Choroba i samotność
7 listopada, 2016
Lektura Teresy
7 listopada, 2016

Moje posłannictwo wnet się rozpocznie

Bardzo ludzka kobieta

bp Guy Gaucher

Teresa choruje tak, jak inni: cierpi, jęczy, płacze, miewa koszmary, trudno jej się modlić – tak wielka jest jej słabość. Myśli często o tym, co minęło; wracają wspomnienia: życie w Buissonnets, szkoła u benedyktynek, dziewięć lat w Karmelu. Jest w pełni sobą w swojej miłości do przyrody: kwiaty, owoce, zwierzęta. Przez wszystkie te miesiące okazuje się czułą i wrażliwą. Słabość fizyczna doprowadza ją czasami do łez, zdarza się jednak, że płacze ze szczęścia, z wdzięczności Bogu, siostrom. Są też łzy Miłości!

Odnajdujemy ją zadziwiająco ludzką. Teresa choruje tak, jak inni: cierpi, jęczy, płacze, miewa koszmary, trudno jej się modlić – tak wielka jest jej słabość. Myśli często o tym, co minęło; wracają wspomnienia: życie w Buissonnets, szkoła u benedyktynek, dziewięć lat w Karmelu. Jest w pełni sobą w swojej miłości do przyrody: kwiaty, owoce, zwierzęta.

Przez wszystkie te miesiące okazuje się czułą i wrażliwą. Słabość fizyczna doprowadza ją czasami do łez, zdarza się jednak, że płacze ze szczęścia, z wdzięczności Bogu, siostrom. Są też łzy Miłości!

Jak mogła, w podobnych warunkach, przejawiać tyle radości? „Rozśmiesza wszystkich, którzy do niej przychodzą. Kiedy zaczyna opowiadać, zamiast płakać, pokładamy się ze śmiechu, tak bardzo jest zabawna… Wydaje mi się, że umrze śmiejąc się, tak bardzo jest radosna…”, pisze jej kuzynka, Maria od Eucharystii.

„Psoty” chorej nie należą do rzadkości, zdarzają się nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach. Szczególnie mocno kochała Teofana Venard, młodego męczennika, misjonarza w Wietnamie (1829-1861), za to, że był zawsze radosny. Teresa przejawia dużo humoru, czasami czarnego, kiedy patrzy na rzeczy, które będą używane przy jej pogrzebie; uważa, że są bardzo brzydkie!

Nie cofa się przed grą słów, jeżeli tylko może rozweselić tym siostry zasmucone jej bliskim odejściem. Często wraca do normandzkich wyrażeń ze swego dzieciństwa, powtarzając je z zabawnym akcentem. Żartuje sobie z poczciwego lekarza; nie podobają jej się jego wahania. Doktora de Cornière nazywa „Klodionem Długowłosym”!

Jeżeli Teresa używa czasami dziecięcego języka – „dodo, lolo, dzidzi” – nie oznacza to, że udaje dziecko czy dziecinnieje. Prawdą jest, że, tak jak w Buissonnets w 1883 roku, jest chora i otoczona swoimi siostrami. Jakąż drogę przeszła jednak przez ostatnie czternaście lat! W chwili „łaski Bożego Narodzenia” w 1886 roku, wyszła, jak pisze, „z dziecinnych powijaków” i wyzbyła się swoich wad (A 44v). Nie po to, by miała do nich powrócić w chwili śmierci.

Daleka od popadania w czułostkowość, używa tych zwrotów, by wywołać uśmiech na twarzy sióstr (w pierwszym rzędzie Martin) . Trzeba w tym widzieć akt odwagi i braterskiej miłości. W stanie, jaki opisaliśmy, nie jest łatwo zapomnieć o sobie i myśleć o troskach otoczenia.

Radość ta wypływa z czegoś jeszcze głębszego… W czerwcu, pisze w swoim ostatnim Rękopisie: „Jakąż ucztę może sprawić karmelitanka swoim siostrom, jeśli nie ucztę duchową, złożoną z miłości wdzięcznej i radosnej? (…) Pan miłuje tych, którzy dają z radością” (C 28v). „Kiedy tylko mogę, robię wszystko, co w mojej mocy, aby być radosną” (DE 6.9.2).

