Spis treści
- Pierwsze kroki
- Odwiedziny tatusia
- Choroba pana Martin
- Trzcina, która ugina się nie łamiąc
- Męczeństwo ojca i córki
- Obłóczyny
- Teresa od Dzieciątka Jezus „od Najświętszego Oblicza”
- W ciszy i ufności leży wasza siła (Iz 30,15)
- Pracuję jedynie dla Jego przyjemności (DE 16.7.6)
- W służbie liturgii
- Mój Miły jest mój, a ja jestem Jego (Pnp 6,3)
Pierwsze kroki
Geneviève Devergnies OCD
Nowa postulantka czuje się w pełni sobą, u siebie; to, co inni nazwaliby „więzieniem”, dla niej jest najwyższym miejscem wolności. To ciężkie i surowe życie zachwyca ją. Wystarczy, by się o tym przekonać, spojrzeć, jak przemierza równym, spokojnym i zdecydowanym krokiem ciche krużganki.
Zresztą, zachowanie Teresy zaskakuje wspólnotę, która, uprzedzona o jej młodym wieku, spodziewa się, że jej zachowanie będzie nieco dziecinne. O, nie! Siostry w jej obecności ogarnia jakiś respekt; doceniają jej godną i powściągliwą postawę, jej delikatny uśmiech, jej skupioną i zdecydowaną minę. Oczywiście, zdarzają się spojrzenia ciekawskie i trochę nieufne: jak będzie się zachowywać ta przedwczesna postulantka? Zobaczymy …
Mistrzyni nowicjatu zaświadczy później: „Od momentu wstąpienia zabrała się do wykonywania wszystkich obowiązków z czarującym wdziękiem”. W istocie, od kwietnia, Teresa robi się bardziej aktywna. „Dla niej praca sprowadza się do prozaicznych zadań: naprawa bielizny, zamiatanie dormitorium, schodów, klauzury; trochę pracy w ogrodzie tytułem ćwiczeń fizycznych” (PA 348). Postulantka doświadcza, że „Pokorne życie w pracach nudnych i łatwych – to dzieło wyboru wymagającego wiele miłości”, jak mówi Paul Verlaine.
I oto nadchodzą, 22, we wtorek po Zesłaniu Ducha Świętego, „radosne święta miesiąca maja”, w czasie których Teresa wybrana zostaje do upiększenia różami swej chrzestnej matki, Marii, która właśnie złożyła profesję: „Najstarsza z rodziny, którą najmłodsza miała szczęście ukoronować w dniu jej zaślubin” (A 7lv). Dwa dni potem, pan Martin bierze udział w welacji swego „diamentu”, swej ulubionej córki. Teresa rozpływa się w dziękczynieniu i, dla pełni szczęścia, spotyka tego, którego jej ojciec nazywa „kierownikiem całej rodziny”, czcigodnego ojca Pichon.
To bardzo oryginalna i sympatyczna postać: normandzki jezuita, urodzony w rodzinie zajmującej się hodowlą bydła, 3 lutego 1843 roku, w Saint-Marguerite-de-Carrouges, niedaleko Alençon. Poproszono go, by wygłosił 23 maja 1888 roku, z okazji welacji siostry Marii od Najświętszego Serca, okolicznościową mowę. W czasie tej samej uroczystości obchodzona jest pięćdziesiąta rocznica fundacji Karmelu w Lisieux.
Przy tej okazji, kaznodzieja głosi rekolekcje, które kończą się w poniedziałek, 28. W sposób duchowy i uczony porusza w nich swoje ulubione tematy: modlitwa, pokora, miłość Boga, miłość braterska i uświęcenie przez doświadczenie; to właśnie skupia najbardziej uwagę Teresy: „Świętość! trzeba ją zdobywać na ostrzu miecza, trzeba cierpieć… znosić mękę konania…”, powie niebawem, cytując księdza Pichon.
Najważniejszym wydarzeniem tych dni staje się dla Teresy spotkanie z księdzem Pichon, w czasie którego odkrywa przed nim, w czasie spowiedzi, wewnętrzne poruszenie, „wewnętrzne męczeństwo”, które nosi w sobie od pięciu lat, i które, momentami, niepokoi ją jeszcze: straszliwą chorobę skrupułów. „Nie wiem, jak opisać tę przedziwną chorobę; teraz tłumaczę ją sobie jako dzieło szatana, ale długi czas po odzyskaniu zdrowia byłam przekonana, że udawałam chorą (…). Dobry Bóg chciał mnie zapewne oczyścić a przede wszystkim upokorzyć pozwalając, by to wewnętrzne męczeństwo trwało aż do mego wstąpienia do Karmelu, gdzie Ojciec naszych dusz podźwignął mnie z wszystkich mych wątpliwości jakby przez podanie ręki, i odtąd w pełni odzyskałam pokój” (A 28v). Jezuita wysłuchuje długo zwierzeń postulantki, jej obaw, że popełniła grzech śmiertelny udając chorobę, jej cierpień, aspiracji i, uspokoiwszy ją, dodaje: „W obliczu Dobrego Boga, Najświętszej Panny i wszystkich świętych oświadczam, że nigdy nie popełniłaś żadnego śmiertelnego grzechu. (…) Niech Pan Nasz będzie zawsze twym Przełożonym i twym Mistrzem nowicjatu”. „I rzeczywiście stał się nim, a ponadto został moim kierownikiem” (A 70 r). Ksiądz Pichon wyjeżdża bowiem wkrótce do Kanady i Teresa, w życiu duchowym, zostaje zupełnie sama.
Odwiedziny tatusia
Od czasu do czasu, pan Martin i Celina odwiedzają swe karmelitanki w rozmównicy. Typowa „rozmównica” była w tamtych czasach miejscem, gdzie karmelitanka mogła spotykać się z członkami swej rodziny, przyjaciółmi i rozmawiać z nimi przez podwójną kratę. Dla osób innych niż rodzina, przed kratami była jeszcze gęsta zasłona. Przy rozmowie obecna była karmelitanka zwana „trzecią”; nie uczestniczyła jednakże w niej i była z zewnętrznej rozmównicy niewidoczna. Zazwyczaj spotkanie trwało pół godziny. Spotkań unikano w czasie oficjów liturgicznych oraz w czasie Adwentu i Wielkiego Postu.
Spotkania w rozmównicy staną się dla pana Martin, zwłaszcza od wstąpienia Teresy, prawdziwym rodzinnym świętem; odnajduje tu już trzy ze swych córek i bardzo docenia te rozmowy, najczęściej duchowe. W tych czterech zimnych i nagich murach pomieszczenia, na wprost kraty ustawionej jak wyzwanie rzucone światu, odnajduje swą duszę mnicha… W każdym razie, „najmłodsza”, za skrzyżowanymi prętami, zdaje mu się promieniować. Teraz, kiedy dołączyła do wewnętrznej rozmównicy, scenariusz będzie zawsze taki sam: krótkie spotkania, kilka chwil jedynie na drobne zwierzenia… Pół godziny odmierzane piaskiem mija szybko, a starsze siostry mają zawsze tyle do podzielenia się z odwiedzającymi… Już od czasów postulatu, zaraz po upływie przyznanego czasu, Teresa z własnej woli żegna się, nie chcąc, z troski o posłuszeństwo, pozostać ani sekundy dłużej.
