Wprowadzenie
o. Krzysztof Pawłowski OCD, O budowaniu człowieka wewnętrznego
W jednej ze swoich mistycznych wizji św. Teresa od Jezusa ujrzała duszę ludzką jako twierdzę „z jednego diamentu albo na wskroś przejrzystego kryształu, podzieloną na wiele rozmaitych komnat, podobnie jak i w niebie mieszkań jest wiele” (T I, 1, 1).
Architektura jako metafora cielesności
Kiedy Teresa była dziewczyną, z upodobaniem czytała romanse rycerskie, co być może wpłynęło na sposób zobrazowania duszy jako twierdzy. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że najważniejszym aspektem takiej wizji jest próba metaforycznego przedstawienia szeroko pojmowanej ludzkiej cielesności. Podobnie św. Paweł wskazuje, że ciało nasze jest świątynią Boga (1 Kor 3, 16).
„Bo w istocie […] dusza sprawiedliwego nie jest niczym innym jak prawdziwym rajem, w którym jak Pan mówi, z radością przebywa” (T I, 1, 1). Przedziwna jest zatem piękność i ogrom duszy ludzkiej, jej niejako otchłanna wewnętrzna przestrzeń, którą upodobał sobie Bóg. Stąd też tak trudno umysłem ogarnąć tę wielkość duszy i dlatego „wielka to zaiste wina nasza i wstyd” (T I, 1, 2), gdy nie staramy się poznawać siebie i nie dochodzimy tego, kim naprawdę jesteśmy.
Zobrazowanie duszy ludzkiej jako twierdzy, w której centralnym miejscu zachodzą najbardziej tajemne relacje pomiędzy człowiekiem a Bogiem, powinno pobudzić naszą wyobraźnię i zainspirować do podjęcia wysiłku samopoznawania. Poprzez dokładny opis swego doświadczenia Teresa od Jezusa pragnie także zachęcić do skorzystania z tych wszystkich łask, które tym obficiej są człowiekowi udzielane, im głębiej potrafi wniknąć do środka swego jestestwa.
Początki samopoznawania
Bramę, poprzez którą wchodzi się do wewnętrznej twierdzy, stanowi rozważanie i modlitwa — ustna lub myślna. Zasadniczym warunkiem wejścia jest jednak świadomość tego, co w ten sposób czynimy. Teresa od Jezusa pisze bowiem, że „kto modli się bez zastanowienia się nad tym, do kogo mówi, o co prosi, i kto jest on, który prosi, a kto Ten, którego prosi, tego modlitwy, jakkolwiek by długo i pięknie ruszał wargami, ja nie nazwę modlitwą” (T I, 1, 7).
Niezliczone są sposoby, za pomocą których wchodzimy do pierwszego mieszkania, albowiem składa się ono z mnóstwa komnat. Chociaż jest to pierwszy krok w samopoznawaniu, św. Teresa zwraca uwagę, by proces wnikania w siebie łączyć od początku z poznawaniem uosobionego Boga-Człowieka. Jezus przecież swym wcieleniem objawił Boga, a zarazem pełnię człowieczeństwa. Umiejętność nawiązywania coraz bliższej relacji z Nim pozwala zatem na rozświetlanie własnych ciemności i autentyczne rozwiązywanie wszelkich wewnętrznych problemów. Jeśli potrafimy ten proces umiejętnie kontynuować, to ostatecznie możemy uzyskać wgląd, kim w najgłębszej istocie jesteśmy.
Zwykle jednak — gdy człowiek nawet zamierza siebie prawdziwie poznawać — nie idzie konsekwentnie tą drogą w głąb. Łatwo poddaje się bowiem naturalnym, zewnętrznym przywiązaniom. Często kieruje się bardziej wzorcami, które czerpie ze świata. Na przykład porównuje się do ludzi, którzy go otaczają, albo do idoli, których kreują mass-media. Człowiek wszakże pragnie być doceniony i lubiany, wobec tego zwykle pielęgnuje taki obraz samego siebie, który wpisuje się w oczekiwania swego środowiska. Ponieważ wizerunek ten jest często iluzyjny i fałszywy, więc stanowi przeszkodę w rozwoju wewnętrznym.
