Alençon
7 listopada, 2016
Ostatnie rozmowy
7 listopada, 2016

Lisieux – Buissonnets

Długa droga wyzwolenia

bp Guy Gaucher

Śmierć matki jest dla czteroipółletniej Teresy takim szokiem, że trzeba jej będzie dziesięciu lat, by się zeń otrząsnąć. Na razie, wszystko, co mogła zrobić, to rzucić się w ramiona swej ulubionej starszej siostry Pauliny i powiedzieć jej: „Ty będziesz moją Mamusią!”. Właśnie dokonał się zwrot w jej życiu. „Jak szybko minęły owe słoneczne lata mego wczesnego dzieciństwa!” (A 11v).

W wieku pięćdziesięciu czterech lat, Ludwik Martin zostaje nagle sam z piątką nieletnich córek do wychowania. Cała jego przeszłość wrasta w Alençon. Jednakże więzy rodzinne kierują go ku odległemu o dziewięćdziesiąt kilometrów Lisieux. Państwo Guérin zadomowili się tam na dobre, i ich apteka świetnie prosperuje na placu świętego Piotra. Izydor jest tu znaną w katolickich kręgach osobistością. Jego żona Celina, łagodna i macierzyńska, wychowuje dwie córki, Joannę i Marię, i przekonana jest, że jej obowiązkiem jest pomóc szwagrowi.

Po wytężonych poszukiwaniach, Izydor Guérin pisze do Ludwika, że znalazł dom idealny dla rodzinnego gniazdka Martin, nieco na uboczu, blisko parku, na wzniesieniu. Piękna posiadłość z dużym ogrodem, otoczona murem, „Buissonnets”, jak nazwą ją panny Martin. Ojciec poddaje się i, dla dobra córek, zgadza opuścić przyjaciół. Sprzedaje zakład Koronki Alençon i, w listopadzie 1877 roku, rodzina osiedla się w nowym domu, o najem którego zostaje podpisana umowa.

Teresa przeżyje tu jedenaście lat. „Opuszczając Alençon, nie odczułam żadnej przykrości. Dzieci lubią zmianę, toteż z przyjemnością przybyłam do Lisieux” (A 13v). A przecież to głęboka zmiana w jej życiu. Przybywa w zimie i do małego miasteczka, liczącego 18600 mieszkańców. Miasteczka przemysłowego (manufaktury lnu, płótna, garbarnie, gorzelnie…), miasteczka średniowiecznego ze starymi domami z pruskim murem, w cieniu wspaniałej katedry świętego Piotra z XII-XIII wieku. Orkiestra 119 Regimentu Piechoty (1200 osób) daje czasami koncert w parku. Sytuacja ekonomiczna nie jest dobra: nędza i bezrobocie dotykają robotniczej ludności.

Mała Teresa nie rozumie jeszcze tych realiów. Oto nowy świat. Co za kontrast z domem w Alençon z Prefekturą naprzeciw, wychodzącym na ulicę pełną koni i wozów! Buissonnets to zamknięty ogród. Poza rodziną Guérin nie znają tu nikogo. Rodzina, pozbawiona swej dynamicznej cząstki, matki, skupi się wokół ojca, który żyć będzie ze swej renty, zajmować się będzie ogrodem, lekturą, medytacją i modlitwą w Belwederze, obszernym pomieszczeniu na ostatnim piętrze górującym nad miastem, spacerami z najmłodszą córeczką, czy łowieniem ryb wokół Lisieux: w Ouilly-le-Vicomte, Rocques, Hermival… Starsze córki, z pomocą kolejnych służących, zajmą się domem i wychowaniem najmłodszych: Celiny i Teresy.

Dużo później, Teresa napisze, że weszła wówczas w „drugi okres swojego istnienia, najboleśniejszy spośród wszystkich trzech” (A 13r), który trwać będzie aż do czternastego roku życia. Stwierdzi: „Po śmierci Mamusi moje usposobienie zmieniło się całkowicie; dotąd żywa nad miarę, skłonna do wynurzeń, stałam się nieśmiała i łagodna, zbyt przewrażliwiona. Wystarczało jedno spojrzenie, a zalewałam się łzami; by mnie zadowolić, trzeba było zupełnie mną się nie zajmować; nie mogłam znieść towarzystwa ludzi obcych, wesołość odzyskiwałam tylko w gronie rodzinnym…” (A 13r).

Wszystko będzie w miarę dobrze, dopóki otaczać ją będzie ciepło rodzinne. Teresa nie pójdzie do szkoły. Maria, a zwłaszcza Pauli-na, przekażą jej podstawy wiedzy z odpowiednią powagą i surowością. Najmłodsza nie jest rozpieszczana. Dba się o jej życie religijne: modlitwa, zajmująca tu szczególne miejsce, rano i wieczorem, odwiedzanie kościołów w czasie spacerów z ojcem. Liturgia wyznacza rytm życia: święta są dla „małej Królowej” prawdziwą radością.

Mało znaczących wydarzeń w tym zwyczajnym życiu, chyba tylko zachwyty dzieciństwa jakże wrażliwej dziewczynki: odkrycie morza w dzień spędzony w Trouville (8 sierpnia 1878), popołudnia w pełnych kwiatów normandzkich ogrodach, u boku ojca łowiącego ryby, zabawy z nieodłączną Celiną, starszą od niej o trzy i pół roku.

Komunia tej ostatniej, 13 maja 1880 roku, będzie także wydarzeniem dla małej siostrzyczki. „Zdawało mi się, że to ja mam przystąpić do pierwszej Komunii. Jestem przekonana, że sama również otrzymałam w tym dniu wielkie łaski i zaliczam go do najpiękniejszych w mym życiu…” (A 25 v). W istocie, Teresa odczuwa już wielki głód eucharystyczny i od tego momentu przygotowuje się do swojej pierwszej Komunii, która będzie miała miejsce dopiero za cztery lata. Jej pierwsza spowiedź wobec księdza Ducellier, w tym samym roku, będzie dla niej wielką radością. Tak bardzo utożsamia kapłana z Jezusem, że chciałaby powiedzieć spowiednikowi, że kocha go z całego serca! Udaje się jej to wyperswadować. W domu pozostaje nadal bardzo żywa, z całym swoim temperamentem: złości się na Wiktorię Pasquer, służącą, która próbuje się z nią droczyć; mała nazywają „smarkaczem”, odsłaniając w ten sposób swój charakter (A 16 r).

Jeden zadziwiający epizod w tym dziecięcym życiu: „widzenie prorocze” w pewien letni dzień (1879 lub 1880) „jakiegoś człowieka, ubranego zupełnie jak Tatuś, z głową okrytą czymś w rodzaju fartucha”, przechodzącego przez ogród i znikającego w zaroślach. Teresa dostrzegła go z okna wychodzącego na ogród z tyłu domu. Tymczasem Ludwik Martin jest w podróży w Alençon. By uspokoić dziecko, siostry i służąca przeszukują zarośla, na próżno. Wiele lat później, przypominając sobie to tajemnicze wydarzenie, Teresa dojrzy w nim zapowiedź choroby ukochanego ojca, wielkie doświadczenie jego życia.

Przywiązuje się do tego, który od śmierci matki okazuje jej nie tylko czułość ojcowską ale i macierzyńską. Boi się, że utraci i jego. Pokrewieństwo duchowe łączy to dziecko z „Patriarchą” Buissonnets, który potrafi wspaniale ożywiać rodzinne wieczory. Wystarczy jej spojrzeć na niego, by wiedzieć, jak się modlą święci. Będzie go zawsze darzyć wielkim szacunkiem.

Utrata ukochanej Pauliny

Przychodzi czas, aby pójść do szkoły. 3 października 1881 roku, w wieku ośmiu lat i dziewięciu miesięcy, Teresa Martin kieruje swoje kroki do opactwa benedyktynek, w dzielnicy Saint-Desir, gdzie odnajduje Celinę, zwaną „Nieustraszoną”. „Często słyszałam, że czas spędzony na pensji jest najlepszym i najmilszym okresem życia; tego nie można powiedzieć o mnie. Pięć lat, które tam spędziłam, to najsmutniejsze lata mego życia…” (A 22r).

