Fragmenty listów z zesłania: Rafał Kalinowski, Listy, Lublin 1978
10 listopada, 2016
Życie św. Elżbiety od Trójcy Świętej
10 listopada, 2016
Najbliżsi znajomi
Raz jeden odwiedziliśmy hrabinę generałową Zamojską (założycielkę później zakładu dla kształcenia panienek w Zakopanem, nabytym poprzednio przez jej syna Władysława) z domu Działyńską, siostrę księcia Tytusa, męża hrabiny Izy. Uderzyła mnie przy tych odwiedzinach postać 14-letniej hrabianki Marii, córki generałowej; rzeczywiście coś z anielskiej czystości przebijało się na jej rysach, jakby prognostyk poświęcenia się później Bogu w zgromadzeniu przy swej matce w Zakopanem, gdzie dotąd bawi. Parę razy odwiedziłem Bronisława Zalewskiego, bibliotekarza Biblioteki Polskiej w Paryżu. Wydawał mi się smutnym i rozgoryczonym trochę. Zachowaliśmy też stosunek z o. Witkowskim, Zgromadzenia ks. Zmartwychwstańców, który niekiedy przychodził ze Mszą św. do kaplicy domowej księstwa. Był on kapelanem przy kilku pułkach armii francuskiej; pod P. gorliwie pracował dla dobra dusz żołnierzy. Otrzymał odznakę Legion d’Honneur za męstwo, jakie okazywał w czasie komuny w Paryżu przy oblężeniu miasta przez Prusaków. Pod pozorem zawodu cyrulika w ambulansie i szpitalu niósł pomoce sakramentalne chorym i konającym. Mieszkał przy Eglise polonaise de l’Assomption, który kościół obsługiwali ks. Zmartwychwstańcy. W tym kościele gromadziła się emigracja zamieszkała w Paryżu. Kościół dziwnego kształtu, smutne i posępne wywierał wrażenie; zaledwie parę razy wypadło być tam na nabożeństwie. Mieliśmy tę wygodę, że hotel Lambert położony był na wyspie utworzonej przez Sekwanę, zwaną Wyspą św. Ludwika, i kościół parafialny St. Louis bliziutko był od nas. Jak proboszcz kościoła, ks. Bossuet, tak również i księża wikariusze niezmiernie byli staranni w obsłudze duchowej i w zachowaniu porządku nabożeństw. Mogłem bywać co dzień na Mszy św. przed 6 rano, spowiadać się raz lub dwa razy w tygodniu i przystępować co dzień do Komunii św. Wieczorem koło 5 w kaplicy, gdzie był chowany Pan Jezus, litania do Matki Boskiej, odmawiana przy wystawieniu Sanctissimum i krótka nauka, chociaż niekiedy zaledwie parę staruszek tylko było obecnych. W niedzielę jednak i święta kościół od samego rana był przepełniony; przy każdej Mszy św. (a Msze św. następowały z największą ścisłością co do czasu, jedna po drugiej) nowi przybywali wierni, poprzedni zaś ustępowali. Żadna cecha gallikalizmu nie objawiła się w naukach i kazaniach, przeciwnie, do jedności z Rzymem wyraźnie się zwracano i z kazalnicy zalecano tę jedność wiernych. Rzadko się nawiedzało inne kościoły, chyba tylko, gdy w nich odbywało się 40-godzinne nabożeństwo. Czasami w katedrze Notre-Dame, w czasie większych uroczystości. Zostawił mi szczególne wrażenie kościół św. Genowefy, mający cechę jakby Panteonu; o 12 zawsze w południe była tam Msza św., lecz maluczko osób tam się widziało. W kościele św. Klotyldy, gdzie kilkakrotnie na codziennym wieczornym nabożeństwie wypadało mi bywać, moc wiernych się zbierało; śpiewano uroczyście litanię do Matki Boskiej i modlitwę przed Sanctissimum; przy tym zawsze przemowa lub nauka od ołtarza.
W czerwcu, miesiącu Serca Jezusowego, kaplica klasztoru PP. Wizytek gorliwie uczęszczaną była. U ks. Jezuitów przy ul. Sevres istotny natłok. Naprawdę o przebiegu życia w Paryżu, wobec zupełnego odosobnienia się od stosunków towarzyskich i prowadzenia życia wyłącznie w domowym ognisku księcia Władysława, nie starczy mi przedmiotu do pisania. Przechodzę zatem wprost do tego, co się Opatrzności Bożej podobało przeznaczyć dla Gucia, a następnie i dla mnie samego.