Od wstąpienia do Karmelu swych córek, pan Martin okazuje zakonnicom wiele wspaniałomyślności; z Buissonnets nie przestają przychodzić prezenty. Nie ma dnia, by pan Martin nie złożył na furcie darów w naturze. Urozmaica tym skromny wikt wspólnoty: dla niej przecież, z prawdziwą przyjemnością, rzuca przynętę i wyciąga szczupaka w Saint-Martin-de-la-Lieue; w Saint-Ouen-le-Pin łowi pstrągi w dwóch stawach; niedaleko od Deauville, w Touques, przypływ przynosi mu flądry.
Karmelitanki zapamiętały zwłaszcza karpia o długości 0,59 m, którego siostra Agnieszka rysuje w naturalnych wymiarach, a Teresa wspomina: „Gdybyś wiedział, jaką twój karp, twój potwór, sprawił nam przyjemność! Obiad został opóźniony z jego powodu o pół godziny; sos przygotowała Maria od Najświętszego Serca, to było wyśmienite…” (L 58).
Odtąd, Teresa otrzymuje zadanie dziękowania dobroczyńcy. Napisze do ojca: „Mam jeszcze do spełnienia mile zlecenia, a mianowicie, podziękować Ci (…) za ten istny potok gruszek, cebuli, śliwek, jabłek, który spłynął z koła jakby z rogu obfitości” (L 63).
Choroba pana Martin
Okres dziewięciu miesięcy postulatu Teresy zdaje się okresem szczególnych doświadczeń; wali się na nią prawdziwa burza wstrząsów wszelkiego rodzaju. Na zewnątrz jednak, nic nie wskazuje na doświadczenia, które już teraz stają się jej udziałem: „Pierwszym moim krokom towarzyszyły raczej ciernie niż róże. (…) Jezus pozwolił mi zrozumieć, że chce mi dawać dusze poprzez krzyż” (A 69v).
Tym, co podkreśla rzadką intuicję młodziutkiej karmelitanki jest fakt, że od początku uchwyciła życie zakonne „takim, jakie jest… nie dziwiła jej żadna ofiara,, (A 70 r). Teresa czuje, że jest na swoim miejscu, gdzie Chrystus chce, żeby była: „Przychodzę, Panie, pełnić Twoją wolę” (Ps 39). Jednakże, serce człowieka nie oszczędza bólu.
Pierwsze niepokoje wywołuje zdrowie pana Martin. 1 maja 1887 roku, występuje u niego dość mocne przekrwienie mózgu; częściowy paraliż szybko jednak mija. Na początku 1888 roku, powraca arterioskleroza: pan Martin miewa chwile wielkiego zmęczenia i utraty pamięci. Brutalnie uświadamia sobie swój stan, gdy, pewnego dnia, przez niezwyczajne dla siebie niedbalstwo, pozwala umrzeć z pragnienia swojej ulubionej papużce. Kilka dni później, w rozmównicy Karmelu, zwierzy się córkom ze swej modlitwy: „Mój Boże, tego już za dużo, tak, jestem zbyt szczęśliwy, to niemożliwe, by tak iść do Nieba; chcę dla was coś wycierpieć! Tak więc ofiarowałem się…” (L 261).
Dwa wydarzenia rodzinne przyczyniają się do pogorszenia stanu zdrowia ojca: z jednej strony, problem Leonii, która, wstąpiwszy 16 lipca 1887 roku do klasztoru wizytek w Caen, nie potrafi się do niego przystosować, tak, że 6 stycznia 1888 roku, ojciec musi zabrać ją z powrotem do Lisieux. Z drugiej strony, Celina, jego jedyne oparcie, kończy właśnie dziewiętnaście lat i … szybko podejmuje decyzję: w sobotę, 16 czerwca, powiadamia ojca o swym pragnieniu wstąpienia do klasztoru.
Wiadomość ta wywołuje szok u pana Martin; wstąpienie do Karmelu w Lisieux jego „Królewny” jest jeszcze tak żywe w jego pamięci… Przeczuwa samotność swej starości. 23 czerwca, rano, wyrusza potajemnie, nie powiadamiając nikogo, gdzie oczy poniosą. Panika w Buissonnets… Kto go widział? Kto wie, gdzie go znaleźć? Daremne poszukiwania. Ucieczka śmiertelnie niepokojąca dla pozostających bez wieści dzieci. Noc głębokiego niepokoju dla wszystkich. 24 rano, przychodzi telegram od pana Martin z prośbą o przysłanie, na „poste restante”, pieniędzy. Pomaga to trafić na ślad uciekiniera. Celina i wuj Guérin udają się natychmiast do Hawru, na pocztę, i, trzy dni później, sprowadzają Ludwika Martin do domu.
Zdarzenie to rani, bardziej niż resztę rodziny, Teresę ugodzoną w serce jej dziecięcej miłości…
Przez kilka miesięcy panuje spokój. Jednakże, krąży wiele upokarzających uwag na temat ojcowskiej choroby: „Na zewnątrz, wiele osób czyniło nas odpowiedzialnymi za to nieszczęście, wynikłe, jak uważano, z nadmiaru smutku, zwłaszcza z powodu wstąpienia Teresy” (L 81).
Łatwo odgadnąć rozbicie Teresy, dotkniętej w tym, co dla niej najdroższe! Nawet jej pismo zdradza cios. W chwili, gdy ojciec najbardziej potrzebuje „swego beniaminka”, ona nie może pospieszyć mu z pomocą! Niemożność przebywania na codzień z rodziną nie jest wcale najmniejszym wyrzeczeniem w Karmelu. Gdzieś głęboko, rodzina leży nam tak bardzo na sercu! Teresa powie później: „Nie rozumiem świętych, którzy nie kochają swojej rodziny…” (DE 26.5.9). Ale Teresa jest mocna. Zadziwia swą mistrzynię nowicjatu, która przychodzi, by ją pocieszyć, mówiąc: „Cierpię bardzo, ale czuję, że mogłabym cierpieć jeszcze więcej” (A 73 r).
Podczas, gdy pojawia się okazja, by zacieśnić więzy siostrzane z siostrą Agnieszką od Jezusa i siostrą Marią od Najświętszego Serca, tej ostatniej, która próbuje zatrzymać ją przy sobie, Teresa odpowiada łagodnie: „Dziękuję siostrze, byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła pozostać z siostrą, lecz lepiej będzie, jeżeli zrezygnuję z tego; nie jesteśmy już przecież w domu!” (CG, 367).
Znajduje nawet siłę, by opanować swój niepokój i tym samym dodać odwagi Celinie: „Życie bywa często uciążliwe. Jakaż gorycz, ale zarazem jakaż słodycz! Tak, życie kosztuje, z trudem zaczynamy dzień pracy (…). Gdybyż przynajmniej odczuwało się bliskość Jezusa! (…) Ach! jakże nudno i pusto, gdy nie ma Jezusa! Ale cóż czyni ten słodki Przyjaciel? Czyż nie widzi jak jesteśmy strwożone, nie odczuwa ciężaru, jaki nas przygniata? (…) On jest tuż obok nas i żebrze o ten smutek (…). Wznieśmy się ponad to, co przemija; Jezus ukrywa się, lecz odgaduje się Jego obecność; wylewając łzy osuszamy Jego” (L 57).
I jeszcze: „Jakaż to łaska, gdy rano nie czujemy cienia odwagi, żadnej siły, by praktykować cnotę; to właśnie moment, by przyłożyć siekierę do korzenia drzewa. (…) To prawda, że czasami odczuwamy pokusę, by wszystko zostawić, lecz jeden akt miłości, nawet ten, którego nie czujemy, naprawia wszystko, a nawet więcej czyni. Miłość może uczynić wszystko. Jezus nie tyle patrzy na wielkość czynów czy nawet na trudności, ile na miłość, która powoduje owe czyny” (L 65).
