Ku odkryciu małej drogi
7 listopada, 2016
Teresa i tajemnica Maryi
7 listopada, 2016

Ofiarowanie się Miłości Miłosiernej

Długa pisemna medytacja

o. Konrad de Meester OCD

Od momentu odkrycia „małej drogi”, „Miłosierdzie” Boga staje się dla młodej karmelitanki słońcem życia! O ile pojęcie to było dotąd nieobecne w jej słownictwie, teraz wytryska spontanicznie i z wielką obfitością. Teresa, poproszona, w 1895 roku, w kilka miesięcy zaledwie po odkryciu „małej drogi”, o spisanie swych wspomnień z dzieciństwa (Rękopis A), od razu znajduje główny temat: „Zmiłowania Pańskie”. Trzy wykrzykniki i długi wielokropek, następujące w Rękopisie po tym określeniu, wskazują jak bardzo słowa te leżą jej na sercu…

W prologu tego Rękopisu, wolny wybór łaskawości Pana przedstawiony jest przez Teresę jako „tajemnica jej powołania, całego jej życia, a przede wszystkim tajemnica uprzywilejowania jej duszy przez Jezusa”, jako wyjaśnienie „uprzedzenia jej duszy Jego względami”, „upodobaniami” „samego Jego Miłosierdzia”. „Cechą właściwą Miłości jest się pochylać”, pisze Teresa, dowodząc przez to, jak bardzo myśli o Miłosiernej Miłości. Bóg „nie zniżyłby się aż tak nisko”, gdyby nie opiekował się najmniejszym. „Schylając się w ten sposób, Dobry Bóg okazuje swą nieskończoną wielkość”, jest „jak słońce, które oświeca równocześnie cedry i każdy maty kwiatek, jak gdyby ten był jedynym na ziemi…”

Termin „Miłosierdzie” byłby jeszcze bardziej obecny w jej pismach, gdyby Teresa nie zrozumiała, kilka miesięcy później, że Miłość Boga jest zawsze i z natury swojej „Miłosierna”, że można ograniczyć się do jednego słowa „Miłość”: dodawanie „Miłosierna” byłoby prawie pleonazmem. I kiedy Teresa pod koniec Rękopisu A, wspomina u swoim „ofiarowaniu się Miłości Miłosiernej” (o którym zaraz powiemy), określa je po prostu jako „ofiarowanie się Miłości”.


Od stycznia 1895 roku aż do końca tego roku, Teresa będzie więc regularnie przelewać na papier niektóre rysy swej przeszłości. „Wspomnienia z dzieciństwa?” Oczywiście! Ale, w rzeczywistości, mówi w pierwszej kolejności o roli miłosiernego Oblubieńca w swoim życiu. Widzi teraz, że w tkaninie jej istnienia wszędzie snuje się złota nić Jego Miłosierdzia.

Teraz widzi, teraz rozumie. Wszystko się wyjaśniło. Pisanie jest modlitwą, spojrzeniem w głąb, wysławianiem Miłosierdzia, dziękczynieniem. Jej praca redaktorki to długa medytacja, która wszczepia się w jej istotę. I, bez wątpienia, częściowo pod wpływem tej długiej pisemnej medytacji, 9 czerwca 1895 roku, w uroczystość Trójcy Świętej, Teresa otrzymuje „łaskę lepszego niż dotąd zrozumienia, jak Jezus pragnie być kochany” (A 84r). Forma bierna, „być kochanym”, współgra w istocie z formą czynną „kochać”: Jezus chce nas kochać Miłością Miłosierną, zalewać nas „strumieniami bezmiernej czułości”. Teresa odda Mu się. Całkowicie.

Przed zapoznaniem się ze szczegółami jej „ofiarowania”, zastanówmy się przez chwilę nad rolą, jaką w tej nowej wizji mógł odegrać obraz ojca, Ludwika Martin.

Wiemy jaka więź łączyła ojca z córką. Teresa nazywała go swoim „Królem”, on ją swoją „Królewną”. Wspomnieliśmy już o bezgranicznym bólu, jakiego Teresa doświadcza patrząc jak jej Król pogrąża się w chorobie psychicznej, która, w 1889 roku, odizoluje go, w szpitalu psychiatrycznym, od rodziny. Śmierć pana Martin w 1894 roku to dla Teresy koniec długiej żałoby.