Nieprzyzwyczajona do kontaktów (poza spotkaniami z rodziną Guérin), nasza uczennica odkrywa z pewnym niepokojem życie społeczne, w towarzystwie starszych od niej dziewcząt, które zazdroszczą jej (jest często pierwszą uczennicą w klasie), a czasami nawet prześladują ją. Teresa płacze potajemnie. Hałaśliwe i gwałtowne zabawy w czasie przerw wprawiają ją w konsternację: woli opowiadać historyjki, zajmować się młodszymi dziewczynkami, grzebać martwe ptaszki (A 37r). Nauczycielki uważają ją za spokojną, miłą, nieco skrupulatną, czasem smutną. Katechizm jest jej wielkim tryumfem.

Powroty do Buissonnets są wybuchami radości: potrzeba jej tej ciepłej atmosfery, by mogła się rozwijać. W czwartki wolne od lekcji bawi się z Celiną i swą kuzynką Marią, niespecjalnie jednak lubi tańczyć kadryle z kuzynkami Maudelonde u państwa Guérin. Woli czytać i wpatrywać się w obrazy. Zapala się do wielkich czynów francuskich bohaterek, w szczególności Joanny d’Arc. Przekonana jest, że sama także stworzona jest do chwały: chwały, która polegać będzie na tym, by „stać się wielką świętą” (A 32r).

Czeka ją nowa dramatyczna rozłąka: Paulina Martin właśnie postanowiła wstąpić do zakonu. Lata spędzone na pensji w klasztorze wizytek w Mans, u ciotki, siostry Marii Dozytei, sprawiły, że spontanicznie pomyślała o tym właśnie Zakonie, stworzonym przez świętych Franciszka Salezego i Joannę Chantal. Jednak, w czasie obchodów trzech-setnej rocznicy śmierci świętej Teresy z Avila (1882), uczestnicząc w Mszy świętej w kościele świętego Jakuba, Paulina nagle doznaje natchnienia: powołana jest do Karmelu. Karmel w Lisieux jest tuż obok. „Delikatna Perła”, jak nazywa ją ojciec, powiadamia całą rodzinę z wyjątkiem Teresy, która latem dowiaduje się o tym przypadkiem. „Miecz” przeszywa jej serce: utraci swą drugą mamę! „Ach! Czyż zdołam wypowiedzieć udrękę mego serca?… W jednej chwili pojęłam, czym jest życie; dotychczas nie wydawało mi się tak smutne, ale kiedy ukazało mi całą swoją rzeczywistość spostrzegłam, że jest nieustannym cierpieniem i rozłąką. Płakałam gorzkimi łzami…” (A 25v).

Paulina wyjaśni jej wówczas, czym jest życie w Karmelu. Dziewięcioletnie dziecko słucha z zapałem: to życie tylko z Jezusem, dla Jezusa samego, pociąga ją: „Poczułam, że Karmel jest tą pustynią, na którą i mnie Pan Bóg wzywa, bym się w niej ukryła… Przeświadczenie o tym było tak mocne, że usuwało z serca wszelką wątpliwość” (A 26r). Pewna jest Bożego wołania. Można byłoby zarzucić jej: chce dołączyć do utraconej mamy. Później, patrząc raz jeszcze na owe wydarzenia, Teresa powie stanowczo: „Chciałam pójść do Karmelu nie ze względu na Paulinę, ale dla samego Jezusa” (A 26r).

Powierza swój sekret Paulinie, a nawet przełożonej Karmelu, który powoli odkrywa. Matka Maria od świętego Gonzagi przyjmuje ją w rozmównicy, ale nie przyjmie postulantki w wieku lat dziewięciu. Musi poczekać aż do lat szesnastu. To nic! Teresa wie, ku czemu kieruje się jej życie.

W poniedziałek, 2 października 1882 roku, rodziny Martin i Guérin towarzyszą Paulinie na Mszę świętą. Potem ciężka brama Karmelu zamyka się: wszystkie dziewczęta płaczą, najbardziej Teresa. Na dodatek rozpoczyna się rok szkolny! Czwartkowe widzenia, podczas których cała rodzina idzie spotkać się z Paulina, są dla niej bardziej źródłem strapienia niż radości. Pod koniec przepisowej półgodziny pozostaje jej chwila, by porozmawiać z „mamusią”: dziecinna rozpacz i łzy.

W grudniu malej uczennicy przeszkadzają w nauce bóle głowy i bóle w różnych częściach ciała; jej charakter ulega perturbacjom. Odpowiada niegrzecznie Marii, która stała się jej trzecią matką. Kłóci się częściej z Celiną, która ma teraz czternaście lat i uważa ją za „nadmiernie płaczliwą”.

Tajemnicza choroba i uzdrowienie

Wszystkie te objawy poprzedzają jedynie katastrofę. Na Wielkanoc 1883 roku, Ludwik Martin zabiera Marię i Leonię do Paryża, by przeżyć tam Wielki Tydzień. Państwo Guérin przygarniają na ten czas dwie najmłodsze.

Niepożądanie, rozmowa schodzi na panią Martin i wspomnienia z życia w Alençon. Teresa nie wytrzymuje tych wspomnień. Kładą ją spać. Lecz kiedy wuj Guérin wraca z córkami ze spotkania kółka katolickiego, jego siostrzenicą wstrząsają dreszcze, jest niespokojna. Aptekarz, pełen obaw, wzywa z samego rana swego przyjaciela, doktora Nottę. Jego diagnoza nie jest pocieszająca: „Choroba bardzo poważna, którą do tej pory nie zostało dotknięte żadne dziecko”. Nie mówi jaka… Martin, wezwani w pośpiechu z Paryża, wracają przerażeni! Teresy nie można przewieźć, zostanie u wujostwa. Alarmujące symptomy mnożą się: halucynacje, niekontrolowane ruchy ciała, osłabienie, brak apetytu. Chora myśli jedynie o swej siostrze karmelitance, której obłóczyny mają odbyć się 6 kwietnia. Oczywiście, nie ma mowy, by uczestniczyła w ceremonii. A przecież, tego dnia wstaje i twierdzi, że jest zdrowa. Pozwolą jej usiąść, przed uroczystością, na kolanach Pauliny, która staje się teraz siostrą Agnieszką od Jezusa.

Może powrócić do Buissonnets. Już nazajutrz jednak następuje znaczne pogorszenie: majaki, bezsensowne słowa, wołania o pomoc. Czy umrze, albo pozostanie „idiotką”? Doktor Notta przepisuje kąpiele, bezskutecznie.

Rodzina i Karmel modlą się gorąco za dziecko, które wydaje się stracone. Czy ono także, tak jak poprzednie, odejdzie? W paryskim sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej, szczególnie drogim rodzinie Guérin i Martin, odprawiana jest nowenna Mszy. Chora przebywa nie w swoim pokoju, lecz w pokoju Marii, na pierwszym piętrze. Tuż obok niej, na komodzie, umieszczono figurę Najświętszej Panny, tę, którą Ludwik Martin jako kawaler otrzymał od pewnej pobożnej panny. Jest ona opiekunką rodziny i już udzieliła łask Zelii Martin.

Nadchodzi dzień Zesłania Ducha Świętego, 13 maja 1883 roku. Leonia czuwa przy swej siostrze w pokoju. Ta ostatnia jęczy i niewyraźnie wzywa: „Mamo… Mamo…”, pragnąc, by Maria przyszła do niej. Najstarsza siostra wraca w końcu z ogrodu, ale chora nie rozpoznaje jej. Wszystkie siostry klękają wokół łóżka. I wtedy dzieje się coś nieoczekiwanego: „Nagle Najświętsza Panna wydała mi się piękna, tak piękna, że nigdy nie widziałam nic równie pięknego. Jej twarz tchnęła dobrocią i niewypowiedzianą czułością, ale tym, co przeniknęło mnie aż do głębi duszy, był czarujący uśmiech Najświętszej Panny. Rozwiały się wszystkie moje utrapienia; dwie wielkie łzy wysunęły się spod powiek i cicho spłynęły po policzkach, a były to łzy niezmąconej radości…” (A30r).

Teresa została uzdrowiona. Uśmiech Najświętszej Panny w jednej chwili oddalił chorobę. Wstaje, i odtąd – poza dwoma małymi incydentami – nic już nie będzie jej niepokoić.

