Pieśń duchowa
15 listopada, 2016
Księga życia
15 listopada, 2016

Żywy płomień miłości

Wprowadzenie

Żywy płomień miłości wznosi się na nieprześcignione wyżyny mistyki chrześcijańskiej. Aktualnym pozostaje stwierdzenie jednego z dawnych biografów św. Jana od Krzyża: „Czcigodny Ojciec zaczyna tam, gdzie inni wybitni pisarze mistyczni zdają się kończyć”. Dzieło to jest czwartym i ostatnim z wielkich traktatów Doktora Mistycznego. Ta chronologia niejako tłumaczy także jego wzniosłość. Jednakże nie jest to dzieło odizolowane od trzech poprzednich, tj. Drogi na Górę KarmelNocy ciemnej i Pieśni duchowej. W takim bowiem wypadku byłoby zupełnie niezrozumiałe. Tytuł, z uwagi na symbol, jaki w sobie zawiera (ogień-płomień), jest przedłużeniem symbolu nocy-ciemności i odsyła czytelnika do ksiąg Nocy ciemnej. Ogień bijący jasnym płomieniem może być w całej pełni uchwycony i dowartościowany dopiero pośród nocy. Natomiast treść, bardziej jeszcze niż do Nocy, nawiązuje do postępu „historii miłości” pomiędzy Oblubieńcem a oblubienicą, opisywanej w Pieśni duchowej. Nie będzie tu jednakże powtórek z poprzednich dzieł. Nie miałoby to sensu, a już zupełnie nie leżałoby w charakterze Jana od Krzyża, który nawet dwóch z poprzednich dzieł świadomie nie kończył właśnie dlatego, że nie chciał powielać komentarza. Będzie więc mowa o tym samym duchowym doświadczeniu, co w poprzednich dziełach, jednak na wyższym poziomie teologicznej i mistycznej percepcji i przy większej intensywności mistycznych przeżyć duszy.

Podobnie jak w przypadku Nocy ciemnej i Pieśni duchowej, Jan od Krzyża pozostawił dwie wersje Żywego płomienia miłości: A i B. Poniższy tekst jest tłumaczeniem wersji B, która w oryginale hiszpańskim posiada kilka kopii. Za najlepszą kopię uważa się dziś manuskrypt z Archiwum Sylweriusza w Burgos (nr 13 litera L), na którym hiszpański wydawca oparł się po raz pierwszy dopiero w 1957 roku.

Kompozycja

Najważniejsze dane w tym względzie zawarł sam autor w podtytule dzieła. Pisze objaśnienia strof poematu o tym samym tytule w roku 1584 na prośbę pani Anny de Penalosa (t 1608), wdowy po Juanie de Guevara, swojej penitentki. Rzecz godna odnotowania: Doktor Karmelu wszystkie swoje utwory dedykuje osobom żyjącym w jego otoczeniu, którym jednocześnie pomaga jako kierownik duchowy. Pisma stanowią więc kontynuację jego ustnego nauczania. Czy to przypadek, że dwa traktaty dedykowane kobietom (Pieśń duchowa i Żywy płomień miłości) zawierają nieporównanie więcej ładunku uczuciowego od pozostałych? Trzeba zauważyć, że istotnie całą trójkę: siostrę Annę od Jezusa, panią Annę de Penalosa i o. Jana od Krzyża łączyła piękna przyjaźń. Dzieło powstało w Grenadzie, jak to wynika już z daty powstania, a także relacji jego osobistego sekretarza o. Jana Ewangelisty.

Omawiany utwór nie różni się od pozostałych metodą, a jedynie treścią. Jak w pozostałych pismach, św. Jan od Krzyża rozpoczyna prologiem, w którym wyjawia swój plan i sposób jego wykonania. Przepisuje następnie wszystkie strofy i przystępuje do ich komentarza. Kto jeszcze nie zdołał zaznajomić się z jego metodą, otrzymuje wskazówkę: „Będę je objaśniał w tym samym porządku, jak poprzednio. Umieszczę więc najpierw wszystkie wiersze razem, a następnie, objaśniwszy krótko każdą strofę, będę przytaczał i objaśniał poszczególne wiersze” (prolog, 4). Także tutaj występują trzy elementy komentarza: tekst strofy, krótkie objaśnienie jej treści oraz szczegółowy komentarz do każdego wersetu. Od strony redakcyjnej Żywy płomień miłości jest czymś pośrednim pomiędzy komentarzem do Nocy ciemnej i Pieśni duchowej. Z Pieśni zachowuje sposób objaśniania strof: każdy werset z osobna; z Nocy nieproporcjonalne rozbudowanie niektórych objaśnień, co wynikało z potrzeby doktrynalnego doprecyzowania pojęć czy podjęcia zagadnień związanych z sytuacją duszy na danym etapie życia duchowego. Autor albo dokonuje retrospekcyjnego spojrzenia na przebytą drogę z jej szczytów, albo rozwija temat obecny w życiu duchowym wierzącego, który znajduje się na omawianym etapie rozwoju, mimo że nie wypływa to bezpośrednio z komentowanego poematu. Te dygresje, dokonane z całą świadomością, o czym świadczy delikatna zapowiedź typu: „odchylimy się nieco od naszego przedmiotu” (ŻPM 3, 27), nie zaciemniają jednak głównego tematu dzieła. Przeciwnie, ich obecność jest istotna dla uchwycenia całej złożonej sytuacji wierzącego. Na uwagę zasługują zwłaszcza trzy fragmenty: 1, 18-26; 2, 23-31; 3, 27-67. W pierwszym tłumaczy, dlaczego kontemplacja wlana podczas oczyszczenia sprawiała człowiekowi tyle bólu, a teraz sprawia taką słodycz (por. 1, 18-26); w drugim wyjaśnia, jakie trudy minionych utrapień zostają teraz duszy stokroć wynagrodzone i dlaczego musiała przez nie przejść (por. 2, 23-31); natomiast trzeci stanowi coś w rodzaju małego traktatu o kierownikach duchowych.

Tematyka

Na tle tematyki ogólnej można także mówić o tematyce szczegółowej.

Tematyka ogólna. Wszystkie cztery strofy poematu opisują tę samą duchową sytuację wierzącego, tj. życie duszy, która doszła do stanu zjednoczenia przemieniającego. W prologu Święty wyjaśnia, że raz doszedłszy do tego stanu, nie należy oczekiwać jakichś radykalnych zmian: „A ponieważ tak dogłębnie jest przemieniona w Boga, tak całkowicie przez Niego owładnięta i tak nieprzebranymi bogactwami darów i cnót obsypana, zda się jej, że już tak blisko jest szczęścia wiecznego, iż dzieli ją od niego tylko delikatna zasłona” (ŻPM 1,1). Zatem pozostaje jedynie możliwość większej intensywności miłości i dalszej jej jakościowej przemiany, jako że miłość zawsze może wzrastać. Jeżeli każda ze strof opiewa podobną sytuację duchową wierzącego, musi stanowić jedynie pewną odmianę głównego zagadnienia całego dzieła. I rze-czywiście, wraz postępem komentarza przybywa nam coraz więcej detali i uzupełniających się wizji całości. Jednorodność tematyczną dzieła pozwala utrzymać obecny nieustannie symbol płomienia, a coraz większe bogactwo mistycznego doświadczenia ujawnia się przez coraz to nowe „udzielania się” Boga „duszy”.

Dominująca perspektywa duchowa wierzącego, o której jest mowa w Żywym płomieniu miłości, pozostaje ta sama, co w strofach Pieśni duchowej (35-39) z uwzględnieniem oczywiście dalszego postępu, co w sposób precyzyjny wyjaśnia sam Święty: „I chociaż w strofach poprzednio objaśnionych mówiliśmy już o najwyższym stanie doskonałości, do jakiego można dojść w tym życiu, czyli o przeobrażeniu w Boga, to jednak te strofy mówią o bardziej jeszcze udoskonalonej i utrwalonej miłości, w tym samym stanie przeobrażenia” (ŻPM, prolog 3).

Jakkolwiek na tym etapie życia mistycznego nie można już mówić o kolejnych stopniach miłości, nie oznacza to wcale, że panuje tu pewien duchowy marazm. W naturze miłości leży jej coraz większy dynamizm: „Miłość nigdy nie spoczywa, lecz zawsze działa i jak ogień rozrzuca iskry na wszystkie strony” (ŻPM, 1, 8). Dlatego „z biegiem czasu i w miarę ćwiczenia się można o wiele więcej utrwalić się i ugruntować w miłości” (ŻPM, prolog 3). Utrwalanie się i ugruntowywanie miłości jest właśnie zasadniczym tematem Żywego płomienia miłości.

Gdy zaś chodzi o tematy szczegółowe, wymienić trzeba przynajmniej ważniejsze z nich.

Strofa 1

Strofa stanowi syntezę całego dzieła, ukazując podstawowe tematy chrześcijańskiej egzystencji: życie, śmierć, wieczna chwała. Zawiera dwa bloki tematyczne: objaśnia, czym jest „płomień” i co aktualnie sprawia w duszy (1-3), opis duchowej pełni, stanowiącej punkt wyjścia do tęsknoty za chwałą nieba (4-6).

– Duchowe napięcie wynikające z tęsknoty za życiem wiecznym. Wspomina się czasy minione, by tym bardziej tęsknić za pełnią chwały (ww. 5-6). W sposób ewidentny w pierwszej strofie Autor nawiązuje do sytuacji duszy opisanej w ostatnich pięciu strofach Pieśni duchowej B. Już tam były szczyty mistyki, a tutaj jest ich ciąg dalszy.

– Święto Ducha Świętego. Doktor Mistyczny ukazuje tu całą głębię doktryny pneumatologicznej. Żywym płomieniem miłości jest Duch Święty, a świętowanie odbywa się w samym centrum duszy. Właściwym Duchowi Świętemu działaniem jest właśnie rozpłomienianie duszy.

– Śmierć z miłości i słodkie spotkanie. Dusza prosi o zakończenie czasu oczekiwania i otwarcie drzwi „uszczęśliwiającego widzenia” (1, 27).

Strofa 2

Treść strofy doskonale streszcza w zdaniu: „W tej strofie tłumaczy, że wszystkie trzy Osoby Trójcy Przenajświętszej: Ojciec, Syn i Duch Święty dokonują w niej boskiego dzieła zjednoczenia” (2, 1). Innymi słowy objaśnia, Kim jest działający i jak działa. Komentarz do tej strofy posiada dwie części: opis darów Bożych (2-22) oraz porównanie obecnego stanu duszy z poprzednim (25-36).

– Wielkie dobra i korzyści dla wierzącego wynikające z działania w nim Trójcy Świętej. Wymienione są one w wersach poematu: „słodkie żaru upalenie” utożsamione z Duchem Świętym (w. 2-5), który swym działaniem sprawia w duszy „ranę pełną uczucia błogiego” (6-15); „ręka miła” odniesiona do Ojca, który obdarza szczodrze i dobrotliwie różnymi darami (16); „czułe dotknięcie” przypisane Synowi, który delikatnym boskim bytem przenika na wskroś istotę duszy (17-22).

– Łaski szczególne. Jedynie niektóre ze szczególnych łask mistycznych wymienia tutaj Święty. Trochę dlatego, że implikuje je tekst poematu, a może także dlatego, że nie omówił ich w innych pismach. Łaski związane z „błogą raną” należałoby wiązać z fenomenem transwerberacji i stygmatyzacji. O pierwszej z nich mówi: „dusza czuje, że godzi w nią serafin grotem czy włócznią rozpaloną ogniem miłości i przeszywają” (2, 9). Mówiąc o drugiej, nawiązuje do życia św. Franciszka z Asyżu, zauważając, że oprócz głębokiego duchowego zranienia może dojść także do zranienia zewnętrznego: „po zranieniu bowiem jego [Franciszka] duszy pięcioma ranami miłości, objawił się i skutek tych ran na jego ciele” (w. 13). Z „delikatnym dotknięciem” wiąże łaskę „namaszczenia Ducha Świętego” (w. 22), o czym będzie szerzej mówił w następnej strofie.

Strofa 3

Kontynuuje rozpoczętą tematykę, jednak zmienia akcent: omawia dobrodziejstwa działania Bożego: „Uwielbia dusza w tej strofie swego Oblubieńca i okazuje Mu wdzięczność za wielkie łaski, jakie otrzymuje ze zjednoczenia się z Nim” (3, 1).

– Wdzięczność za otrzymane łaski i ponowne oddanie się miłości. Strofa zawiera trzy bloki tematyczne. Najpierw, podobnie jak w poprzednich dwóch, dusza wyśpiewuje radość i wychwala Boga za aktualne Jego dary (1-22), następnie wspomina czas miniony, tj. do próby i oczyszczenia (27-68). W końcu znowu powraca do szczęśliwego obecnego stanu, jakiego zaznaje dzięki miłości i światłu płynących od Boga (77-85). W komentarzu każdego wersetu wymieniane są szczególne łaski towarzyszące.

– Przemiana w ogień i blask. Pochodnie, o których mowa w pierwszym wersecie, sprawiają, że dusza promieniuje od nich „przemieniona w odblaski miłosne” (9). Te wybuchy płomieni są już jednak dziełem Ducha Świętego i duszy jednocześnie.

– Oświecenie głębokich jaskiń zmysłów. Oczyszczone zmysły i duchowe władze (intelekt, pamięć i wola) mają bardzo wielką pojemność (stąd porównanie do otchłani), gdyż mają „pomieścić” samego Boga. Oświecenie tych głębin duchowych „namaszczeniami Ducha Świętego” wymaga radykalnego oderwania od wszelkich przywiązań ziemskich. Stąd towarzyszą im wielkie udręki duchowe. To cierpienie ma jednak inny charakter niż cierpienia czyśćcowe, gdyż dokonuje się „w łonie miłości woli” (22).

– Zrównanie miłości. Działanie Boga i duszy jest jedno: „działa w Bogu przez Boga to, co On sam przez siebie działa w niej; i działa tak, jak On, gdyż wola ich dwojga jest jedna, a więc działanie Boga i jej jest również jedno” (78). Przejawem tej jedności jest nie tylko emanowanie blasku i miłości, ale także wzajemne oddanie sobie Boga i duszy (79).

Strofa 4

Po wyśpiewaniu w poprzednich strofach dzieła Boga i człowieka w tej ostatniej Autor stwarza atmosferę odpoczynku. Odnajdujemy tu wyrażenia najwyższego szczęścia i głębokiej zażyłości duszy z Bogiem „O jak łagodnie i miłośnie / Budzisz się, Miły, w głębi łona mego” (4, 3).

– Pragnienie chwały. Bóg przebywa niejako ukryty w samej substancji duszy każdego człowieka. U jednych przebywa chętnie, u innych jak niechciany przybysz (4, 14). Dla duszy zjednoczonej z Nim, nie jest On ukryty: „ona odczuwa w sobie ten Jego zażyły uścisk” (14). Jan od Krzyża mówi w tej strofie o częstych „przebudzeniach” Oblubieńca w duszy, co sprawia w niej niewypowiedziane szczęście (15) podobne do szczęścia w chwale niebieskiej: „napełnia się w najwyższym stopniu chwałą i miłością” (16).

– Poznanie wszystkiego w Bogu. Również dusza budzi się w tym stanie: „Dusza jest w tym poruszeniu podniesiona i obudzona ze snu spojrzenia naturalnego, do świadomości spojrzenia nadprzyrodzonego” (6). Może teraz kontemplować wspaniałą harmonię całego stworzenia w Bogu. Okazuje się, że owo „przebudzenie” dotyczy zarówno dobrze duszy, jak i Boga (9). Radość duszy jest tak wielka, że nie jest w stanie tego w żaden sposób wyrazić. Dlatego też Święty rezygnuje z komentarza ostatnich trzech wersetów poematu. Przytoczył je razem, a po kilku zdaniach „pochwalił” Boga i napisał „Amen”.