Trzy tygodnie po śmierci ojca (29 lipca 1894 roku), zwierza się Celinie: „Jakżeż te małe przejawy delikatności pozwalają nam odczuć, że nasz najdroższy Tatuś jest przy nas. Po śmierci trwającej pięć lat, jakaż radość, że go odnajdujemy takim, jakim był zawsze, szukającego jak niegdyś wszelkich sposobów, by nas ucieszyć” (L 169). Dzień później pisze do swej siostry Leonii: „śmierć Taty nie wydaje mi się wcale śmiercią ale prawdziwym życiem. Odnajduję go po sześcioletniej nieobecności, czuję jego bliskość, jest przy mnie, patrząc na mnie i czuwając nade mną. (…) Spoglądamy teraz w Niebiosa, by ujrzeć w nich Ojca i Matkę, którzy ofiarowali nas Jezusowi… Wkrótce pragnienia ich będą zaspokojone i wszystkie dzieci dane im przez Boga zostaną z Nim połączone na zawsze…” (L 170). Tę samą wizję przyszłego życia – Ojciec, Matka i dzieci, zgromadzeni wkrótce, na zawsze, w Niebie – kreśli Teresa na wstępie swej autobiografii (A 3r-3v),

Zresztą, już od pierwszych linijek, Ojciec obecny jest w owych „wiosennych dziejach białego kwiatka”: Teresa wspomina „mały biały kwiatek”, który ofiarował jej Tatuś w wieczór święta Zesłania Ducha Świętego 1887 roku, kiedy zgodził się na jej wstąpienie do Karmelu; biały kwiatek, który włożyła wówczas – gest symboliczny i jakże wymowny! – do swego Naśladowania, przy rozdziale zatytułowanym „O miłości Jezusa nade wszystko” (A 50v).

„Niezrównani rodzice” (A 4r) obecni są zresztą w całych wspomnieniach z dzieciństwa. Co więcej, Teresa ożywiła te wspomnienia czytając raz jeszcze Korespondencję swojej matki. Pisząc, kontempluje serce niedawno zmarłego ojca, który teraz „patrzy na nią i czuwa nad nią”, serce tak czułe, które po śmierci pani Martin „wzbogaciło swą miłość w uczucie prawdziwie macierzyńskie” (A 13r). Podkreśla nieustannie jego promieniującą obecność w domowym ognisku czy w czasie długich spacerów: „jego piękna twarz mówiła mi tak wiele” (A 17v); siedząc „na kolanach ojca”, słuchając jego „pięknego głosu” kiedy śpiewał, recytował wiersze lub modlił się, Teresie wystarczyło „patrzeć na niego, by się przekonać, jak modlą się święci” (A 18r). Żywo wspomina, jak Tatuś, w dzień Zesłania Ducha Świętego, w 1887 roku, „obejmując jej głowę, przytulił ją do serca”, później poszedł z nią powoli do ogrodu, „ciągle tuląc do serca jej głowę” (A 50r). Podobne gesty przywoływały Teresie na myśl, spontanicznie, „czułe przyjęcie, jakie Bóg zgotuje” jej kiedyś w Niebie! (A 73r; por. 2r)

Kontekst ten pozwala nam zrozumieć, dlaczego Teresa jest tak poruszona, w chwili odkrycia swej „małej drogi”, fragmentem Izajasza porównującym Boga do matki kołyszącej i pieszczącej dziecko na swych kolanach.

Podobnie, bardziej jasnym się staje, że, częściowo pod wpływem wspomnienia ojca, 9 czerwca następnego roku, Teresa otrzymuje „łaskę lepszego niż kiedykolwiek zrozumienia” jak bardzo „Serce” Jezusa bogate jest w „strumienie bezmiernej czułości”, jak bardzo jest szczęśliwe, kiedy może je „wylewać” na tych, którzy ośmielą się „rzucić w [Jego] ramiona i przyjąć [Jego] nieskończoną Miłość” (A 84r). W niepojęty dla nas sposób, łaska i światło Boga przyszły przez analizę dobrodziejstw, jakie otrzymała w ciągu swego życia, lecz także za pośrednictwem rodziców, którzy byli dla niej obrazem Bożej dobroci.