Niech moje życie będzie aktem Miłości (L 224)

Od dawna już życiem Teresy jest „kochać Jezusa i sprawiać, by był kochany” (L 224, 225, 226, 254), tak jak napisała to w swoim Akcie Ofiarowania się Miłosiernej Miłości.

Miłość Jezusa, miłość wszystkich, którzy jej są bliscy. Jak w testamencie, napisała subtelne strony na temat miłości bliźniego. W Ostatnich Rozmowach, przeżywa ją na codzień: „Kiedy jestem miłosierna, wtedy Jezus sam działa we mnie” (C 12v).

Jak szybko dojrzała! Ma dopiero dwadzieścia cztery lata, a wszyscy podziwiają jej mądrość. Ksiądz Youf powiedział kiedyś do matki Marii od świętego Gonzagi: „Macie tu drugą matkę Genowefę”. Nie zapominajmy, że ta ostatnia uważana była w Karmelu za świętą. Nie bez powodu matka Maria od świętego Gonzagi powierzyła pięć nowicjuszek Teresie… Myślała, że kiedyś zostanie przeoryszą.

W przypadku matki Agnieszki od Jezusa, role odwracają się. Przez całe życie Paulina była „mateczką”, nauczycielką, duchową mistrzynią i przełożoną Teresy. Teraz, w infirmerii, to najmłodsza siostra udziela jej rad i czyni czasem siostrzane wyrzuty.

Niektóre starsze siostry, jak zaświadczy siostra Genowefa, przychodzą do niej po kryjomu, by zasięgnąć duchowej porady. W swojej korespondencji z dwoma braćmi duchowymi, do końca proponować im będzie swoją „małą drogę”, złożoną z zaufania i miłości. Do księdza Bellière pisze: „Idę drogą, którą wytycza mi Jezus. Mam nadzieję, że, pewnego dnia, każe iść ojcu tą samą drogą, co ja” (L 247). W jakiś czas potem nalega: „Czuję, że mamy iść do Nieba tą samą drogą: cierpienie wiedzie do miłości” (L 258); „Zabronione jest ojcu iść do Nieba inną drogą niż droga małej, biednej siostry ojca… Droga prostego i miłosnego zaufania jest na pewno drogą ojca” (L 261).

A przecież, chora, w stanie w jakim się znajduje, nie sili się na „nauczanie”. W Ostatnich Rozmowach, zapisanych przez matkę Agnieszkę, znajdujemy zaledwie osiem słów dotyczących jej „malej drogi”. Teresa, przede wszystkim, żyje nią.

Żyć małą drogą

Przede wszystkim, Teresa dalej uznaje swe niedoskonałości i słabości: „Jestem słabością samą… każdego dnia spodziewam się odkryć w sobie nowe niedoskonałości (C 12v). Księdzu Bellière wyznaje: „Bracie! Proszę, niech Brat mi uwierzy, Dobry Bóg nie dał Bratu za siostrę wielkiej duszy, ale maleńką i bardzo niedoskonałą duszę” (L 224).

W wyniku drobnego incydentu z siostrą od świętego Jana Chrzciciela, świadkiem którego była matka Agnieszka od Jezusa, Teresa ośmiela się napisać: „Jestem bardziej szczęśliwa, że byłam tak niedoskonała, niż gdybym, podtrzymywana łaską, miała być wzorem słodyczy…” (L 230).

Słabość ta, tak często wyznawana i akceptowana, staje się uprzywilejowanym miejscem Bożego Miłosierdzia. To, że Teresa chce „pozostać małą”, nie jest wynikiem jej infantylności; chce rzucić się w ramiona Jezusa, „windy”, która uniesie ją do Ojca, tym bardziej, że jej stan, po ludzku, jest beznadziejny. „Od dawna już nie należę do siebie, oddałam się całkowicie Jezusowi, który ma teraz pełną swobodę czynienia ze mną tego, co Mu się podoba” (C 10v). Prowadzi ją zdanie się na Boga: „W sumie, wszystko mi jedno, czy będę żyć, czy umrę” (DE 15.5.7).

Tu właśnie tkwi paradoks, który tak bardzo uderzył świadków: pośród największych cierpień, Teresa zachowuje „pokój i radość”. Nawet w swej próbie wiary, która nie ustaje ani na chwilę, twierdzi: „Tak, jakież ciemności! Ale trwam w nich w pokoju…” (DE 28.8.3).