Na początku Pieśni duchowej Doktor Mistyczny zachwyca się miłością Oblubieńca, który rani duszę i znika. Epilog tamtej przygody opisany jest dopiero na końcu ostatniego z jego wielkich dzieł: Żywego płomienia miłości. Na początku duchowej drogi wierzącego była Miłość i u jej kresu również jest Miłość. Ale jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma okresami życia duszy. Na początku dusza niecierpliwie rzuca się na wszystkie strony: szuka, pyta, narzeka. Na końcu zamyka usta w milczeniu, bo nic lepiej nie jest w stanie oddać ogromu Bożej Miłości, która całkowicie ją przemieniła. „O tym tchnieniu pełnym dóbr i chwały najczulszej miłości Boga dla duszy, nie chciałbym i nie chcę mówić, bo widzę jasno, że nie potrafię tego wypowiedzieć; a mogłoby się zdawać, że przedstawia się to tylko tak, jak ja to wyrażę” (4, 17).

Jerzy Gogola OCD

Św. Jan od Krzyża,
Żywy płomień miłości,
Wydawnictwo Karmelitów Bosych,
Kraków 2003

Prolog

JEZUS, MARYJA, JÓZEF

Objaśnienia strof, które mówią o najbardziej zażyłym i najdoskonalszym zjednoczeniu i przeobrażeniu duszy w Boga, na prośbę pani Anny de Peńalosa, przez tego, który je ułożył. S.M.

1. Czułem pewną niechęć do objaśniania tych czterech strof, o co mnie prosiłaś szlachetna i pobożna Pani, gdyż są to rzeczy tak głębokie i duchowe, że na ich wyrażenie brakuje słów. Rzeczy duchowe bowiem przewyższają wszelki zmysł. Niełatwo jest mówić o tych zagadnieniach i trudno również rozprawiać o najgłębszych sprawach duszy, jeśli się tych rzeczy w duchu nie przeżywa. A ponieważ ja zbyt mało tego ducha posiadam, długo odkładałem te objaśnienia.

Dopiero teraz – gdy, jak mi się zdaje, Pan użyczył mi nieco poznania i rozpalił swym ogniem, zapewne dla świętych pragnień, z jakimi zacna Pani oczekujesz tych objaśnień, chce Bóg, by zostały napisane – nabrałem ufności, wiedząc dobrze, że sam od siebie nic pożytecznego nie potrafię powiedzieć, zwłaszcza w rzeczach tak wzniosłych i głębokich. Nie będzie tu więc nic mojego, chyba te błędy i niejasności, jakie się znajdą; i dlatego wszystko poddaję wyższemu sądowi, a przede wszystkim orzeczeniu świętej Matki Kościoła rzymskokatolickiego, pod którego przewodnictwem nikt nie zbłądzi. Z tym więc zastrzeżeniem, opierając się na Piśmie świętym, będę się starał powiedzieć, co wiem, chociaż to wszystko będzie tak nieudolne w porównaniu z samą rzeczywistością, jak namalowany obraz wobec samej rzeczy.

2. Nie należy się dziwić, że Bóg udziela duszom wybranym tak nadzwyczajnych i wzniosłych łask. Pojmiemy to, gdy rozważymy, że On jest Bogiem i rozdaje dary godne Boga, i daje je z nieskończoną miłością i dobrocią; powiedział bowiem, że „do tego, kto Go miłuje, przyjdzie Ojciec, Syn i Duch Święty i będą w nim przebywać” (J 14, 23). Sprawia przez to, że i kochający żyje w Ojcu, Synu i Duchu Świętym, czyli ma udział w życiu Boga, jak to dusza tłumaczy w tych strofach.

3. I chociaż w strofach poprzednio objaśnionych mówiliśmy już o najwyższym stanie doskonałości, do jakiego można dojść w tym życiu, czyli o przeobrażeniu w Boga, to jednak te strofy mówią o bardziej jeszcze udoskonalonej i utrwalonej miłości w tym samym stanie przeobrażenia. Choć bowiem jest prawdą, że to, o czym jedne i drugie mówią, jest tym samym stanem przeobrażenia i że w takim nie można już dalej postąpić, to jednak z biegiem czasu i w miarę ćwiczenia się można o wiele więcej utrwalić się i ugruntować w miłości. Dzieje się tu bowiem podobnie jak z drzewem, które zapalone przemienia się i łączy z ogniem; a im większy jest żar ognia i im dłuższy czas ono w nim przebywa, tym więcej się rozpala, aż w końcu całe staje się [ogniem] i jednym płomieniem.

4. Na tym właśnie stopniu rozpłomienienia znajduje się dusza śpiewająca te pieśni. Tak już jest przemieniona i udoskonalona wewnętrznie w ogniu miłości, że nie tylko jest złączona z nim, lecz sama jest jednym żywym płomieniem. Odczuwając ten stan, mówi o nim z zażyłą i najdelikatniejszą słodyczą miłości, a płonąc wspomnianym ogniem rozważa w tych strofach niektóre skutki, jakie w niej sprawia.

Będę je objaśniał w tym samym porządku, jak poprzednio. Umieszczę więc najpierw wszystkie wiersze razem, a następnie objaśniwszy krótko każdą strofę, będę przytaczał i objaśniał poszczególne wiersze.

S.M.

br. Jan od Krzyża, karmelita bosy

ŚPIEW DUSZY POGRĄŻONEJ W GŁĘBOKIM ZJEDNOCZENIU Z BOGIEM

I

O żywy płomieniu miłości,
Jak czule rani siła żaru twego
Środka mej duszy najgłębsze istności!
Bo nie masz w sobie już bólu żadnego!
Skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem!
Zerwij zasłonę tym słodkim zderzeniem!

II

O słodkie żaru upalenie!
O rano pełna uczucia błogiego!
O ręko miła, o czułe dotknienie,
Co dajesz przedsmak życia wieczystego
I spłacasz hojnie wszystkie zaległości!
Przez śmierć wprowadzasz do życia pełności!

III

Pochodnie ognia płonącego,
W waszych odblaskach jasnych i promiennych,
Otchłanie głębin zmysłu duchowego,
Który był ślepy, pełen mroków ciemnych,
Teraz z dziwnymi doskonałościami
Niosą Miłemu żar swój wraz z blaskami!

IV

O jak łagodnie i miłośnie
Budzisz się, Miły, w głębi łona mego,
Gdzie sam ukryty przebywasz rozkosznie!
A Słodkim tchnieniem oddechu Twojego
Pełnego skarbów wieczystych i chwały,
Jak słodkie wzniecasz miłości zapały!

Układ powyższych strof podobny jest do tych liryków w zbiorze Boscana, które odnoszą się do rzeczy Bożych. Brzmią one:

W poszukiwaniu samotności,
plącząc nad moim losem,
idę drogami, które się przede mną otwierają
 itd.

W każdej strofie jest sześć wierszy, z których czwarty odpowiada pierwszemu, piąty drugiemu, a szósty trzeciemu.

STROFA PIERWSZA

O żywy płomieniu miłości,
Jak czule rani siła żaru twego
Środka mej duszy najgłębsze istności!
Bo nie masz w sobie już bólu żadnego!
Skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem!
Zerwij zasłonę tym słodkim zderzeniem!

OBJAŚNIENIE

1. W boskim zjednoczeniu dusza czuje się cała rozpalona i wszystko wnętrze swoje ma zanurzone w chwale i miłości, tak iż głębię jej istoty zalewają strumienie chwały przepełniając ją rozkoszą i odczuwa, że „z żywota jej płyną rzeki wody żywej”, o których mówił Syn Boży (J 7, 38). A ponieważ tak dogłębnie jest przemieniona w Boga, tak całkowicie przez Niego owładnięta i tak nieprzebranymi bogactwami darów i cnót obsypana, zdaje się jej, że już tak blisko jest szczęścia wiecznego, iż dzieli ją od niego tylko delikatna zasłona.

Spostrzega również, że ten słodki płomień miłości w niej gorejący, ilekroć ją ogarnia, napełnia ją pełną słodyczy i mocy chwałą, tak iż za każdym razem, gdy ją trawi i pochłania, doznaje wrażenia, iż przynosi jej życie wieczne i zrywa już zasłonę życia śmiertelnego. A czując, że chociaż bardzo mało do tego brakuje, to jednak przez tę odrobinę nie może jeszcze osiągnąć istotnie chwały wiecznej, z wielkim upragnieniem prosi, by ten płomień, którym jest Duch Święty, przerwał jej życie śmiertelne przez to słodkie spotkanie, w jakim dopełni już całkowicie tego, co zdaje się jej dawać za każdym spotkaniem, tj. uszczęśliwi ją zupełnie i w doskonały sposób. Woła więc:

O żywy płomieniu miłości!

2. By uwydatnić uczucia i siłę, z jaką mówi w tych czterech strofach, używa w nich dusza wykrzykników: „o” i „jak”, które oznaczają nadmiar uczuć. Wyraża przez to za każdym razem swe uczucia o wiele głębiej, niżby to innymi słowami potrafiła uczynić. To o służy jej do wyrażenia wielkich pragnień i do przedstawienia wielkich próśb. I dla osiągnięcia obydwóch tych celów używa ich dusza w tej pieśni; usilnie bowiem przedstawia w niej swe wielkie pragnienie, starając się nakłonić miłość, by ją uwolniła już z więzów.

3. Tym płomieniem miłości jest duch jej Oblubieńca, tj. Duch Święty. Czuje Go dusza w sobie nie tylko jako ogień, który ją ogarnął i przemienił w słodką miłość, lecz również jako ogień, który nadto płonie w niej samej i czyni ją płomieniem, jak sama mówi. Płomień ten za każdym swym wybuchem zanurza duszę w chwale i orzeźwia ją obfitością życia Bożego.

I na tym właśnie polega działanie Ducha Świętego w duszy przemienionej w miłość, że jej akty, które wzbudza wewnętrznie, rozpłomieniają ją i są żagwiami miłości. W tej miłości zjednoczona wola duszy kocha w najwyższym stopniu stawszy się jedną miłością z tym płomieniem.

Dlatego te akty miłości są wprost bezcenne i przez jeden z nich dusza więcej zasługuje i większej nabywa wartości, niżby to mogła osiągnąć pracą całego życia, choćby największą, lecz bez tego przeobrażenia.

Różnica, jaka zachodzi między stanem trwałym a poszczególnym aktem, zachodzi również pomiędzy przemianą w miłość a płomieniem miłości; jest ona tu bowiem taka sama, jak między drzewem zapalonym a jego płomieniem, gdyż płomień jest skutkiem ognia jarzącego się w drzewie.

4. Możemy więc powiedzieć o duszy będącej w stanie przeobrażenią w miłość, że jej zwykły stan podobny jest do sytuacji drzewa, które ustawicznie spala ogień; aktami zaś tej duszy jest płomień rodzący się z ognia miłości, tym większy, im silniejszy jest ogień zjednoczenia. W tym płomieniu łączą się i wznoszą akty woli, porywane i pochłonięte przez żar Ducha Świętego; ma to podobieństwo z aniołem, który wzniósł się do Boga w płomieniach ofiary Manuego (Sdz 13, 20).

Dlatego dusza w tym stanie nie może wykonywać owych aktów, jeśli Duch Święty nie wykonuje ich wszystkich i nie pobudza jej do nich. Wskutek tego wszystkie jej czynności są boskie, jako że jest pobudzona i działa pod wpływem Boga.

Stąd, ilekroć ten płomień gorzeje i napełnia ją miłością pełną słodyczy i boskiego orzeźwienia, wydaje się duszy, że daje jej życie wieczne, gdyż podnosi ją do Bożego działania w samym Bogu.

5. Taki jest sposób wyrażania się, jakiego Bóg używa w rozmowie z duszami oczyszczonymi, świętymi i pełnymi ognia, jak to wyraził Dawid: „Rozpalone jest w ogniu słowo Twoje” (Ps 118, 140); również prorok: „Czyż moje słowa nie są jak ogień” (Jr 23, 29). Słowa te, jak sam Chrystus powiedział przez św. Jana, „są duchem i życiem” (J 6, 64), a czują je dusze czyste i miłujące, które mają uszy ku słuchaniu. Dusze zaś, które szukają zadowolenia w innych przedmiotach, a nie mają świętych upodobań, nie mogą zakosztować ich ducha i życia i raczej sprawiają im one niesmak.

Dlatego też im wznioślejsze słowa mówił Syn Boży, tym większy czuli niektórzy niesmak, a to z powodu swej przyziemności, jak to było przy zapowiedzi słodkiej i miłosnej prawdy o Najświętszej Eucharystii; wtedy bowiem „wielu odeszło od Jezusa” (76, 60-61. 67).

6. Lecz jeśli ludzie tego pokroju nie smakują w słodyczy słów Bożych wypowiadanych w głębi duszy, nie należy sądzić, że ludzie inni również w nich nie smakują; bo jak wspomniana scena z Ewangelii wskazuje, św. Piotr odczuł ten nadziemski smak i rzekł do Chrystusa: „Panie, do kogóż pójdziemy! Ty masz słowa żywota wiecznego” (J 6, 29). Samarytanka również zapomniała o wodzie i dzbanie dla słodyczy słów Bożych (J 4, 28).

Gdy więc dusza jest blisko Boga, cała przeobrażona w płomień miłości, w którym się jej udziela Ojciec, Syn i Duch Święty, czyż nieprawdopodobnym będzie powiedzenie, że już smakuje nieco życia wiecznego, chociaż jeszcze niedoskonale, gdyż nie pozwala na to życie ziemskie? Tak wzniosła jest rozkosz wskutek tego ognia, jak w niej rozpala Duch Święty, że daje jej smak tego, co zawiera w sobie życie wieczne i dlatego nazywa ona ten płomień żywym; nie znaczy to, że nie był on zawsze żywym, lecz że działa w niej tak, iż ona żyje duchowo w Bogu i odczuwa życie Boże, jak to wyraża Dawid: „Serce moje i ciało moje uweseliły się do Boga żywego” (Ps 83, 3). Nie było tu konieczne wyrażenie „żywy”, gdyż Bóg zawsze takim jest, lecz użył go psalmista dlatego, by dać zrozumieć, że duch i uczucie żywo odczuwały Boga poruszane w Bogu. I to znaczy weselić się do „Boga żywego”, czyli do życia Bożego i życia wiecznego. Dlatego Dawid mówi „Bóg żywy”, bo żywo Go odczuwał; chociaż jeszcze nie doskonale, lecz jakby w przebłysku życia wiecznego.

Tu więc, w tym płomieniu, dusza żywo odczuwa Boga, podoba sobie w Nim z takim smakiem i słodyczą, iż woła:

O żywy płomieniu miłości,
Jak czule rani siłą żaru twego,

7. to znaczy: jak słodko dotykasz [mię] swym żarem. Jest bowiem ten płomień płomieniem życia Bożego; rani słodyczą tego życia w takim stopniu i tak dogłębnie, że dusza rozpływa się w miłości. I dzieje się z nią to samo, co z oblubienicą z Pieśni nad pieśniami, którą tak owładnęły uczucia miłości, iż się rozpływała; mówi bowiem: „Dusza moja rozpłynęła się, gdy mówił Oblubieniec” (5, 6). Bo takie są w duszy skutki słów Bożych.

8. Lecz dlaczego tu mówi, że ją rani, skoro w duszy nie ma już nic do zranienia, gdyż cała jest już wypalona w ogniu miłości?