Pośmiertne życie pana Martin odegrało dużą rolę w ostatnich latach życia jego córki! Tak jak Tatuś był dla małej Tereni obrazem Pana Boga, tak jak, później, upokorzona twarz ojca przybliżona została przez nią do Najświętszego Oblicza Jezusa, Cierpiącego Sługi Jahwe, tak i oblicze i wspomnienie Ojca wstępującego do chwały Boga stały się dla Teresy, bardziej niż kiedykolwiek, zwierciadłem, w którym promienne oblicze i cudowne serce Jezusa otrzymują bardziej ludzkie i bardziej konkretne zabarwienie.

W swym wierszu „Tylko Ty, Jezu”, Teresa napisze w 1896 roku słowa, które drżą jeszcze słodko szczęśliwym i witalnym doświadczeniem ojca: „Ty, coś umiał płomień serca matek stworzyć, / Ty najtkliwszy z ojców, o Słowo Wcielone, / Raczyłeś mi skarbiec uczucia otworzyć, / Bogatszy nad matki serce rozpalone” (P 36). Dwa tygodnie po ofiarowaniu się Miłosiernej Miłości, Teresa wyznała to już w swym wierszu „W Najświętszym Sercu”, okazując się głęboko ludzką w swej wierze we Wcielone Słowo: „Potrzebuję serca płonącego miłością, / Ono moim wsparciem będzie dziś i zawsze, / Kochając we mnie wszystko, nawet moją słabość… Nie rozstając się ze mną we dnie ani w nocy. / Nie znalazłam żadnego stworzenia, / Które kochałoby mnie zawsze, bezpieczne od śmierci. / Trzeba mi Boga ogarniającego mą naturę, / Stającego się Bratem i zdolnego cierpieć” (P 23).

Jak bardzo Jezus pragnie nas kochać…

Nigdy Teresa nie zrozumiała Miłości Chrystusa tak, jak owego wiosennego poranka, 9 czerwca 1895 roku. To szczyt światła. W pierwszych godzinach dnia (w czasie godziny cichej modlitwy czy w czasie Eucharystii? – Tego nie wiemy…), nagle ogarnia ją rzeczywistość i piękno Miłosiernej Miłości Trójcy Świętej, Trzech Osób Boskich, które w Jezusie chcą się nam dawać, aż do przeniknięcia naszej głębokiej istoty i naszej codziennej egzystencji. „Ukochałeś mnie aż tak, że dałeś mi Twojego Syna jedynego, by był mym Zbawcą i mym Oblubieńcem…”, raduje się, olśniona światłem spływającym ze szczytu góry, jakim jest Jezus [cytaty zaczerpnięte zostały z rękopisu A 83r-84r i modlitwy Pri 6]. W tę uroczystość Trójcy Świętej, serce jej zanurza się w Bożym Sercu i odnawia się w Nim zupełnie. Teresa odczuje łaskę, którą otrzymuje jako przywilej, jako Boski wybór. „Miłość wybrała na ofiarę całopalną mnie, stworzenie słabe i niedoskonałe”: „ta właśnie moja słabość ośmiela mnie, by oddać się jako ofiara Twojej Miłości, o Jezu!” (B 3v).

Kontempluje więc swego Chrystusa, poszukiwacza ubogich i grzeszników, płonącego Miłością do wszystkich. Co widzi? Ileż obojętności ze strony ludzi! Miłość Jezusa ze wszystkich stron jest „nieznana”, „odrzucona”, „wzgardzona”. Żebracy „szczęścia”, ludzie, „zwracają się ku stworzeniom”, podczas gdy istnieje „Miłość nieskończona”, która „potrzebuje” „wylewać” strumienie łask.