W rozmównicy w Karmelu przyjmują ją jak cudownie uzdrowioną. Pytania sióstr wprawiają dziecko w konsternację: jak wyglądała Najświętsza Panna? Teresa obiecała sobie, że zachowa sekret dla siebie, ale jej siostra Maria, świadek uzdrowienia, każe jej mówić. Jak się jej sprzeciwić? Niestety, najstarsza siostra opowie o tym w Karmelu. Teresa odczuje wewnętrzny niesmak, który trwał będzie bardzo długo (cztery lata!), gdyż to, co miało być jej radością, staje się męką: czy nie zdradziła sekretu Najświętszej Panny? W jej serce wkrada się nowa wątpliwość: czy nie udawała choroby? Pytanie bardzo rzeczowe, gdyż miała uczucie, że przeżywa swego rodzaju rozdwojenie osobowości! Ta „udręka duszy” trwać będzie pięć lat. „Do jakiego stopnia cierpiałam, o tym będę mogła powiedzieć dopiero w Niebie…” (A 30r).

W późniejszym okresie, psychiatrzy zastanawiali się nad tą chorobą; diagnozy ich okazują się dość rozbieżne. Wszyscy jednak zgodni są co do przyczyny: szok brutalnego odejścia drugiej matki, Pauliny, który ożywił niezabliźnioną ranę śmierci Mamy. Głęboki uraz uczuciowej osobowości, która nie po-dźwignęła się z żałoby oraz zmiana charakteru, który przemienił to szczęśliwe, silne i wylewne dziecko w nad wrażliwą, zamkniętą i nieśmiałą nastolatkę.

Doktor Guayral, w 1959 roku, postawił następującą diagnozę: „Przypadek Teresy przedstawia opóźnienie w rozwoju uczuciowym, będące wynikiem regresji wywołanej utratą matki i nie zrekompensowanej odpowiednio wyrozumiałym wychowaniem” (Carmel, 1959, str. 93).

Dyskusja pozostaje otwarta. Lecz wyjaśnienia te nie powinny przesłaniać własnej oceny Teresy, która, pisząc swe dzieje w 1895 roku (ma dwadzieścia dwa lata), dostrzeże w tej chorobie działanie szatana szalejącego z powodu wstąpienia Pauliny do Karmelu: „chciał zemścić się na mnie za to, czego w przyszłości miała pozbawić go nasza rodzina” (A 30v).

Z kolei my, z perspektywy czasu, możemy stwierdzić, że w tej „przyszłości” Teresa sama miała stać się groźnym przeciwnikiem Księcia ciemności. Kto odgadnie, co choroba tego rodzaju, wymagająca pomocy psychiatrii, wnosi na planie duchowym? Teresa zrozumiała później, że w „tej przedziwnej chorobie” (A 28v), chodziło o duchową stawkę niezwykłej wagi, gdzie sama była jednocześnie aktorką i polem walki. Jednakże, w „dwóch troskach duszy”, które męczyć ją będą przez wiele lat (można w nich widzieć oczyszczenia w rozumieniu świętego Jana od Krzyża), zdziwienie wobec tych faktów jest jedynie wynikiem jej młodości. Lecz Pan ma swoje plany, które wymykają się spojrzeniu człowieka. Teresa zachowa przede wszystkim przekonanie, że została uratowana przez Boga z sytuacji bez wyjścia.

Uzdrowiona nie wróci po tylu emocjach do szkoły. Rodzina uważa ją za zbyt delikatną i długo jeszcze troszczy się o jej zdrowie, starając się unikać wszelkiego sprzeciwu.

Cóż można uczynić lepszego niż wyprawić ją w podróż, by zapomniała o smutnych dniach? Od 20 sierpnia do 3 września 1883 roku, Teresa (ma dziesięć lat i sześć miesięcy) przeżywa swoje „wejście w świat” powracając do Alençon, do przyjaciół swojej rodziny. Nie była tu od sześciu lat. Jest rozpieszczana i radośnie przyjmowana. To „przepiękna dziewczyna”, pisze Ludwik Martin do przyjaciela. Jej długie jasne włosy opadające na plecy, śliczne niebieskozielone oczy, jej toalety (Zelia Martin zawsze dbała o elegancję córek) sprawiają, że jest podziwiana przez rodziny Alençon i okolic. Dziewczynka podróżuje „od zamku do zamku”, dosiada konia. „Przyznaję, że takie życie miało dla mnie urok… W dziesiątym roku życia serce łatwo daje się olśnić” (A 32v).

Po otarciu się o szaleństwo czy może nawet o śmierć, ta szczęśliwa rekonwalescencja budzi w niej pragnienie życia. Czy surowy Karmel, w którym żyje jej siostra, pozostanie obecnym w jej sercu? Zaczyna przecież dostrzegać, że inna droga mogłaby łatwo stanąć przed nią otworem: wspaniałe małżeństwo, dzieci, przestronny dom, łatwe życie…? Nie, nie zapomina dokąd pociąga ją serce. To doświadczenie świata bardzo jej się przyda: „Być może, że Jezus chciał mi pokazać świat, zanim nawiedził mnie po raz pierwszy, abym zupełnie dobrowolnie mogła wybrać tę drogę, po której postępowanie miałam Mu przyobiecać” (A 32v).

Pierwsza Komunia i bierzmowanie

Po tym lekkim i błyskotliwym okresie, powrót do Lisieux okazuje się bardzo trudny. Trzeba wracać do szkoły! W październiku 1883 roku, uczennica Teresa Martin przechodzi do drugiej sekcji swojej dawnej klasy. Jedna radość pośród szarości: perspektywa przystąpienia wreszcie, w tym roku, do pierwszej Komunii świętej. Pragnienie owo pozostaje bowiem głęboko zakorzenione w jej sercu. Jej konkretna miłość Jezusa Wcielonego każe jej wyobrażać sobie Eucharystię jako sakrament rzeczywistej Obecności.

Katechizmu uczy ją ksiądz Domin (czterdzieści jeden lat), kapelan benedyktynek. Jest bardzo zadowolony z uczennicy, którą nazywa swoim „małym doktorem”, ta ostatnia jednak z wielkim trudem zgadza się z jego twierdzeniem, że dzieci zmarłe bez chrztu pozbawione są Nieba. Teresa uważa, że Wszechmoc Bożej Miłości nie może dopuścić takiego nieszczęścia, nie ma bowiem nic straszniejszego niż niemożność oglądania Boga. Jeżeli jest Wszechmocny, może przecież przyciągnąć je do Siebie!

Ze swej strony, w Karmelu, siostra Agnieszka od Jezusa przygotowuje również małą do wielkiego dnia: przez cztery miesiące, co tydzień, pisze do Teresy i przygotowuje książeczkę, która pomoże jej modlić się i robić codzienne umartwienia. Teresa odpowie z nadzwyczajną hojnością: od 1 marca do 7 maja 1883 roku, robi w sumie 1949 wyrzeczenia i powtarza 2773 razy modlitwy zaproponowane jej przez Paulinę. Z gorliwością prowadzi tę pedagogiczną rachunkowość, bardzo popularną w jej epoce, później jednak przyjdzie dzień, kiedy powie: „Bo kto miłuje, w liczbach się nie gubi” („Żyć Miłością!”).

Wielki dzień przypada na 8 maja. Szczęśliwa data, która zbiegnie się z profesją Pauliny w Karmelu: obie siostry zostają mocniej złączone w darze samych siebie, który złożą Jezusowi.

Po raz pierwszy w życiu Teresa nocuje poza domem: trzy dni rekolekcji wymagają zamieszkania w opactwie. Rodzina zasypuje uwagami siostry opiekunki: mała Martin jest jeszcze tak wrażliwa! Będzie miała prawo do małych ulg w regulaminie: ojciec i siostry odwiedzają ją każdego dnia.

Ksiądz Domin głosi rekolekcje siedmiu dziewczynkom w wieku od 10 do 11 lat. Nauki te okazują się mocno naznaczone jansenistycznym klimatem epoki. W małym karnecie Teresa zrobiła kilka notatek: druga wskazówka dotyczy śmierci, trzecia piekła i mąk, jakie się w nim cierpi, a wskazówka z 7 maja – świętokradzkiej Komunii: „Ksiądz powiedział nam rzeczy, które mnie przeraziły”. Ostatecznie jednak, śmierć przeoryszy benedyktynek nie pozwala księdzu udzielić wszystkich wskazówek i wystraszyć nimi do końca małe rekolektantki.