Trzcina, która ugina się nie łamiąc
Nie wchodzi się w radość kochania bez wejścia w cierpienie miłości. Szukając z miłością prawdy tego, czego chce dla niej Bóg, Teresa dojdzie do poznania prawdy miłości.
Okres aklimatyzacji we wspólnocie pełen jest przeciwności. „Mała trzcina” doświadcza swej słabości, lecz wspaniałomyślność jej nie słabnie: „Owszem, pragnę tych zatrważających cierpień serca, tych ukłuć szpilką (…). Cóż to szkodzi małej trzcince, że się pochyli? Nie obawia się złamania, zasadzona jest bowiem nad brzegiem wód. (…) To właśnie słabość jej powoduje w niej całą ufność” (L 55).
Na początku, trudności prowokować będzie matka Maria od świętego Gonzagi. Przez pierwsze miesiące postulatu, Teresa walczyć będzie, by nie ulec uczuciu przywiązania: „Pamiętam, że będąc postulantką, miewałam nieraz bardzo silne pokusy, aby wejść do Ciebie dla własnej przyjemności, dla znalezienia kilku kropel radości, jak byłam wówczas zmuszona szybko przechodzić przed depozytorium [tak nazywa się cela przełożonej] i chwytać się poręczy schodów. Przychodziło mi na myśl mnóstwo pozwoleń, o które mogłabym prosić, słowem, (…) wynajdywałam tysiące racji, by zadowolić naturę…” (C 22 r).
A przecież, „Nasza Matka”, jak nazywano przełożoną, okazuje wobec niej nieoczekiwaną surowość. Teresa odkrywa matkę Marię od świętego Gonzagi inną od tej, którą znała w rozmównicy, gdzie była zawsze taka mila! Obecnie, Teresa doświadcza z jej strony przede wszystkim upokorzeń i pozornej obojętności, co przy jej nadmiernej wrażliwości staje się wielkim doświadczeniem. Teresa nie żywi jednak do niej urazy: „Zobaczysz, moja Matko, w zeszycie zawierającym moje wspomnienia z dzieciństwa, co myślę o moim wychowaniu, jakie od Ciebie odebrałam. Z głębi serca dziękuję Ci za to, że mnie nie oszczędzałaś” (C lv).
Jednocześnie, z nadejściem zimy, postulantką doświadczy nowej próby: zimna. Nigdy dotąd nie spędziła zimy bez ognia; jest tak delikatna. Drży w celi, do której z zewnątrz przenika lodowata wilgoć… Noce są ciężkie, czasami aż do białego rana bezskutecznie usiłuje się ogrzać. Bardzo łatwo uzyskałaby złagodzenie warunków, ale nie prosi o nie. To cierpienie jest dla niej okazją do okazania Jezusowi miłości. Dopiero na łożu śmierci Teresa wyzna matce Agnieszce od Jezusa: „Cierpiałam straszliwie z powodu zimna w Karmelu”. Rozmówczyni doda: „Zdziwioną byłam słysząc to, bo w zimie nigdy nic nie zdradzało jej cierpienia. Nigdy, przy największych chłodach, nie widziałam, by zacierała ręce, chodziła szybszym krokiem czy pochylona bardziej niż zazwyczaj, tak jak to robi się, gdy dokucza zimno” (DE 1178). To wyznanie Teresy wprawi później mistrzynię nowicjatu w rozpacz: „Ach! Gdybym o tym wiedziała, czegóż bym nie zrobiła, by temu zaradzić! Dziś powtarzam sobie: Jakże heroiczną cnotę posiadało to kochane dziecko! Jej umartwienie streszczało się w słowach: znosić wszystko nie skarżąc się nigdy, ani z powodu ubioru, ani wyżywienia” (PO 2022).
Inną okazją do umartwienia stanie się dla Teresy jedzenie. Siostra Maria od Najświętszego Serca, która była wówczas „zaopatrzeniowcem” (to znaczy zakonnicą zajmującą się organizacją posiłków i wszystkiego, co dotyczy wyżywienia), opowie: „Nigdy nie udało mi się poznać jej smaków i, bezwiednie, byłam powodem jej licznych umartwień. Na przykład, w dni, w które na obiad była fasolka, nie wiedząc, że jej szkodzi, napełniałam jej talerz tak, że, ponieważ polecono jej jeść wszystko, a ona nie chciała być nieposłuszną, za każdym razem była chora” (DE 535). Faktem jest, że „widząc jak łagodne jest to dziecko i nigdy się nie skarży, podsuwano mu resztki pożywienia, zamiast ją wzmacniać. Kilka razy dostała na talerzu same główki śledzi czy odgrzewane przez kolejne dni resztki” (PO 272).
Teresa wyjaśni: „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne.” (HA 75).
Jeżeli, mimo tego wszystkiego, postulantka trzyma się, to dlatego, że „mała trzcinka jest zawsze jednakowo wierna najlżejszemu tchnieniu łaski” (L 55): zgina się nie łamiąc, gdyż w Teresie „Bóg sam jest Pokojem” (Mi 5,4).
Męczeństwo ojca i córki
Oto wspólnota postanawia dopuścić Teresę do obłóczyn. Zgodnie ze zwyczajem, Teresa powinna przybrać habit karmelitanki w październiku 1888 roku, po sześciu miesiącach postulatu. Strój jest już gotowy. Pan Martin postarał się, by, na pamiątkę zmarłej matki, dostarczono niezwykle delikatną „koronkę z Alençon”. Pragnął dla młodej postulantki sukni z białego aksamitu ozdobionego puchem łabędzim i… koronką z Alençon.
Niespodziewanie, pogarszający się stan zdrowia Ludwika Martin zmusza do przełożenia ceremonii. W istocie, 31 października, udając się, z okazji wyjazdu księdza Pichon, do Hawru, ma w Honfleur drugi atak. Osłabienie psychiczne ojca sprawia, że początek listopada okazuje się dla córek niezwykle ciężki. 15 listopada, Teresa pisze do ojca: „Jakże Pan Bóg jest dobry, że Cię uzdrowił (…). Cały Karmel modlił się za Ciebie; przede wszystkim, dbaj o siebie” (L 66). Stan chorego ulega poprawie na początku grudnia. Później, chwilowe „wyzdrowienie” pozwala ustalić w końcu datę obłóczyn.
Uroczystość odbędzie się 9 stycznia 1889 roku, dokładnie w dziewięć miesięcy po wstąpieniu Teresy do Karmelu, w święto Zwiastowania. Postulantka jest tym zachwycona: to Najświętsza Panna przez dziewięć miesięcy nosiła ją w swym sercu, tak jak nosiła w swym łonie Jezusa. Radośnie też Teresa wita swe szesnaste urodziny, które obchodzić będzie 2 stycznia. Pisze do ciotki, 28 grudnia: „Jakże prędko mija życie, szesnaście lat już jestem na świecie. Och! wkrótce wszyscy się w Niebie połączymy! Bardzo lubię ten werset psalmu: Albowiem tysiąc lat przed oczyma Twymi, Panie, jako dzień wczorajszy, który przeminął. Jakaż szybkość! O tak, chcę pracować ile tylko sił starczy, dopóki jaśnieje dzień życia, bo potem nadchodzi noc, kiedy już nic zrobić nie będę mogła” (L 71).