Jest rzeczą zdumiewającą, że miłość nigdy nie spoczywa, lecz zawsze działa i jak ogień rozrzuca iskry na wszystkie strony. I ta właśnie miłość, której zadaniem jest ranić, by tym więcej rozmiłować i sprawić rozkosz, będąc w tej duszy jednym żywym płomieniem, zadaje jej rany swymi delikatnymi płomykami najczulszego kochania. Radosna i szczęśliwa, w najrozmaitszy sposób wyraża i objawia swoją miłość, podobnie jak Aswerus swej oblubienicy Esterze w pałacu w czasie uczty (Est 2, 17 nn). Miłość ta ukazuje duszy swe wdzięki, odsłania przed nią swoje bogactwa i chwałę swej wielkości i spełnia się w duszy to, co mówi Księga Przypowieści: „Rozkoszowałam się na każdy dzień, igrając przed Nim w każdy czas, igrając na okręgu ziemi, a rozkoszami moimi być z synami człowieczymi” (8, 30-31), tj. obdarzać ich nimi. Dlatego te rany, będące objawami miłości, jak płomyki delikatnych dotknięć wychodzące z ogniska miłości, która nigdy nie spoczywa, wnikają ustawicznie w duszę; i dlatego mówi ona, że dotykają i ranią

Środka mej duszy najgłębsze istności!

9. W samej bowiem istocie duszy, dokąd ani szatan, ani świat, ani żaden zmysł sięgnąć nie zdoła, odbywa się to święto Ducha Świętego. I dlatego jest ono tym bezpieczniejsze, istotniejsze i rozkoszniejsze, im jest głębsze, gdyż im jest głębsze, tym jest czystsze, a im jest czystsze, z tym większą obfitością, tym częściej i całkowiciej Bóg się udziela. Duch i dusza odczuwa tym większą rozkosz i radość, że spełnia tu wszystko sam Bóg, podczas gdy dusza niczego nie czyni ze swej strony. Chociaż bowiem dusza nic nie może czynić sama bez pomocy zmysłów cielesnych, to jednak teraz, będąc w wysokim stopniu wyzwolona i daleka od nich, ma tylko jedno zadanie: przyjmować wszystko od Boga, który sam jeden może bez pomocy zmysłów poruszać głębię duszy i w niej działać. Dlatego też wszystkie poruszenia takiej duszy są boskie i chociaż nie są jej własnością, należą jednak do niej, Bóg bowiem wywołuje je w niej z nią razem, gdyż ona daje swą wolę i zgodę.

Mówiąc, że otrzymuje rany w najgłębszym środku istności swej duszy, głosi tym samym, że istnieją w niej i inne środki, nie tak głębokie, należy się więc temu bliżej przyjrzeć.

10. Należy najpierw wiedzieć, że dusza jako duch, nie ma ani długości, ani szerokości, ani wysokości lub jakiejś mniejszej lub większej głębi w swej istocie, tak jak je mają ciała posiadające wymiary. Tym samym nie ma w niej części ani żadnego różniącego się „zewnątrz” i „wewnątrz”, jest bowiem jednolita i nie ma żadnego centrum głębi, a tym mniej głębokości wymierniej. I nie może być bardziej oświecona w jednej niż w drugiej części, jak ciała fizyczne, lecz cała jest jednakowo – bardziej lub mniej – jasna, podobnie jak powietrze, które całe jest jednakowo mniej lub bardziej prześwietlone.

11. Najgłębszym środkiem jakiejś rzeczy jest to, do czego najbardziej ciąży jej byt, skłonności, siła działania i ruchu, z czego nie może już wyjść; podobnie jak ogień czy skała, które mają naturalną dążność czy siłę ciążenia do osiągnięcia swojej sfery, od jakiej nie mogą się odchylić ani przestać w niej istnieć, chyba na wskutek jakiegoś gwałtownego przeciwdziałania.

Według tego określenia mówimy, że np. kamień, gdy jest w ziemi, choćby nie był w najgłębszym jej punkcie, znajduje się – w pewien sposób – w swym ośrodku, gdyż jest w obrębie swego właściwego dążenia. Lecz nie mówimy jeszcze, że jest już w najgłębszym ośrodku swego dążenia, jakim jest sam środek ziemi; zawsze jeszcze ma siłę i skłonności spadania i dążenia do tego ostatecznego centrum, jeśli się usunie przed nim przeszkody. Gdy zaś dojdzie już do takiego miejsca, gdzie nie ma więcej siły ni skłonności do dalszego ruchu, mówimy, że jest w najgłębszym swym środku.

12. Środkiem duszy jest Bóg, i gdy ona dojdzie do Niego według wszelkich możliwości swej istoty i według siły swych działań i skłonności, wówczas osiągnie ostateczny i najgłębszy swój środek, Boga. Nastąpi to wtedy, gdy wszystkimi siłami swymi pozna, ukocha i posiądzie Boga. Jeśli zaś nie doszła jeszcze do tego stopnia, jak bywa w życiu ziemskim, kiedy jeszcze nie można osiągnąć Boga podług wszystkich sił swoich, to chociaż jest w swym środku, czyli w Bogu przez łaskę i Jego udzielanie się jej, to jednak czując jeszcze siły i pociąg do dalszego dążenia, nie jest zadowolona. Jest wprawdzie w swym środku, lecz nie najgłębszym, więc może jeszcze dążyć dalej, ku największej głębokości Boga.

13. Należy zaznaczyć, że miłość jest skłonnością duszy, władzą i siłą pociągającą do Boga, gdyż przez miłość łączy się dusza z Bogiem. Im więcej zatem będzie miała dusza miłości, tym głębiej wejdzie w Boga, tym ściślej z Nim się zjednoczy. Dlatego możemy powiedzieć, że ile stopni miłości mieć może dusza, tyle może mieć również swych środków w Bogu, jeden głębszy od drugiego. Większa bowiem miłość ściślej łączy z Bogiem. W ten sposób możemy zrozumieć to, co mówił Syn Boży, że „w domu Jego Ojca mieszkań jest wiele (J 14, 2).

Według tego zatem, cośmy powiedzieli, ażeby dusza mogła być w swoim środku, którym jest Bóg, wystarczy, by miała przynajmniej jeden stopień miłości, gdyż przez ten jeden łączy się z Nim przez łaskę. Gdy będzie miała dwa stopnie, złączy się i zjednoczy z Bogiem w drugim, głębszym środku. Gdy przyjdzie do trzech, złączy się w środku trzecim. A gdy dojdzie do ostatniego stopnia, zrani ją miłość Boża aż do ostatniego i najgłębszego środka, a tym samym przemieni ją i rozpromieni podług jej całej istoty, władz i sił w takim stopniu, w jakim tylko zdolna jest to przyjąć, i sprawi, że upodobni się całkowicie do Boga. Dzieje się tu bowiem podobnie jak z czystym i przejrzystym kryształem, poddanym działaniu promieni słonecznych. Im więcej światła otrzymuje on, tym więcej go w sobie skupia i tym jaśniejszy błyszczy z powodu obfitości światła; i może dojść do tego, że sam będzie wydawał się światłem i nie odróżni się go od światła, gdyż będzie promieniował całą obfitością światła, jakie otrzymał, czyli upodobni się do niego.

14. Tak więc, gdy dusza mówi, że płomień miłości rani najgłębszy jej środek istoty, to znaczy, że gdy Duch Święty przeniknie do głębi jej substancję, jej władze i siły, rani i napełnia ją całą. Ale mówiąc o tej miłości, nie wyraża myśli, że jest ona już tak substancjalną i pełną, jak w uszczęśliwiającym widzeniu Boga w życiu przyszłym. Chociaż bowiem dusza w tym życiu śmiertelnym dojdzie do tak wysokiego stopnia doskonałości, jak ten, o którym tu mowa, nie osiągnie ani nie może osiągnąć doskonałego stopnia chwały i tylko czasem zdarza się, iż na krótką chwilę daje jej Bóg podobną łaskę. Lecz mówi tu dusza o tym, aby dać poznać wielkość i obfitość rozkoszy i chwały, jakie przez tego rodzaju udzielanie się odczuwa w Duchu Świętym. Rozkosz ta jest tym większa i tym bardziej subtelna, im silniej i substancjalniej jest dusza przeobrażona i ześrodkowana w Bogu. A ponieważ tutaj osiągnęła to w tak wysokim stopniu, jak tylko można w tym życiu, chociaż, jak wspomnieliśmy, nie tak doskonale, jak będzie w życiu przyszłym, nazywa to najgłębszym środkiem.

Czasem jednak może mieć dusza tak doskonały stan miłości w tym życiu, jak w przyszłym, lecz nie może mieć jej owoców i działania; chociaż i one urastają do takiej miary w tym stanie, że są bardzo podobne do tych, jakie będą w przyszłym życiu. I zdaje się duszy, że jest to już życie przyszłe i dlatego ośmiela się powiedzieć to, co tylko można mówić o przyszłym życiu, tj. w najgłębszym środku mej duszy.

15. Ponieważ tak rzadkie i mało z doświadczenia znane są rzeczy, których tu doznaje wspomniana dusza, wydają się zbyt cudowne i niewiarygodne, nie wątpię, że niektóre osoby nie znając ich przez naukę ani przez doświadczenie, albo nie wierzą w ich istnienie, albo będą je uważały za przesadzone, lub wreszcie nie będą ich uważały za tak wielkie, jak są w rzeczywistości.

Lecz tym wszystkim odpowiadam, że Ojciec światłości (Jk 1, 17), którego ręka nie jest skąpa (Iz 59, 1), lecz z obfitością rozlewa dobrodziejstwa bez względu na osoby (Ef 6, 9), gdzie tylko zechce,ukazuje się radośnie duszom na ścieżkach i drogach (Mdr 6, 17) jak promień słońca, nie wzdryga się również i nie uważa sobie za ujmę „znajdować swe rozkosze z synami człowieczymi” obcując z nimi na „okręgu ziemskim” (Prz 8, 31).

I nie należy uważać za niewiarygodne, że na duszy doświadczonej i wypróbowanej, oczyszczonej w ogniu utrapień, prac i różnych pokus, a która pozostała zawsze wierna w miłości, spełnia się w tym życiu to, co przyrzekł Syn Boży, mianowicie, że jeśli Go kto miłuje, przyjdzie do niego Trójca Przenajświętsza i uczyni w nim swe mieszkanie (J 14, 23), tj. oświecając boskim sposobem jego rozum w mądrości Syna, uweselając jego wolę w Duchu Świętym i sprawiając, że zostanie pochłonięty całkowicie i z niezmierną mocą w uścisku Ojca i w bezmiarze Jego słodyczy.

16. I jeżeli tego udziela niektórym duszom, a jest prawdą, że rzeczywiście udziela, to tym bardziej ta, o której mówimy, nie pozostanie daleko od tych łask Bożych, gdyż to, co o niej mówimy, jest o wiele większe wskutek działania w niej Ducha Świętego niż to, co przeżywa w udzielaniu się i przeobrażeniu przez miłość. Jedno bowiem jest jak zarzewie rozpalone, drugie zaś, jak już wspomnieliśmy, jak zarzewie, w którym tak się rozpala ogień, że nie tylko jest zapalone, lecz staje się jednym żywym płomieniem.

Te dwa sposoby zjednoczenia, mianowicie zjednoczenie przez miłość i zjednoczenie przez płomień miłości, mają pewne podobieństwo do „ognia Bożego, który jest na Syjonie” – jak mówi Izajasz – i do „pieca Bożego, który jest w Jeruzalem” (31, 9). Pierwsze bowiem oznacza Kościół wojujący, w którym ogień miłości nie jest jeszcze do pełności rozpalony, drugie oznacza widzenie pokoju, czyli Kościół tryumfujący, gdzie ten ogień jest jak piec rozpalony aż do doskonałej miłości.

Chociaż więc tutaj dusza, jak już wspomnieliśmy, nie doszła do takiej doskonałości, jak ta ostatnia, to jednak w porównaniu ze zwykłym zjednoczeniem jest jak piec rozpalony w widzeniu o tyle spokojniejszym, chwalebnie j szym i bardziej przenikającym, o ile większy i jaśniejszy jest w węglu płomień od ognia.

17. Czując więc, że ten żywy płomień miłości udziela jej tak żywo wszystkich dóbr, gdyż ta boska miłość wszystko przynosi z sobą, dusza woła: O żywy płomieniu miłości, jak czule rani siła żaru twego! Innymi słowy: O płonąca miłości, jak rozkosznie swymi miłosnymi poruszeniami napełniasz mnie chwałą, jaką tylko przyjąć jestem zdolna! Dajesz mi bowiem boskie poznanie, odpowiednio do całej zdolności i pojemności mego rozumu, wlewasz mi miłość, stosownie do największej wytrzymałości mej woli, rozkoszujesz mię w samej mej substancji strumieniami twych rozkoszy (Ps 35, 9), wskutek boskiego zetknięcia i substancjalnego zjednoczenia, odpowiednio do największej czystości mej substancji, zdolności i zasięgu mej pamięci!

To i jeszcze wiele więcej, niż można wyrazić, otrzymuje dusza w tym czasie, gdy się rozpala w niej płomień miłości. Gdy bowiem dusza jest całkowicie oczyszczona w swej substancji i swych władzach: pamięci, rozumie i woli, wtedy substancja Boża, jak mówi Mędrzec, „dosięga wszędzie dla swej czystości” (Mdr 7, 24), pogrąża ją w sobie swym boskim płomieniem niezmiernie głęboko, przenikliwie i całkowicie i w tym pogrążeniu duszy w Mądrości Duch Święty wykonuje swym płomieniem chwalebne poruszenia, których słodycz odczuwając, dusza mówi:

Bo nie masz w sobie już bólu żadnego!

18. czyli nie sprawiasz już bólu, ucisku i zmęczenia, jak przedtem czyniłeś. Należy bowiem wiedzieć, że płomień Boży, gdy dusza była w stanie oczyszczenia duchowego, tj. gdy dopiero wchodziła w stan kontemplacji, nie był tak przyjemny i słodki, jak w tym stanie zjednoczenia. Zatrzymamy się chwilkę, by to jaśniej wytłumaczyć.

19. Zanim ten boski ogień miłości wejdzie i złączy się z samą substancją duszy przez jej całkowite i doskonałe oczyszczenie i udoskonalenie, płomień, czyli Duch Święty rani wciąż duszę wyniszczając i pochłaniając niedoskonałości jej złych nawyków. Przez to swe działanie przygotowuje ją Duch Święty do boskiego zjednoczenia i przemiany w Boga przez miłość.

Ten ogień bowiem, który później łączy się z duszą napełniając ją chwałą, jest tym samym, który ją przedtem ogarnia i oczyszcza, podobnie jak ogień przenikając do wewnątrz drewna jest tym samym, który z początku ogarnia je i rani swymi płomieniami, osuszając je i oczyszczając ze wszystkich brudów, aż żarem swoim tak je przygotuje, iż będzie mógł wejść w nie i przeobrazić w siebie.

Osoby duchowe nazywają to drogą oczyszczającą. W tym działaniu doznaje dusza wielu utrapień, przebywa ciężkie udręki duchowe, które zwykle udzielają się i zmysłom; jest więc ten płomień bardzo dla niej dręczący. W okresie bowiem oczyszczenia przygotowującego nie jest on dla niej tak promienny, lecz ciemny, a jeśli czasem daje jej nieco światła, to tylko na to, aby zobaczyła i odczuła swe nędze i ułomności.

I nie jest dla niej słodki, lecz bolesny, bo chociaż ogarnia ją czasem żarem miłości, to jednak nie bez przykrości i męczarni. I nie jest dla niej rozkoszny, lecz oschły, bo chociaż czasem ze swej dobroci udziela jej nieco słodyczy, by ją umocnić i dodać odwagi, to jednak przedtem i gdy minie ta chwila, dusza opłaca to zdwojonym udręczeniem. I nie jest pokrzepiający i spokojny, lecz trawiący i czyniący wyrzuty, gdyż sprawia, że dusza słabnie i martwi się wskutek poznawania samej siebie. Nie przynosi jej więc chwały, lecz przeciwnie, ukazuje jej w świetle duchowym całą jej nędzę i napawa goryczą wypływającą z poznania siebie; Bóg bowiem zsyła ogień w jej kości, jak mówi Jeremiasz (Tren l, 13), by ją wyćwiczyć, i jak powiada Dawid, „doświadczając ją w ogniu” (Ps 16, 3).