7 maja odbywa generalną spowiedź, która napełnia ją „wielkim pokojem”. Nazajutrz, doznaje niezmąconej radości, a słownictwo, którego użyje w 1895 roku, przywołując to wspomnienie, nie ma nic wspólnego ze wskazówkami księdza Domina: „Ach, jakże słodki był dla mojej duszy pierwszy pocałunek Jezusa!… Był to pocałunek miłości; czułam, że jestem kochana i sama również mówiłam: Kocham Cię, oddaję się Tobie na zawsze. Nie było żadnych próśb, zmagań, ofiar; już dawno Jezus i biedna mała Teresa spojrzeli na siebie i zrozumieli się… Tego dnia nie było to już spojrzenie ale zjednoczenie; nie było już dwojga; Teresa zniknęła jak kropla wody w głębiach oceanu. Pozostał sam Jezus; On był Mistrzem, Królem” (A 35r). To język zakochanej dziewczyny, która oddaje całą siebie. Eucharystyczny głód, obudzony w niej od tylu lat, próbuje się nasycić. W nadchodzącym roku zanotuje w swoim zeszyciku dwadzieścia dwie Komunie; w tamtych czasach nie można jeszcze przystępować do Komunii codziennie.

Po południu, w imieniu swych koleżanek, wypowiada akt poświęcenia się Najświętszej Pannie, swojej Matce. Nie pozostaje bynajmniej obojętna na rodzinną uroczystość i prezenty. Najbardziej jednak zależy jej na powtórnym przystąpieniu do Sakramentu. Nastąpi to dopiero po dwóch tygodniach, 22 maja, w dzień Wniebowstąpienia.

Druga Komunia wywrze głębokie wrażenie na Teresie, choć w zupełnie inny sposób: „Jakże słodkie wspomnienie pozostawiło mi to drugie nawiedzenie Jezusa!” Przychodzi jej na myśl zdanie z Listu do Galatów 2, 20: „To już nie ja żyję, to Jezus żyje we mnie!”. Przede wszystkim jednak otrzymuje światło co do sensu cierpienia: „Poczułam rodzące się w mym sercu wielkie pragnienie cierpienia z równoczesną wewnętrzną pewnością, że Jezus zachował dla mnie wiele krzyżów; zalewały mnie pociechy tak wielkie, że uważam je za największe laski mego życia” (A 36r). Jakże konsternujące uczucia u tak malej dziewczynki; stają się one jednak zwiastunem jej dzieciństwa i przyszłego życia.

Czy można się dziwić, że odczuwa potrzebę pogłębiania swojej modlitwy? Siostra Maria nie pozwala jej jednak na codzienne odprawianie pół godziny (ani nawet kwadransa!) modlitwy, uważa bowiem, że jest już wystarczająco pobożna.

Inna wielka laska, z 14 czerwca 1884 roku: biskup Hugonin udziela jej bierzmowania. Poprzedzają go dwudniowe rekolekcje; Teresę dziwi fakt, że nie przywiązuje się dość wagi do „Sakramentu Miłości”.

Duch Święty przychodzi w postaci lekkiego wietrzyku”. W dniu tym, pisze, otrzymała moc do znoszenia cierpień. Celina zaświadczy później: „Teresa, zwykle tak spokojna, była zupełnie odmieniona: promieniował z niej jakiś entuzjazm i oszołomienie. Któregoś dnia jej rekolekcji, kiedy okazałam zdziwienie tym stanem, wyjaśniła mi, co rozumiała z tego sakramentu, z owładnięcia całej swej istoty przez Ducha Miłości. Była w jej słowach taka moc, w jej spojrzeniu taki płomień, że sama przeniknięta jakimś nadprzyrodzonym wrażeniem, opuszczałam ją głęboko wzruszona. Zdarzenie to tak bardzo utkwiło w mej pamięci, że dziś jeszcze widzę jej gest, jej postawę, miejsce, gdzie była i wspomnienie to nigdy mnie nie opuści” (PO 266-267).

W sierpniu spędza wakacje w Saint-Ouenle-Pin, dziesięć kilometrów od Lisieux na trasie do Caen, w posiadłości pani Fournet (babcia Guérin), w regionie Auge. Teresa bardzo lubi tę wieś, jej pagórki, jabłonie, strumyki i stawy, mały zagajnik… Szkicuje wiernie sąsiednie gospodarstwo z pruskim murem. Wraz z rodziną spaceruje po okolicznej wsi, gdzie znajduje się zamek Guizot, na terenie dawnego opactwa cystersów Val-Richer. Mimo, że dokucza jej jeszcze koklusz, jest tu bardzo szczęśliwa. Czy w towarzystwie psa Toma, białego spaniela, którego w czerwcu dał jej w prezencie ojciec?

Jakkolwiek by nie było, odnajdzie go w Buissonnets na początku roku szkolnego, czasu tak zawsze dla niej trudnego. Spotyka inne uczennice w wieku 13-14 lat, rozproszone i hałaśliwe. Nadal interesuje ją historia, ćwiczenia stylu, nie słabnie też jej gorliwość w nauce katechezy, wprost przeciwnie. Jednakże jej wrażliwość na niepowodzenia jest duża i wywołuje wiele łez.

Jej opiekunka, matka od świętego Leona, uważają za zbyt delikatną i nadmiernie skrupulatną. Jej serce, „wrażliwe i kochające”, spragnione jest uczucia. Lecz kilkakrotne próby znalezienia przyjaciółki kończą się niepowodzeniem: jej miłość nie jest rozumiana.

Od 3 do 10 maja ponownie wyjeżdża na wakacje do państwa Guérin, tym razem do „Szałasu Róż”, przy ulicy de la Touques numer 17, w Deauville. Pod opieką ciotki Guérin, czwórka młodych dziewcząt oddycha morskim powietrzem: Joanna (17 lat), Maria (prawie 15), Teresa (12 i pół) i służąca Marcelina (19). Spacery brzegiem morza aż do Czarnych Skał, Msze i modlitwy do Matki Bożej Zwycięskiej i Matki Bożej Dobrej Pomocy, robótki na drutach, rysunki dla rodziny Guérin… Teresa próbuje jeszcze momentami wymusić pieszczoty, ale tu czeka ją porażka; ciągle brakuje jej matki i ma trudności z odzyskaniem pełnej równowagi w kontaktach z ludźmi. Mimo tylu rozrywek, tęskni za siostrą Marią, która pozostała w Buissonnets.

Zresztą, trzeba już wracać, gdyż, od 17 do 21 maja, w opactwie, ma uczestniczyć w rekolekcjach przygotowujących do „drugiej” Komunii świętej (to jest do uroczystego odnowienia pierwszej). Raz jeszcze głosił je będzie ksiądz Domin.

W tym samym, co rok wcześniej, karneciku rekolektantka zrobi kilka notatek. Terroryzujący ton wskazówek nie uległ zmianie: „To, o czym mówił nam ksiądz, było przerażające, mówił nam o grzechu śmiertelnym… „. O śmierci Teresa nie napisała ani słowa. Opowie jednak w swych wspomnieniach: „Rok następujący po mojej I Komunii świętej prawie cały upłynął bez wewnętrznych doświadczeń; rozpoczęły się one podczas rekolekcji przed rocznicą Komunii świętej, kiedy to zapadłam na straszliwą chorobę skrupułów… Trzeba samemu przejść przez to męczeństwo, by je należycie zrozumieć. Niemożliwością byłoby dla mnie wypowiedzieć, co przecierpiałam w ciągu półtora roku…” (A 39r).

W sumie, ten długi kryzys trwać będzie siedemnaście miesięcy. Odżywają „dwie troski duszy”, które nastąpiły po jej chorobie 1883 roku, i które umocnią jeszcze skrupuły, jakie mogły, w tym wieku, dotyczyć także czystości. Jej jedyną ostoją jest siostra Maria, której zwierza się z wewnętrznych cierpień, i która pomaga jej z lepszym rozeznaniem przystąpić do spowiedzi. Teresa jest przejęta, bo po drugiej Komunii nie wróci już do szkoły.