Otwarcie na głos Bożych wezwań
Gdy człowiek odnosi się do Jezusa w tym, czego pragnie, o czym myśli i co czyni, i gdy ma odwagę wzorować się na Nim, wówczas przechodzi do drugiego mieszkania.
Według św. Teresy, są to ci, którzy zaczęli praktykować modlitwę wewnętrzną i pojmują, jak ważne jest, by nie pozostawać wmieszkaniu pierwszym. Wówczas człowiek staje się otwarty na głos Bożych wezwań. Zaczyna więc już słyszeć wezwania Króla, aby się zbliżyć do najgłębiej ukrytej komnaty. To jednak rodzi rozdarcie i potęguje cierpienie. Nadal bowiem na człowieka oddziałują przyjemności zmysłowe i silna jest jeszcze skłonność ku zewnętrznym bodźcom.
„Tutaj to czart […] rzeczy tego świata i uciechy jego, tak powabnie duszy przedstawia, jakby wiecznie trwać miały: i szacunek, i wziętość, jakich tam używała, i wspomnienia krewnych i przyjaciół, zgubne dla zdrowia skutki pokuty i umartwień” (T II, 3).
Wezwania Boże dochodzą na razie za pośrednictwem oddziaływań zewnętrznych, np. poprzez wysłuchane kazanie, lekturę, inspirującą muzykę, obrazy czy poprzez lectio divina. Mogą też wynikać z pewnej jasno doznanej prawdy, którą w danej chwili odbieramy jako znaczącą, ale mogą przychodzić także poprzez rozmaite trudności czy nawet choroby.
W tym wszystkim potrzeba wytrwałości, konsekwencji i czujności, gdyż walka duchowa zaczyna przybierać na sile. „O, Jezu! W jakiż to odmęt, w jakie udręczenie wtrąca tu duch biedną duszę, tak iż sama nie wie, co począć: czy iść naprzód czy też do pierwszego mieszkania zawrócić” (T II, 1, 4).
Z drugiej strony rozum jest w stanie odkrywać rozmaite pułapki. Chodzi jednak o to, aby tym rozeznaniom towarzyszył akt woli i aby z nim była odpowiednio zharmonizowana sfera emocjonalna.
„Ale, niestety, Panie i Boże mój, panujący na świecie obyczaj próżności i widok tłumów za nim idących wszystko niweczy! Taka bowiem w nas martwa wiara, że raczej wierzymy w to, czego dotykamy zmysłami” (T II, 1, 5).
W pierwszym mieszkaniu dusza była jakby głuchoniema i ponieważ nie słyszała wezwań Króla, stąd też jakby mniej cierpiała. Gdy już dusza zaczyna słyszeć, a jest niema, wówczas bardziej cierpi. Św. Teresa przestrzega jednak, aby podążający za głosem wewnętrznym nie myśleli o pociechach.
„Trzeba być przygotowanym na to, że nigdy tu nie zabraknie smutków i pokus. Nie w tych bowiem pierwszych mieszkaniach jest miejsce, kiedy się zbiera mannę z nieba” (T II, 1, 7). W innym miejscu czytamy znamienne słowa: „Bóg w nieskończonej mądrości swojej lepiej wie, co nam pożyteczno i nie do nas należy wskazywać Mu, co i kiedy ma nam dawać […] Wszystek wysiłek początkującego […], by z wszelką pilnością, na jaką zdoła się zdobyć, nad tym pracował i o to z całą gotowością się starał, by wola jego stała się zgodna z wolą Bożą. Upewniam was, że na tym […] zasadza się wszystka najwyższa doskonałość. […] Jeśli na samym wstępie chcemy, by Pan czynił wolę naszą i prowadził nas tak jak nam się podoba, jakąż moc i trwałość może mieć budowanie nasze” (T II, 1, 8).
Dlatego też w odczytywaniu bożych wezwań tak niezbędna jest pomoc doświadczonego duchowego przewodnika.