20. I tak w tym okresie trapią duszę odnośnie do rozumu wielkie mroki, odnośnie do woli wielkie oschłości i przykrości, odnośnie wreszcie do pamięci bolesne poznanie własnej nędzy, gdyż wzrok duchowy jest wtedy bardzo przenikliwy w poznawaniu siebie. W samej też substancji swej cierpi dusza opuszczenie, najwyższe ubóstwo, jest oschła i zimna, a tylko czasem gorliwa. Nie znajduje również w niczym ulgi, nie ma żadnej myśli pocieszającej, nie może nawet podnieść serca do Boga. Stał się więc dla niej ten płomień tak dręczący, iż słusznie mówi jak Job, z którym Bóg postępował podobnie w tej próbie: „Odmieniłeś mi się w okrutnego” (30, 2). Gdy bowiem dusza cierpi to wszystko razem, wydaje się jej rzeczywiście, że Bóg jest dla niej okrutnym i twardym.

21. Niemożliwe jest, żeby oddać należycie, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej aniżeli czyściec. I nie potrafiłbym jasno wyrazić, jak wielka jest ta udręka, ani do jakiego stopnia urasta to, co wtedy cierpi i czuje dusza, bez pomocy słów Jeremiasza, wyrażających te przeżycia: „Jam mąż widzący nędzę swoją w rózdze zagniewania Jego. Zaprowadził mnie i zawiódł do ciemności, a nie do światła. Tylko przeciw mnie obrócił się i obraca rękę swą przez cały dzień. Starą uczynił skórę moją i ciało moje, połamał kości moje. Obudował mnie wkoło i ogarnął mię żółcią i trudem. W ciemnościach posadził mię jak umarłych na wieki. Obudował przeciwko mnie, żebym nie wyszedł, obciążył okowy moje. Ale i gdy wołać będę i prosić, odrzuci modlitwę moją. Zagrodził drogi moje kamieniem kwadratowym, ścieżki moje wywrócił” (Lm 3, 1-9).

Wszystko to mówi Jeremiasz, i mówi jeszcze o wiele więcej. Gdy więc w taki sposób Bóg leczy duszę z jej licznych słabości, aby jej dać zdrowie, musi ona podczas tego oczyszczenia i leczenia z konieczności cierpieć stosownie do stopnia swej choroby, bo tu, jak Tobiasz, kładzie Bóg jej serce na węglach, aby się uwolniło i wyzbyło wszelkich czartów (Tb 6, 8). Wychodzą tu więc na światło wszystkie słabości duszy, aby mogły być uleczone i stają przed jej oczyma, aby je odczuła.

22. Pod wpływem światła i żaru ognia Bożego widzi dusza i odczuwa wszystkie swe słabości i nędze, jakie przedtem były w niej schowane i ukryte i nie widziała ich, ani nie czuła. Dzieje się podobnie jak z drzewem, w którym nie można poznać wilgoci; dopiero po włożeniu go do ognia zaczyna parować, dymić i rozpalać się. Tak również zachowuje się dusza na skutek tego płomienia.

Dziwna rzecz! W tym okresie podnoszą się w duszy przeciwieństwa: to, co jest w duszy, przeciw temu, co jest Boże; ogarniają ją gwałtownie i – jak mówią filozofowie – jedne powstają przeciw drugim. Walczą w duszy, jedne usiłują wypędzić drugie, aby same mogły w niej zapanować. Nieskończenie doskonałe cnoty i przymioty Boże powstają przeciw skłonnościom i nawyknieniom duszy, w najwyższym stopniu niedoskonałym, a ona musi cierpieć w sobie te dwa przeciwieństwa.

Ten płomień, będący ogromnym blaskiem, gdy ogarnie duszę, świeci swym lśnieniem w jej ciemnościach (J 1 ,5), które są również ogromne i dusza odczuwa wtedy swe naturalne mroki szkodliwe i przeciwstawiające się nadprzyrodzonemu światłu. Nie odczuwa jednak tego nadprzyrodzonego światła, gdyż nie ma go w sobie w taki sposób, jak swe ciemności, bo „ciemności nie ogarnęły światłości” (J 1,5). Ciemności zaś swoje odczuwa o tyle, o ile zaleje je światło, gdyż nie może dusza ujrzeć swych ciemności, jeżeli one nie zostaną wpierw oświetlone. I dopiero po rozproszeniu ich przez światło [Boże] zostaje dusza oświecona i mając już oczyszczony i wzmocniony wzrok duchowy przez to światło Boże, ujrzy się cała przeobrażona światłem.

Nadmierne bowiem światło staje się we wzroku nieczystym i słabym zupełną ciemnością i krępuje całkowicie jego zdolność widzenia. Nic więc dziwnego, że był ten płomień dręczący dla wzroku rozumu.

23. Ponieważ płomień ten ze swej strony jest pełen największej miłości i czułości, i miłośnie zalewa wolę, wola zaś ze swej strony jest w najwyższym stopniu oschła i twarda, więc spotyka się twardość z czułością, oschłość z miłością. I gdy ten płomień miłośnie i czule zalewa wolę, ona czuje swą naturalną twardość i oschłość w stosunku do Boga. I nie odczuwa wola miłości i czułości płomienia znajdując się w bezczuciu i oschłości, które nie przyjmują tych dwóch swoich przeciwieństw: czułości i miłości; dopiero po usunięciu tamtych zapanuje w woli miłość i czułość Boga. Z tego więc względu jest ten płomień dręczący dla woli, bo daje jej odczuwać i cierpieć tę nieczułość i oschłość.

Przez to samo bowiem, że płomień ten jest ogromny i niezmierzony, wola zaś ciasna i ograniczona, gdy ją ogarnia, musi ona odczuwać swą małość i ciasnotę dotąd, dopóki jej nie rozprzestrzeni, nie rozszerzy i nie uczyni zdolną na jego przyjęcie. A ponieważ ten płomień jest również pełen smaku i słodyczy, wola zaś miała podniebienie duchowe zepsute przez napoje nieumiarkowanych uczuć, był on dla niej mdły i gorzki i nie mogła zakosztować słodkich pokarmów Bożej miłości. Nadto wola odczuwa przykrość i zniechęcenie wobec tego ogromnego i pełnego słodyczy płomienia i nie kosztuje jego smaku, bo nie czuje go w sobie; odczuwa bowiem tylko to, co ma w sobie, tj. swą nędzę.

Na koniec wreszcie płomień ten obfituje w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze, a dusza ze swej strony jest bardzo uboga i nie ma żadnego dobra, którym by się mogła zaspokoić. Poznaje przeto jasno i odczuwa swą nędzę, ubóstwo i zło, i nie ujrzy bogactw, dóbr i rozkoszy tego płomienia, gdyż zło nie pojmuje dobra ani ubóstwo bogactwa itd., dopóki ten płomień nie oczyści jej całkowicie i przeobrażeniem w siebie ubogaci, napełni chwałą i rozkoszą.

Z tych więc powodów płomień ten dręczył ją przedtem nad wszelki wyraz, gdyż przezeń walczyły w niej z sobą te dwa przeciwieństwa: Bóg, czyli wszystkie doskonałości, przeciw wszystkim jej niedoskonałym skłonnościom, aby przeobraziwszy ją w siebie, napełnić słodyczą, pokojem i rozświetlić ją całą, tak jak to czyni ogień z drzewem, kiedy je całkowicie przeniknie.

24. Oczyszczenie to bywa w niewielu tylko duszach tak mocne; jedynie w tych, które Pan chce podnieść do najwyższego stanu zjednoczenia. Dla każdej bowiem duszy jest ono mniej lub więcej mocne, zależnie od stopnia, na który ją Pan chce podnieść, a także od jej skażenia i niedoskonałości.

Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość – w tym życiu.

25. O sile tego oczyszczenia, o jego większym i mniejszym stopniu, o tym, kiedy dotyczy ono rozumu, woli i pamięci, samej substancji duszy, części zmysłowej lub wszystkiego razem, i jak można poznać, czy dotyczy ono jednego lub drugiego oraz w jakim czasie, stopniu i okresie drogi duchowej się zaczyna – rozprawialiśmy już w Nocy ciemnej Drogi na Górę Karmel, więc teraz nie powtarzamy tego; zresztą nie należy to do naszego założenia. Wystarczy tu powiedzieć, że Bóg, który teraz chce wejść do duszy przez zjednoczenie i przeobrażenie jej w miłość, jest tym samym Bogiem, który przedtem zalewał ją i oczyszczał światłem i żarem swego boskiego płomienia. Podobnie i ogień, który już całkowicie objął drzewo, jest tym samym ogniem, który je przedtem przygotowywał, jak już powiedzieliśmy. Tak więc płomień, który teraz, wszedłszy do duszy, jest słodki, przedtem, gdy był na zewnątrz i dopiero ją ogarniał, był dla niej dręczący.

26. To wszystko chce wyrazić dusza, gdy mówi w obecnym wierszu: Bo nie masz w sobie już bólu żadnego. Streszczając to wszystko, mówi niejako: Już nie jesteś dla mnie ciemny, jak przedtem, lecz jesteś boskim światłem mego rozumu, przez które cię mogę widzieć: nie tylko nie osłabiasz mego niedołęstwa, lecz jesteś mocą mej woli, dzięki czemu mogę cię kochać i radować się tobą, będąc już cała przemieniona w boską miłość; wreszcie nie tylko nie przygniatasz i nie uciskasz samej substancji mej duszy, lecz jesteś dla niej chwałą, rozkoszą i wolnością, gdyż o mnie można powiedzieć to, co śpiewa się w Pieśni nad pieśniami: „Któraż to jest, która wstępuje z puszczy, opływająca rozkoszami, oparta o miłego swego, na wszystkie strony rozlewająca miłość?” (8, 5). Skoro tak jest, to

Skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem,

27. tj. dopełnij już całkowicie zaślubin duchowych ze mną, przez uszczęśliwiające widzenie Ciebie! – gdyż o nie prosi tu dusza. Chociaż bowiem jest prawdą, że w tym tak wysokim stanie dusza jest tym spokojniejsza i bardziej zadowolona, im całkowiciej jest przeobrażona w miłość i im mniej pragnie lub prosi dla siebie, wszystkiego pragnąc dla Umiłowanego, gdyż jak mówi św. Paweł, „miłość nie szuka swego” (7 Kor 13, 5), lecz tego, co jest Oblubieńca to jednak, żyjąc jeszcze w nadziei, nie może nie odczuwać braków. Budzą się więc w niej wzdychania, co prawda słodkie i miłe, za tym, czego jej jeszcze brakuje do doskonałego posiadania dziedzictwa synów Bożych, w którym, po osiągnięciu chwały, skończy się jej pożądanie. Pożądanie to bowiem, chociażby się tu cieszyło jak największym zjednoczeniem z Bogiem, „nie nasyci się i nie spocznie, aż się ukaże Jego chwała” (Ps 16, 15), tym bardziej że już zakosztowało Jego smaku i słodyczy, jakich się w tym stanie doznaje. A tak wielka jest ta słodycz duszy, że gdyby Bóg nie umacniał również ciała, chroniąc naturę swą prawicą, jak to uczynił z Mojżeszem w jaskini skalnej (W j 33, 22), by nie ponosząc śmierci mógł ujrzeć Jego chwałę, to za każdym wybuchem tych płomieni rozprysłoby się jej życie naturalne i poniosłaby śmierć, nie mając zdolności w swej niższej części na przyjęcie tak wielkiego i tak wzniosłego ognia chwały.

28. I dlatego to pragnienie i prośba nie jest tu dla duszy cierpieniem, gdyż w tym stanie nie może go już odczuwać, lecz raczej pragnieniem pełnym słodyczy i rozkoszy, bo prosi poddana swym duchem i uczuciem. Dlatego mówi w wierszu: skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem. Wola bowiem i pożądanie duszy tak są zjednoczone z Bogiem, że za największą swą chlubę uważają spełnienie tego, czego Bóg chce.

Tak jasne są w tym działaniu odblaski miłości i chwały, która nie mogąc wejść do duszy z powodu ciasnoty ziemskiego mieszkania, zatrzymuje się u jej drzwi, że byłoby to znakiem małej miłości nie prosić o dopełnienie tej miłości i doskonałości.

Nadto widzi dusza, że przez ten ogrom rozkoszy i przez udzielanie się jej Oblubieńca pobudza ją Duch Święty i zaprasza do tej niezmiernej chwały, którą jej stawia przed oczy przedziwnymi sposobami i pełnymi słodyczy afektami, mówiąc jej w duchu to, co do oblubienicy z Pieśni nad pieśniami, a co ona sama daje poznać mówiąc: „Oto miły mój mówi do mnie: Wstań przyjaciółko moja, gołębico moja, piękna moja, a przyjdź! Boć już zima minęła, deszcz przeszedł i ustał. Ukazały się kwiaty na ziemi naszej, przyszedł czas obrzynania winnic, głos synogarlicy słyszan jest w ziemi naszej; figa wypuściła zielone owoce swoje, winnice kwitnące wydały wonność swoją. Wstań, przyjaciółko moja, piękna moja, a przyjdź! Gołębico moja w rozpadlinach skalnych, w szczelinie parkanu ukaż mi oblicze twoje, niechaj głos twój zabrzmi w uszach moich, albowiem głos twój wdzięczny a oblicze twoje piękne” (2, 10-14). Wszystkie te rzeczy dusza czuje i pojmuje każdą z osobna w tym wzniosłym odczuciu chwały, którą jej okazuje Duch Święty w słodkim i czułym płomieniu, z pragnieniem, by weszła już do chwały. Wzywana więc odpowiada wzajemnie: Skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem. W tych słowach zanosi do Oblubieńca owe dwie prośby, których On sam nauczył nas w Ewangelii, mianowicie: Adveniat regnum tuum; fiat voluntas tua; „Przyjdź królestwo Twoje; bądź wola Twoja” (Mt 6, 10). Innymi słowy: oddaj mi całkowicie Twe królestwo, jeśli to zgodne z Twym pragnieniem.

29. I by tak było

Zerwij zasłonę tym słodkim zderzeniem.

Ową zasłoną jest to, co przeszkadza tak wielkiej sprawie. Łatwo bowiem jest przyjść do Boga, gdy wszystkie przeszkody są usunięte i zerwane zasłony, które nie pozwalały na złączenie się duszy z Bogiem. Można powiedzieć, że istnieją trzy zasłony, przeszkadzające temu zjednoczeniu i należy je zerwać, aby dusza doszła do posiadania całkowicie Boga: zasłona doczesna, w której zawierają się wszystkie stworzenia; naturalna, która zawiera czynności i skłonności czysto naturalne; wreszcie trzecia, zmysłowa, obejmująca złączenie duszy z ciałem, czyli życie zmysłów i niższej części człowieka, o której mówi św. Paweł: „Wiemy bowiem, że gdy przybytek tego ziemskiego domu naszego się rozsypie, mamy przybytek od Boga w niebiesiech” (2 Kor 5, l).

Pierwsze dwie zasłony musiały z konieczności zostać zerwane, by można było dojść do tego zjednoczenia z Bogiem, w którym wszystkie rzeczy świata są dalekie od duszy, wszystkie pożądania i afekty naturalne umartwione, a czynności duszy z naturalnych zmienione w boskie.