Zauważmy, że podjęła na nowo trzy postanowienia swojej pierwszej Komunii: „1. Nie zniechęcę się. 2. Codziennie odmówię Wspomnij, o Najświętsza Panno. 3. Spróbuję upokorzyć moją dumę” (poprawiamy niepewną ortografię).

W lipcu 1885 roku, ponownie spotykamy ją w Saint-Ouen-le-Pin. Nikt, widząc ją „tak szczęśliwą, czarującą i radosną”, nie domyśla się jej wewnętrznych cierpień. Pod koniec września – kolejny pobyt nad morzem, tym razem w Trouville, w „Willi Róża”, przy ulicy Charlemagne, wraz z Celiną. Teresa dobrze się tu bawi, lecz na spowiedzi oskarża się o zbytnią kokieterię: zakładała w swe śliczne włosy niebieskie wstążki.

Początek roku szkolnego w październiku 1885 roku będzie dla Teresy ostatnim. Celina, w wieku 16 lat, kończy swoją edukację. Kuzynka Maria, często cierpiąca, również opuszcza opactwo. To za wiele dla Teresy, która zostaje tu sama.

Wielka samotność nastolatki, spotęgowana jeszcze nieobecnością ojca odbywającego prawie dwumiesięczną podróż na Wschód, która doprowadzi go prawie do Konstantynopola.

Rekolekcje na rozpoczęcie roku szkolnego, głoszone przez zastępcę księdza Domina, nie poprawią nastroju uczennicy: mowa ciągle o kwestiach przerażających rzeczywistości, tak mało odpowiadających wyobrażeniu, jakie Teresa ma o miłości Jezusa.

Rok 1886: Teresa ma trzynaście lat. 2 lutego zostaje przyjęta jako aspirantka Dzieci Maryi w opactwie, którym przewodniczy „nieustraszona” Celina. Opiekunka zaskoczona jest melancholią Teresy, cierpiącej na nieustanne bóle głowy. Pan Martin podejmuje więc decyzję odebrania jej ze szkoły. Tak jak jej kuzynka, Maria Guérin, uczestniczyć będzie w prywatnych lekcjach u panny Walentyny Papinau, która, wraz z matką i kotką, mieszka na Grande-Rue, obok katedry świętego Piotra.

Wielka zmiana w życiu Teresy: koniec szkolnego życia. Trzy-cztery razy w tygodniu chodzi na lekcje, zawsze pod opieką. Praca nie jest wyczerpująca, gdyż nauczycielka przyjmuje dużo wizyt. Mówi się, że uczennica jest bardzo ładna. Ta ostatnia rumieni się z zażenowania i… zadowolenia.

Teresa ma teraz o wiele więcej czasu. Urządza swój pokój w mansardzie na drugim piętrze Buissonnets, który opisuje jako „prawdziwy bazar”: to „mieszanina pobożnych przedmiotów i ciekawostek, ogród i ptaszarnia, (…) portret Pauliny” (A42v).

Pod koniec czerwca, nowy pobyt w Trouville, w „Szałasie Bzów”; tym razem bardzo krótki, gdyż Teresa nie czuje się tu dobrze. Bardzo tęskni za Buissonnets. Ten mały incydent świadczy jednak, że nie wszystko jest jeszcze w porządku.

Odejście Marii do Karmelu

Oto dowiaduje się, że Maria zdecydowała się wstąpić do Karmelu. Nowy dramat dla Teresy, która tylko w niej znajduje oparcie. Celina ma siedemnaście lat i będzie musiała pełnić rolę pani domu. Leonia (dwadzieścia trzy lata), nadal myśli o życiu zakonnym. Świat Teresy chwieje się w posadach: życie jest nieustanną rozłąką. Pokój przestaje się jej podobać i z powodu Marii przeżywa to, co przeżywała już z powodu Pauliny: obsypuje ją pieszczotami i drobnymi prezentami przed wielkim odejściem.

Czy podróż do Alençon, na początku października, świeże powietrze i rozrywka rozwiążą problem? Nie. Płacze na grobie matki, bo zapomniała bukiecika kwiatów. I oto nagle Leonia wstępuje do klarysek przy ulicy Demi-Lune! Rodzina zdaje się rozpadać.

15 października to dzień wyjazdu Marii, „jedynej podpory” Teresy, która sama odtąd będzie walczyć ze swymi skrupułami. Paulina jest dla niej stracona: rzadkie widzenia w rozmównicy, za podwójną kratą, nie wystarczają do prawdziwego zrozumienia.

Oto młoda, śliczna dziewczyna (1, 62m) o jasnych włosach opadających na plecy, która niedługo ukończy czternaście lat. Lecz jaki kontrast z wnętrzem! Jest nadmiernie wrażliwa, płaczliwa, „nieznośna przez swą nadmierną uczuciowość”, płacząca czasem „dla-tego, że płakała” (por. A 44v), nękana przez skrupuły… Nigdy w swym życiu nie była aż tak nisko. Głęboka samotność dorastającej dziewczyny, która nadal myśli o wstąpieniu do Karmelu. Lecz jak będzie to możliwe w takim stanie wewnętrznym? Nie ma żadnego przygotowania w sprawach praktycznych, nie umie nawet dobrze pościelić łóżka i wszystkim się martwi (A 44v).

Z głębi tej otchłani zwraca się w stronę Nieba. Interesujące, że nie kieruje się ku Bogu czy Najświętszej Pannie, która już kiedyś ją uzdrowiła. Biedne, opuszczone dziecko zwraca się do czwórki rodzeństwa zmarłej w wieku niemowlęcym. Jako ostatnia z rodziny, wzywa ich z „dziecięcą prostotą” (A 44r). Odpowiedź przychodzi błyskawicznie: wielki pokój zalewa jej duszę; znajduje ukojenie czując w wewnętrznej samotności, że jest kochana przez mieszkańców Nieba.

Drugie nagłe uzdrowienie, które wyzwala ją ze skrupułów, lecz które nie rozwiązuje wszystkiego od razu. Jej nadmiernie wrażliwy charakter nie ulega bowiem zmianie. Teresa nadal ma tendencje do tego, by „płakać jak Magdalena”. Sytuacja zdaje się beznadziejna. Czy nasza nastolatka znajdzie z niej jakieś wyjście?

„Cud” Bożego Narodzenia 1886

Wtedy właśnie dojdzie do wewnętrznego wydarzenia, które będzie miało kapitalne znaczenie dla życia Teresy Martin. Nie będzie wcale spektakularne, bo oprócz Celiny nikt go nie zauważył.

Fakty są bardzo proste. Po powrocie z pasterki w katedrze świętego Piotra, pan Martin, zmęczony, żali się, że zwyczaj wkładania bucików do kominka musi być jeszcze praktykowany dla tak dużej, prawie czternastoletniej dziewczynki: „Całe szczęście, że w tym roku będzie to wreszcie po raz ostatni!…”. Wrażliwe uszko dosłyszało te słowa. Łzy stają w oczach, kiedy wychodzi na górę, by zdjąć kapelusz. Celina błagają, by nie schodziła od razu. Ale Teresa zbiera siły, tłumi łzy i zbiega ze schodów, by rozpakować prezenty… Ojciec śmieje się i zdaje być zadowolony. Celina nie wierzy własnym oczom.

Łaska dotknęła serca Teresy. „W jednej chwili” otrzymała wielką wewnętrzną siłę. Wyschło źródło jej łez. Jest już inna: zniknęła jej nadmierna wrażliwość. Jest przemieniona, mocna, wyszła z „dziecinnych powijakowy już nie nastolatka lecz kobieta. Oto „uzbrojona do walki”, gotowa na wszelkie bitwy, przede wszystkim na tę, ku której kierować ją będzie pragnienie jak najszybszego wstąpienia do Karmelu.

Dziewięć lat później, pisząc swój pierwszy rękopis autobiograficzny, siostra Teresa dokona podsumowania wydarzenia z owego Bożego Narodzenia 1886. Uważa je za „mały cud”, za „nawrócenie”, za „cudowną wymianę” pomiędzy Siłą Boga, który uczynił się Dzieciątkiem, a słabością „małej” Teresy, która stała się silna. Łaska liturgiczna – i eucharystyczna, bo Teresa przyjęła Komunię w czasie pasterki – przemieniła ją całkowicie (A 45-46).