Bogatym trudno wchodzić…
W odniesieniu do kogoś, kto wchodzi do trzeciego mieszkania, mówi św. Teresa za psalmistą: „szczęśliwy mąż, który boi się Pana (Ps 112, 1) […] Słusznie szczęśliwym zwać go możemy, bo nie cofnął się wstecz, bezpieczną idzie drogą do zbawienia” (T III 1, 1). Dowiadujemy się jednak, że aby kroczyć dalej, nie wystarczą same pragnienia. Św. Teresa dla przykładu przywołuje obraz młodzieńca z Ewangelii św. Mateusza. „Od pierwszej chwili, jak zaczęłam to pisanie o mieszkaniach duszy, młodzieniec ten ustawicznie stoi mi przed oczyma. Bo i my dosłownie tak samo postępujemy, stąd po większej części pochodzą wielkie oschłości i cierpienia na modlitwie” (T III, 1, 6).
Kiedy bogaty młodzieniec dowiedział się od Jezusa, że powinien pozbyć się wszystkich dóbr, aby iść za Nim, mocno się zasmucił. Miał bowiem wiele majętności, do których lgnęło jeszcze jego serce. „Jezus, zobaczywszy go [takim], rzekł: «Jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego»” (Łk 18, 24).
Jeśli z takim bólem przychodzi nam porzucać dobra zewnętrzne, to o ileż trudniej wyzbywać się nagromadzonych bogactw wewnętrznych. A jak wiemy, bez tego nie można się przecież stać ubogim duchem, błogosławionym (por. Mt 5, 3; Łk 6, 20).
A zatem utożsamianie się z bodźcami zmysłowymi czy też lgnięcie woli ku zewnętrznym przedmiotom (a tym bardziej jeszcze przywiązanie do pożądań zmysłowych) odcina niejako drogę ku prawdziwemu samopoznaniu. Co najwyżej będzie ono fragmentaryczne albo iluzyjne, szczególnie wówczas, gdy zadowolimy się pociechami osiąganymi w sferze psychicznej.
Natomiast gdy ktoś potrafi uniezależnić się od światowych wpływów, aby następnie w procesie nawracania nie lgnąć także do rozmaitych dóbr wewnętrznych, wówczas już tu na ziemi ma w pewnym stopniu udział w królestwie niebieskim.
Wiąże się to jednak z procesem ciągłego przeciwstawiania się dawnym nawykom. Tym samym jest to nieustanna walka duchowa. Dalsze zbliżanie się do środka twierdzy jest bowiem głębszym oczyszczaniem i skupianiem władz poznawczych oraz sfery wolicjonalnej i uczuciowej. Czyż nie temu zresztą ma służyć realizowanie głównego przykazania: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego” (Łk 10, 27).
Na styku naturalnego z nadprzyrodzonym
W kolejnym, czwartym mieszkaniu łączą się już rzeczy przyrodzone z nadprzyrodzonymi. Za pomocą własnych wysiłków i rozmyślań jesteśmy w stanie tworzyć – według Teresy – coś na kształt wodociągu, który będzie dostarczać wodę ze źródła. Z tym wiąże się jednak pewne niebezpieczeństwo. Ktoś może być bowiem przekonany, że postępuje w ślady Chrystusa i zapiera się siebie, ale proces ten może zachodzić w sferze wyobraźniowej. Dlatego też nie ma wpływu ani na istotną wewnętrzną przemianę danej osoby, ani tym bardziej nie może oddziaływać na innych ludzi. A więc gdy głównie za pomocą własnych wysiłków drążymy ten kanał, który ma dostarczać wodę ze źródła, możemy ulec zgubnym w skutkach złudzeniom.
Natomiast jednym ze znaków prawdziwej przemiany jest to, czy pracą wewnętrzną osiągamy autentyczną wolność i czy potrafimy nią obdarzać innych.
Uniezależnienie się zaś od pożądań rzeczy zmysłowych umożliwia wewnętrzne skupienie, wejście w siebie. Od innej strony patrząc, jest to także próba przekraczania siebie, przekraczania ograniczeń przyrodzonej natury.
Zmysły i władze duszy możemy porównać do strażników twierdzy. Zazwyczaj są one „rozpierzchnięte w różnych kierunkach, dniami i nocami zadające się z pospólstwem obcym i nieprzyjazne dla twierdzy zamiary żywiącym” (T IV, 3, 2). W ten sposób pragnie nam św. Teresa uzmysłowić, że najczęściej sami gotujemy sobie zgubę.