Wielkie pragnienie uniwersalnej misji

Pod koniec ostatniego Rękopisu, Teresa pisze: „Dusza ogarnięta Miłością nie może być bezczynną” (C 36r). Misja „sprawiania, by Jezus był kochany”, nie daje jej spokoju. Modli się i ofiaruje za „jednego z członków jej przybranej rodziny niewierzących”, pana Tostain. Swą ostatnią Komunię ofiaruje za ex-karmelitę, Hiacynta Loyson, który porzucił Kościół.

To jednak nie wystarcza: jej horyzonty są szerokie, uniwersalne. Nie mieści się jej w głowie, że jej misjonarskie zadanie zakończy się wraz z jej życiem. Dlaczego nie kontynuować później? Rodzi się w niej wielkie pragnienie: czynić dobro po śmierci. To największe z pragnień jej życia; czyż jednak nie doświadczyła, że Bóg wszystkie z nich, jak dotąd, spełnił? Dlaczego by miał nie spełnić „największego”? Modli się o to i odprawia „nowennę łaski”, od 4 do 12 marca, skierowaną do Franciszka Ksawerego, patrona misji.

Powołując się na przykład aniołów, rozumuje w liście do księdza Roulland: „Liczę na to, że nie będę bezczynna w Niebie; pragnieniem moim jest pracować dalej dla Kościoła i dusz, o to proszę Boga i jestem pewna, że mnie wysłucha. Czyż aniołowie nie zajmują się nieustannie nami, nie będąc równocześnie pozbawieni ani na chwilę oglądania Bożego Oblicza, zanurzania się w bezbrzeżnym Oceanie Miłości? Dlaczegóż Jezus nie miałby mi pozwolić, abym ich naśladowała?” (L 254).

Trzy dni później, matka Agnieszka zanotuje na kawałku papieru te słowa: „Czuję, że moje posłannictwo wnet się rozpocznie; posłannictwo pociągania dusz do kochania Boga tak, jak ja Go miłuję… wskazywania mej maleńkiej drogi. Jeżeli moje pragnienia się spełnią, Niebo moje spędzać będę na ziemi, aż do końca świata. Tak, chcę, aby Niebem moim było czynić dobrze na ziemi. Nie jest to niemożliwe, skoro nawet aniołowie, pogrążeni w wizji uszczęśliwiającej, czuwają nad nami.

Nie, nie będę mogła spocząć do końca świata, dopóki będą dusze do zbawienia. Lecz kiedy Anioł zawoła: Czas już przeminął, wtedy spocznę i będę mogła się cieszyć, bo liczba wybranych będzie wypełniona i wszyscy będą zażywać radości i pokoju. Serce moje raduje się na tę myśl…” (DE 17.7).

Słowa te obiegną wkrótce cały świat

Kilka razy w tym ostatnim okresie życia, Teresa wypowiedziała tajemnicze słowa: „Powrócę…”, „Zejdę…”, „Ześlę wam łaski…”, „Później, pójdę tak do maleńkich ochrzczonych dzieci…”. I wreszcie to zadziwiające swą śmiałością stwierdzenie: „Pan Bóg będzie spełniać w Niebie wszystko, o co poproszę, bo ja, na ziemi, nigdy nie pełniłam swojej woli” (DE 13.7.2). Wszystko to wypowiadane jest w głębokiej pokorze; Teresa wie, że „wszystko jest łaską” (DE 5.6.4), i że „wszystko pochodzi od Niego” (DE 11.7.3).

Jej wiara, tak doświadczana przez swą próbę (zdarza się, że Teresa czuje obecność szatana), każe jej wypowiedzieć inne pamiętne słowa: „Nie widzę, co mogłabym mieć więcej po śmierci, ponad to, co posiadam już w tym życiu. Zobaczę Boga, to prawda! Ale, aby z Nim być… to już mam w pełni tu, na ziemi” (DE 15.7.7).

Okólnik nekrologiczny

W ostatnich tygodniach stanie się coś, co będzie miało dla przyszłości ogromne konsekwencje. Matka Agnieszka od Jezusa myśli o okólniku nekrologicznym swojej siostry, który był w Karmelu powszechnie stosowany: po śmierci danej karmelitanki, rozsyłano go do wszystkich klasztorów Zakonu. Siostra Teresa zgadza się zresztą w tym, co jej dotyczy.