Serce Teresy, serce oblubienicy, czułe i wierne, odczuwa przeszywający ból wobec tej samotności Jezusa, zmuszonego, z powodu braku otwartych drzwi, „tłumić w sobie przypływy nieskończonej czułości”, podczas gdy wystarczyłoby, by je uwolnić, „rzucić się w Jego ramiona i przyjąć Jego nieskończoną Miłość…” (A 84r).

Bardziej jednak niż smutek, odczuwa „święte uniesienie” wobec Jezusa, który „byłby szczęśliwy”, gdyby mógł w końcu znaleźć serce oddane Mu bez żadnych ograniczeń. I młoda, dwudziestodwuletnia, karmelitanka wykrzykuje: „O mój Jezu! Niech ja stanę się tą szczęśliwą ofiarą, niech ogień Twej Boskiej Miłości strawi złożone Ci całopalenie!…” (A 84r).

Ofiarowanie się

Teresa wyda się całkowicie na „ofiarę”. W pierwszym odruchu, dusza jej zwraca się ku tej formie ofiary, jaka jest jej znana, a więc ku ofierze składanej „Sprawiedliwości” Bożej. Zdarzało się w Kościele, a nawet w Karmelu, że dusze ofiarowały się tej Sprawiedliwości. Przecież w Karmelu Teresy, w wigilię 9 czerwca, otrzymano notę nekrologiczną karmelitanki, zmarłej w straszliwych cierpieniach i niepokojach po tym, jak ofiarowała się Bożej Sprawiedliwości.

W czasach Teresy, chrześcijanie nierzadko naznaczeni byli trwogą przed Bogiem Sędzią Sprawiedliwym, przed wzrokiem którego nic ujść nie mogło, który wynagradzał lub karał, według zasług czy win, któremu opłacało się wstęp do Nieba drobnymi pieniążkami dobrych uczynków, wyrzeczeń i modlitw. Tak więc niektóre dusze, aby zapłacić okup za innych, jak mówi Teresa, „ofiarowały się jako ofiara Bożej Sprawiedliwości, aby odwrócić i ściągnąć na siebie kary przeznaczone winnym”.

Teresa szczerze docenia tę ofiarę. Uważa ją za „piękną i wielkoduszną”. „Piękną”, bo dotyczy wielkości Boga i Jego świętości, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co za nas wycierpiał Jego Syn. „Wielkoduszną”, bo wystawiano się na przyjęcie i odpokutowanie skutków grzechu.

Teresa docenia tę ofiarę, lecz zachowuje w stosunku do niej dystans: „Daleka byłam od pragnienia złożenia jej”. Jakże mogłaby przyjąć na swe wątłe ramiona taki ciężar? Ona, taka słaba i mała, odczuwająca „swoją niemoc”, niemoc, której w Karmelu, od siedmiu lat, stale doświadcza i to coraz głębiej?

Jednakże, nie negatywne rozważania odgrywają tu pierwszorzędną rolę. W ten wiosenny poranek uroczystości Trójcy Świętej, światło jest bardzo pozytywne. Nie chodzi o trwogę, chodzi o zrozumienie „jak bardzo Jezus pragnie być kochany”. Odkrywa Jego niezmierzone Miłosierdzie, a nie surową i skrupulatną Sprawiedliwość. To nie Sprawiedliwość Boża „potrzebuje” zrozumienia i odpowiedzi, lecz „nieskończona czułość” Boga, Jego „Miłosierna Miłość”. Nie chodzi już o „ściągnięcie na siebie” kar, lecz o to, by „pozwolić samemu się przyciągnąć” przez Czułość Boga. Jezus nie chciał „rozładować” Swej Sprawiedliwości, lecz „zapalić” nas ogniem Swej Miłości.