Gdy w codziennym życiu przeważają złe nawyki, to zmysły i władze duszy nie są w stanie wrócić do środka twierdzy, chociaż by tego bardzo chciały. Zatem jedyne, co mogą, to trzymać się blisko twierdzy i nie stawać się zdrajcami. Król, który zasiada we wnętrzutwierdzy, chce strażników do siebie przywołać. Jako dobry pasterz daje im poznać swe wezwanie. Jest ono tak silne, że strażnicy od razu porzucają przywiązania zewnętrzne i chronią się wewnątrz (zob. Ż 19, 5, 3, 2).
Możemy się ćwiczyć w skupieniu przy pomocy rozumu, woli i wyobraźni. W mieszkaniu czwartym dusza nabywa jednak zdolności do odbierania impulsów, które przychodzą bezpośrednio od samego Boga, co ilustrowała właśnie metafora stawiania się wszystkich strażników na jedno wezwanie Króla czy też metafora czerpania wody bezpośrednio ze źródła. Nasuwa się w tym miejscu również porównanie z żółwiem, który potrafi się szczelnie zamknąć w skorupie w razie niebezpieczeństwa. Teresa od Jezusa podkreśla jednak, że to porównanie jest niezupełnie trafne, gdyż prawdziwe skupienie wewnętrzne zależy od woli Boga, a nie od władz duszy.
„Dusza nie powinna w tym stanie pracować myślą, ale trzymać się w milczeniu przed Panem, uważnie patrząc, co On w niej działa” (T IV 3, 4). W ten sposób musi dokonać się trudne przejście do coraz bardziej czystego, prostego a zarazem biernego aktu kontemplacyjnego. W przejściu tym nie potrzeba już medytacyjnych podniet, które mogą być nawet przyczyną rozmaitych przeszkód.
Teresa porównuje to do sytuacji żebraka, który pragnie uzyskać audiencję u monarchy. Jeśli mu się powiedzie, wówczas po wypowiedzeniu prośby może jedynie „ze spuszczonymi oczyma [oczekiwać] odpowiedzi” (T IV, 3, 5).
Otrzymanie od Pana znaku, że prośby wysłuchał i że skłonny jest dopuścić do siebie, to kolejny obraz, który oddaje wstępne wezwanie do rzeczy wyższych. Miłość Boża zaczyna się więc jawić jako skupiająca a jednocześnie przemieniająca moc.
Jeżeli jednak nie ma odzewu ze strony Króla, nie należy się przymuszać do zawieszania aktywności rozumu. Według Teresy zupełnie wystarczy trwanie w całkowitym zawierzeniu Bogu- -Ojcu.
Własny wysiłek na tym etapie duchowej przemiany może się okazać zgubny i wnieść do życia wewnętrznego zamęt, niepokój lub oschłość. Może prowadzić też do zbytniego pobudzenia wyobraźni oraz umysłowego napięcia, czego skutkiem będzie spotęgowanie natłoku myśli. Dojrzewanie duchowe zachodzące w każdym człowieku w odmienny sposób nie może zostać przyspieszone na siłę. „Uciążliwą i przykrą rzeczą zowię wszelki przymus i gwałt w takiej chwili sobie samemu zadawany” (T IV, 3, 5). Dusza winna bezwarunkowo poddać się woli Bożej „z zupełnym przy tym, o ile zdoła, zapomnieniem o własnej korzyści” (T IV, 3, 6). Jak powiada poeta Hölderlin: „Nie znosi Bóg przedwczesnego rozkwitu”.
Dopiero gdy Chrystus staje się prawdziwie jedynym Panem, wówczas otwiera się przestrzeń modlitwy smaków nadprzyrodzonych.
Intensywność oczyszczeń
Nieodłącznym warunkiem przejścia do mieszkania piątego, gdzie dochodzi do ściślejszej więzi z Bogiem, jest obumieranie zewnętrznego, starego człowieka, aby mógł narodzić się człowiek wewnętrzny, nowy.
