Teresa i tajemnica Maryi
7 listopada, 2016
Choroba i samotność
7 listopada, 2016

W nocy wiary

Profil jej doświadczenia

o. Emmanuel Renault OCD

„Cóż wie człowiek, który nie był doświadczany?” To zdanie Syracydesa (34,10) wyraża rzeczywistość ludzkiego doświadczenia, według której nikt nie może dojść do prawdziwego poznania siebie i świata, do odpowiedzi na plan Boga w stosunku do swojej osoby, jeżeli nie zgodzi się przejść przez ogień doświadczeń, za przykładem i na wzór Chrystusa.

Pismo święte mówi więc o „doświadczeniach” jako o niezbędnym przejściu ku życiu, o koniecznym warunku sprawdzenia wartości wiary (1P 1,7), niezbędnym do odkrycia prawdy (1 Kor 11,19) i utwierdzenia się w pokorze (1 Kor 10,12-13). Doświadczenia mogą jednak stać się „pokusami”, poprzez użytek, jaki może zrobić z nich Szatan (por. Dz 5,3; 1 Kor 7,5; 1 Tes 3,5). Bóg nie jest autorem pokus, ale dopuszcza je, jak testy nałożone na człowieka, aby przez tajemnicę Krzyża mógł on przeniknąć w Jego Tajemnicę.

Teresa doświadczyła tych właśnie „prób-pokus”, w szczególności pod koniec życia, cierpiąc z powodu podwójnej konfrontacji ze śmiercią: śmiercią fizyczną, która niszczyła nieodwracalnie jej ciało dwudziestoczteroletniej dziewczyny, i śmiercią duchową, zagrażającą życiu jej duszy. Aby właściwie ocenić rozmiary i warunki walki, jaką musiała stoczyć w tej wielkiej końcowej próbie swojej wiary, trzeba byłoby usytuować ją ponownie w kontekście jej śmiertelnej choroby, kontekście, który przedstawimy w następnym rozdziale.


W czerwcu 1897 roku, na trzy miesiące przed śmiercią, Teresa mówi: „W radosnych dniach wielkanocnego czasu, Jezus dał mi odczuć, że istotnie są dusze pozbawione wiary, które przez nadużywanie łask utraciły ten cenny skarb, źródło jedynej radości czystej i prawdziwej” (C 5v).

Trzeba zauważyć, że to poznanie świata dusz pozbawionych wiary nie zostało jej dane jako duchowa iluminacja, która miałaby jej otworzyć nowe perspektywy i ożywić tym samym jej apostolską gorliwość. Tak było w przypadku świętej Teresy z Avila, którą wizyta ojca Maldonado, powracającego z Meksyku franciszkanina, rozpaliła na nowo gorliwością na wieść o „milionach dusz, które giną tam z winy złego nauczania” (Fundacje 1,7).

Teresa wiedziała już wcześniej, że istnieją „bezbożni bez wiary”, gdyż bratanica jej ciotki, pani Guerin, Małgorzata Maudelonde, poślubiła zagorzałego ateistę, pana Tostain, przedstawiciela Prezydenta Republiki w Lisieux. Jednak, w swej „żywej i jasnej wierze” sądziła, że „negowali oni istnienie Nieba wbrew temu, co myśleli”, dla niej bowiem Niebo było taką oczywistością, że niemożliwym zdawało się, że dusza prawa i szczera mogłaby go nie uznać: „myśl o Niebie napełniała mnie szczęściem” (C 5v).

1 oto, nagle, dane jest jej poznać, nie zewnętrznie, lecz w sposób najgłębszy, doświadczalnie, ten świat dusz pozbawionych wiary; zanurza się w nim: „Pozwolił On, aby duszę moją spowiły najgęstsze ciemności, że myśl o Niebie, tak dla mnie słodka, stała się przedmiotem walki i udręki…” (C 5v). Teresa nie podziela uczuć ateistów i renegatów – znajdzie się w ich towarzystwie wbrew sobie; Jezus dał jej „odczuć”, jedynie odczuć, że naprawdę istnieją dusze, które spowijają takie ciemności ducha. To uświadomienie sobie dramatu niewierzących będzie pogłębiało się w sercu Teresy tygodniami i miesiącami, gdyż jej „próba nie miała trwać kilka dni czy kilka tygodni…”. Pisząc to, nie wiedziała jeszcze, że będzie trwać dokładnie 16 miesięcy i 25 dni, to jest aż do śmierci!

