nowe narodziny i na nowy chrzest. „Mam już dla niej upatrzoną toaletę w kolorze nieba, z niebieskimi bucikami, niebieskim paskiem i ślicznym białym kapelusikiem, to będzie czarujące. Już teraz cieszę się, że będę ubierać tę laleczkę!” (CF 115) Teresa wraca na dobre do domu 2 kwietnia 1874 roku: „urocze dziecko”, „bardzo grzeczne i na swój wiek bardzo rozwinięte” (CF 116), „podziwiam jej maleńkie usteczka” (CF 117).
Mała dziewczynka wcale nie bez wad
„Bardzo grzeczna”? To się okaże… Dziecko raz jeszcze z pewnością przeżywa okres wykorzenienia; tym razem to rozłąka z Semallé i z jej „Różyczką”. Odnajduje jednak szybko swoje korzenie Martin, przywiązując się mocno do matki: pamiętamy strony, na których Zelia, równie mocno przywiązana do „dzieciątka”, opisuje jak Terenia bawi się na huśtawce czy jak „maleńką rączką gładzi twarz mamusi” (CF 119). Chwilami jednak, Teresa okazuje się również zdolna do „straszliwych furii” (CF 147); „porozbijałaby wszystko”, co się tylko da (CF 125). W wieku trzech lat, „mały szperacz”, „oszołomiony”, daje dowód „prawie niezwyciężonego uporu” (CF 159). A „mata śliczna buźka” umie krzyczeć aż „do utraty tchu” (CF 147)…
O ile czuła mama dostrzega w „małym skrzacie, który jest radością całej rodziny” (CF 157), „wybraną naturę” (CF 195), „małą anielską naturę” (CF 201), święta dostrzeże w „takiej naturze” „wielką miłość własną”. Stwierdza: „Nie byłam wcale dziewczynką bez wad” (A 8r-v). Z drugiej strony, jej „umiłowanie dobra” („wystarczyło powiedzieć mi, że coś nie jest dobre, a nigdy już nie trzeba było powtarzać tego po raz drugi”, A 8v), uzasadnia matczyne pochwały „złotego serca” najmłodszej córy, która „nie skłamałaby za żadne skarby świata” (CF 195).
Teresa jest także bystrą obserwatorką, wychwytującą przesłania życia. Słucha „bardzo uważnie” (A4v, 17v). „Nie sprawiając takiego wrażenia, uważałam bardzo na wszystko, co robiono i mówiono wokół mnie i zdaje mi się, że osądzałam rzeczy jak robię to teraz”. Z biegiem lat stwierdza, że jej naturalna „duma” i wrodzone „umiłowanie dobra”, które pozwalają jej pozytywnie reagować na udzielane jej pedagogiczne wskazówki, sprzyjały tajemnemu działaniu Jezusa, który „chciał, aby wszystko wyszło jej na dobre, nawet wady, które , wcześnie karcone, posłużyły jej do postępu w doskonałości” (por. A 8v). Zadziwiające są wyznania Teresy dotyczące „słonecznych lat” jej wczesnego dzieciństwa: „Cnota wywierała na mnie urok i miałam – jak mi się zdaje – to samo co obecnie usposobienie, już wtedy w dużym stopniu panując nad swymi czynnościami”. Święta dodaje, że „nabrała dobrego zwyczaju nigdy się nie skarżyć, nawet wtedy, gdy zabierano jej to, co do niej należało. Więcej nawet: kiedy była oskarżana niesprawiedliwie, wolała milczeć aniżeli tłumaczyć się, co bynajmniej nie było zasługą z jej strony, ale cnotą naturalną” (por. A 11v). Wyjątki potwierdzą regułę.
Przyznajmy, że mała Martin znalazła w swojej Mamie pierwszorzędną duchową przewodniczkę, zwracającą serce dziecka „ku Bogu już u progu życia” (A 40r). Zelia ukierunkowała wolność Teresy, ustawiając tę pełną energii istotkę na właściwych torach. Dobre ziarno wyda obfity owoc: „Kochałam bardzo Pana Boga i często oddawałam Mu swoje serce przy pomocy formułki, której nauczyła mnie Mama” (A 15v).
Teresa świadoma jest wszystkiego, co zawdzięcza swym „niezrównanym rodzicom” (A 4r), których – pełna czci – uzna za „bardziej godnych Nieba niż ziemi” (L 261). „Spodobało się Panu Bogu otaczać mnie przez całe życie miłością; moje pierwsze wspomnienia pełne są uśmiechów i najczulszych pieszczot!… ale jeśli On otoczył mnie tak wielką miłością, napełnił nią także moje małe serduszko, czyniąc je miłującym i wrażliwym; ja także bardzo kochałam Tatusia i Mamusię i – będąc bardzo wylewną – okazywałam im moją czułość na tysiąc sposobów” (A 4v). Jakiej miłości musiał być świadkiem dom przy ulicy Saint-Blaise!
Odejście niezrównanej matki
Szczegółowa relacja choroby Zelii, zakończonej śmiercią, zaprowadziłaby nas za daleko. Od ponad dwunastu lat (CF 13) cierpi na guza na piersi, który powoli przeradza się w nadzwyczaj bolesnego raka. Poddaje się badaniom i dowiaduje nagle strasznej prawdy o bliskiej śmierci i bezcelowości operacji.
Rodzina jest zbulwersowana. Zelia chce żyć jeszcze kilka lat, by dokończyć swej pracy wychowawczej, zwłaszcza wobec Leonii, dziecka wiecznych problemów, które przecież zaczyna robić postępy. Jedzie z pielgrzymką do Lourdes wraz z Marią i Paulinką, ale cud się nie spełnia. Z realizmem i ufnością mama pojmuje, że zapraszana jest gdzie indziej, przez inną Mamę. „Czegóż chcecie? Jeśli Najświętsza Panna nie uzdrawia mnie, to znaczy, że czas mój nadszedł, i że Pan Bóg chce, bym odpoczęła gdzie indziej niż na ziemi” (CF 217). Teresa cichutko rejestruje „wszystkie szczegóły choroby” (A 12r). 28 sierpnia 1877 roku, Zelia staje się „naszą mamusią z Nieba” (A 12v). Bardzo jej będzie brakować jej ziemskiemu dziecku.
Teresa sama później przyznaje, jak głęboką była rana, którą pozostawiło w niej odejście tej „niezrównanej matki” (A 4v) w wieku tak delikatnym czterech lat i ośmiu miesięcy. Czułość ojca i sióstr, tak naprawdę, nigdy temu nie zaradzą.
W tamtej chwili Teresa „nie mówiła nikomu o głębokich uczuciach, jakich doznawała” wobec najwyższego Żegnaj, i „nie pamięta, by bardzo płakała” (A 12v). Ale to, co nie wyraża się w słowach i łzach oczu, wyrazi się w jej psychice głębokimi łzami. „Po śmierci Mamusi moje usposobienie zmieniło się całkowicie; dotąd żywa nad miarę, skłonna do wynurzeń, stałam się nieśmiała i łagodna, zbyt przewrażliwiona” (A 13r).
Ziemia, w której posiali Zelia i Ludwik, długo jeszcze będzie zraszana łzami bólu i rosą łaski, zanim mała Martin stanie się świętą Teresą od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza.