W języku symbolicznym można by ten proces porównać do obumierania ziarna w ziemi, które następnie stopniowo kiełkuje i wzrasta. W końcu jako dojrzałe, zostaje zebrane, omłócone i przemielone. A wreszcie wypieczone w ogniu staje się chlebem.
W trakcie przemiany duchowej analogicznym procesom — choć zachodzącym u każdego w indywidualny sposób — poddana jest ludzka osobowość. W związku z tym powiedziano: „Bóg nasz jest ogniem pochłaniającym” (Hbr 12, 29), ogniem, który przepala to, co zniszczalne, aby mogło ujawnić się to, co nie poddaje się żadnemu zniszczeniu.
U dążących świadomie i niewzruszenie do jedności z Bogiem dokonuje się to — jak mówił św. Jan od Krzyża — w miłosnym ogniu duchowym. „Z wysoka spuścił ogień na kości moje i wyćwiczył mnie” (Lm 1, 13). W związku z tym także powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł” (Mt 16, 25–26).
W szóstym i siódmym mieszkaniu intensywność i głębia miłości łączą się z intensywnością oczyszczeń, które wiodą do boskiej mądrości.
Jednocześnie są to kolejne etapy walki duchowej, którą przychodzi człowiekowi stoczyć, by osiągnąć tak wzniosły cel. Będą to zarazem kolejne stopnie odkrywania prawdy, która wyzwala.
Szczytom modlitwy kontemplacyjnej mogą też — według Teresy — towarzyszyć nadprzyrodzone poruszenia duchowe. Teresa od Jezusa pisze jednak, że „cała ta duchowa budowa stoi […] na fundamencie pokory; kto nie założył w sobie naprawdę tego fundamentu, temu Pan nie pozwoli wznieść się wysoko dla własnego nawet dobra jego, bo tym głębszy byłby z takiej wysokości budowy upadek”. Mistrzyni Karmelu upomina także, byśmy „fundament zakładali nie na samej tylko modlitwie i bogomyślności. Bez usilnego starania się o cnoty, bez ciągłego ćwiczenia się w nich, zawsze pozostaniecie duchowymi niedorostkami […] Wiecie bowiem, że kto się nie pomnaża, ten się umniejsza, bo miłość, gdy jest prawdziwa, niepodobna, jak sądzę, by nie rosła ciągle, a jeśli nie rośnie, snadź nie jest prawdziwa” (T VII, 4, 8).
Dramat mechanicznego serca
Poprzestając na symbolicznym ujęciu przemiany duchowej, rozważmy w dalszej części problem budowania człowieka wewnętrznego w kontekście współczesnych przemian cywilizacyjnych. Wiemy przecież, jak trudno obecnie sforsować choćby zewnętrzne murytwierdzy, a co dopiero poprzez autentyczne ożywienie modlitwy kierować się konsekwentnie ku środkowemu mieszkaniu.
Widzimy bowiem, że w drugiej połowie XX wieku porządek zmysłowy zdominował w wyjątkowy sposób poruszenia naszego ducha. Czy nie można więc odnosić wrażenia, że punkt ciężkości wielu ludzkich działań spoczywa dziś raczej w ciele. Czyż powszechny dostatek nie sprawia, że człowiek żyjący w przodujących cywilizacyjnie krajach może właściwie dogadzać wszelkim pożądliwościom…
W kontekście tego, co pisze św. Teresa, wynikałoby, że obecnie większość ludzi to „dusze tak zniedołężniałe i tak nawykłe do obracania się wyłącznie w rzeczach zewnętrznych, iż straciły niejako wszelką możność oderwania się od nich choćby na chwilę i wejście w siebie stało się dla nich prawie niepodobieństwem. Ciągłe przestawanie z gadzinami i bydlętami krążącymi wokół twierdzy przeszło u nich w nałóg i same stały się niemal nimi”.
Przypomina się tym miejscu przekleństwo, które rzucił 25 wieków temu na swych pobratymców z Efezu Heraklit: „Oby was nigdy nie opuścił dostatek, ażeby wasze zepsucie od razu rzucało się w oczy” (frg. B 125 a).