Z 1888 rokiem kończy się jej postulat; w swojej autobiografii, Teresa dokonuje swoistego bilansu: „Tak, cierpienie wyciągało do mnie ramiona, a ja rzuciłam się w nie z miłością” (A 69v). Postulantka pragnie tego wewnętrznego cierpienia, by dać Ukochanemu dowód swej wielkiej i jedynej miłości: „Jezus… Tak bardzo chciałabym Go kochać! Kochać Go bardziej niż był kochany kiedykolwiek!…” (L 74). To właśnie próbowała będzie w pełni realizować przez dziewięć lat życia w Karmelu, tak długo, jak upływać będzie czas jej życia…
Teresa rozpoczyna swe pierwsze rekolekcje w Karmelu wieczorem, 5 stycznia 1889 roku. Mają one trwać, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, trzy pełne dni; jednakże, samotność ta przedłużona zostanie o jeden dzień.
W czasie rekolekcji, postulantka może rozmawiać tylko z przełożoną albo z mistrzynią nowicjatu; z otoczeniem komunikuje się, możliwie jak najrzadziej, pisząc na skrawkach papieru… już zapisanych na jednej stronie (zgodnie z duchem ubóstwa). Tak właśnie pisze do siostry Agnieszki od Jezusa: „Nie może sobie siostra wyobrazić, jak wielkie to dla mnie wyrzeczenie nie móc z siostrą rozmawiać” (L 76). Zwierza się jej także: „U Naszej Matki ciągle mi ktoś przeszkadza [chodzi o siostry, które przychodziły z nią rozmawiać], a przy tym, gdy nawet znajdzie się chwila, nie umiem jej powiedzieć, co dzieje się w mojej duszy. Odchodzę bez radości, tak samo jak przyszłam bez radości!” (L 78).
Kolejne rozczarowanie wywołane wiadomością otrzymaną w połowie rekolekcji: biskup Hugonin, który we środę, 9 stycznia, przewodniczyć ma uroczystościom pogrzebowym księdza Voisin, honorowego wikariusza generalnego, powiadamia Karmel w Lisieux, że obłóczyny Teresy przesunięte zostają na 10 stycznia. Teresa tłumaczy sobie to zdarzenie w kategoriach nadprzyrodzonych: „Czy rozumie siostra cokolwiek z postępowania Jezusa? (…) Uważał widocznie, że data 9 była zbyt zachwycająca!” (L 76).
Oschłość, której doświadcza od kilku miesięcy, nasila się: „Dziś bardziej jeszcze niż wczoraj, o ile to możliwe, byłam pozbawiona wszelkiej pociechy” (L 76), zwłaszcza w czasie trzech, czterech godzin codziennej modlitwy: „Nic w obecności Jezusa, oschłość… senność!… ale przynajmniej cisza” (L 74). Ufa, „że jest taką, jaką chce ją mieć Jezus, oto jej radość, inaczej wszystko byłoby jedynie smutkiem” (78).
Na dodatek, jedna z sióstr wspólnoty, mimo że Teresa odprawia rekolekcje, dając jej do przymierzenia sandały z grubego płótna, o sznurkowej podeszwie, których wyrób jest jej powierzony, nie szczędzi bolesnych uwag: „Dziś rano doznałam wielkiej przykrości od siostry od świętego Wincentego a Paulo; odeszłam z ciężkim sercem” (L 76). Teresa podsumowuje: „Zdaje mi się, że praca Jezusa, podczas tych rekolekcji, zmierza do tego, by mnie oderwać od wszystkiego, co nie jest Nim…” (L 78). A zatem, „wszystko będzie dla Niego, wszystko! Nawet wówczas, gdy będę czuła, że nic nie mogę Mu ofiarować, wtedy, tak jak dziś wieczór, oddam Mu to nic!…” (L 76).
Obłóczyny
Jakże promiennym wydarzeniem będzie uroczystość obłóczyn Teresy, 10 stycznia 1889 roku! Pan Martin, upokorzony w swym zagrożeniu świadomości, odzyskuje dość pogody i siły, by w niej uczestniczyć.
Dziś bardzo uproszczona, w tamtych czasach ceremonia ta miała niezwykle uroczysty charakter: Teresa wychodzi z klauzury w ślubnej sukni z długim trenem, z welonem i wieńcem z lilii (ofiarowanym przez ciotkę) na głowie; jasne loki opadają jej na ramiona. Zbliża się do rodziny, siedzącej w głębi nawy. Potem, jak w czasie ślubu, dziewczyna wchodzi do kaplicy prowadzona przez ojca: „Był to dzień jego tryumfu, ostatnie święto na ziemi!” (A 72 r). Rodzina podąża za nimi w orszaku i bierze udział we Mszy świętej. Po zakończeniu, w sanktuarium, zewnętrznej ceremonii, ponownie formuje się orszak ślubny i podąża do zakrystii. Tam, Teresa całuje wszystkich bliskich, ojca, który „nigdy nie wyglądał piękniej, bardziej dostojnie…” (A 72 r). W końcu, przekracza już na zawsze bramę klasztoru.
Poprzedzona wszystkimi siostrami niosącymi zapalone świece, bohaterka dnia prowadzona jest przez przeoryszę aż do chóru zakonnego; tam właśnie mają miejsce właściwe obrzędy obłóczyn, w których rodzina uczestniczy jedynie poprzez kratę. Matka przełożona przyobleka Teresę w brązowy wełniany habit, brązowy szkaplerz, biały płaszcz i biały, krótki welon, który nowicjuszka nosić będzie aż do swej profesji. Celebrans, biskup Hugonin (biskup Bayeux i Lisieux), wygłasza liturgiczne formuły. Teresa otrzymuje oficjalnie swoje imię zakonne: siostry Teresy od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza.
Zgodnie ze zwyczajem, pod koniec ceremonii, w czasie hymnu Te Deum, Teresa pada na twarz na dywanie koloru ziemi, ozdobionym sztucznymi liliami, rozłożonym w chórze zakonnym. Później, wszyscy odnajdują się w rozmównicy… Spoza krat, Teresa żegna po raz ostatni rozpromienionego ojca. W istocie, ten ostatni miał zobaczyć swe córki karmelitanki jeszcze jeden, jedyny raz: później, w Swojej godzinie.
Po powrocie do klasztoru, „pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam w krużganku, mówi Teresa, był mój maleńki różowy Jezusuśmiechający się do mnie spośród kwiatów i świata” (A 72v), ten Jezus, którego aż do swojej śmierci zdobić będzie kwiatami. Sama powie, że uroczystość była prawdziwym świętem, na którym nie brakowało niczego, nawet śniegu, którego nie zwiastowała łagodna jak na tę porę roku temperatura: „Jakże piękne było to święto!… Niczego nie brakło, niczego, nawet śniegu… Nie wiem, czy już wspominałam Ci o moim umiłowaniu śniegu? (…) Zawsze pragnęłam, aby w dniu moich obłóczyn natura wraz ze mną przybrała się w biel…” (A 72 r).
Wieczorem, Teresa ofiaruje siostrze Marcie od Jezusa pamiątkowy obrazek, na odwrocie którego pisze: „Proszę, by Siostra pomodliła się do Jezusa, bym została wielką świętą. Ja również proszę o tę łaskę dla mojej drogiej towarzyszki!” (L 80).