Chodziło o próbę, nie rzędu moralnego, uczuciowego czy psychologicznego, czyli o przejściowy kryzys, jakich doświadcza dziś wielu chrześcijan, ale rzędu teologalnego, nałożoną przez Boga, aby oczyścić jej wiarę z tego, co było w niej, jak sama przyzna, „zbyt przyrodzone”, aby oczyścić jej „pragnienie Nieba od wszelkiej przyrodzonej radości” (C 1v).

Dla Teresy, jak dla każdego chrześcijanina, motywacja wiary nie zawsze jest motywacją nadprzyrodzoną: mniej lub bardziej, a prawie zawsze, mieszają się do niej elementy naturalne, które pomniejszają czystość wiary, jej siłę, a zatem jej zdolność „dotykania” Boga takim, jaki jest. Dlatego konieczne są te oczyszczenia, które święty Jan od Krzyża opisał w Drodze na Górę Karmel.

Ale Pan, w Swojej pedagogii pełnej mądrości i miłosierdzia, zsyła owe oczyszczenia jedynie tym, którzy się na nie godzą; poprzedza je długie i cierpliwe przygotowanie .Teresa zrozumiała to, pisząc: „Zesłał mi to doświadczenie dopiero wtedy, kiedy miałam już siły je unieść”, i dodając: „wiem dobrze, że wcześniej przywiodłoby mnie ono do zniechęcenia” (C 7v). Zauważmy, że nie mówi „do wątpienia”, lecz jedynie „do zniechęcenia”! Oznacza to, że jej wiara, „tak żywa, tak jasna”, jest już na tyle utwierdzona, że nie ma ryzyka, że pogrąży się w niewierze. Według zamierzeń Boga, miała przejść przez to ostatnie oczyszczenie jak złoto w tyglu (por. 1 Kor 1, 12-13), tak jak musiała przejść przez nie Maryja, Matka Boga.

Dlatego właśnie musimy stwierdzić, że o ile próba wiary spadła na Teresę nagle, jak burza na spokojne wody czy grom z jasnego nieba, była ona jednak poprzedzona pewnymi znakami, podobnie jak jej pierwszy krwotok w noc z drugiego na trzeciego kwietnia 1896 roku, poprzedzony został częstymi bólami gardła i piersi. To nie przypadek, że pierwsze objawy gruźlicy zbiegają się praktycznie z jej wejściem w noc wiary (noc następna, 5 kwietnia)! Jak gdyby jej fizyczne cierpienia, wzrastające stopniowo aż do niemożliwych do wytrzymania, miały towarzyszyć i pogłębiać jej duchowe cierpienia, i to aż do śmierci, by doprowadzić ją, poprzez heroiczną cierpliwość, do postawy wiary ogołoconej z wszelkiego śladu „przyrodzonej radości”.

Ciemności

„Jakie to dziwne i bez związku!” (DE 3.7.3) – ten okrzyk świętej uprzedza nas, że niemożliwym jest ostateczne zrozumienie natury i różnorodnych postaci próby wiary w duszy. Dla samej duszy jest to tajemnicą.

Życie wiary jest rzeczywistością prostą i złożoną. Prostą w swym ruchu skierowanym do Boga. Złożoną w swych składnikach: wewnętrznym i zewnętrznym świecie osoby. Gdy w duszy rodzi się wątpliwość, wiara atakowana jest u swych korzeni i wątpliwość ta odbija się na całym życiu, tym mocniej, jeśli drzewo wiary oplotło głębiej swymi korzeniami i gałęziami nasze istnienie. Jest zatem zrozumiałe, że pokusy te, postępujące w ruchu życia, zdają się rozwijać bez logicznego porządku. Stąd też wrażenie niespójności i trudności w zrozumieniu i przekazaniu tego, co doświadczają, dla tych, którzy poddawani są próbie. „Próba duszy, której niepodobna zrozumieć”, twierdzi Teresa (DE 21/26.5.10). Ostrożnie zatem i w miarę naszych skromnych możliwości spróbujemy opisać, a następnie zanalizować osobistą walkę, jaką stoczyła święta.