Można odnieść wrażenie, jakby przekleństwo greckiego mędrca zawisło obecnie nad niemal wszystkimi mieszkańcami tzw. rozwiniętych krajów świata.
W ten sposób zamiast odbudowywania — zgodnie z wizją Mistrzyni Karmelu — mieszkań twierdzy wewnętrznej, mamy wręcz do czynienia — jakby w przeciwstawieniu — z utwierdzaniem człowieka zewnętrznego.
Psycholodzy od dawna ostrzegają, że presja społeczna, by osiągać za wszelką cenę sukces, sprzyja kształtowaniu osobowości narcystycznych dążących do realizowania egoistycznych celów; że konsekwencją skupienia się głównie na sobie jest emocjonalna martwota, brak wrażliwości, a tym samym niezdolność do prawdziwej miłości.
Trzydzieści lat temu tak pisała Jolande Jacobi: „Młodzież, obrazoburcza jak nigdy w dziejach, pozbawiona busoli i steru pada ofiarą wszystkich możliwych haseł, bo brak jej żywych wzorców. Młodzież, która nie dojrzewa, dorośli, którzy się nie starzeją, starzy, którzy za wszelką cenę chcą być młodzi — tak bez szminki wygląda oblicze naszych czasów!”.
Do tej opinii psychologa dodajmy jeszcze obraz wyłaniający się z badań socjologów czy ekonomistów. Można go — według Andrzeja Grzegorczyka — naszkicować następująco: „wszyscy przemocą dążą do swoich zysków i do władzy, nikt z własnej woli nie liczy się z interesem innych, nie ma bezinteresowności i współczucia poza grupami wspólnej korzyści lub na nic nie znaczącym marginesie świętych i dziwaków, którzy — jak wiadomo — nie zmieniają mechanizmów społecznych. Walka między ludźmi jest bezwzględna. Stanowi ona konieczność życiową […] Aby nie zginąć, trzeba samemu urosnąć w siłę lub sprzymierzyć się z tymi, którzy są mocni”…
W przeciwieństwie do tak zarysowanej deterministycznej opcji autor Filozofii czasu próby poszukuje indeterminizmów ludzkiego losu. Próbuje odnaleźć „stopnie swobody, czyli punkty, w których dobra wola ludzi, indywidualny wysiłek i właściwe wychowanie mogą przeciwstawić się negatywnemu zdeterminowaniu”.
Ku temu, co trudniejsze
Pójdźmy podobnym, co Andrzej Grzegorczyk tropem, ale nie w płaszczyźnie dialogu z myślą współczesnych uczonych, lecz poprzez wskazanie absolutnego punktu swobody, którym dla św. Teresy jest wcielony Syn Boży. Będzie to więc dialog przede wszystkim w sferze wiary, która — zgodnie ze scholastyczną formułą — szuka zrozumienia.
Troska o duszę, o utrzymanie wewnętrznego ładu jest trudna nie tylko dla nas, współczesnych. Była bowiem i będzie we wszystkich epokach zadaniem niełatwym. Zdajemy sobie przecież sprawę, że rodzi się z ogromnego zaangażowania, wymaga skupienia i cierpliwości. Mówiąc krótko — wymaga zdyscyplinowania całej egzystencji. Pamiętamy w związku z tym słowa św. Pawła: „wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę” (Rz 7, 22).
Aby to w pewien sposób zilustrować, przytoczę krótkie opo wiadanie z IV w. p.n.e. o chińskim mędrcu nawadniającym ogród. Czerpał on wciąż wodę z głębokiej studni za pomocą przymocowanego do liny naczynia. Widząc jego trud, przechodzący obok młody wędrowiec zaproponował dla ułatwienia zastosowanie wału z korbą. Na co mędrzec Czuang odpowiedział: „Jeśli ktoś posługuje się maszynami, to wszystkie swoje sprawy załatwia jak maszyna, nabywa mechanicznego serca. A jeśli ktoś ma w piersi mechaniczne serce, to traci czystą prostotę. Kto utracił czystą prostotę, staje się niepewny w poruszeniach swego ducha. Niepewność w poruszeniach ducha jest zaś czymś, co się nie zgadza z prawdziwym sensem. Nie jest tak, jakobym tych rzeczy nie znał: ja wstydzę się nimi posługiwać”.