Teresa od Dzieciątka Jezus „od Najświętszego Oblicza”
We wspólnocie mówić się o niej będzie: „siostra Teresa od Dzieciątka Jezus”. W rzeczywistości, od stycznia 1889 roku, ona sama dodawać będzie do swego imienia określenie „od Najświętszego Oblicza”. Już w wieku lat dziesięciu martwi się o imię, jakie będzie nosić w zakonie. Matka Maria od świętego Gonzagi, którą spotyka w rozmównicy, używa w stosunku do niej zdrobnienia „Teresita”, czyniąc aluzję do bratanicy świętej Teresy z Avila, która w bardzo młodym wieku wstąpiła do klasztoru. Ze swej strony, Teresa rozmyśla: „Zastanawiałam się jakie imię będę miała w Karmelu. (…) Nagle pomyślałam o Maleńkim Jezusie, którego tak kochałam, i powiedziałam sobie: O! Jakże byłabym szczęśliwa, gdyby mnie nazywano Teresą od Dzieciątka Jezus! W rozmównicy nie powiedziałam ani słowa o moim śnie na jawie” (A 31v). Jakaż będzie jej radość, kiedy przeorysza sama zaproponuje jej to imię!
Od dzieciństwa Teresa czci Najświętsze Oblicze Jezusa, to, które odtworzone jest na chuście Weroniki, w Rzymie, w Bazylice świętego Piotra. Odkryje, że w chórze Karmelu, dniem i nocą pali się wieczna lampka przed reprodukcją tej ikony. Od 26 kwietnia 1885 roku, dziewczynka wpisana jest na listę członków arcybractwa Najświętszego Oblicza w Tours: to forma pobożności rozpowszechniona na skutek objawień, jakie miała karmelitanka z Tours, siostra Maria od świętego Piotra, a także dzięki „świętemu człowiekowi z Tours”, panu Dupont, który poświęci resztę swego życia szerzeniu, w tym samym duchu, kultu Najświętszego Oblicza.
Teresa kontempluje w nim Miłość Jezusa do ludzi. Dla niej nie liczy się „wynagrodzenie”, lecz miłość: „Spójrz Jezusowi w Twarz… Zobaczysz tam jak nas kocha” (L 87) i upokorzenia, jakie On musiał znosić: „Tak jak Jezus pragnęłam, by moja twarz była prawdziwie zakryta (…)” (A 71 r).
„Dotychczas nie zgłębiałam skarbów ukrytych w Najświętszym Obliczu” (A 71 r). „Siostra Teresa od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza”: jest pierwszą w Karmelu w Lisieux, która wybiera to imię. „Zrozumiałam, w czym leży prawdziwa chwała (…). Tak jak Jezus pragnęłam, by moja twarz była prawdziwie ukryta, aby na ziemi nikt mnie nie poznał (Iz 53). Chciałam cierpieć i być zapomnianą” (A 71 r). Teresa mówi jeszcze: „Chwała mojego Jezusa – oto wszystko; co do mojej – oddaję Mu ją!” (L 103).
Oto okrutny dzień 12 lutego 1889 roku. Stan zdrowia Ludwika Martin pogarsza się nagle: traci pamięć, wyobraża sobie mnóstwo dramatycznych historii i jego halucynacje zaczynają przybierać niepokojący dla otoczenia obrót. 18 lutego, Celina pisze do swej przyjaciółki, Pauliny Romet: „To przeraźliwie smutne, że paraliż usadowił się w ten właśnie sposób w mózgu; bez tego mielibyśmy jeszcze naszego kochanego ojca wśród nas. Jest człowiekiem niewiarygodnej dobroci; ze swoim rewolwerem daleki był od wyrządzenia nam krzywdy, wprost przeciwnie, chciał nas bronić: w swojej wyobraźni widział przerażające rzeczy, rzezie, walki. Słyszał działo i bęben; na próżno wyprowadzałam go z błędu. Próba kradzieży w mieście utwierdziła go jeszcze w tych przekonaniach. Dlatego wziął rewolwer i chciał go mieć przy sobie na wypadek niebezpieczeństwa, gdyż, mówił, nie zrobiłby krzywdy nawet kotu. Nie sądzę, by się nim kiedykolwiek posłużył; to był tylko jeden z pomysłów, który, z pewnością, poszedłby w zapomnienie. Być może, trzeba było poczekać i spróbować najpierw, przed podjęciem działań, wszelkich sposobów, by mu go odebrać”.
Pan Guérin, który obawiał się o życie siostrzenic i służącej, Marii Cosseron, był jednak odmiennego zdania. Bezzwłocznie wzywa na pomoc ich wspólnego przyjaciela, mocnego i energicznego mężczyznę, by pomógł mu rozbroić chorego. Wuj Guérin postanawia umieścić chorego w zakładzie Dobrego Zbawiciela w Caen. Pan Martin powierzony zostaje opiece siostry Costard, odpowiedzialnej za jedną z części zakładu; podlega jej pięciuset chorych mężczyzn. Ludwik Martin pozostanie tu przez trzy lata. Kilka dni później, Leonia i Celina zamieszkują w pobliżu, u sióstr świętego Wincentego a Paulo, i, od 16 lutego do 5 maja 1889 roku, codziennie chodzą dowiadywać się o stan chorego; niestety, mają prawo wyłącznie do jednych odwiedzin w tygodniu.
Rodzina Martin jest zdruzgotana. Teresa pisze regularnie do Celiny do Caen, i, w Karmelu, pogrąża się w ciszy karmionej Bożym Słowem: „Nie wiedziałam, że dwunastego lutego, miesiąc po moich obłóczynach, nasz drogi Ojciec pił będzie z kielicha najbardziej gorzkiego, najbardziej upokarzającego… Ach! tego dnia nie mówiłam już, że potrafię cierpieć więcej!!!… Naszej udręki nie zdołają wyrazić żadne słowa, toteż nie usiłuję jej opisać. Kiedyś, w Niebie, z przyjemnością będziemy opowiadać o naszych chwalebnych doświadczeniach; czyż już teraz nie czujemy się szczęśliwe, że przyszło nam tyle wycierpieć?… Trzy lata męczeństwa Tatusia wydają mi się najbogatsze w łaskę, najbardziej owocne z całego naszego życia; nie zamieniłabym ich na wszystkie ekstazy i zachwyty świętych. Serce moje rozpływa się z wdzięczności na myśl o tym skarbie nieocenionym…” (A 73 r). Na dodatek, zaczynają krążyć plotki: „święty patriarcha” pomiędzy szaleńcami! Czy choroba ta nie dotknie jego dzieci ?
Jak Teresa zareaguje na to doświadczenie, które dotykają w tym, co w niej najgłębsze? Wpatrując się bardziej niż zwykle w Najświętsze Oblicze Jezusa. Cały okres jej nowicjatu nosić będzie ślad tego cierpienia.
Ale bolesna twarz Ojca przekształca się powoli w chustę Weroniki. „Jak godne uwielbienia Oblicze Jezusa było podczas Męki zakryte, tak twarz Jego wiernego sługi została zasłonięta…” (A 20v). Poprzez łzy, Teresa dostrzega w twarzy upokorzonego ojca rysy Cierpiącego Sługi: „Nie miał On wdzięku ani blasku (…) wzgardzony (…) mąż boleści…” (Iz 53).
Pod wieczór swego życia, Teresa zwierzy się: „Moje nabożeństwo do Najświętszego Oblicza, albo raczej cała moja pobożność opierały się na tych słowach Izajasza. (…) Ja również pragnęłam być bez krasy i bez piękności, samotnie tłoczyć wino w prasie, pozostać nieznaną dla wszelkiego stworzenia” (DE 5.8.9).