Wszystko to zerwało się i dokonało w duszy wskutek jej palących zetknięć z tym płomieniem, gdy był on jeszcze dręczący. Przez oczyszczenie bowiem duchowe, o którym mówiliśmy, zrywa dusza ostatecznie te dwie zasłony i odtąd już dochodzi do tego zjednoczenia z Bogiem, w którym obecnie się znajduje i nie pozostaje już nic więcej do zerwania, jak tylko trzecia zasłona życia zmysłowego. I dlatego mówi tu zasłonę, a nie zasłony, bo tylko ta jedna pozostaje do zerwania. A ponieważ zasłona ta jest bardzo cienka, delikatna i uduchowiona przez to zjednoczenie się z Bogiem, nie uderza w nią płomień z taką gwałtownością, jak na dwie poprzednie, lecz raczej z rozkoszą i słodyczą. Toteż nazywa tu dusza to spotkanie słodkim, gdyż ono jest tym słodsze i przyjemniejsze, im żywiej odczuwa dusza, że ten płomień przychodzi zerwać już zasłonę, jej życia.

30. Należy tu zaznaczyć, że naturalna śmierć osób, które przychodzą do tego stanu, chociaż jest podobna do innych przez swe działanie na naturę, to jednak co do swej przyczyny i sposobu bywa zupełnie różna. Bo gdy inni umierają śmiercią spowodowaną przez chorobę lub wiek, to one, chociaż umierają w chorobie czy po dopełnieniu się lat, jednak nie to odłącza ich dusze od ciała, lecz pewne uderzenie i spotkanie miłości o wiele większe niż poprzednio, potężniejsze i silniejsze, tak iżby mogło zerwać zasłonę i unieść perlę duszy.

Śmierć takich dusz jest więc bardzo łagodna i słodsza jeszcze, niż było ich życie duchowe w ciągu dni ziemskich, gdyż umierają pod wpływem wzniosłych uderzeń i błogich spotkań miłości. Są więc jak łabędzie, które najczulej śpiewają, gdy umierają. I dlatego mówił Dawid, że „droga przed oblicznością Pańską śmierć świętych Jego” (Ps 115, 15), gdyż w niej łączą się razem wszystkie bogactwa duszy i wpływają jakby do morza rzeki jej miłości, tak szerokie w tej chwili i rozlane, iż same wydają się morzem. I gromadzą się wtedy wszystkie zebrane skarby, by towarzyszyć sprawiedliwemu, który zdąża już do swego królestwa, a z krańców ziemi dają się już słyszeć śpiewy pochwalne, które – jak mówi Izajasz – są „sławą sprawiedliwego” (24, 16).

31. Czuje się więc dusza w okresie tych chwalebnych spotkań, w chwili odejścia do pełnego i całkowitego objęcia swego królestwa, pełną skarbów, jakimi została ubogacona. Wtedy bowiem widzi się czystą, bogatą, pełną cnót i przygotowaną do osiągnięcia wszystkiego, albowiem w tym stanie Bóg pozwala jej widzieć swą piękność, ukazuje jej dary i cnoty, jakimi ją obdarzył, bo wszystko obraca się jej na tym większą miłość i uwielbienie, bez najmniejszego poruszenia zarozumiałości czy próżności, wyrzucony już bowiem został daleko kwas niedoskonałości, który wszystko psuje (J Kor 5, 6; Ga 5, 9). Widząc, że jej już nic nie brakuje, jak tylko zerwać tę nikłą zasłonę życia ziemskiego, którą się widzi spowita, ściśniona i skrępowana w swej wolności i czując przykrość, że życie tak nędzne i nikłe nie pozwala jej żyć tym drugim, tak wzniosłym i pełnym, chcąc nadto „rozstać się z życiem, a być z Chrystusem” (Flp 1, 23) – prosi o jej zerwanie, mówiąc: „Zerwij zasłonę tego słodkiego spotkania.

32. Nazywa to życie zasłoną z trzech przyczyn. Po pierwsze – dla łączności, jaką tworzy ono między duszą a ciałem. Po drugie -gdyż oddziela duszę od Boga. Po trzecie – bo jak zasłona nie jest nigdy tak gęsta i zbita, by nie mogło przez nią przeniknąć trochę światła, tak i w tym stanie wydaje się łączność z życiem delikatną zasłoną, która – będąc już bardzo uduchowioną, oświeconą i delikatną – pozwala na przeświecanie przez nią Bóstwa. A ponieważ dusza odczuwa już siłę drugiego życia, widzi jasno nędzę obecnego, tak iż wydaje się jej ono bardzo cienką zasłoną, niby z pajęczyny, jak to wyraził Dawid, mówiąc: „Lata nasze jak pajęczyna będą poczytane” (Ps 89, 9). Owszem, jeszcze słabszą wydaje się ona tej duszy tak bardzo udoskonalonej. Będąc bowiem podniesiona do odczucia Boga, ocenia te rzeczy tak jak Bóg, „przed którego oczyma tysiąc lat jak dzień wczorajszy” (Ps 89, 4) – jak również mówi Dawid, i przed którym według Izajasza „wszystkie narody jakby nie były” (40, 17). Tak samo ocenia je dusza: wszystkie rzeczy są dla niej niczym, sama w swych oczach jest niczym, Bóg tylko jest dla niej wszystkim.

33. Lecz należy się tu zapytać, dlaczego prosi ta dusza, by tę zasłonę raczej zerwał, niż przeciął, czy usunął, gdyż to wszystko wydaje się tym samym? Możemy odpowiedzieć, że czyni to dla czterech powodów.

Pierwszy – dla odpowiedniejszego wyrażenia, bo właściwiej jest przez spotkanie zerwać zasłonę, niż przeciąć czy usunąć.

Drugi – gdyż miłość jest zwolenniczką siły, mocnych i gwałtownych poruszeń, co się raczej objawi w zerwaniu, niż w przecinaniu czy usuwaniu.

Trzeci powód jest ten, że miłość pragnie, by czyn był jak najkrótszy, gdyż przez to prędzej osiąga cel i tym większą ma siłę i znaczenie, im jest szybsza i bardziej duchowa, gdyż siła skupiona jest większa od rozproszonej. Miłość bowiem przenika tym samym sposobem co forma materię, wchodząc w duszę w jednym momencie. A dotąd takiego aktu jeszcze nie było, były tylko przygotowania do niego. Tak więc i te akty duchowe odbywają się w duszy w jednym momencie, gdyż są przez Boga wlane; inne bowiem, które sama dusza wzbudza, można raczej nazwać przygotowaniem, pragnieniami i afektami sugestywnymi, które dopiero wtedy będą doskonałymi aktami miłości czy kontemplacji, gdy Bóg je uformuje i udoskonali w duchu. W tej myśli powiedział Mędrzec, że „lepszy jest koniec modlitwy niż początek” (Koh 7, 9) i powszechnie mówi się, że krótka modlitwa przebija niebiosa (por. Syr 35, 21 wg Wulgaty).

Stąd więc dusza przygotowana może w krótkim czasie wzbudzić o wiele więcej i żywszych aktów miłości, niż nie przygotowana w długim czasie. Będąc w tak wysokim stopniu przygotowana, zwykła taka dusza przez długi czas trwać w akcie miłości lub kontemplacji, podczas gdy nie przygotowana wszystek ten czas i siły poświęca na przygotowanie ducha, a przecież zwykle i potem nie zawsze wchodzi w ogień, zatrzymuje się i nie obejmuje drzewa już to dla wilgoci, już to dla zbyt małego ciepła, które zastaje, lub też dla obydwóch tych przyczyn. Natomiast w duszy przygotowanej budzi się momentalnie akt miłości, gdyż iskra za każdym dotknięciem zapala suchą hubę. Dlatego też dusza rozmiłowana pragnie raczej natychmiastowego zerwania zasłony niż przewlekłego jej przecinania czy usuwania.

Czwarty wreszcie powód, dla którego dusza prosi, by jak najszybciej opadła zasłona życia, jest ten, Ze przecinanie czy usuwanie czyni się z większym namysłem, czekając, by rzecz więcej była dojrzała, przygotowana i tym podobnie, przy zrywaniu zaś nie czeka się na dojrzałość ani na nic innego.

34. Tego właśnie pragnie dusza rozmiłowana, by nie cierpiała zwłoki w oczekiwaniu, aż naturalna śmierć zakończy jej życie, lub że ono się w takim czy innym czasie skończy, gdyż siła miłości i ta gotowość, jaką czuje w sobie, każą jej pożądać i prosić, by się zerwało to życie pod wpływem jakiegoś spotkania czy nadprzyrodzonego uderzenia miłości.

Wie bowiem dobrze, że Bóg zwykł przed czasem unosić z sobą dusze, które bardzo kocha, dopełniwszy w nich za pośrednictwem swojej miłości w krótkim czasie tego, co by one same zwykłym sposobem przez długi czas musiały zdobywać. O tym bowiem mówi Mędrzec: „Ponieważ podobał się Bogu, stał się umiłowanym; a ponieważ żył między grzesznikami, został przeniesiony; zabrany został, aby zło nie odmieniło umysłu jego, a ułuda nie oszukała duszy jego… Stawszy się za krótki czas doskonałym, przeżył czasów wiele; podobała się bowiem Bogu dusza jego, dlatego pośpieszył wywieść go spośród nieprawości” itd. (Mdr 4, 10-14). To są słowa Mędrca, z których można poznać, jak trafnie i słusznie używa dusza wyrażenia zerwać, gdyż i tu Duch Święty używa tych dwóch wyrazów „zabrać” i „pośpieszyć”, dalekich od pojęcia jakiejkolwiek zwłoki. W „pośpiechu” Boga jest wyrażona szybkość, z jaką udoskonalił On w krótkim czasie miłość sprawiedliwego; „zabranie” zaś pozwala nam zrozumieć, że zabrał go przed czasem śmierci naturalnej.

Z tego powodu jest dla duszy rzeczą ogromnie korzystną spełniać w tym życiu akty miłości, przez które strawiwszy się wkrótce, nie zatrzyma się długo ani tu, ani na drugim świecie bez oglądania Boga.

35. Lecz rozważmy teraz, dlaczego również ten wewnętrzny zalew Ducha określa ona słowem zderzenie a nie innym wyrazem? Przyczyna tego jest ta, iż dusza, będąc tak ściśle złączona z Bogiem, czuje bezgraniczne pragnienie, jak już mówiliśmy, by się skończyło jej życie ziemskie. A ponieważ ono się nie spełnia, bo nie osiągnęła jeszcze doskonałości, widzi, że Bóg dla dopełnienia jej przygotowania i dla wyrwania jej z ciała, sprawuje te boskie i chwalebne zalewy na sposób zderzeń. Dzieje się to w celu oczyszczenia jej i wyrwania z ciała; i rzeczywiście są to spotkania, w których Bóg przenika samą substancją duszy, przebóstwiając ją przez całkowite pochłonięcie jej w swój byt.

To jest właśnie przyczyną, dla której Bóg zbliżył się do niej i przeniknął ją na wskroś w Duchu Świętym, którego udzielania bywają gwałtowne, zwłaszcza gdy są tak pełne ognia, jak w tym zderzeniu. Kosztując zaś w nim żywo Boga nazywa je dusza słodkim nie dlatego, żeby inne liczne dotknięcia i spotkania, jakie w tym czasie otrzymuje, nie miały być również słodkie, lecz dla wyższości jego nad wszystkimi innymi, gdyż, jak powiedzieliśmy już, zadaje je Bóg dla szybkiego rozwiązania jej z ciała i obdarzenia chwałą. Stąd rosną jej skrzydła i mówi: Zerwij zasłonę, itd.

36. Streszczając więc całą strofę dusza mówi niejako: O płomieniu Ducha Świętego, który tak dogłębnie i czule przenikasz substancję mej duszy i wypalasz ją swym błogosławionym żarem!

Jesteś teraz tak łaskawy, że pragniesz mi się oddać w życiu wiecznym. Natomiast przedtem moje prośby nie dochodziły do Twych uszu, gdy z utrudzeniem i udrękami miłości, w której z powodu wielkiej słabości, niedoskonałości i słabego jeszcze ukochania cierpiały moje zmysły i mój duch, prosiłam cię, abyś mnie rozwiązał i uniósł z sobą. A pożądała tego pragnieniem wielkim dusza moja, gdyż niecierpliwa miłość nie pozwalała mi zgodzić się na nędzę tego życia, któregoś Ty jeszcze chciał dla mnie. I jeżeli dawniejsze zapały miłości nie były wystarczające dla dopięcia celu, gdyż nie miały odpowiedniej wartości, to teraz jestem tak umocniona w miłości, że nie tylko nie ustają me zmysły i mój duch w Tobie, lecz owszem, umocnione przez Ciebie, „serce moje i ciało moje uweseliły się do Boga żywego” (Ps 83, 2) z całkowitą zgodnością obydwu stron. Dlatego proszę o to tylko, co Ty chcesz, bym prosiła; a czego nie chcesz, nie chcę i nie mogę pragnąć, nawet myśl mi się taka nie zjawia. A ponieważ moje prośby mają już przed oczyma Twoimi większe znaczenie i wartość, gdyż od Ciebie wychodzą i Ty mnie do nich pobudzasz, więc ze słodyczą i radością w Duchu Świętym proszę Cię: „Od oblicza Twego sąd o mnie niech wyjdzie” (Ps 16, 2), gdy przyjmiesz i ocenisz me prośby. Zerwij nikłą zasłonę tego życia i nie daj, by tak długo trwało, aż je przetną wiek i starcze lata. Chcę Cię bowiem już od tej chwili kochać z całą pełnością i nasyceniem, jakiego pragnie ma dusza, bez granic ni końca.

STROFA DRUGA

O słodkie żaru upalenie!
O rano pełna uczucia błogiego!
O ręko miła, o czułe dotknienie,
Co dajesz przedsmak życia wieczystego
I spłacasz hojnie wszystkie zaległości!
Przez śmierć wprowadzasz do życia pełności!

OBJAŚNIENIE

1. W tej strofie dusza tłumaczy, że wszystkie trzy Osoby Trójcy Przenajświętszej: Ojciec, Syn i Duch Święty dokonują w niej boskiego dzieła zjednoczenia. Ręka więc, upalenie i dotknienie w istocie swej są jedną i tą samą rzeczą; daje im tylko różne nazwy odpowiadające im ze względu na skutki, jakie każda z nich sprawia.

Upaleniem jest Duch Święty; ręką – Ojciec, dotknieniem – Syn. I uwielbia tu dusza Ojca, Syna i Ducha Świętego, uwydatniając trzy wielkie łaski i dary, które w niej sprawiają, zamieniwszy już jej śmierć w życie i przeobraziwszy ją w siebie.

Pierwszym darem jest błoga rana, którą przypisuje Duchowi Świętemu i dlatego nazywa Go upaleniem.

Drugim jest przedsmak życia wieczystego, który przypisuje Synowi, stąd nazywa Go miłym dotknieniem.

Trzecim wreszcie darem jest jej przeobrażenie w Boga, które spłaca należycie zaległości duszy; to przypisuje Ojcu i dlatego zwie Go miłą raka.

Lecz chociaż wymienia tu trzy Osoby dla odmiennych właściwości skutków, to jednak rozmawia tylko z jedną, mówiąc: wprowadzasz do życia pełności, gdyż one wszystkie działają w jedności; stąd też wszystko to przypisuje jednej i wszystkim razem.

Następuje wiersz:

O słodkie żaru upalenie!