Obecne uwikłanie naszej egzystencji w sieć sprawnie działających mechanizmów postąpiło już jednak tak dalece, że tylko nieliczne jednostki byłyby w stanie przyjąć w pełni radę mędrca.
Przecież nawet wiedza, którą zdobywamy, a która narasta w lawinowym tempie, jest wykorzystywana przede wszystkim instrumentalnie. Chociaż zdajemy sobie sprawę, że procesy wychowania i edukacji powinny mieć na względzie kształtowanie umysłu czy też kształtowanie człowieczeństwa we wszystkich jego aspektach, to jednak pod pręgierzem zewnętrznych przemian nie jesteśmy już w stanie sprostać tak podstawowym wymogom.
Obserwujemy raczej wystawianie wiedzy niejako na sprzedaż. Przecież dostęp do najważniejszych informacji sprzyja zyskowi i daje władzę. Zauważamy, że w pogoni za nimi człowiek często nie tylko traci siebie, ale i gubi innych.
Dlatego Jan od Krzyża, spowiednik duchowych córek Teresy od Jezusa, zaleca każdemu, kto pragnie wytrwać w odkrywaniu prawdy, aby usiłował „zawsze skłaniać się: nie ku temu, co łatwiejsze, lecz ku temu, co trudniejsze” (DGK I, 13, 6). Doktor Mistyczny jest świadom tego, że zmysłowy człowiek ciąży ku temu, co łatwiejsze, i w dalszej perspektywie wygodniejsze; że w podjętych działaniach domaga się natychmiastowego i namacalnego efektu. Zmysłowa natura bowiem nie jest cierpliwa i karmi się szybką, aktualnie pożądaną zmiennością bodźców.
Wiadomo, że postęp naukowo-techniczny umożliwił stworzenie środowiska, w którym ludzie coraz pełniej mogą zaspokajać swe naturalne potrzeby, mając poczucie uwolnienia od rozmaitych niedogodności. Poza tym w miarę sprawne funkcjonowanie wszystkiego, co nas otacza, jakby uwalnia człowieka od niezbędnej przecież w wielu sferach życia odpowiedzialności.
Czy za ponętną otoczką dobrobytu nie ukrywa się jednak strach. Albo czy planowanie jeszcze szybszego tempa ekonomicznego wzrostu nie wynika z potrzeby tłumienia coraz głębiej spychanych w podświadomość egzystencjalnych lęków.
Szybsze tempo takiego wzrostu wiąże się z większą intensywnością zmysłowo doświadczanych, zewnętrznych zmian. Powoduje to wrażenie, że szybciej upływa czas. Wraz z tym zachodzi jednak gwałtowne wykorzenianie się z tego, co przez wieki było dla człowieka ważne. Wydaje się jakby krok za krokiem w ciągłej — nie wiedzieć za czym — pogoni odbierane były istocie ludzkiej możliwości zakorzenienia, wszelki niezbędne w życiu punkty oparcia…
Pomimo bolesnych doświadczeń ubiegłego stulecia nadal więc żyjemy nadziejami, że to postęp cywilizacyjny umożliwi rozwiązywanie wszelkich problemów. Tradycyjne religie i ich instytucje traktowane są jako przeżytek, świat przeszłości, który w świadomości współczesnego człowieka jest najczęściej czymś jałowym. Wielu przecież przyjmuje, że Boga nie ma, a ci, którzy jeszcze wierzą, uznają najczęściej, że w sprawy tego świata Bóg nie ingeruje.
Jak zatem w dzisiejszych warunkach można utrzymywać, że Jezus jest niezmiennie wzorcem człowieczeństwa, że jest ten sam wczoraj i dziś, i na wieki, że — jak właśnie dla św. Teresy — króluje On w najgłębszej komnacie naszych serc…
Pamiętajmy, że w XVI wieku Teresa także doświadczała silnych wewnętrznych rozterek. W ten sposób pisze o tym w Księdze życia: „Ani się Bogiem nie cieszyłam, ani nie miałam zadowolenia ze świata. […] Jest to wojna tak ciężka, że nie rozumiem, jak mogłam ją wytrzymać choćby jeden miesiąc, a cóż dopiero przez tyle lat. […] Z jednej stronny Bóg mnie wzywał, z drugiej — ja szłam za światem. […] Cierpiałam wielkie rozdarcie wewnętrzne, bo duch we mnie nie był panem, jeno niewolnikiem” (Ż 8, 1; 7, 11).