Oto już osiem miesięcy jak Teresa odkryła swą „małą drogę”, której główne linie kreśli na początku swej modlitwy Ofiarowania się: ideał świętości („jednym słowem, pragnę być świętą”), rzeczywistość swej własnej niemocy („czuję jednak moją słabość”), złączenie ideału i niemocy w ufnym zdaniu się na uświęcające dzieło Boga w niej („proszę Cię, o mój Boże, Ty sam bądź moją świętością”). Otóż, tego ranka, „rozumie lepiej niż kiedykolwiek” jak bardzo Miłosierna Miłość Pana jej szuka, jak bardzo nas szuka, w sercu naszej małości. Ofiarowanie się Miłości Miłosiernej sytuuje się, chronologicznie i poprzez swą naturę, w perspektywach otwartych przez „małą drogę”. Ofiarowanie się jest jej logiczną konsekwencją, modlitewnym wyrazem i ostateczną konsekracją. Teza pragnienia świętości i antyteza niemocy złączyły się w syntezie ufnego zdania się na dzieło Boga po trzykroć świętego, Miłosierną Miłość.

Teresa rozwodzi się następnie na temat fundamentów jej zaufania: 1) Z miłości do nas, Ojciec dał nam Swego Syna: „Jego zasługi są moimi, ofiaruję Ci je pełna szczęścia”. W tym samym geście, Teresa ofiaruje „miłość i zasługi” Maryi, aniołów i świętych. 2) Obietnica Jezusa, że będziemy wysłuchani (J 16, 23). 3) Obecność wielkich pragnień w niej, znak, że pewnego dnia dostąpi największego szczęścia.

Teresa raz jeszcze formułuje swą początkową modlitwę o świętość: „Proszę z ufnością, byś pospieszył zabrać na własność moją duszę”. Całkowite posiadanie, taka „mała hostia” podobna do eucharystycznej hostii, która staje się Ciałem Chrystusa! Maleńka hostia, której nawet „słabość” i „niedoskonałości” zostaną „strawione” i „przemienione” przez Ogień Bożej Miłości.

Teresa staje więc wobec „Miłosiernej” Miłości. Młoda karmelitanka wyjaśniła, że istnieją „różne rodziny” dusz, ale jej osobistym powołaniem jest „czcić szczególnie” Miłosierdzie Boga i „kontemplować i uwielbiać poprzez nie inne doskonałości Boskie”, które „wszystkie wydają się jej promieniujące miłością”.

O nie, nie chce w żaden sposób opierać się na swych własnych „zasługach”: unikać będzie najmniejszego pozoru faryzejskiej arogancji przed Bogiem i zależeć będzie jedynie od dobroci Boga, którą wysławiać będzie przez całą wieczność. Jej „jedynym celem” nie jest „gromadzenie zasług”, chce „pracować jedynie z miłości” do Boga, pozwalając Mu „wlewać w jej duszę” strumienie „nieskończonej czułości”. Jej celem jest ulżyć Bożemu Sercu i uczynić z własnego życia pieśń uwielbienia Miłosierdzia; pragnie przy tym, by ono właśnie było podstawą naszego zbawienia – o tym mówi przecież cały Nowy Testament. Tak więc jej marzenie miłości zostanie urzeczywistnione przez Miłość Miłosierną! Teresa „zgodzi się” na Miłość i „od Miłości otrzyma” swą własną „sprawiedliwość” i swe własne „Niebo”.

Teresa określa swoje stanowisko wobec Miłosierdzia jako „ofiarowanie się”. Jaki szacunek w tej postawie całkowitego poświęcenia się! Jaka zależność od woli Jezusa, której przecież jest pewna, zbadawszy Jego Serce i gwałtowne pragnienie dawania się. Za nic w świecie Teresa nie zmuszałaby Jezusa do przyjęcia jej ofiary, gdyby nie była pewna, że pragnieniem samego Boga jest, by się ofiarowała.

Od tej chwili, ofiarowanie staje się prawdziwym darem siebie, całkowitym zaangażowaniem. Teresa oddaje do dyspozycji Jezusa całą tą wierność, którą od dawna już żyje, próbując spełniać Jego najmniejsze pragnienia. Hojność ta nie będzie już jednak, jak niegdyś, pieniążkiem, którym płaci się za świętość, lecz żywym wyrazem jej otwartości na życie Jezusa w niej.