Jezus pokaże jej, że „prawdziwa mądrość polega na tym, by chcieć pozostać nieznanym i poczytanym za nic; by radość swoją złożyć w pogardzie dla samego siebie” (O Naśladowaniu 3,49). Teresa napisze do siostry Marii od Najświętszego Serca: „Niech siostra modli się, by mała dziewczynka pozostała na zawsze małym ziarnkiem piasku, ukrytym przed wszelkim okiem, które mógłby widzieć tylko Jezus; by ziarnko to stawało się coraz mniejszym, by stało się w końcu małym nic” (L 49). Ado siostry Agnieszki od Jezusa: „Niech Siostra modli się za małe ziarnko piasku. Aby ziarnko piasku było zawsze na właściwym mu miejscu, czyli pod nogami wszystkich. Żeby nikt o nim nie myślał; żeby jego istnienie było jakby nieznane… ziarnko piasku nie pragnie być upokorzone, byłoby to zbyt chlubne, bo musiano by się nim zajmować; ono jednego tylko pragnie, być nieznanym i za nic poczytanym. Ale pragnie być widziane przez Jezusa. Spojrzenia stworzeń nie mogą się zniżyć aż do niego, niechżeż przynajmniej skrwawione Oblicze Jezusa zwróci się ku niemu… Ono pragnie tylko jednego spojrzenia, jednego jedynego spojrzenia! Gdyby było możliwe, aby ziarnko piasku pocieszało Jezusa, otarło Jego łzy, to jest jedno takie ziarnko, które pragnęłoby to uczynić… Niechże Jezus weźmie to biedne ziarnko piasku i ukryje je w swoim uwielbianym Obliczu… tam biedny atom nie będzie się już niczego obawiał, pewny, że już nie będzie grzeszył!…” (L 95).
W ciszy i ufności leży wasza siła (Iz 30,15)
Wraz z obłóczynami rozpoczyna się kanoniczny rok nowicjatu Teresy. W istocie, będzie on trwał dwadzieścia miesięcy. Po roku mogła już złożyć śluby wieczyste (w tamtych czasach nie było ślubów czasowych). W styczniu 1890 roku będzie miała dokładnie siedemnaście lat, a więc tyle, ile wymagają Konstytucje dla złożenia takich ślubów. Jednakże, ze względu na jej młody wiek, „przełożeni” – ksiądz Delatroëtte i matka Maria od świętego Gonzagi – wolą raczej przedłużyć czas przygotowania. I znów oczekiwanie, jak na obłóczyny. Teresa zwierzy się: „W pierwszej chwili bardzo trudno przyszło mi przyjąć tak wielką ofiarę…” (A 73v).
W czasie nowicjatu, karmelitanka kształci się nadal we wszystkich dziedzinach, ale nie bierze jeszcze udziału w kapitułach zakonnych. Zresztą, Teresa nigdy nie będzie w nich uczestniczyć, nigdy nie będzie głosować, gdyż na zawsze pozostanie w nowicjacie: „Nie mogła także korzystać z praw kapitularnych (głos czynny i bierny), a to z powodu obecności dwóch z jej starszych sióstr w kapitule konwentualnej” (CG 725). To czas prawdziwie „zakonnej” formacji: wewnętrznego dojrzewania, wprowadzenia do życia modlitwy i życia we wspólnocie. Teresa wprawia się do wykonywania swej części pracy wspólnotowej, towarzyszą temu nieodłączne trudności i radości.
Mało zdarzeń w tym okresie: „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać” (A 74v).
Pracuję jedynie dla Jego przyjemności (DE 16.7.6)
Nowicjuszka wchodzi coraz bardziej w swoje środowisko. Maria od Najświętszego Serca, „anioł” Teresy, wprowadza ją w zwyczaje Karmelu. Podczas Oficjum w chórze, beniaminek intonuje antyfony, recytuje wersety, czyta lekcje Matutinum, wszystko po łacinie. Kiedy wypada jej kolej, przez tydzień wypełnia swe obowiązki: dzwony i dzwonki, podawanie posiłków i czytanie w czasie posiłków.
Skądinąd, domowe prace są częścią życia karmelitanek. Niektóre wykonywane są przez całość wspólnoty, tak na przykład pranie. Siostry udają się wówczas do pralni składającej się z dwóch pomieszczeń. Teresa gorliwie przykłada się do pracy, ale nie zapomina o najważniejszym: „Twoja praca w tym życiu ma być jedynie Miłością” (P 13).
W rękopisach Teresy często jest mowa o „zajęciu”. Słowo to oznacza jednocześnie funkcję (lub „obowiązek”, „urząd”) i miejsce. „Zajęcie” powierzane jest dwóm siostrom: siostra odpowiedzialna to „pierwsza (starsza) w urzędzie”; „druga (młodsza) w urzędzie” to często nowicjuszka lub młoda profeska. Siostra Teresa od Dzieciątka przez całe życie była „drugą”.
Miejsce jest tym, w którym wypełnia się daną funkcję: pralnia, szatnia, wytwarzanie hostii, koło, malowanie… W czasie ostatniej choroby Teresy, w infirmerii, w jednej z ostatnich rozmów, matka Agnieszka od Jezusa poprosiła ją, by opisała swe zajęcia w Karmelu: „Zaraz po moim wstąpieniu do Karmelu dano mnie do naprawiania bielizny z matką podprzeoryszą; miałam nadto schody i korytarz do zamiatania… Pamiętam, że dużo mnie kosztowało, by prosić naszą mistrzynię o pozwolenie na praktykowanie umartwień w refektarzu, nigdy jednak nie uległam moim wstrętom, zdawało mi się, że krzyż na łące, który widziałam przez okno pralni, zwracał się do mnie, aby prosić o to umartwienie. Wtedy to chodziłam o wpół do piątej wyrywać chwasty w ogrodzie, z czego była niezadowolona nasza Matka. Po obłóczynach dostałam refektarz, aż do 18 roku życia; zamiatałam go i nalewałam do dzbanków wodę i piwo. Podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa w roku 1891, oddano mnie do zakrystii, wraz z siostrą Stanisławą. Począwszy od czerwca roku następnego, nie miałam przez dwa miesiące żadnego urzędu (…). Po tych dwóch miesiącach poszłam do koła, z siostrą Rafaela, zachowując dalej urząd malowania. Sprawowałam te dwa urzędy aż do wyborów w 1896 roku, po których powróciłam do zakrystii. W niej się rozchorowałam i wtedy to poprosiłam, by mnie dano siostrze Marii od świętego Józefa do pomocy w naprawianiu bielizny”.
Matka Agnieszka dodaje: „Teresa opowiedziała mi następnie, jak niegdyś niesłusznie uważano ją za powolną i niezbyt pilną w urzędach, do tego stopnia, że i ja temu chwilowo uwierzyłam; w rzeczy samej, przypomniałyśmy sobie razem, jak ostro ją skarciłam za to, że trzymała długo w swoim koszyku obrus nie naprawiając go. Zarzucałam jej niedbałość i myliłam się, gdyż, po prostu, zabrakło jej czasu. Tamtego dnia, nie tłumacząc się, bardzo płakała widząc, że jestem smutna i niezadowolona. Jakże to możliwe! Powiedziała mi jeszcze, jak wiele cierpiała w niektórych okolicznościach, gdym była starszą w refektarzu, a ona nie mogła mi, jak niegdyś, otworzyć swej duszy, bo przez umartwienie nie prosiła na to o pozwolenie, lub też dla innej jakiejś przyczyny… Do tego doszło, że już mnie nie znałaś…, dorzuca Teresa. Mówiła mi jeszcze, jaki gwałt musiała sobie zadawać, by omiatać z pajęczyn celę świętego Aleksego sobie powierzoną (miała wielki wstręt do pająków), i opowiadała mi inne szczegóły, świadczące o jej wierności we wszystkim i jak wiele cierpiała, chociaż nikt się tego nie domyślał” (DE 13.7.18).