2. Upaleniem tym, jak już powiedzieliśmy, jest tu Duch Święty, bo jak mówi Mojżesz w Księdze Powtórzonego Prawa: „Pan Bóg nasz jest to ogień trawiący” (4, 24), tzn. ogień miłości, który mając nieskończoną siłę, może strawić nad wszelkie pojęcie i przeobrazić w siebie duszę, którą ogarnie. Lecz ogarnia i pochłania każdą, odpowiednio do tego, jak ją znajdzie przygotowaną; jedną mniej, drugą więcej, ile i kiedy sam zechce. Będąc zaś bezmiernym ogniem miłości, gdy nieco głębiej chce dotknąć duszy, sprawia, że żar jej miłości urasta do takiej miary, iż zdaje się jej, że płonie ogniem ponad wszelkie w świecie ognie. I dlatego w tym zjednoczeniu nazywa Ducha Świętego upaleniem, bo jak w całkowitym spaleniu ogień jest silniejszy i gwałtowniejszy nad wszelkie inne i większy sprawia skutek, tak i w tym akcie zjednoczenia żar jej miłości jest silniej rozpalony niż wszystkie inne i dlatego odnośnie do nich nazywa go upaleniem. A ponieważ dusza przeobrażona przez miłość ma ten boski ogień w sobie, więc nie tylko czuje to upalenie, lecz cała staje się jednym upaleniem niezmiernego ognia.

3. Rzecz to zdumiewająca i godna uwagi, że chociaż ten boski ogień jest tak gwałtownie trawiący, że mógłby strawić tysiące światów z większą łatwością niż ogień ziemski jedną nitkę lnu – nie trawi i nie niszczy duszy, w której z taką siłą płonie, a nawet najmniejszego cierpienia jej nie sprawia; przeciwnie, na miarę siły miłości przebóstwia ją i ogarniając ją płonie w niej słodko i rozkosznie.

Dzieje się to dzięki czystości i doskonałości duszy, w której płonie ten ogień Ducha Świętego, podobnie jak to było w Dziejach Apostolskich, gdzie ten ogień przychodząc z wielką gwałtownością, objął Apostołów (2, 3), oni jednak, jak mówi św. Grzegorz, „wewnątrz płonęli słodką miłością”. To również tłumaczy Kościół święty, mówiąc w tej samej myśli: „Przyszedł ogień z nieba nie palący, lecz promieniejący, nie trawiący, lecz oświecający”. Bóg bowiem, pragnąc w tych udzielaniach się wywyższyć duszę nie męczy jej i nie sprawia ucisku, lecz rozprzestrzenia, napełnia rozkoszą; nie zaciemnia jej i nie spopiela, jak ogień węgle, lecz napełnia ją blaskiem i ubogaca; dlatego nazywa ona to słodkim upaleniem.

4. I tak ta szczęśliwa dusza, która szczęśliwym losem dochodzi do tego upalenia, wie wszystko i wszystkiego smakuje, jest całkowicie wolna i wszystko osiąga, nikt nie może jej pokonać, nic jej nie dosięga, stosuje się bowiem do niej to, co mówi Apostoł: „Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, a sam przez nikogo nie jest sądzony” (1 Kor 2, 75), „Duch bowiem wszystko przenika, nawet głębokości Boże” (tamże, 2, 10); to bowiem jest przymiotem miłości, że przenika wszystkie dobra Umiłowanego.

5. O niepojęta chwało dusz, które zasługujecie na wejście do tego najwyższego ognia mającego bezmierną siłę, by was strawić i wyniszczyć, a który nie niszcząc (co jest rzeczą pewną) pochłania was w chwale! I nie dziwcie się, że Bóg podnosi niektóre dusze aż tak wysoko, gdyż jak słońce promieniując powoduje niekiedy wspaniały widok, tak Bóg, jak mówi Duch Święty, „w trójnasób rozpala góry” (Syr 43, 4), tj. świętych.

Gdy więc tak słodkim jest upalenie, jak to mówiliśmy, jakżeż nad wszelkie pojęcie musi być szczęśliwa dusza przez nie dotknięta! Chcąc to określić, nie mówi dużo, lecz ocenę wszystkiego zachowuje w sercu, a na usta wyrywa się jej tylko ten jeden okrzyk: O! mówiąc: O słodkie upalenie!

O rano pełna uczucia błogiego!

6. Po rozmowie z upaleniem, rozmawia teraz dusza z raną, która jest skutkiem upalenia. A ponieważ, jak wspomnieliśmy, to upalenie było słodkie, tym samym i rana przezeń zadana musi być podobna do niego. Z słodkiego więc upalenia i rana będzie pełna uczucia błogiego. Skoro bowiem upalenie pochodzi z miłości, to i rana będzie z miłości; tym samym więc będzie pełna błogiego uczucia.

7. By zrozumieć, jaka jest ta rana, o której tu dusza mówi, należy zaznaczyć, że żar materialnego ognia zawsze zadaje ranę ciału, którego dotyka, a ma tę właściwość, że jeśli się go przykłada do rany nie zadanej przez ogień, sprawia, iż odtąd staje się ona raną ogniową. Tę właściwość ma również ów żar miłości. Dusza, której dotyka, niezależnie od tego, czy miała już w sobie inne rany nędzy i grzechów, czy była zdrowa, natychmiast zostaje zraniona miłością, a rany pochodzące z innych przyczyn stają się ranami miłości.

Lecz istnieje różnica między naturalnym a tym miłosnym upaleniem: bo rana, którą zadaje pierwsze, może się zagoić tylko z pomocą innych środków, natomiast rana od upalenia miłości nie zagoi się za pomocą innego lekarstwa, tylko to samo upalenie, co ją zadaje, leczy ją, a lecząc znów ją zadaje. Za każdym bowiem razem, gdy ten żar miłości dotyka rany miłości, powiększa tę ranę, a im bardziej ją rani, tym lepiej leczy ją i uzdrawia. Kochający bowiem im głębiej jest zraniony, tym jest zdrowszy, a lekarstwem na miłość jest ciągłe powiększanie i odnawianie zadanej rany aż do tego stopnia, by rana stała się tak wielka, iżby objęła i zamieniła duszę w jedną ranę miłości. Wtedy dopiero, cała przepalona i zamieniona w jedną ranę miłości, jest całkowicie uleczona w miłości, bo jest wszystka przemieniona w miłość.

To więc jest ową raną, o której tu dusza mówi, że jest nią cała zraniona i cała uzdrowiona. Chociaż jednak już cała jest zraniona i cała uzdrowiona, ten żar miłości nie przestaje działać, tj. dotykać i ranić miłością; lecz że wszystko już jest zgojone i zdrowe, więc to działanie pielęgnuje tylko czule ranę, jak to zwykł czynić dobry lekarz. Dlatego mówi tu dusza: O rano pełna uczucia błogiego!

O, bo ta rana jest tym przyjemniesza, im większy i wzniosłej szy jest ogień miłości, który ją spowodował! A ponieważ zadał ją Duch Święty w celu uszczęśliwienia duszy, a Jego pragnienie, by uszczęśliwić duszę, jest wielkie, więc i wielka będzie ta rana, by również wielką była jej błogość.

8. O błogosławiona rano, zadana przez Tego, który tylko umie leczyć! O szczęśliwa i wielce szczęśliwa rano, boś została zadana jedynie dla uszczęśliwienia i twój ból jest uszczęśliwieniem i rozkoszą dla duszy zranionej! Wielką jesteś o rozkoszna rano, bo wielki jest Ten, kto cię zadał. Wielkim jest twe uszczęśliwienie, bo bezmierny jest ogień miłości, który odpowiednio do twej zdolności i wielkości cię uszczęśliwia. O błoga więc rano, i o tyle wznioślejsza i słodsza, o ile głębiej do wnętrza duszy wniknął twój żar i wypalił wszystko, co można było wypalić, aby dać szczęście takie, jakie tylko dać można!

Możemy powiedzieć, że to upalenie i ta rana są najwyższym stanem, jaki można osiągnąć w tym życiu. Bo chociaż istnieje wiele innych sposobów, którymi Bóg rozpala duszę, nie są one jednak tak wzniosłe; tutaj natomiast zachodzi bezpośrednio, bez żadnej formy ni figury rozumowej czy wyobrażeniowej, dotknięcie duszy przez Bóstwo.

9. Inny rodzaj rozpalania duszy formą umysłową jest bardzo wzniosły i dokonywa się w ten sposób: zdarza się, że będąc rozpłomieniona miłością Bożą, chociaż nie tak jeszcze udoskonalona, jak wyżej powiedzieliśmy (lecz rówież musi być bardzo doskonała dla otrzymania tego, o czym tu chcę mówić), dusza czuje, że godzi w nią serafin grotem czy włócznią rozpaloną ogniem miłości i przeszywa ją, a rozpaloną już do żaru, lub by lepiej określić, do żywego płomienia, jeszcze rozpala w niepojęty sposób. I wtedy, w tym upaleniu przez przeszywanie duszy włócznią, wzmaga się jej płomień i wybucha z gwałtownością, podobnie jak ognisko rozpalone albo piec kowalski, gdy się go rozpala, gdy się porusza ogień lub rozdmuchuje płomień. A gdy ją pali ta ognista włócznia, odczuwa jej ranę z niewypowiedzianą rozkoszą. Nie tylko bowiem cała jest zanurzona w słodyczy wskutek poruszenia i gwałtownego wstrząsu dokonanego przez tego serafina, przez co czuje ogromny żar i roztapianie się w miłości, lecz odczuwa również delikatną ranę i to ziele, w którym grot obficie był zmaczany, jak żywy punkt w istocie swego ducha, niby w przeszytym sercu duszy.

10. O tym najgłębszym punkcie rany, żarzącym się w samym środku serca duszy, w którym odczuwa się najdelikatniejszą rozkosz, któż może mówić? Odczuwa go dusza jakby ziarnko gorczyczne, bardzo maleńkie, lecz niezmiernie żywotne i rozpalone, które promieniuje wokół żywym i żarzącym się ogniem miłości. A ten ogień wychodząc z istoty i mocy tego żywego punktu, w którym streszcza się wszystka moc ziela, rozlewa się subtelnie po wszystkich duchowych i istotnych arteriach duszy, odpowiednio do jej możliwości i sił. A wśród tego odczuwa ona takie potęgowanie i wzrastanie żaru, a z nim taki ogrom miłości, iż zdaje się jej, że morza ognia miłosnego zalewają całkowicie wszystkie władze jej duszy, napełniając je miłością. I zdaje się wtedy duszy, że cały wszechświat jest jednym morzem miłości, w którym ona jest zatopiona, nie widząc miary ni kresu tej miłości, gdyż odczuwa w sobie, jak już mówiliśmy, żywy punkt i ognisko miłości.

11. O tym szczęściu, którego dusza wtedy doznaje, nie można nic więcej powiedzieć, tylko to, że czuje wtedy, jak trafnie porównane jest w Ewangelii królestwo niebieskie do ziarnka gorczycznego, które przez swą moc wielką, chociaż maleńkie, urasta w wielkie drzewo (Mt 13, 31). Widzi bowiem, jak ogromny ogień miłości rodzi się z tego punktu ognistego w sercu ducha.

12. Mało dusz dochodzi do tego stanu, lecz niektóre doszły, zwłaszcza te, których moc i duch miały się rozlać w spuściźnie na ich dzieci. Bóg daje bowiem rodzicom w pierwocinach ducha bogactwa i zasoby odpowiednie do większego lub mniejszego dziedzictwa, jakie mają przekazać potomstwu.

13. Ale wróćmy do dzieła, jakiego dokonuje serafin. Jest to prawdziwe przebicie i zranienie wewnętrzne duszy. Czasem jednak, jeśli Bóg pozwala, żeby i na zewnątrz, w zmysłach objawił się jakiś skutek, to stosownie do wewnętrznego zranienia ukazuje się to na przykład wtedy, gdy serafin zranił św. Franciszka. Po zranieniu bowiem jego duszy pięcioma ranami miłości, objawił się i skutek tych ran na jego ciele, na którym zostały one wyciśnięte, raniąc go tak, jak jego dusza została zraniona miłością.

Albowiem Bóg zwykle nie daje żadnej łaski dla ciała, nie dawszy jej wpierw, i to w głównej mierze, duszy. I wtedy im większa jest rozkosz i siła miłości, która wewnątrz duszy zadaje ranę, tym silniej się objawia na zewnątrz ból w ranie ciała, gdyż ze wzrostem jednej rośnie też i druga. Dzieje się to zaś dlatego, że dusze te są już oczyszczone i zanurzone w Bogu i to, co dla ich słabego ciała jest przyczyną bólu i męczarni, smakowite jest i przyjemne dla ich mężnego i zdrowego ducha. Tak więc zachodzi tu rzecz zdumiewająca, że wśród rozkoszy potęguje się ból.

Odczuł to dobrze Job w swoich ranach, gdy mówił do Boga: „Gdy wracasz, znowu przedziwnie mnie męczysz” (10, 16). I rzeczywiście, jest rzeczą przedziwną i godną tej „obfitości rozkoszy i słodkości, które Bóg ma zachowane dla bojących się Jego” (Ps 30, 20), sprawiać tym większą radość, smak i słodkość, im więcej się odczuwa bólu i męczarni. Trzeba jednak zaznaczyć, że gdy to zranienie istnieje w samej tylko duszy, bez objawiania się na zewnątrz, wtedy rozkosz może być większa i wznioślejsza. Ciało bowiem ujarzmia duszę i gdy dobra duchowe i jemu się udzielają, wtedy ono ściąga cugle i nakłada wędzidło temu lotnemu rumakowi ducha i poskramia jego gwałtowny bieg; gdyby bowiem miał pełną swobodę, pozrywałby lejce. Jak długo bowiem te cugle istnieją, powściągają wolność ducha, gdyż jak mówi Mędrzec: „Ciało podległe skażeniu, obciąża duszę, a ziemskie mieszkanie tłumi umysł wiele myślący” (Mdr 9, 15).

14. Mówię o tym, by wytłumaczyć, że kto się chce wznieść do Boga, opierając się zawsze na zdolności i rozumowaniu naturalnym, nie będzie nigdy człowiekiem prawdziwie duchowym. Są bowiem niektórzy, co sądzą, że samym wysiłkiem i działaniem zmysłów, które same ze siebie są zbyt nieudolne i tylko naturalne, mogą się wznieść do pełni i wysokości ducha nadprzyrodzonego. Do pełni tego życia przychodzi się jednak tylko wtedy, gdy się zmysły i ich działanie zostawi niejako na boku.

Inna rzecz, gdy skutki duchowe przelewają się z duszy na zmysły, gdyż to wskazuje, że dusza już przedtem wiele otrzymała, jak to można poznać z tego, co powiedzieliśmy o ranach ujawniających się z wewnętrznej mocy na zewnątrz, lub z przykładu św. Pawła, u którego głębokie odczucie boleści Chrystusowych, jakie miał w duszy, ujawniło się i w jego ciele. Tłumaczy to w Liście do Galatów, mówiąc: „Blizny Pana Jezusa na własnym ciele noszę” (Ga 6, 17).

15. Wystarczy już tego, cośmy powiedzieli o upaleniu i ranie. Jeśli one są takie, jak przedstawiliśmy, jakaż dopiero musi być ręka, która zadaje to upalenie i jakież jej dotknięcie? Wyraża to dusza w następnym wierszu, gdy raczej wychwalając je, niż objaśniając woła:

O ręko miła, o czułe dotknienie!

16. Raka tą, jak już wspomnieliśmy, jest litościwy i wszechmogący Ojciec. A ponieważ ta ręka jest zarówno szczodra i dobroczynna, jak wszechmocna i bogata, więc gdy się otworzy, by obdarowywać duszę, da jej również bogate i wspaniałe dary. Dlatego nazywa ją dusza miłą raka. Mówi więc niejako: O ręko, tym miększa dla mej duszy, że jej dotykasz, pieszcząc łagodnie. Gdybyś się bowiem silniej oparła, zmiażdżyłabyś świat cały, na samo bowiem twe spojrzenie trzęsie się ziemia (Ps 103, 32), drżą narody i kruszą się góry (Ha 3, 6).