„Mateczka” myśli o wykorzystaniu pism Teresy; w tym właśnie celu prosiła matkę Marię od świętego Gonzagi, by poleciła chorej uzupełnić jej pierwszy Rękopis.

Rodzi się pomysł opublikowania tych stron. Teresa zgadza się, ale stan, w jakim się znajduje, uniemożliwia jej udział. Zadowala się zatem wskazówkami udzielanymi siostrze. Ma do niej pełne zaufanie: „Nie miałam czasu napisać tego, co chciałabym naprawdę: wszystko, co Siostra uzna za stosowne wyrzucić czy dodać do zeszytu mojego życia, będzie tak, jakbym to ja wyrzuciła czy dodała. Proszę o tym pamiętać i nie mieć żadnych skrupułów” (DE II, 164).

Teresa wydaje dyspozycje: „Nie zapomnieć zwłaszcza o historii pewnej grzesznicy! Ona właśnie dowiedzie, że się nie mylę” (DE 20.7.3). „Po mojej śmierci, nie trzeba mówić nikomu o moim rękopisie, dopóki nie zostanie wydany; powiedzcie o nim jedynie Naszej Matce. W przeciwnym razie, szatan zastawi niejedną pułapkę, by popsuć dzieło Dobrego Boga… bardzo ważne dzieło!…” (DE 1.8.2).

Zdarzyło się, że matka Agnieszka poprosiła Teresę, by przeczytała na nowo fragment Rękopisu, który wydawał jej się niekompletny. Siostra odpowiada jej: „To, o czym czytam w tym zeszycie, to cała moja dusza… Moja Matko, te strony zrobią wiele dobra. Świat pozna lepiej czułość Dobrego Boga…” (DE II, 229).

Jest tylko narzędziem Miłosierdzia: „Jak bardzo będzie widoczne, że wszystko pochodzi od Dobrego Boga; a to, co byłoby moją chwałą, będzie bezinteresownym darem, który do mnie nie będzie należał; wszyscy to zobaczą…” (DE 11.7.3). „Ach! Wiem dobrze, wszyscy mnie kochać będą…” (DE II, 229).

Pięć dni przed swoją śmiercią, Teresa w pewnym sensie podsumuje swoje pisma, dając jednocześnie klucz do ich lektury: „Teraz czuję dobrze, że to, co powiedziałam i napisałam, jest prawdą pod każdym względem…” (DE 25.9.2).

Z Jezusem wspinać się na Golgotę (P 17)

W czerwcu, Teresa przeczytała powtórnie swą drugą sztukę o Joannie d’Arc. Powie do matki Agnieszki: „Znajdzie tam Siostra wszystkie moje uczucia dotyczące śmierci; wszystkie zostały tam wyrażone” (DE 5.6.2). Uderzyło ją jednak jedno zdanie: „O, jakąż pociechę znajduję widząc, że moje konanie podobne jest do konania Zbawcy mego…” (RP 3,2,5).

To jest ostatni sekret choroby i agonii siostry Teresy. Oczywiście, w oczach medycyny, umarła na gruźlicę. Ale, w oczach swej własnej wiary, chce „umrzeć z miłości”, dla Ukochanego i z Ukochanym, za którym chciała podążać aż do końca, aż do uwielbionego Krzyża. Ożywiało ją zawsze pragnienie męczeństwa. Po ataku plucia krwią, powiedziała: „Byłam pewna, że otrzymam tę pociechę ujrzenia mojej wylanej krwi, umieram przecież jako męczennica miłości” (Genowefa, PO 307).

Zazwyczaj, śmierć nie przeraża jej; czasami przychodzą jednak trudne chwile: „Kiedyś rano, w czasie dziękczynienia, po Komunii, poczułam jakby niepokoje śmierci… i do tego żadnej pociechy!” (DE 5.6.3). „Boję się, że się bałam śmierci… Czymże jest to tajemnicze rozłączenie duszy z ciałem? Pierwszy raz doświadczyłam czegoś takiego, natychmiast jednak zdałam się na Dobrego Boga” (DE 11.9.4).