„Urosła”. Podświadomie pragnęła tego, wzrastając w swego rodzaju dziecinnej atmosferze stworzonej przez rodzinę: „Celina dalej chciała mnie traktować jak dziecko, ponieważ byłam najmłodsza w rodzinie…”. Słowa ojca, burzące nagle dziecinny rytuał, sprawiają, że wychodzi z siebie. To trwałe nawrócenie, które zapoczątkuje „trzeci okres jej życia, najpiękniejszy spośród wszystkich, najbardziej obfitujący w łaski Nieba…”. Może zatem, jak sama to określa, rozpocząć swój „bieg olbrzyma” (Ps 18,6).

Z nadzwyczajną jasnością stwierdza, że odnalazła wówczas swój charakter z czasów, kiedy była czteroipółletnią dziewczynką, utracony dziesięć lat temu, w chwili śmierci matki. W sumie był to okres żałoby, odprawiony przez nią ze spokojem. Otrzymuje łaskę uzdrowienia wewnętrznego, głęboką i ostateczną. Łaska ta działa w naturze, która ma swą historię. Rana psychologiczna nie okazała się niezatartą. „Bóg jest zdrowiem duszy” (Jan od Krzyża).

W rok po napisaniu Rękopisu, Teresa wraca do owego „nawrócenia” w liście do ojca Roulland (L 201). Synteza jest doskonała: „Noc Bożego Narodzenia 1886 zadecydowała rzeczywiście o moim powołaniu, ale żeby jasno określić jej znaczenie, nazwać ją muszę nocą mego nawrócenia. W tę noc błogosławioną, o której napisane jest: noc oświeceniem moim w rozkoszach moich, Jezus, który stawał się Dzieciątkiem z miłości dla mnie, raczył wydobyć mnie z powijaków i niedoskonałości dzieciństwa. Przemienił mnie tak dalece, że sama siebie poznać nie mogłam. Bez tej zmiany mego charakteru byłabym zapewne musiała jeszcze długie lata zostać na świecie. Święta Teresa mówiła swoim córkom: Nie chcę, abyście byty słabymi niewiastami, powinnyście dorównać mężom mocnym. Toteż święta Teresa nie byłaby mnie chciała uznać za swoje dziecko, gdyby Pan nie udzielił mi boskiej swojej mocy, gdyby mnie nie uzbroił sam do boju”.

I tak, „w jednej chwili”, uzdrowiona została z niemocy, która trwała dziesięć lat. Wie teraz, przez doświadczenie, czym jest Miłosierdzie, które wyciągnęło ją z przepaści. Nigdy o tym nie zapomni i w każde kolejne Boże Narodzenie świętować będzie swoje „nawrócenie”.

W ostatnich rozmowach powróci jeszcze do Bożego Narodzenia 1886, tak znaczącego, by sprecyzować, że łaska Boża nie działa z pominięciem ludzkiej wolności: „Myślałam dzisiaj o moim życiu przeszłym, o tym akcie odwagi, który spełniłam niegdyś w Boże Narodzenie… i przypomniałam sobie pochwałę oddaną Judycie: Mężnieś sobie poczęła i wzmocnione jest serce twoje. Wiele dusz mówi: Nie mam siły spełnić tej ofiary. Lecz niechże zdobędą się na wysiłki! Pan Bóg nie odmawia nigdy pierwszej łaski, która daje odwagę do działania, następnie serce się wzmacnia i kroczy się ze zwycięstwa w zwycięstwem (DE II, 8.8.3).

Tak kończy się druga część życia Teresy Martin, według podziału, którego dokonała ona sama: dziesięć lat cierpień, walk, lecz także łask wyboru. Jako dziecko i nastolatka przeszła drogę oczyszczeń, które sprawiły, że dojrzała. Ta długa niemoc – dziesięć lat! – ustąpiła po trzech kolejnych nadprzyrodzonych uzdrowieniach, które doprowadziły do ostatecznego wyzwolenia. Doświadczyła tego osobiście: wie, że została uratowana, wie, że powraca z daleka, i że jej życie potoczyłoby się w złym kierunku, gdyby nie było tych łask, z których najpotężniejszą była łaska Bożego Narodzenia 1886 roku.

Rozumiemy, dlaczego 1887 rok będzie dla niej tak wspaniałym rokiem: rokiem rozwoju ludzkiego, intelektualnego, artystycznego, a zwłaszcza duchowego. Rokiem walki o jak najszybsze wstąpienie do Karmelu. Zresztą, Teresa sama ustaliła datę swojego wstąpienia: będzie to Boże Narodzenie 1887, rocznica jej nawrócenia.

Trudna walka o Karmel

Musi najpierw uzyskać pozwolenie wuja, Izydora Guerin, który jest oficjalnie opiekunem swych młodszych siostrzenic. Cztery miesiące po rozmowie z ojcem, decyduje się na rozmowę z aptekarzem. Ten jednak uważa, że jest za młoda, by prowadzić to życie „filozofa”! Niech skończy najpierw siedemnaście lat! Jako stateczny mieszkaniec Lisieux, obawia się krytyki i plotek w mieście. Jest niewzruszony.

Teresa odchodzi tonąc we łzach – dramat trwać będzie trzy dni. Po raz pierwszy (i nie ostatni przecież!) wejdzie w noc, stwierdzi, że Jezus śpi i milczy, zdając się ją zostawiać samej sobie (A 51v). To pierwsze mocne doświadczenie oczyszczenia. Te trzy dni agonii – Teresa przywołuje tu obraz Getshemani – kończą się w końcu małym „cudem”. Jego narzędziem okazuje się Paulina. Napisała do wuja przekonywujący list: wierzy, jak i matka Maria od świętego Gonzagi, przełożona, w powołanie młodszej siostry.

W sobotę, 22 października, wuj Izydor ciepło przyjmuje Teresę i wyraża swą zgodę. Teresie wydaje się, że dotarła do celu. Niestety, w Karmelu dowiaduje się, że przełożony, ksiądz Delatroëtte, absolutnie sprzeciwia się jej wstąpieniu. Nie wcześniej niż ukończy 21 rok życia! „Sprzeciw nie do pokonania”, który bulwersuje postulantkę. Ksiądz właśnie dowiedział się o trudnej sprawie państwa Fleuriot, których córka Joanna po jakimś czasie opuścić musiała Karmel… Przełożony nie chce narażać się na kolejne krytyki, tym bardziej, że mała Martin była chora. Mówi się, że jest delikatna, i że doktor de Cornière, lekarz Karmelu, podziela jego zdanie: nie zgadza się na jej wstąpienie. Mimo interwencji Ludwika Martin, któremu towarzyszy Teresa i Celina, ksiądz Delatroëtte pozostanie niewzruszony.

Kolejne łzy Teresy, która decyduje się na wizytę u biskupa Hugonin, w Bayeux. Ale już w sercu, wiedząc, że pojedzie na pielgrzymkę do Rzymu, żywi nadzieję na rozmowę z papieżem. 31 października, pan Martin zabiera ją do Bayeux na spotkanie z biskupem. Straszliwie pada (dla Teresy to zły znak), a w przepełnionej katedrze odbywa się właśnie pogrzeb pani Oktawii Felicyty Quesnault de Grondière. Pan Martin, w swej prostocie, każe ubranej na biało córce podejść aż do głównego ołtarza!

Po smutnym posiłku w dobrej miejskiej restauracji, ksiądz Révérony, wikariusz generalny, przyjmuje pana i pannę Martin i prowadzi ich do biskupa Hugonin. Teresa włożyła biały kapelusz i uczesała włosy w kok, by wyglądać na starszą. Wyjaśnia powód swej wizyty, lecz Eminencja stwierdza, że dziewczyna ma jeszcze czas. Tym bardziej, że dwie z jej sióstr są już w Karmelu. Sądził, że sprawi przyjemność panu Martin, tymczasem ze zdziwieniem widzi, że ten gotów jest w pełni na nowe poświęcenie.