O, dwakroć miła ręko! bo gdyś była tak twarda i surowa dla Joba (19, 21), dotykając go tylko trochę silniej, to dla mnie jesteś o tyle przyjacielską i słodszą, o ile delikatniej, łaskawiej i milej dotykasz mej duszy. Ty bowiem dajesz śmierć i życie i nikt nie zdoła uciec spod twej ręki (Pwt 32, 39).

Lecz ty, o boskie życie, nigdy nie zabijasz, jak tylko po to, by dać życie i nigdy nie ranisz, jak tylko po to, by uzdrowić! Gdy karzesz, lekko tylko dotykasz, a to już wystarczy, by zniszczyć świat; lecz gdy obdarzasz, dłużej zatrzymujesz rękę i dlatego twe dary i twoja słodycz są bezgraniczne. Zraniłaś mnie, by uleczyć, o boska ręko! Wyniszczyłaś we mnie wszystko, co mnie czyniło umarłą z braku życia Bożego, w którym teraz żyję! Uczyniłaś to przez [szczodrobliwość] twej niepojętej łaski, okazanej mi w tym czułym uderzeniu, przez które dotknęłaś mnie „jasnością chwały i odbiciem twojej istoty” (Hbr l, 3); a jest nim Jednorodzony Syn twój. I przez Niego, który stanowi z Tobą jedną istotę, „dosięgasz wszystko od końca aż do końca” (Mdr 8, 1). I ten Jednorodzony Syn twój, o ręko wszechmogąca Ojca, jest tym dotknięciem miłym, którym mię dotknęłaś i zraniłaś w mocy twego upalenia.

17. I ty, o boskie dotknięcie, Słowo i Synu Boga, twoim delikatnym boskim bytem przenikasz na wskroś istotę mej duszy i dotykając jej delikatnie, pochłaniasz całą w siebie, w boskie rozkosze i słodkości, o których nigdy „nie słyszano w ziemi Chananejskiej, ani je widziano w Teman” (Ba 3, 22). O, bardzo i nieskończenie miłe dotknięcie Słowa, a dla mnie jeszcze milsze niż wtedy, gdy wstrząsnąwszy góry i pokruszywszy skały na górze Horeb, samym cieniem potęgi i mocy twojej idącej przed tobą dałoś się z rozkoszą i mocą odczuć prorokowi w lekkim tchnieniu wietrzyka (1 Krl 19, 11-12). O tchnienie łagodne! O, Słowo, Synu Boży, powiedz, jak możesz być tak słodkim i delikatnym tchnieniem, jak możesz dotykać tak mile i czule będąc tak straszny i potężny?

O, błogosławiona dusza, której dotykasz tak mile i czule będąc tak straszny i potężny! Okaż to światu; lecz nie mów tego światu, bo on nie zna i nie odczuje Twego podmuchu delikatnego i nie może Cię przyjąć ani widzieć (J 14, 17). Ci tylko, o Boże mój i życie moje, ujrzą i odczują Twe czułe dotknięcie, którzy oddaliwszy się od świata wyrobili w sobie czułość, gdyż wtedy czułość przyciąga czułość i tak mogą Cię odczuć i radować się Tobą. Dotykasz ich tym czulej, że w wysubtelnionej, wykończonej i oczyszczonej substancji ich duszy, dalekiej od wszelkich stworzeń, od wszelkiego obrazu i dotknięcia ich, przebywasz sam ukryty mając w nich stałe mieszkanie. I przez to osłaniasz ich również „osłoną oblicza Twego – którym jest Słowo – od zamieszek ludzkich” (Ps 30, 21).

18. O, dwakroć zatem i wielokroć miłe dotknięcie, tym silniejsze i potężniejsze, im bardziej delikatne! Siłą bowiem twej czułości wyniszczasz i oddalasz od duszy wszelkie inne dotknięcia rzeczy stworzonych, a sobie ją przywłaszczasz i dla siebie wybierasz! A tak i miły skutek i posmak w niej pozostawiasz, że wszelkie dotknięcie innych rzeczy, wyższych czy niższych, wydaje się jej szorstkie i ciężkie, a sam ich widok jest jej przykry, i zajmowanie się nimi sprawia jej ból i wielkie udręczenie!

19. Rzecz każda jest tym przestrzenniejsza i pojemniejsza, im bardziej jest delikatna; i tym więcej jest rozlewana i udzielająca się, im jest delikatniejsza i czulsza. Słowo Przedwieczne, które jest tym dotknięciem dotykającym duszę, jest nieskończenie subtelne i delikatne, dusza zaś przez swą delikatność i całkowite oczyszczenie jest naczyniem przestrzennym i pojemnym.

O, jak więc miłym jest dotknięcie, które tym pełniej i obficiej wnikasz w moją duszę, im jesteś subtelniejsze i im czystsza jest ma dusza.

20. Należy również wiedzieć, że tym subtelniejsze i delikatniejsze jest dotknięcie i tym więcej przyjemności i rozkoszy udziela, im samo czulsze jest i łagodniejsze. To boskie dotknięcie nie ma żadnego ciężaru ani materii, gdyż Słowo, które je zadaje, jest wolne od wszelkiej objętości, formy, kształtu i przypadłości, które ścieśniają i ograniczają substancję. Tym samym więc to dotknięcie, o którym tu mowa, będąc substancjalne, tj. będąc dotknięciem przez samą substancję Bożą, jest niepojęte! O, czułe dotknięcie Słowa! Nie dotyka bowiem duszy nic innego, tylko twój najistotniejszy i najprostszy byt, który, jako byt nieskończony, nieskończenie jest delikatny i dlatego tak subtelnie, miłośnie, wzniosie i czule dotyka,

Co dajesz przedsmak życia wieczystego!

21. Chociaż jeszcze nie w pełnym stopniu, jednak rzeczywiście to dotknięcie Boże, o którym wyżej mówiliśmy daje pewien smak życia wiecznego. I nie jest to niewiarygodne, jeśli się rozważy, że to dotknięcie jest dotknięciem substancjalnym, tj. substancji Boga w substancji duszy, do czego wielu świętych doszło w tym życiu.

Dlatego niemożliwą jest rzeczą wyrazić tę delikatność rozkoszy, którą się odczuwa w tym dotknięciu. Ja też nie chciałbym mówić o tym, aby nie sądzono mylnie, że tu nie ma nic więcej, tylko to, co w słowach wyrażam. Nie ma bowiem słów na objaśnienie tak wzniosłych rzeczy Bożych, jakie dzieją się w takich duszach i najlepszą mową dla nich jest rozumieć je dla siebie, odczuwać je dla siebie, radować się nimi dla siebie i milczeć o nich. Widzi bowiem dusza, że te rzeczy są w pewnej mierze jak ów „kamyk – który, według słów św. Jana, otrzymuje zwycięzca – a na kamyku napisane imię nowe, którego nie zna nikt, jeno ten, co go otrzymuje” (Ap 2, 17). Można więc tylko powiedzieć prawdziwie, że daje smak życia wieczystego.

I chociaż w tym życiu nie kosztuje się go z taką doskonałością, jak w chwale wiekuistej, to jednak to dotknięcie, ponieważ jest dotknięciem Boga, daje przedsmak życia wieczystego. Smakuje więc tu dusza wszystkich rzeczy Bożych, gdyż się jej udziela moc, mądrość, miłość, piękno, łaska, dobroć Boża itd. A ponieważ Bóg jest tym wszystkim, więc za jednym Jego dotknięciem zaznaje dusza tego wszystkiego pospołu i raduje się w swoich władzach i w swej istocie.

22. Z tego dobra duszy rozlewa się czasem i na ciało namaszczenie Ducha Świętego. Raduje się wtedy cała istota zmysłowa i wszystkie aż do szpiku członki, kości, nie tak słabo, jak w zwykłej radości, lecz z głębokim odczuciem rozkoszy i chwały, która się rozlewa aż do najdalszych kończyn rąk i nóg. I odczuwa ciało taką chwałę w chwale duszy, iż na swój sposób uwielbia Boga czując w swych kościach to, o czym mówi Dawid: „Wszystkie kości moje rzekną: Panie, któż podobien Tobie?” (Ps 34, 10).

Niestety, wszystko, co o tym można powiedzieć jest zbyt nieudolne. Wystarczy więc wspomnieć, że tak co do ciała, jak i co do duszy daje ono „przedsmak życia wieczystego”.

I spłacasz hojnie wszystkie zaległości.

23. Mówi to dusza dlatego, iż w tym smaku życia wiecznego, którego tu kosztuje, otrzymuje wynagrodzenie za wszystkie trudy, jakie poniosła, by dojść do tego stanu. I nie tylko czuje, że otrzymała zapłatę i należność według sprawiedliwości, lecz że z tak wielkim nadmiarem została obdarowaną, iż rozumie teraz dobrze prawdę (s.749) obietnicy oddania „stokroć za jedno” danej przez Oblubieńca w Ewangelii (Mt 19, 29). Nie ma bowiem utrapienia, pokusy, umartwienia czy jakiegokolwiek innego trudu, jakie poniosła w tej drodze, któremu by teraz nie odpowiadała stokrotna pociecha i rozkosz. Słusznie więc może mówić: spłacasz hojnie wszystkie zaległości!

24. By zrozumieć, jakie są te zaległości i jak zostały tutaj duszy spłacone, [należy zaznaczyć], że zwykłym biegiem rzeczy żadna dusza nie może dojść do tego wzniosłego stanu i królestwa zaręczyn duchowych, jeśli nie przejdzie najpierw przez wiele utrapień i trudów.  Mówią bowiem Dzieje Apostolskie: „Poprzez wiele utrapień trzeba nam wejść do Królestwa Bożego” (14, 21). Trudy te zostają w tym stanie nagrodzone, bo odtąd już, będąc oczyszczona, dusza nie cierpi.

25. Trudy zaś, jakie ponoszą ci, którzy pragną dojść do tego stanu, są potrójne: utrapienia, smutki, lęki i pokusy ze strony świata i to na wiele sposobów; pokusy, oschłości i utrapienia od części zmysłowej; wreszcie udręki, mroki, przykrości, osamotnienia, pokusy i inne utrapienia od części duchowej, wszystko po to, aby w ten sposób oczyściła się dusza w części duchowej i zmysłowej, jak to już powiedzieliśmy w objaśnieniu czwartego wiersza pierwszej strofy.

Przyczyną zaś, dla której wspomniane utrapienia są niezbędne, aby dojść do tego stanu, jest to, że jak szlachetny napój umieszcza się tylko w silnych, przygotowanych i oczyszczonych naczyniach, tak również to najwyższe zjednoczenie może nastąpić tylko w duszy umocnionej trudami i pokusami oraz oczyszczonej przez udręki, ciemności i przykrości. Przez pierwsze bowiem oczyszcza się i umacnia część zmysłowa, a przez drugie uszlachetnia się, oczyszcza i przygotowuje sam duch.

Jak bowiem dla zjednoczenia z Bogiem w wiecznej chwale dusze niedostatecznie czyste przechodzą pizez męki ognia na tamtym świecie, tak dla zjednoczenia się w doskonałości w tym życiu muszą przejść przez ogień wspomnianych utrapień. Ogień ten jednych silniej, drugich słabiej pali, u jednych przez czas dłuższy, u drugich krótszy, stosownie do stopnia zjednoczenia, do którego ich Bóg chce podnieść i odpowiednio do tego, ile w nich pozostaje niedoskonałości do oczyszczenia.

26. Przez te utrapienia, którymi Bóg doświadcza duszę i zmysły, postępuje ona zdobywając cnoty, siłę i doskonałość wśród goryczy, gdyż „moc w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 9) i przez szkołę cierpień dochodzi do całkowitego wyrobienia. Nie może bowiem żelazo być podatne dla celów artysty, jeżeli nie było w ogniu i pod młotem. Jeremiasz mówi, że go ten ogień ukształtował: „Z wysoka spuścił ogień na kości moje i wyćwiczył mię” (Lm 1, 13). Również o młocie mówi tenże Jeremiasz: „Ukarałeś mię, Panie i wyćwiczony zostałem” (31, 18). Dlatego też mówi Eklezjastyk: „Kto nie jest kuszony, cóż wie? Kto nie jest doświadczony, mało wie” (Syr 34, 9 i 11).

27. Trzeba się nam zastanowić, jaka jest przyczyna, że tak mała jest liczba tych, którzy dochodzą do tego wysokiego stopnia doskonałości zjednoczenia z Bogiem? Czyżby dlatego, że Bóg chce, by tak mało było tych dusz wzniosłych? Bynajmniej: Bóg chce, by wszyscy byli doskonałymi. Mało jednak znajduje naczyń, które by mogły znieść tak wzniosłe działanie. Gdy bowiem doświadcza je w małych rzeczach, okazują się słabymi, wnet uciekają od pracy, nie chcą znieść najmniejszej przykrości czy zmartwienia. A gdyby w tych małych rzeczach, przez które zaczynał je Bóg podnosić i zaznaczać pierwsze rysy doskonałości, nie znalazł w nich męstwa ani wierności, wie dobrze, że tym mniej wierne będą w wielkich i dlatego nie postępuje już dalej w oczyszczaniu ich i podnoszeniu z prochu ziemskiego przez wysiłek umartwienia, gdyż do tego potrzebna była większa stałość i męstwo, niż one okazały.

Tak więc jest wielu, którzy pragną postępować naprzód i z wielką usilnością proszą Boga, by ich pociągał i prowadził do tego stanu doskonałości, a gdy Bóg zaczyna podnosić ich przez pierwsze niezbędne trudy i umartwienia, nie chcą ich przyjmować, chronią swe ciało, uchodząc z wąskiej drogi życia (Mt 7, 14), a. szukając ku własnej zgubie szerokich gościńców (tamże, 7, 13) pociech. Więc gdy im Bóg zaczyna dawać to, o co Go prosili, nie chcą tego przyjąć. I dlatego pozostają naczyniami bezużytecznymi (por. tamże, 6, 15), ponieważ pragnąc dojść do stanu doskonałości, nie tylko nie chcieli podążać drogą trudów, lecz nie chcieli nawet wejść na nią przez przyjęcie tego, co było mniejsze, tj. codziennych przykrości.

Można tym wszystkim odpowiedzieć słowami Jeremiasza: „Jeśli z pieszymi biegnąc zmęczyłeś się, jakże będziesz mógł iść z końmi w zawody? A gdy w ziemi pokoju byłeś bezpieczny, cóż uczynisz z przepychu Jordanu?” (12, 5). Czyli innymi słowy: Jeżeli wśród trudów, jakie zwykłym biegiem rzeczy zdarzają się wszystkim ludziom, już stawiałeś mały krok i w nim czułeś wiele zmęczenia, jakżeż będziesz mógł biec, by się zrównać z biegiem konia, co już nie jest zwykłym trudem i do czego trzeba większych, niż człowiecze, sił i szybkości? I gdy nie chciałeś porzucić pokoju i upodobań ziemskich, tj. twej zmysłowości, nie chcąc walczyć z nią ani się jej sprzeciwiać choć trochę, jakżeż będziesz śmiał wejść we wzburzone wody głębokich utrapień i cierpień duchowych?

28. O dusze, które chcecie chodzić pełne spokoju i pociechy w rzeczach duchowych, gdybyście wiedziały, ile wam trzeba znieść cierpień, aby dojść do tej pewności i pociechy! Gdybyście zważyły, że bez cierpienia nie tylko nie możecie się wznieść tam, gdzie pragniecie, raczej zawróciłybyście z drogi, nie szukając już żadnej pociechy ani od Boga, ani od stworzeń. Dźwigałybyście swój krzyż i przybite do niego pragnęłybyście pić samą żółć i ocet (J 19, 29; Mt 27, 34), i to poczytywałybyście sobie za wielkie szczęście! Żyjąc bowiem jak umarłe dla świata i dla siebie samych, żyłybyście w rozkoszach ducha dla Boga. A znosząc z cierpliwością i wiernością tę odrobinę trudów zewnętrznych, zasłużyłybyście sobie, by Bóg zatrzymał na was swe oczy, oczyszczając was i udoskonalając przez wewnętrzne cierpienia duchowe, aby tym głębiej wlać wam w dusze swe dary.