Siostry Teresy, które czytały sanjuanistyczne opisy „śmierci z miłości”, wyobrażały sobie, że przy śmierci ich młodej siostry pojawi się anioł, Najświętsza Panna i jakiś nadzwyczajny znak. Teresa sprowadza je ciągle do zwyczajności: „Nie dziwcie się, jeżeli nie ukażę się wam po śmierci, i jeżeli nie ujrzycie nic nadzwyczajnego na dowód mojej szczęśliwości. Przypomnijcie sobie wtedy, że to jest właśnie moja mała droga: niczego nie widzieć”. Utkwiła przecież oczy w Jezusie Ukrzyżowanym: „Nasz Pan umarł jako Ofiara Miłości, a widzicie, jakie było Jego konanie!” (DE 15.8.1). „Nasz Pan umarł na krzyżu, w opuszczeniu duszy, a jednak jest to najpiękniejsza śmierć z miłości, jaką kiedykolwiek widziano! śmierć z miłości, to nie śmierć w uniesieniach… Przyznam Ci się szczerze, że tego doświadczana (DE 4.7.2). Odrzuca wszystko, co widowiskowe: nie umrze „po Komunii” czy w piękne święto liturgiczne, ale w zwyczajny dzień.

Jest bowiem, przede wszystkim, siostrą Teresą od Najświętszego Oblicza, przywołującą postać Cierpiącego Sługi Jahwe z 53 rozdziału Izajasza i postać Jezusa z Getshemani. 2 czerwca, pisze do siostry Marii od Eucharystii: „Jej Oblubieniec nie jest wcale Oblubieńcem, który ma wprowadzić ją w wesele, lecz Tym, który poprowadzi ją na górę Kalwarii” (L 234). Nie rozstaje się ze swym „ukochanym krucyfiksem”: całuje go (w policzki Ukrzyżowanego), obsypuje płatkami róż i, w czasie agonii, nie wypuści z rąk. Wszystkie drobne zdarzenia z jej życia chorej zwracają ją ku Męce Jezusa: trzy siostry, które zasypiają u jej wezgłowia, nazwie po przebudzeniu „Piotrem, Jakubem i Janem!”. Boli ją ramię? Myśli wtedy o niesieniu krzyża.

Kiedyś tak często odprawiała drogę krzyżową w kaplicy; teraz przeżywają naprawdę, nie w słowach. Męce Jezusa odpowiada współuczestnictwo Teresy. Dlatego nie waha się odnieść do siebie słów Modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa (J 17). Jej śmiałość znajduje uzasadnienie w świętej teologii Ciała Mistycznego: „Mogę tylko przywołać słowa Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy. Nie obrazi się, bo jestem Jego małą Oblubienicą i, w konsekwencji, Jego dobra są moimi dobrami” (L 258; C 34v). Obszerny fragment z Jej ostatniego Rękopisu poświęcony jest Wielkiemu Czwartkowi. To klucz do zrozumienia jej cierpień. Zaledwie skończyła pisać, nadchodzi Wielki Piątek. Ona także, uczeń i oblubienica Jezusa, jest ziarnem, które wpada w ziemię, które umiera, lecz wydaje plon obfity. Cytuje ten werset świętego Jana (12,24) dokładnie 11 sierpnia.

Złożona została w ziemię 4 października, po agonii, w czasie której mówiła: „Nigdy nie przypuszczałam, że można tyle cierpieć! Nigdy! Nigdy! Jedynie moje gorące pragnienia zbawiania dusz mogą mi to wytłumaczyć” (DE 30.9).

W przeciągu niemal stu lat, Teresa przyniosła plon nadzwyczaj obfity. Jak się temu dziwić? Bóg spełnił wszystkie jej pragnienia, gdyż wzbudza! je w niej Jego Duch. Czyż nie pisała do księdza Bellière: „Nie umieram jednak, wchodzę w Życie” (L 244)?

Zobacz podobne wpisy

10 listopada, 2016

Bez obawy w ramionach swego Ojca

To, że Bóg jest Ojcem, ba! – że jest przekraczającą wszelkie pojęcie miłością, że jest Bogiem, któremu możemy się powierzyć "bez obawy" i w którego ramionach można się skryć i "spokojnie zasnąć" – jest odkryciem, do której również Teresa dochodziła stopniowo, owocem długoletniej walki o właściwe rozumienie wiary.