Jest jeszcze jedno zadanie oczekujące Teresę: „Ach! Jakże byłabym szczęśliwa, gdybym umiała malować… Ku wielkiemu zdziwieniu sióstr zaczęłam malować i Dobry Bóg umożliwił mi skorzystanie z tych lekcji, których udzielała mi droga matka Agnieszka” (A 81r-v).
Stopniowo, po wyborze swej siostry na przełożoną, Teresa zajmować się będzie malowaniem, rezygnując z innych urzędów: iluminowaniem, malowaniem obrazów religijnych i ornamentów kościoła. Latem 1893 roku, Teresa namaluje fresk na murze kaplicy chorych. Fresk ten otacza tabernakulum, w którym kapelan, w dni adoracji, wystawia monstrancję.
Kiedy, 20 lutego 1893 roku, siostra Agnieszka od Jezusa wybrana zostaje na przeoryszę, nie może dłużej zajmować się organizacją świąt; zwłaszcza, że główne święta dotyczą przeoryszy! Matka Agnieszka zdaje się zatem na swą siostrę Teresę: „Bóg pozwolił, bym pisała wiersze i układała przedstawienia, które by się podobały” (A 81v). Zdaniem najpoważniejszych krytyków, młoda zakonnica ma prawdziwy talent poetycki, mimo że nigdy nie kształciła się głębiej w tym kierunku. Sama wyjaśni to następująco: „Nasz Umiłowany nie potrzebuje naszych pięknych myśli ani naszych wspaniałych dzieł. Jezus nie przyszedł szukać na ziemi mądrości ani talentów”. W istocie, w sobie oddaje całe miejsce Bogu. Świętość? Oto jej arcydzieło!
Teresa przedłuża zatem tradycję Karmelu: tradycję wyrażania w poetyckiej formie uczuć duszy, głębokich poruszeń wewnętrznego życia. Przykład tego dali jako pierwsi, w swych „glosach” duchowych, święta Teresa z Avila i święty Jan od Krzyża. W tym duchu właśnie Teresa powołana zostaje do pisania poezji uświetniającej kościelne święta, rocznice, profesje.
W służbie liturgii
„Mała siostra Niech się tak stanie„, jak nazywa ją siostra Stanisława, „pierwsza w urzędzie” w zakrystii, pracuje tam od lutego 1891 do lutego 1893 roku. Powróci do zakrystii, wraz ze swą kuzynką Marią Guérin, która wstąpiła do Karmelu w marcu 1896 roku.
Teresa cieszy się tym obowiązkiem, który przybliżają tak bardzo do urzędu kapłańskiego: oto jest kapłanem nie będąc nim, ona, która tak zazdrościła księżom ich powołania! „Czuję w sobie powołanie kapłana; z jaką miłością, o Jezu, piastowałabym Cię w mych rękach w chwili, gdy na moje słowo zstępowałbyś z Nieba!… Z jaką miłością dawałabym Cię duszom!… Ale cóż! pragnąc zostać kapłanem, podziwiam jednocześnie pokorę świętego Franciszka z Asyżu (…)” (B 2v).
Jakże lubi przygotowywać hostie i napełniać kielich! Czułam się niezmiernie szczęśliwa mając możność dotykania świętych naczyń (…). Świętym bądź ty, który dotykasz naczyń Pańskich; miałam świadomość, że powinnam zwiększyć swoją gorliwość” (A 79v). Na jedenaście dni przed śmiercią, Teresa prosi jeszcze, by pozwolono jej się przejrzeć w dnie kielicha, po Mszy: „Przeglądam się w nim. W zakrystii bardzo lubiłam to robić. Zadowolona byłam, że mogę sobie powiedzieć: moje rysy odbiły się tam, gdzie spoczęła krew Jezusa” (DE 19.9.4).
Nazajutrz po Bożym Narodzeniu 1891, epidemia grypy, która nawiedza Europę (około 70.000 ofiar), opanowuje wspólnotę. W ciągu tygodnia, śmierć zabiera trzy najstarsze zakonnice: 2 stycznia 1892 roku, seniorkę zgromadzenia, 83-letnią siostrę Józefę od Jezusa; 4 stycznia – siostrę Febronię, podprzeoryszę; 7 stycznia, Teresa znajduje w celi martwą siostrę Magdalenę, najstarszą spośród sióstr konwersek.
Większość karmelitanek musi pozostać w łóżku. Na nogach są tylko Teresa, siostra Maria od Najświętszego Serca i konwerska, siostra Marta. W zakrystii „byłam zupełnie sama, ponieważ pierwsza zakrystianka była ciężko chora; sama musiałam przygotowywać wszystko do pogrzebów, otwierać w chórze kraty na Mszę świętą, itd” (A 79 r). Teresa działa przytomnie i spokojnie: grzebie zmarłe siostry, pielęgnuje chore. Życie wspólnotowe jest kompletnie zdezorganizowane: żadnego dzwonka, żadnego oficjum, żadnych wspólnych posiłków w refektarzu. „Przełożony”, który niegdyś okazywał wiele rezerwy wobec powołania „małej siostry Niech tak będzie„, jest świadkiem niezwykłej siły duszy, z jaką stawia ona czoła sytuacji: „Ona jest, mówi odtąd, wielką nadzieją wspólnoty” (CG 649).
Ponieważ w tym okresie nie ma mowy, by ciągle przeszkadzać chorej przełożonej pytaniem o pozwolenie, Teresa korzysta z tego, by urzeczywistnić swoje największe pragnienie: „Podczas tego ciężkiego doświadczenia w Zgromadzeniu, miałam niewymowną pociechę, mogąc codziennie przyjmować Komunię świętą…” (A 79v).
Teresa nie będzie pozbawiona „świąt” w Karmelu; obchodzi się ich tyle: liturgicznych i wspólnotowych. „Święta, tak bardzo je lubiłam!” (A 70 r).
Święta liturgiczne wyznaczają cały rok. Już święta Teresa z Avila umieszczała liturgię na szczycie życia modlitwy. Przyznawała bardzo ważne miejsce Eucharystii oraz rytmowi Godzin kanonicznych. W Karmelu chodzi o to, by obejmować modlitwą wielkie intencje ludzkości i wstawiać się za nimi. Oprócz tego, cicha modlitwa w ciągu całego dnia: „wymiana miłości z Tym, o którym wie się, że nas kocha”, mówiła święta z Avila. Godziny cichej modlitwy, rano i wieczorem, to milczące wsłuchiwanie się w „prawdziwego Przyjaciela”.
W klasztorze, wielkie święta liturgiczne, a zatem Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zesłanie Ducha Świętego, święto Matki Bożej z Góry Karmel, obchodzone są radośnie i, zazwyczaj, następują po nich dni (trzy po Bożym Narodzeniu) „swobody”, w czasie której siostry mogą rozmawiać ze sobą do woli.
Z kolei święta wspólnotowe: obłóczyny, profesje, jubileusze, znajdują swoje przedłużenie – w sposób bardziej intymny i braterski – w klauzurze.
Wśród świąt szczególnie wyróżnia się święto przełożonej: nie tylko trwa dwa dni, ale jeszcze siostry grają starannie przygotowane przedstawienie. Teresa, 21 stycznia 1894 roku, wystawia „Misję Joanny d’Arc” (RP 1), dla uczczenia Dziewicy Orleańskiej. Rok później, o tej samej porze, prezentuje „Joannę d’Arc wypełniającą swoją misję” (RP 3).