Wiele bowiem usług muszą spełnić dla Boga, wiele cierpliwości i stałości Mu okazać i być Mu bardzo przyjemnymi w swym życiu i czynach ci, którym On wyświadcza tę szczególną łaskę, że ich na ciężkie wystawia próby, by ich potem tym wyżej podnieść przez dary i zasługi. Takim był Tobiasz, któremu powiedział archanioł Rafał, iż ponieważ był przyjemny Bogu, uczynił mu Bóg tę łaskę, iż zesłał na niego pokusę, by go doświadczyć i tym wyżej podnieść (12, 13). I rzeczywiście, dalsze jego życie po tym doświadczeniu, jak mówi Pismo święte (14, 4), było pełne radości. To samo widać na przykładzie Joba, któremu Bóg, po uznaniu jego postępowania wobec dobrych i złych duchów, dał zaraz tę łaskę, że zesłał mu owe wielkie cierpienia, by go potem tym więcej uwielmożnić, pomnażając jego dobra doczesne i duchowe (rr. 1-2 i 42, 12).

29. Tak samo postępuje Bóg z tymi, których chce obarzyć szczególną chwałą. Zsyła im pokusy i pozwala, by ich doświadczały, aby ich potem podnieść tak wysoko, jak tylko można, tj. do samego zjednoczenia z mądrością boską, która, jak mówi Dawid, jest „srebrem w ogniu doświadczonym, wypróbowanym w ziemi” (Ps 11, 7), tzn. w ziemi naszego ciała i przeczyszczonym siedemkroć, czyli w najwyższym stopniu. Lecz nie będziemy się już więcej zatrzymywać tutaj, by objaśniać owe siedem oczyszczeń, wiodących do tej mądrości, jakie jest każde z nich i jak im odpowiada siedem stopni miłości. Mądrość ta jest jeszcze w tym życiu dla duszy, choćby najściślej z nią zjednoczonej, jak srebro, o którym mówi Dawid i dopiero w przyszłym życiu zamieni się jej w złoto.

30. Jest więc niezbędne, by dusza była bardzo cierpliwa i wytrwała w tych wszystkich wewnętrznych i zewnętrznych, cielesnych i duchowych, większych i mniejszych udrękach i trudach, które jej Bóg zsyła, przyjmując wszystko z Jego ręki dla swego dobra i korzyści i nie uciekając od nich, gdyż są one dla niej zbawienne. Powinna iść za radą Mędrca mówiącego: „Jeśli duch panującego uniesie się przeciw tobie, nie opuszczaj miejsca twego – tj. miejsca twego doświadczenia, którym jest to udręczenie, jakie ci zsyła – albowiem leczenie uczyni, że ustaną grzechy wielkie” (Koh 10, 4), tzn. zostaną wycięte korzenie twych grzechów i niedoskonałości, czyli złe skłonności. Zmagania się bowiem duszy wśród trudów i przykrości, i pokus wyniszczają złe i niedoskonałe skłonności duszy, oczyszczają ją i umacniają. Dlatego dusza powinna to uważać za wielkie dobrodziejstwo, gdy jej Bóg zsyła utrapienia wewnętrzne i zewnętrzne pamiętając, że [bardzo] mało jest tych, którzy zasługują na dojście przez cierpienie do doskonałości i znoszenie wszystkiego w celu osiągnięcia tak wysokiego stanu.

31. Wróćmy teraz do dalszego objaśnienia. Poznaje więc dusza w tym stanie, że wszystko obróciło się jej na dobro i że już sicut tenebrae ejus, ita et lumen ejus; „jak ciemność jej, tak i światłość jej” (Ps 138, 12) i jak była uczestniczką udręk, tak teraz jest uczestniczką pocieszenia i królestwa (2 Kor l, 7). Wszystkie cierpienia wewnętrzne i zewnętrzne zostały jej tak sowicie nagrodzone dobrodziejstwami Bożymi dla duszy i dla ciała, że nie było przykrości, której by teraz nie odpowiadała wielka nagroda. Wyznaje więc, jak szczodrze została wynagrodzona, mówiąc: i wszelki dług spłaca. Dziękuje Bogu w tym wierszu, jak Mu dziękował również Dawid za wyrwanie go z cierpień, gdy wołał w psalmie: „Jak wiele złych ucisków ukazałeś mi, ale znowu ożywiłeś mię i z przepaści ziemskich znowu mię wywiodłeś; rozmnożyłeś wielmożność Twoją i znowu mnie pocieszyłeś” (Ps 70, 20-21).

Tak więc ta dusza, która, zanim przyszła do tego stanu, była jak Mardocheusz siedzący u bram pałacu i płaczący po ulicach Suzy nad niebezpieczeństwem zagrażającym jego życiu, odziany w wór, nie chcący przyjąć szat od królowej Estery, nie nagrodzony za usługi, jakie oddał królowi i za wierność z jaką bronił jego czci i życia, teraz w jednym dniu, podobnie jak tenże Mardocheusz, otrzymuje zapłatę za wszystkie swe trudy i usługi. Nie tylko ją wprowadzają do wnętrza pałacu, by przed obliczem króla została okryta szatami królewskimi, lecz także otrzymuje koronę, berło, oznaki i pierścień królewski, aby wszystko według swej woli mogła czynić w królestwie swego Oblubieńca (por. Est rr. 4-8). Ci bowiem, którzy są już w tym stanie, otrzymują wszystko, czego pragną. W ten sposób nie tylko została wynagrodzona, lecz również zostali pozbawieni życia żydzi, jej wrogowie, którymi są niedoskonałe pożądania, usiłujące pobawić ją tego życia duchowego, jakim obecnie żyje wraz ze swymi władzami i pożądaniami. Dlatego mówi zaraz:

Przez śmierć wprowadzasz do życia pełności.

32. Śmierć nie jest niczym innym, jak tylko pozbawieniem życia. Gdy przychodzi życie, nie ma śladu śmierci. W pojęciu duchowym istnieją dwa rodzaje życia. Pierwszy, to życie w wiecznej szczęśliwości, polegające na oglądaniu Boga. To życie osiąga się dopiero przez śmierć naturalną, jak to mówi św. Paweł: „Wiemy bowiem, że gdy przybytek tego ziemskiego domu naszego się rozsypie, mamy przybytek Boga… w niebiesiech” (2 Kor 5,1). Drugi, to doskonałe życie duchowe polegające na posiadaniu Boga w zjednoczeniu przez miłość. To życie osiąga się przez całkowite umartwienie wszystkich wad, pożądań i swej własnej natury. Zanim to nastąpi, nie można dojść do pełności tego życia duchowego, do zjednoczenia się z Bogiem, jak to również wskazuje Apostoł w słowach: „Jeśli bowiem według ciała żyć będziecie, pomrzecie, ale jeśli duchem sprawy ciała umartwicie, żyć będziecie” (Rz 8, 13).

33. Stąd więc śmiercią, o której mówi tu dusza, jest stary człowiek, czyli używanie władz: pamięci, rozumu i woli, zajętych i oddanych rzeczom światowym, pożądaniom i upodobaniom w stworzeniach. Wszystko to bowiem jest objawem życia starego, które jest śmiercią dla życia nowego, czyli duchowego. I tym nowym życiem nie może dusza żyć całkowicie, jeżeli również całkowicie nie umrze stary człowiek. Upomina bowiem Apostoł, „by się wyzuć ze starego człowieka… a przyoblec się w nowego, który wedle Boga stworzony jest, w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4, 22 i 24). W tym życiu nowym, o którym tu mówimy, czyli w tej doskonałości zjednoczenia z Bogiem, wszystkie pożądania i władze duszy, stosownie do swych skłonności i czynności, które same ze siebie były czynnościami śmierci i pozbawieniem życia duchowego, teraz zamieniają się w boskie.

34. Ponieważ zaś, jak mówią uczeni, każda żyjąca istota żyje przez swe działanie, więc dusza mając swe działanie w Bogu przez zjednoczenie się z Nim, żyje życiem Boga. Tak więc jej śmierć zamieniła się w życie, tj. życie zwierzęce zamieniło się w niej w życie duchowe.

Rozum bowiem, który przed tym zjednoczeniem poznawał w sposób naturalny, siłą i energią swego światła naturalnego oraz zmysłów naturalnych, teraz już zostawia zmysły na uboczu, gdyż jest kierowany i oświecany przez inny, wyższy pierwiastek nadprzyrodzonego światła Bożego. I tak zamieniła się dusza w boską, bo przez to zjednoczenie rozum jej i Boży stanowią jedność.

Również i wola, która przedtem kochała miłością przyziemną i martwą, samym tylko afektem naturalnym, teraz już zamieniła się w życie Bożej miłości, gdyż kocha w sposób wyższy afektem Bożym, kierowana mocą i wpływem Ducha Świętego, w którym żyje życiem miłości. Przez to zjednoczenie bowiem wola Jego i wola duszy stanowią [już] jedną wolę.

Pamięć, która w sposób naturalny przyjmowała tylko kształty i wyobrażenia rzeczy stworzonych, jest przemieniona przez to zjednoczenie, żeby „lata wieczne miała w pamięci”, jak mówi Dawid (Ps 76, 6).

Pożądanie naturalne, które miało tylko zdolność i siły do kosztowania smaku stworzeń powodujących śmierć, teraz jest przemienione w upodobanie i smak Boży, rządzone już i zaspokajane przez inny pierwiastek, w którym pełniej się ożywia, tj. przez rozkosz Bożą; a ponieważ jest ono z nią złączone, więc staje się pożądaniem Bożym.

Wszystkie wreszcie poruszenia, czynności i skłonności, które przedtem dusza czerpała z pierwiastka i sił swego życia naturalnego, teraz, w tym zjednoczeniu są przemienione w poruszenia Boże, umarłe dla swej naturalnej działalności i skłonności, a żyjące w Bogu. Dusza bowiem, jako już prawdziwa córka Boga, we wszystkim jest prowadzona przez Ducha Bożego, jak naucza św. Paweł, mówiąc: „Który chkolwiek bowiem ożywia Duch Boży, są synami Bożymi” (Rz 8, 14).

Tak więc, stosownie do tego, cośmy powiedzieli, rozum tej duszy jest rozumem Bożym, jej wola jest wolą Bożą, jej pamięć jest wieczystą pamięcią Bożą i jej rozkosz jest rozkoszą Bożą. Substancja tej duszy nie jest wprawdzie substancją Boga, gdyż dusza nie może substancjalnie przemienić się w Niego, jednak będąc z Nim tak ściśle jak tutaj złączona i tak pochłonięta przez Niego, jest Bogiem przez uczestnictwo w Bogu. Przeżywa się to wszystko w tym doskonałym stanie życia duchowego, chociaż nie tak doskonale jak w życiu przyszłym. W ten sposób dusza umarła dla wszystkiego, czym była sama w sobie i co było śmiercią dla niej, a żyje tym, czym jest Bóg sam w sobie.

Dlatego też, rozważając to, mówi słusznie w wierszu: Przez śmierć wprowadzasz do życia pełności. I może tu słusznie powiedzieć o sobie te słowa św. Pawła: „Żyję ja, już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Tak zupełnie zamieniła się śmierć tej duszy w życie Boże, że sprawdza się w niej również to powiedzenie Apostoła: Absorbta est mors in victoria; „Pochłonęła śmierć zwycięstwo” (1 Kor 15,54) oraz to, co mówi w imieniu Boga prorok Ozeasz: „O śmierci, będę śmiercią twoją” (13, 14), tzn. ja, który jestem życiem, stałem się śmiercią dla śmierci i śmierć została pochłonięta przez życie.

35. W ten sposób dusza zatopiona jest w życiu Bożym, daleka od wszelkiego pożądania doczesnego i naturalnego i od wszystkiego, co światowe i doczesne, bo wprowadzona została do pokojów królewskich, gdzie się raduje i weseli Umiłowanym swoim, „wspominając piersi Jego więcej niż wino”, i mówiąc: „Czarna jestem, ale piękna, córki jerozolimskie” (Pnp 1,3-4), gdyż moja czerń naturalna zamieniła się w piękno Króla niebios.

36. W tym stanie życia tak doskonałego czuje się dusza wewnątrz i zewnątrz jakby wśród ciągłych dni świątecznych i nieustannie napawa się jej duch jednym ogromnym rozradowaniem w Bogu, jakby pieśnią nową, zawsze nową, nabrzmiałą weselem i miłością w poznaniu swego szczęśliwego stanu. Czasami, pełna rozkoszy i szczęścia, powtarza w duchu te słowa Joba: „Sława moja zawsze się odnawiać będzie, a jak palma rozmnożę dni moje” (29, 20 i 18). Znaczy to, że Bóg, który będąc zawsze ten sam, odnawia wszystkie rzeczy, jak mówi Mędrzec (Mdr 7, 27), gdy już jest zawsze ze mną w mej chwale, zawsze będzie odnawiał tę moją chwałę i nie pozwoli jej (s.756) utracić świeżości, jak to przedtem bywało. I rozmnożę dni moje, tj. moje zasługi, aż do nieba, jak palma podnosząca tam swoje gałązki.

Zasługi bowiem duszy przebywającej w tym stanie są zazwyczaj ogromne, tak co do liczby, jak i co do jakości. Więc chodzi ona śpiewając Bogu w swym duchu dnia każdego to, co śpiewał Dawid w psalmie zaczynającym się od słów: Exaltabo te, Domine, quoniam suscepisti me, a zwłaszcza to, co się zawiera w dwóch ostatnich wierszach: Convertisti planctum meum in gaudium mihi etc., conscidisti saccum meum, et circumdedisti me laetitia…; „Wysławiać Cię będę, Panie, żeś mię przyjął… Odmieniłeś mi płacz mój w wesele, zdarłeś wór mój, a oblokłeś mię w wesele, aby Tobie śpiewała chwała moja i bym się nie smucił. Panie, Boże mój, na wieki wysławiać Cię będę” (Ps 29, 2 i 12-13).

Nie należy się dziwić, że tak często chodzi dusza w tym uszczęśliwieniu, rozradowaniu, używaniu i uwielbieniu Boga, bo oprócz poznania otrzymanych łask, czuje również, jak Bóg zabiega, by ją pieścić drogimi, czułymi i miłością tchnącymi słowy i wynosić ją przez coraz to nowe łaski; wydaje się jej, że nie ma On drugiej duszy na świecie, by się nią z czułością zajmować, ani żadnego innego zajęcia, jak tylko oddawać się jej samej. Daje to poznać mówiąc jak oblubienica z Pieśni nad pieśniami: Dilectus meus mihi, et ego illi; „Miły mój dla mnie, a ja dla Niego” (2, 16).

Zobacz podobne wpisy

15 listopada, 2016

Noc ciemna

Dusza zaznacza tutaj, że tego wyjścia mogła dokonać dzięki mocy i gorącości, jaką napełniła ją we wspomnianej ciemnej kontemplacji jej miłość do Oblubieńca. Wysławia więc swoje szczęście, że osiągnęła tak pomyślny skutek dążenia do Boga poprzez tę noc, tak że żaden z trzech nieprzyjaciół, to jest świat, szatan i ciało (...) nie zdołał jej powstrzymać.
15 listopada, 2016

Pieśń duchowa

W tej pierwszej strofie dusza rozmiłowana w Słowie, Synu Bożym, swym Oblubieńcu, pragnąc złączyć się z Nim przez jasne i istotne widzenie, daje wyraz swym udrękom miłosnym. Skarży się na Jego nieobecność. Zraniona bowiem głęboko przez Umiłowanego, dla którego opuściła wszystko i wyzuła się z siebie samej, musi jeszcze żyć z dala od Niego (...)