Co zewnętrznie zmienia się w hojności Teresy po odkryciu „malej drogi” i „ofiarowaniu się Miłosiernej Miłości”? Nic i wszystko! Nic, gdyż dalej pozostanie wierną w „rzucaniu kwiatów”, w „wykorzystywaniu najdrobniejszych rzeczy”, w rozsiewaniu swych „nic” miłości (por. 3v-4r). Wszystko, bo robi to wyłącznie jako znak swej delikatności wobec Boga Miłości, jako wyraz swej nieustannej otwartości na Jego Łaskę, na ów „bezmiar Miłości, jakim spodobało Ci się mnie obdarzyć za darmo, bez żadnej zasługi z mojej strony” (C 35r).

„Blaga” więc z żarliwością, by Miłosierny Ogień „strawił” ją i „przemienił”. Chce wrzucić wszystko w Ogień, by od Ognia wszystko otrzymać. Gdzie indziej powie: „Kochać to oddać wszystko i oddać samą siebie” (P 54); od pamiętnej uroczystości Trójcy Świętej zrozumiała, bardziej niż kiedykolwiek, że dar siebie jest przede wszystkim owocem Bożego działania, działania „za darmo” i napełniającego: kochać, to wszystko otrzymać i otrzymać samą siebie od Miłosierdzia, na które się otwieram, któremu się ofiaruję.

Męczeństwo Miłości

Teresa wypowiada wówczas swego rodzaju ślub ubóstwa duchowego: „Pod wieczór życia stanę przed Tobą z pustymi rękoma, bo nie proszę Cię, Panie, byś liczył moje uczynki”. Już kilka lat temu odkryta, że wszelkie nasze „staranie” jest niedoskonałe i „skalane”: dobre intencje i egoistyczne pobudki nierzadko mylą się ze sobą… Lecz, przede wszystkim, Teresa kierowana jest przez silną wolę („Chcę… Nie chcę wcale…”) oddania hołdu zbawczej Miłości Chrystusa. Nie ona przygotuje swój tron i swą koronę: Jezus będzie jej jedynym „Tronem” i jej jedyną „Koroną”. Wszelka pochwała zwracać się będzie ku „Tobie, o mój Umiłowany!…”.

Teresa oddaje się jako „ofiara”. To słowo kojarzy się na ogół z sytuacją, gdy ktoś cierpi niesłusznie, niesprawiedliwie, nie z własnej woli, pod wpływem jakiejś zewnętrznej, niechcianej siły. Z braku lepszego określenia, młoda kontemplatyczka używa określenia swej epoki, nadając mu jednak sens mistyczny, sens miłości. Ale czy chodzi o „niechcianą siłę”? Och! Jakże Teresa przyzywa ją całą swoją mocą i oddaje jej całą swoją wolność, aby Miłość „wzięła w posiadanie jej duszę”. Oddana jak Maryja i, za jej przykładem (to Maryi właśnie powierza swe ofiarowanie, prosząc by Ona je przedstawiła), ofiaruje się, by zalały ją „strumienie nieskończonej Czułości” i stać się „męczennicą” Bożego w niej działania, któremu darowany będzie każdy ruch jej istoty.

Jeżeli jest tu jakaś niesprawiedliwość, to chyba tylko dysproporcja pomiędzy naszą „niemocą”, naszą „słabością” i, z drugiej strony, wspaniałością przebaczenia i działania Boga. Taka niesprawiedliwość, takie skazanie się na ofiarę, jest dla Teresy przedmiotem wszelkiego pragnienia: „O mój Jezu! niech ja stanę się tą szczęśliwą ofiarą…”.

I tak Teresa dochodzi do kluczowego punktu swego ofiarowania się. Rzuca się w ramiona nieskończonej Czułości, która urzeczywistni jej marzenie świętości: „Aby żyć w akcie doskonałej Miłości, ofiaruję się…”. „Doskonała Miłość” – Teresa marzy tylko o tym: „wypełnić doskonale Twoją Wolę”, „świętość”. I wszystko to „w jednym akcie…”. Jednym jedynym. Nieprzerwanym! Od rana do wieczora, od wieczora do rana, poprzez noc. „Żyć Miłością!” (P 17). „Śpię, lecz serce moje czuwa”. Teresa daje bowiem swemu sercu misję „ponawiania tego ofiarowania się za każdym uderzeniem”. Jej serce będzie jej przedstawicielem. Tak w każdej chwili będzie czuwać, włączona w Serce Jezusa, które pragnie, o „jak bardzo”, nas kochać. To będzie jej „męczeństwo Miłości”.