W czasie „zwyczajnych” rekreacji, siostry zbierają się zimą w „ogrzewalni”, jedynej ogrzewanej sali, i rozmawiają, zajmując się jakąś drobną pracą; w lecie przenoszą się do pełnego zieleni ogrodu. W porze sianokosów, wszystkie te, które czują się na siłach, chętnie w nich uczestniczą.
Mój Miły jest mój, a ja jestem Jego (Pnp 6,3)
Dla Teresy nadchodzi czas ostatecznego zaangażowania we wspólnocie, które dokonuje się przez śluby zakonne. Przypieczętowują one całkowite oddanie swej istoty Bogu Miłości poprzez codzienną drogę wierności. Już poświęcona Bogu przez chrzest, nowicjuszka pragnie pogłębić ten związek; dlatego właśnie wybiera życie ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, wydając się Duchowi Świętemu, aby z Chrystusem jej własne życie ofiarowane zostało Ojcu dla Kościoła i całej ludzkości.
W przestrzeganiu ślubów, Teresa odznaczała się w wysokim stopniu duchem regularności i wyrzeczenia, świadczą o tym niektóre cytaty: „Pewnego razu po komplecie daremnie szukałam naszej lampki na jej zwykłym miejscu, na półce. Ponieważ był to czas wielkiego milczenia, niepodobna było upominać się o nią… Doszłam do przekonania, że któraś z sióstr przez pomyłkę wzięła naszą zamiast swojej, podczas gdy ja tak bardzo jej potrzebowałam. Zamiast odczuć smutek z powodu jej braku, byłam bardzo szczęśliwa, mając świadomość, że ubóstwo polega na tym, by brakowało nam rzeczy nie tylko przyjemnych, ale i koniecznych…” (A 74 r).
Na temat ubóstwa duchowego pisze: „Uradowałam się swoim ubóstwem, zapragnęłam stawać się z każdym dniem coraz uboższą” (L 176); „Nie lękaj się, im bardziej będziesz ubogą, tym bardziej Jezus będzie cię kochał” (L 211). O ślubie czystości powie: „Serce mojego Oblubieńca do mnie jedynie należy, tak jak moje serce należy tylko do Niego” (L 122).
Dla Teresy, ślub posłuszeństwa idzie w parze z wewnętrzną wolnością: „Od iluż niepokojów chroni nas pełnienie ślubu posłuszeństwa! (…) Skoro jednak tylko przestanie się spoglądać na tę nieomylną busolę, natychmiast dusza zaczyna błąkać się po jałowych ścieżkach…” (C lir). W końcu dodaje: „Pisząc, nie mam na celu stworzenia dzieła literackiego; piszę z posłuszeństwa. Jeśli Cię, Matko, nudzę, to przynajmniej przekonasz się, że Twoje dziecko dało dowód dobrej woli” (C 6r-v). „Nie sądź, moja Matko, że zastanawiam się, jaki użytek może mieć moja biedna praca; spełniam ją z posłuszeństwa – to mi wystarczy, i nie sprawi mi to żadnej przykrości, jeśli bez przeczytania spalisz ją na moich oczach” (C 33 r),
Oto już wkrótce Teresa wypowie swoje śluby. Data profesji ustalona została na 8 września 1890 roku. Rekolekcje przygotowujące rozpoczynają się w piątek, 29 sierpnia. Już 30, Teresa pisze do siostry Agnieszki: „Trzeba, żeby mała pustelnica przedstawiła Siostrze trasę swej podróży. Oto zanim wyruszyliśmy w drogę, Narzeczony jej zdawał się pytać, do jakiego kraju chciałaby się udać, i jaką drogą pragnie odbyć tę podróż… Mała narzeczona odpowiedziała, że ma jedno tylko pragnienie: wejść na szczyt góry Miłości. (…) Wtedy Jezus wziął mnie za rękę i wprowadził do podziemia, gdzie nie jest ani zimno ani gorąco, gdzie słońce nie świeci, a nie dochodzi tam deszcz ni wiatr. Jest to podziemie, gdzie widzę jedynie słabe, na wpół przysłonięte światło; jasność tę roztaczają dokoła siebie spuszczone oczy Oblicza mego Narzeczonego. (…) Droga, którą przebywam, nie daje mi żadnej pociechy, a jednak przynosi mi wszelkie pociechy; skoro obrał ją Jezus, ja pragnę Go pocieszyć, Jego tylko, Jego jedynego!…” (L 110). Tego samego dnia zwierza się siostrze Marii od Najświętszego Serca, że „szczęśliwa jest, że może iść za swoim Narzeczonym jedynie z miłości dla Niego samego, a nie z powodu Jego darów… On sam, jakiż jest piękny! Jaki zachwycający! Nawet gdy milczy… Nawet gdy się ukrywa!…” (L 111).
2 września, w czasie egzaminu kanonicznego poprzedzającego profesję, odpowiada Przełożonemu, księdzu Delatroëtte: „Przyszłam ratować dusze, a przede wszystkim modlić się za kapłanów” (A 69v).
W przeddzień profesji, niespodziewana burza wstrząsa Teresą: „Ciemności stały się tak wielkie, że widziałam i rozumiałam już tylko jedno: ja nie mam powołania! (…) Wywołałam więc swoją mistrzynię i z głębokim zawstydzeniem przedstawiłam jej smutny stan mojej duszy… Na szczęście, widziała go jaśniej ode mnie i uspokoiła mnie zupełnie” (A 76v).
W poniedziałek rano, 8 września, w sali Kapituły, Teresa składa swą profesję w obecności zgromadzonej wspólnoty: „Czułam, że zalewa mnie rzeka pokoju, i w tym pokoju, który przewyższa wszelki umysł, złożyłam swoje święte śluby. (…) Oddałam się Jezusowi, aby zawsze doskonale wypełniał we mnie swoją wolę, bez żadnej przeszkody ze strony stworzeń” (A 76v).
Teresa układa wówczas swój bilet, który w dniu profesji nosi na sercu: „(…) Jezu, daj mi wypełnić moje śluby w całej doskonałości i dozwól mi zrozumieć, jaką powinna być Twoja oblubienica. Spraw, bym nigdy nie była ciężarem dla zgromadzenia, niech nikt się mną nie zajmuje, niech dla Ciebie, Jezu, będę zdeptana stopami, zapomniana jak ziarnko piasku. Niech jak najdoskonalej spełni się we mnie Twoja wola, niech dostanę się na miejsce, które mi przygotowałeś…” (Pri 2).
24 września 1890 roku, ma miejsce welacja Teresy: zmienia biały welon nowicjuszki na czarny welon profeski: „Wszystko było całkowicie przysłonięte łzami… Nie było Tatusia, by pobłogosławił swą Królową… Ojciec [Pichon] był w Kanadzie. Biskup, który miał przyjechać i być na obiedzie u wuja, zachorował i nie mógł przybyć; w sumie wszystko było smutne i zaprawione goryczą… Mimo to pokój, nieustanny pokój panował na dnie kielicha… Jezus dopuścił, że tego dnia nie mogłam powstrzymać łez, a łzy te nie zostały zrozumiane” (A 77 r). W swoim zeznaniu na procesie, matka Agnieszka napisze: „Zamiast pocieszyć ją, powiedziałam: Nie rozumiem, że siostra płacze!„.
Od tej chwili, siostra Teresa od Dzieciątka Jezus jest w pełni karmelitanką. Czym jest dla niej Karmel? Kadrem życia surowego, pełnego rygoru i doświadczeń lecz nieustannie opromienianego od wewnątrz obecnością Boga Miłości, któremu Teresa niczego nie odmówi.