Kiedy ten czas zmagań minął i gdy mocno zawierzyła Bogu, podjęła pracę nad zakładaniem żeńskich klasztorów karmelitańskich, a wreszcie trud wielkiej reformy zakonu. Wówczas nastały nowego rodzaju zmagania powodowane nagłymi przeciwnościami i doświadczaniem niespodziewanych szyderstw.
Nękana na różne sposoby zwróciła się więc w modlitwie do Jezusa. „On w boskiej łaskawości swojej — wyznaje św. Teresa — raczył mnie pocieszyć i dodać mi odwagi. Rzekł mi, że poznam, jak wiele ucierpieli święci założyciele zakonu; że dużo większe jeszcze, i takie, jakich ani przedstawić sobie nie zdołam, czekają mnie prześladowania; ale o to nie powinnam się troszczyć” (Ż 32, 14).
Każdy, kto czyta Twierdzę wewnętrzną, może odczuć aurę spokoju, jakim tchną myśli Teresy. A przypomnijmy, że okres, kiedy — w imię zakonnego posłuszeństwa — spisywała mistyczną wizję, był prawdopodobnie najtrudniejszy. Reformę terezjańską przestał wspierać generał zakonu. Nie nazywał już wtedy Teresy swoją córką (F 2, 1), gdyż zaufał bardziej jej oszczercom. Były nawet chwile, w których wydawało się, że reformie zagraża niebezpieczeństwo całkowitego niepowodzenia.
Jak wiemy, Teresa kończy pisanie Twierdzy na kilka dni przed pojmaniem Jana od Krzyża i osadzeniem go w mrocznej celi klasztoru w Toledo.
Zatem w kontekście tych zdarzeń dojrzałe dzieło Mistrzyni Karmelu stanowi ważne świadectwo prawdy o Synu Boga żywego, który daje pokój, jakiego świat dać nie może.
Ostateczna próba
Dodajmy, że Jezus przynosi na ziemię — jak sam mówił — miecz (por. Mt 10, 34), rozłam (Łk 12, 51). Ostrzega nas poza tym, żemuszą przyjść zgorszenia (por. Mt 18, 7; Łk 17, 1).
Z drugiej strony jednak wiemy, że wszędzie tam, gdzie tryumfuje zło, tym bardziej rozlewa się łaska (por. Rz 5, 20). A zatem na naszych oczach misterium wcielonego Słowa powinno się stawać bardziej brzemienne w wyraźne znaczenie. Jeśli bowiem Jezus przyszedł, by dać świadectwo prawdzie i jeśli nie ma nic zakrytego, co by ostatecznie nie miało stać się jawne, więc paradoksalnie — im bardziej tryumfuje człowiek zewnętrzny, tym czytelniejsze powinny być znaki czasu dla tych, którzy pomimo wszystko wytrwalebudują swe wnętrze.
W jednym z apoftegmatów przekazanych w Księdze Starców czytamy o tym jak pewnego razu święci ojcowie „usiłowali odgadnąć, jak się będzie przedstawiało ostatnie pokolenie. I pytali: «Czego myśmy dokonali?». Jeden z nich, wielki abba Ischyrion, odpowiedział: «Myśmy wypełnili przykazania Boże». Oni na to: «A ci, co przyjdą po nas, jacy będą?». Odrzekł: «Ci dojdą do połowy naszej miary». Pytali go więc dalej: «A ci, co będą jeszcze później?». Odpowiedział: «Ich pokolenie nic w ogóle nie osiągnie. Ale przyjdzie na nich próba: I ci, którzy w owych czasach wyjdą z próby zwycięsko, zostaną uznani za większych i od nas, i od naszych ojców»”.
Materiały z III Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa mistrzynią życia duchowego. Kraków 2000.