Ogień Ducha Miłości

Teresa określa swą ofiarę jako „całopalenie”. Słowo kryje w sobie obraz trawiącego ognia. Karmelitanka zna całopalne ofiary Starego Testamentu, lecz sama zwraca się do „Ognia” z Zesłania Ducha Świętego (w jej czasach, uroczystość Trójcy Świętej zamykała oktawę świąt Zesłania Ducha Świętego), do Ognia duchowego, Ognia Bożej Miłości, którym plonie „trawiona bez przerwy”, aż do pełnego „przemienienia w sam Ogień”. Kilka miesięcy wcześniej, w swym wierszu „Żyć Miłością” (P 17), Teresa podkreśliła ten aspekt działania Ducha Świętego w niej: „Duch Miłości ogarnia mnie swym Ogniem”.

Ofiarując się Miłości Miłosiernej, Teresa wydaje się na nowo działaniu Ognia Ducha, zanurza się w strumieniach Miłości Trójcy Świętej, które obmyły ją w dniu chrztu świętego. Znamienne, że święta, w sposób zupełnie dla siebie nietypowy, podpisuje swój akt Ofiarowania się poprzedzając imię zakonne imionami otrzymanymi na chrzcie: „Maria Franciszka Teresa”. Zanurzyć się świadomie w ogniu Ducha Miłości, otworzyć się bez granic na Życie Chrystusa w nas, to ostatnia konsekwencja jej chrztu i naszego chrztu.

Inny wymowny gest: odtąd nosić będzie na sercu swą Ewangelię, formułę swoich ślubów zakonnych i tekst Ofiarowania (oryginał jest mocno przyniszczony!): chrzest chrześcijanina, profesja zakonna i Ofiarowanie się Miłości zostają w ten sposób symbolicznie zjednoczone.

Jako „ofiara”, pragnie być bezbronną wobec Ognia Ducha Miłości i tego wtargnięcia Boga, którego nic nie powinno hamować. Teresa ofiaruje się błagając Pana, by „trawił ją bez przerwy”, by wylał na nią bezmierne strumienie zamkniętej w Nim czułości. Jak strumień. Lub jak ocean, który zalewa muszelkę, wypełnia ją, wciąga w nieskończoność.

Owoce

W następny piątek, 14 czerwca 1895 roku, odprawiając swą drogę krzyżową, karmelitanka odczuwa jak gdyby „prawdziwy płomień, który ją pali”. Tak jakby, w nadzwyczajny sposób, Miłość potwierdzała przyjęcie tej ofiary, która, w wierze, jest jej tak przyjemną. Matka Agnieszka tak przekazała opowieść Teresy: „Zaczynałam w chórze odprawiać drogę krzyżową, gdy nagle uczułam się zraniona grotem ognistym tak palącym, iż zdawało mi się, że umrę. Nie wiem, jak to wytłumaczyć; jest to tak, jak gdyby ręka niewidzialna zanurzyła mnie całą w ogniu. O! jakiż ogień i, równocześnie, jaka słodycz! Płonęłam miłością i czułam, że minuta, sekunda dłużej, a nie mogłabym znieść tego żaru bez skonania. Zrozumiałam wówczas to, co mówią święci o tych stanach, których tak często doświadczali. Co do mnie, doznałam go tylko raz i na chwilę, a potem natychmiast powróciłam do mej zwykłej oschłości” (DE 7.7.2).