Ponieważ mowa jest o pielgrzymce do Rzymu i audiencji u papieża Leona XIII, biskup oznajmia, że odpowie kiedy będą we Włoszech. Nowe rozczarowanie, nowe bezowocne przedsięwzięcie. Obfite łzy. Czas jednak pomyśleć o wielkiej wyprawie do Rzymu: dzień wyjazdu ustalono na 4 listopada.

Burzliwa pielgrzymka do Rzymu

Pielgrzymka zorganizowana została przez diecezję Coutances, pod kierownictwem biskupa Germain. Dołączyły do niej diecezje Bayeux i Lisieux, lecz biskup Hugonin miał być reprezentowany przez księdza Révérony. Chodziło o uczczenie jubileuszu Leona XIII (złote gody kapłańskie), tym bardziej, że papież cierpiał z powodu antyklerykalnych grabieży rządu Crispiego. Była to więc okazja do okazania poparcia Ojcu świętemu.

Podróż przewidziana w terminie 7 listopada – 2 grudnia 1887 roku, obejmuje zwiedzanie licznych włoskich miast i dziesięciodniowy pobyt w Rzymie, połączony z audiencją u papieża. Oto idealna okazja dla młodziutkiej Teresy, która chciała rozmawiać z papieżem o swym pragnieniu wstąpienia do Karmelu na Boże Narodzenie.

Pielgrzymka liczy 197 pielgrzymów, z których dobra jedna czwarta to ludzie szlachetnego rodu. Trzeba przyznać, że cena podróży, 660 franków w 1 klasie, nie była zachęcająca. Bierze w niej udział także około 75 księży. Ponieważ podróż należała do wyjątkowych, relacjonowana była przez prasę francuską i włoską oraz, później, przez sprawozdania publikowane w „Religijnych Tygodniach wymienionych diecezji.

Miesiąc spędzony poza Calvados będzie miał decydujący wpływ na formację i powołanie Teresy. Jeszcze na łożu śmierci przywoływać będzie wspomnienia z tej podróży, wyjątkowej w tamtych czasach dla osoby w tak młodym wieku.

Odkryje najpierw inne regiony, inne kraje, krajobrazy tak nowe dla młodej Normandki: Szwajcarię, Wiochy i ich wspaniałe miasta – Mediolan, Padwę, Wenecję, Bolonię, Pompeję, Neapol, Florencję, Pizę, Genuę… Dochodzą do tego skarby sztuki, historii, pogłębienie życia religijnego: papiestwo w Rzymie, spotkania ze świętymi: Agnieszką, Cecylią, Franciszkiem z Asyżu, Karolem Boromeuszem. Przeżycia te pozostaną niezatarte w duszy młodej karmelitanki. Wszystko zaczęło się od trzech dni zwiedzania Paryża. Wiele osób uważało wówczas stolicę za „współczesny Babilon”, pełen straszliwych niebezpieczeństw. Siostry Martin zwiedzają znane zabytki, jeżdżą windami sklepu Printemps, przechodzą aleją Champs-Elysées…

Spotkanie z innymi warstwami społecznymi także wywrze wpływ na Teresę. Pod koniec XIX wieku, podział społeczny społeczeństwa francuskiego jest jeszcze bardzo znaczny. Rodzina Martin wyszła z kategorii rzemieślników, którym dzięki pracy i oszczędnościom udało się dojść do wysokiej pozycji. Nie weszli jednak do warstwy szlacheckiej. I oto Teresa, tak zazwyczaj nieśmiała, znajduje się nagle w grupie społecznej znacznie różniącej się od jej własnej. Jako przedstawicielka klasy średniej, odkrywa, że „prawdziwa wielkość leży nie w imieniu, ale w duszy…” (A 56r). Na spotkaniach wieczornych w hotelach Wenecji czy Rzymu nie czuje się wcale skrępowana. Uzdrowienie Bożego Narodzenia 1886 dało trwały owoc.

Inne odkrycie, bardziej wstrząsające, dotyczy ludzi. Otoczona sistrami i kuzynkami (Guérin, Maudelonde), Teresa nie spotykała wcześniej chłopców. Teraz spotyka ich wielu. Panny Martin, w rozkwicie swej młodości (mają piętnaście – osiemnaście lat), elegancko ubrane, nie mogły przejść niezauważone. Celina wspomina: „układano małżeństwa…”. Teresa uświadomiła sobie, że mogłaby łatwo zawrzeć wspaniałe małżeństwo. Zrozumiałym jest, że przeczuwała, że podróż ta nie pozostanie obojętna dla jej powołania.

Uwaga, jaką poświęcają jej mężczyźni przybiera nawet bardziej natarczywą formę. Pisze, że Bolonia nie pozostawiła jej dobrego wspomnienia: na pociąg francuskiej pielgrzymki oczekuje tłum włoskich studentów. Na peronie, jeden z nich rzuca się na Teresę, unosząc ją w ramionach… Teresa jednak rzuca mu takie spojrzenie, że puszcza ją i ucieka (VT 81).

Inne doświadczenie, które dotknie głębiej przyszłą karmelitankę, to obecność księży. Dotąd widywała ich jedynie przy wykonywaniu funkcji kapłańskich, przy ołtarzu, w konfesjonale, na katechezie. Brała ich za „aniołów” i nie rozumiała dlaczego święta Teresa z Avila prosiła, w swej reformie życia karmelitańskiego, o modlitwę za księży. Modlitwa za grzeszników była dla młodej Martin oczywista… ale za księży? Powie później, że odkryła swe powołanie we Włoszech. „W ciągu tego miesiąca spotkałam wielu świętych kapłanów i widziałam, że chociaż ich wzniosła godność wynosi ich ponad aniołów, to jednak pozostają oni ludźmi słabymi i ułomnymi…” (A 56r).

Co mogła zobaczyć, że tak nią wstrząsnęło? Z pewnością nic strasznego. Ale to wspólne życie ukazuje jej z wielkim realizmem, że księża są ludźmi i mają swe dziwactwa, wady, lubią dobre włoskie jedzenie zakrapiane łagodnym winem. Mogła także cierpieć – pokaże to przyszłość – z powodu braku gorliwości w celebrowaniu sakramentów, w szczególności Eucharystii.

Wszelkie te – tak nowe – doświadczenia, skoncentrowane na przestrzeni niecałego miesiąca, wiele nauczyły Teresę. Napisze, że podróż ta „nauczyła ją więcej niż długie lata studiów”. Co więcej, była dla niej pierwszorzędnym wewnętrznym doświadczeniem, świadoma jest, że w pewnym sensie gra o swoje powołanie: z powodu wymienionych wcześniej najróżniejszych pokus, lecz i dlatego, że wie, że jest obserwowana przez księdza Révérony, któremu biskup Hugonin polecił, by przyglądał się młodej postulantce i jej zdolności do życia w klauzurze.

Już na początku pielgrzymki naznaczyło ją pewne wewnętrzne wydarzenie. W Paryżu, Ludwik Martin zarezerwował pokój w hotelu leżącym blisko Matki Boskiej Zwycięskiej, znanego sanktuarium, czczonego przez rodziny Guérin i Martin. Tam właśnie Teresa otrzymuje wielką łaskę: Najświętsza Panna daje jej do zrozumienia, że niepotrzebnie nosi w sobie od czterech lat ową „troskę duszy”. Nie, Maryja nie ma jej za złe, że powiedziała o łasce z 13 maja 1883 roku; Teresa nie zdradziła tajemnicy Maryi. Nie, Teresa nie uległa złudzeniu: „Najświętsza Panna dała mi przeświadczenie, że to naprawdę Ona uśmiechnęła się do mnie i uzdrowiła mnie”. Ulga, wyzwolenie. Przeczuwając niebezpieczeństwa podróży, powierzą swą czystość Maryi i świętemu Józefowi (A 57r).

W tę pamiętną niedzielę, 6 listopada, pielgrzymka udaje się do krypty Montmartre (bazylika nie została jeszcze zbudowana). Poświęcenie pielgrzymów Najświętszemu Sercu. Można ruszać dalej…

Spotkanie z papieżem Leonem XIII

Duchowym szczytem pielgrzymki była, oczywiście, tak bardzo oczekiwana audiencja u papieża Leona XIII. Jej dokładna data nie była znana. Intensywna korespondencja z Lisieux (poczta między Francją i Włochami działa w tamtych czasach bardzo sprawnie) świadczy o niecierpliwości i niepokojach: należy czy nie należy rozmawiać z papieżem? Paulina przejmuje dowodzenie, podejmując dyplomatyczne działania. W końcu, wypada na „Tak”.