Nawet jeżeli nadzwyczajne doświadczenie tego rodzaju było dla Teresy niezwyczajne, w inny sposób doznaje dobrodziejstw swego Ofiarowania. Sześć miesięcy później, zaświadczy o cudownym wpływie tego aktu na jej życie: „Wiesz, droga Matko, jakie strumienie, a raczej oceany łaski zalały mą duszę… Od tego szczęśliwego dnia zdaje mi się, że Miłość mnie przenika i ogarnia; zdaje mi się, że w każdej chwili ta Miłość Miłosierna odnawia mnie i oczyszcza moją duszę ze wszelkiej skazy grzechu…” (A 84r). Jest teraz wprost „zalana światłem” (A 32r). „Czuję, że Jezus jest we mnie. W każdej chwili kieruje mną i daje mi natchnienie, co powinnam mówić lub czynić” (A 83v). Wiemy, jakim płomieniem światła i miłości stała się Teresa dla swych bliskich i dla całego Kościoła.

Od Wielkanocy 1896 roku, kiedy, po swym pierwszym krwotoku, pewna jest, że już wkrótce umrze, wchodzi w tajemniczą noc dotyczącą tego, co jest poza. Mimo jednak, że zniknęło proste i obfite światło, jakże bardzo Teresa czuje się unoszona przez Miłosierną Miłość, której się oddała! Jej wiara pozostaje niewzruszona, Jezus jest tuż: „W każdej nadarzającej się okazji do walki (…) biegnę do mego Jezusa. (…) Nigdy jeszcze mocniej nie odczułam, jak słodki i miłosierny jest Pan; zesłał mi bowiem to doświadczenie dopiero wtedy, kiedy miałam już siły je unieść” (C 7).

Teraz, miłosierne działanie Pana ogarnia wszystkie dziedziny jej życia. Cnoty, radości, wewnętrzna wolność, pokorna prawda, wyrozumiałość. Teresa ma wrażenie, że otrzymuje je z ręki Boga. Ktoś podziwia jej cierpliwość; odpowiada mu: „Nie byłam jeszcze ani jednej minuty cierpliwa! To nie moja cierpliwość! Zawsze się mylą” (DE 18.8.4).

Jej modlitwa? Niegdyś była to bardziej (jakże cudowna!) relacja ja – Ty. Teraz, to raczej (nie mniej cudowna) relacja Ty – ufne ja. Teresa pozwala Jezusowi żyć w niej: „Oto moja modlitwy: proszę Jezusa, by mnie pociągnął w płomienie Swej Miłości; aby mnie tak ściśle zjednoczył z Sobą, by On sam żył i działał we mnie” (C 36r).

Jej miłość braterska, której tajemniczych głębi nigdy „przenikać” (C 18v) nie przestanie? „O tak, czuję to, że kiedy jestem miłosierna, wtedy Jezus sam działa we mnie; im bardziej jestem z Nim zjednoczona, tym bardziej kocham wszystkie moje siostry” (C 12v). Wystarczy uciec się do Niego!

Jej apostolat? „Poczułam, że jedyną konieczną dla mnie rzeczą jest coraz ściślejsze zjednoczenie z Jezusem, reszta zaś będzie mi w nadmiarze przydana. I rzeczywiście, moja ufność nigdy nie doznała zawodu: Dobry Bóg raczył napełniać moją małą dłoń, ilekroć było to potrzebne…” (C 22v).

Nieuniknione błędy? „Chociażbym popełniła wszystkie możliwe zbrodnie, miałabym zawsze tę samą ufność. Czuję, że to mnóstwo grzechów byłoby jak kropla wody rzucona na żar ognisty” (DE 11.7.6).

Wczepia się w Miłosierdzie: „Chcę, o Umiłowany, za każdym biciem serca powtarzać Ci to ofiarowanie nieskończoną ilość razy”. „Gdy tylko mogę, bardzo często powtarzam moje ofiarowanie się Miłości Miłosiernej”, mówi w czasie ostatniej choroby (DE 29.7.9).

30 września 1897 roku, w ostatnim dniu swego życia, po południu, Teresa powie: „Nie żałuję, że oddałam się Miłości… O nie, nie żałuję, wręcz przeciwnie!” (DE 30.9).

Oto, aż do ostatniej chwili, jej wierność Panu Miłosiernej Miłości, która urzeczywistniła jej dawne marzenie o świętości. Inaczej niż to sobie wyobrażała! Lepiej. Dzięki działaniu Boga po trzykroć świętego, któremu tak bez granic się oddała.

Zobacz podobne wpisy