Nadchodzi wielki dzień, niedziela, 20 listopada. Długi i skomplikowany ceremoniał: po dwóch Mszach, Leon XIII przyjmuje pochód pielgrzymów. Najpierw kobiety, księża, potem panowie. Papież jest zmęczony. Ksiądz Révérony, wikariusz generalny, stojący u jego boku, zabrania rozmawiać z Ojcem świętym! Teresa, która ma przed nim przejść, waha się. Ale nieustraszona Celina popycha ją: „Mów!”.

Biedna Tereska obejmuje kolana Leona XIII: „Ojcze święty, proszę Cię o wielką laskę… pozwól mi wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia…”. Starzec nie bardzo rozumie, ksiądz Révérony włącza się i wyjaśnia. Teresa ciągnie dalej: „Ojcze święty, jeśli powiesz tak, wszyscy się zgodzą!…”. Czarne, głębokie oczy przenikają ją: „Wstąpisz, jeśli Pan Bóg tego zechce…”. Teresa przywiera do papieża. Dwóch strażników z gwardii szlacheckiej siłą podnosi ją i, zalaną łzami, wyprowadza do wyjścia (A 62-63). Celina, na kolanach, prosi papieża o błogosławieństwo dla Karmelu w Lisieux. Ksiądz Révérony niecierpliwi się: młode Martin stają się kłopotliwe. A przecież, kiedy w kilka chwil później Ludwik Martin zbliży się (nic nie widział z zaistniałego incydentu), wikariusz generalny potraktuje go bardzo uprzejmie i przedstawi Leonowi XIII jako ojca dwóch karmelitanek. Papież błogosławi go kładąc mu rękę na głowie. Ksiądz Révérony nie rzekł jednak nic o tym, że starszy pan jest ojcem dwóch natarczywych panienek sprzed chwili!

Celina, rozżalona, określiła tę audiencję jako „fiasko”. Tego samego wieczoru Teresa pisze do Pauliny, wylewając swe żale i łzy. Zdaje się jednak na Dzieciątko Jezus, chce być jego zabawką. Zauważa mimochodem: „Dobry papież jest tak stary, że rzec by można – martwy, nigdy go sobie tak nie wyobrażałam; nie może prawie nic powiedzieć, mówi za to ksiądz Révérony” (L 36).

Ten ostatni nie będzie miał za złe przyszłej postulantce jej zachowania w czasie audiencji. Oczywiście, o zdarzeniu dowiedzieli się wszyscy pielgrzymi i z sympatią odnoszą się do „małej karmelitanki”. Doniesie o nim dziennik „L’Univers” z 24 listopada. W ten sposób dowie się o nim w Lisieux ksiądz Lepelletier, spowiednik Teresy. Sama nigdy mu o tym nie wspomniała. Jezus sam jest jej prawdziwym Kierownikiem. „Spowiadając się bardzo krótko, nigdy ani słowem nie wspomniałam o mych wewnętrznych przeżyciach. Droga, po której postępowałam, była tak prosta, tak jasna, że nie potrzebowałam innego przewodnika oprócz Jezusa…” (A 48v).

Wobec uważnych spojrzeń wikariusza, badającego jej możliwości przyszłej karmelitanki, Teresa mogła była przyjąć sztywną postawę i pobożną minę. Otóż, okaże się naturalna, pełna życia, ciekawa cudów podróży, nawet po porażce 20 listopada. Ksiądz Révérony posiada dar rozeznania. Ostatecznie, uwierzył w jej powołanie i w drodze powrotnej, w Nicei, obiecał, że wstawi się za nią u biskupa Hugonin.

Powrót był mniej radosny, choć nie mniej ciekawy: pielgrzymi odwiedzą między innymi sanktuarium Notre Dame de la Garde w Marsylii i Foundère w Lyonie.

2 grudnia, Lisieux wita rodzinę Martin. Łatwo sobie wyobrazić spotkanie w rozmównicy Karmelu! Lecz w tym, co najbardziej istotne, nadal króluje ciemność: biskupa Hugonin nie było we Włoszech. Za dwadzieścia dwa dni będzie Boże Narodzenie. Czy życzenie Teresy, by wstąpić tego dnia zostanie spełnione dosłownie?

Walka rozpoczyna się na nowo szturmem na księdza Delatroëtte, który pozostaje niewzruszony. Teresa pisze do księdza Révérony, później do biskupa. Pozostaje już tylko oczekiwanie. Ludwik Martin codziennie towarzyszy córce na pocztę. Aż do 24 grudnia. Każdy dzień przynosi nowe rozczarowanie.

Przychodzi w końcu tak oczekiwane Boże Narodzenie 1887 roku. Co za kontrast z ubiegłorocznym Bożym Narodzeniem, tak pełnym światła i radości! W czasie pasterki Teresa rozmyśla nad doświadczeniem wiary, mimo łez nie traci nadziei. Z pewnością zrozumiała, że Bogu nie da się narzucić daty: to On jest Panem, ona zaś pozostaje „piłeczką” w Jego ręku. Tego dnia Celina ofiaruje jej maleńką łódkę, na żaglu której widnieje słowo „Zdanie się”. To terezjańska postawa w tym, jakże dłużącym się, okresie.

Z rokiem 1888, Teresa wchodzi w swą piętnastą wiosnę. Z listu Pauliny dowiaduje się, że 28 grudnia, w święto Niewiniątek, biskup Hugonin zgodził się na jej wstąpienie do Karmelu. Pozostaje jedno „ale”… Karmelitanki, uważając kandydatkę za zbyt młodą, by stawiać na wstępie czoła Wielkiemu Postowi, postanowiły opóźnić datę wstąpienia o trzy miesiące! Radość zmieszana z gorzkim zawodem. Teresa przyjmuje jednak to nowe doświadczenie, które pozwala jej „wzrastać w zdaniu się na Boga i w innych cnotach” (A 68r).

Teresa pobierze jeszcze kilka lekcji u pani Papinau, by uzupełnić swe wykształcenie. Przede wszystkim jednak, przygotowywać się będzie do czekającego ją życia. Nie przez wielkie umartwienia, lecz przez wierność w małych rzeczach, przez umartwianie swojej woli „zawsze gotowej narzucać się”, przez „spełnianie małych usług w ukryciu”. „Przez praktykę owych nic przygotowywałam się do zostania oblubienicą Jezusa…” (A 68v). W sumie trzy miesiące minęły szybko, pozostawiając dobre wspomnienie.

Ojciec, zawsze skory do podróży, proponuje jej pielgrzymkę do Ziemi Świętej. W pierwszym odruchu dziewczyna daje się ponieść pragnieniu poznania miejsc, w których żył Jezus. Ma tak realistyczny zmysł Wcielenia! Zmusiłoby ją to jednakże do opóźnienia o dwa czy nawet trzy miesiące wstąpienia do Karmelu. Nie może się na to zgodzić po tak długiej walce, by wstąpić jak najszybciej… Czy ma jakieś wątpliwości co do swojej decyzji? Wydaje się, że nie. Powrót Leonii, jej wystąpienie z klasztoru wizytek w Caen 6 stycznia (druga porażka po klaryskach) przypomina jej, że nie będzie łatwo. Siostra radzi jej, by dobrze się zastanowiła przed wstąpieniem do zakonu, nie powinna angażować się pochopnie. Teresa jednak jest zdecydowana, powie nawet później, że „nie miała złudzeń” (A 69v).

Wbrew pozorom, miała już mocne doświadczenie życia z Jezusem, łask i cierpień, jakie pociąga ono za sobą. Poznała i przebyła liczne oczyszczenia, doświadczyła, co znaczy być uratowaną przez łaskę. Ważne jest dla niej tylko jedno: żyć w ukryciu z przyszłym Oblubieńcem, „kochać Go i sprawiać, aby był kochany”. Nawet jeżeli miała przeczucia co do krótkotrwałości swego życia, nie mogła wiedzieć, że jej obecność w tym miejscu nie przekroczy dziewięciu lat. Miał to być czas „biegu olbrzyma” (A 44v).

Zobacz podobne wpisy