W Rękopisie C, napisanym na trzy miesiące przed śmiercią (czerwiec 1897 roku), Teresa ucieka się do porównania, by wyjaśnić swój stan: „Przypuśćmy, że urodziłam się w krainie gęstej mgły i nigdy nie podziwiałam radosnego widoku natury” (C 5v). To doktryna teologiczna, pewna i wyrażona w prostych zwrotach. Wiara już sama w sobie jest nocą, gdyż nie może posiadać oczywistości Bożych rzeczywistości. Te ostatnie, „cudowności”, o których słyszeliśmy, nie są „bajką”, lecz „prawdą niezbitą, bo Król tej słonecznej ojczyzny przyszedł do krainy ciemności, aby żyć w niej przez trzydzieści trzy lata” (ibidem). W ten sposób, ciemność wiary oświetlana jest dla duszy jakby „jasną pochodnią” (C 6r). Święty Piotr mówił o „lampie, która świeci w ciemnym miejscu” (2P, 1,19). Próba polega więc na tym, że owa noc wiary przechodzi w noc całkowitą: pokusy przeciwko wierze ogarniają maleńki płomyk lub przyciemniają jego blask, spowijając go gęstą zasłoną wątpliwości: „Nagle jednak otaczające mnie mgły zgęstniały, przeniknęły aż do wnętrza mej duszy i spowiły ją”, wyjaśnia Teresa (C 6v).

W liście do siostry Marii od Najświętszego Serca, święta nawiązuje do tego samego zjawiska, porównując się do „małego ptaszka osaczonego przez burzę”. „Zdaje mu się, że nic już nie istnieje oprócz otaczających go chmur”, lecz przecież „wie, że za tymi chmurami zawsze świeci Słońce” (B 5r).

Wiara jest ciągle obecna, ale jej niewidzialne światło” (B 5r) nie jest już postrzegane przez duszę i ta nie odczuwa już „żadnej radości” (C 7r). Ma wrażenie, że weszła w głębszą noc, w inną noc. Zadziwia nacisk, jaki święta kładzie na intensywność tej nowej ciemności. Mówi o „gęstych ciemnościach*, o „mrocznym tunelu” (C 5v); to już nawet „nie zasłona, lecz mur, który wznosi się prawie do nieba…” (C 7v).

W zapiskach poczynionych przez siostry w czasie choroby Teresy, odnajdujemy tę samą charakterystyczną cechę: „… niebo jest tak ciemne, nie widać najmniejszego prze-świtu” (DE 27.5.6). Mówi o „ciemnej dziurze, w której niczego nie można już rozróżnić. (…)Ach! co za ciemności!” (DE 28.8.3). Poezje napisane przez nią w okresie od kwietnia 1896 do czerwca 1897 roku, mówią wyraźnie: „Wsparta, a jednak bez wsparcia żadnego …/ bez światła i w ciemności” (P30, 30 kwietnia 1896); „Gdy westchnienie do Pana ślę, On się uśmiecha / I niknie wiary noc” (P 32, 7 czerwca 1896); „Gdy w sercu moim podnosi się burza” (P 36, 15 sierpnia 1896).

Zwierzenia, które znajdujemy w Ostatnich Rozmowach, świadczą, że próba jej trwać będzie aż do momentu śmierci. Teresa pisze jednak: „To prawda, że czasem nikły promyk słońca rozjaśnia moje ciemności, ale doświadczenie ustaje tylko na chwilę, po czym wspomnienie tego promyka, zamiast mnie pocieszyć, sprawia, że ciemności wydają mi się jeszcze bardziej nieprzeniknione” (C 7v).

Te chwile wytchnienia są efektem chwilowego zaniku wątpliwości: „są jakby w zawieszeniu…” (DE 9.6.3), albo nagłego doświadczenia czułości Boga. Tak, na przykład, przypadkowy widok, w ogrodzie, kury chroniącej pod swymi skrzydłami pisklęta (DE 7.6.1), czy sen, w którym matka Anna od Jezusa upewnia ją o wartości jej „małej drogi” (por. B 2r-v), czy też życzliwość, jaką jest otoczona… To „promień pośród mych ciemności…” (DE 22.7.1). Zdarza jej się przelotnie odczuwać radość: kiedy modli się do Najświętszej Panny (DE 1.5.2), kiedy słucha, jak siostra Teresa od świętego Augustyna opowiada sen, w którym widziała Teresę za „ciężkimi czarnymi drzwiami” (DE 1.5.2), czy też kiedy słucha „dalekiej muzyki” (DE 13.7.17).

Te krótkie pociechy nie przywracają jej jednak wewnętrznej radości, której wcześniej doświadczała. I tak, płacząc ze wzruszenia nad wiązanką polnych kwiatów, jaką siostry przyniosły, by uczcić rocznicę jej profesji, mówi: „Co się tyczy tych dowodów delikatności Pana Boga względem mnie, to na zewnątrz jestem obsypywana, a jednak wewnątrz ciągle doświadczenie…” (DE 8.9).

Inne stwierdzenie: O ile próba ta była, w ogólności, ciągłą, osiągała jednak różne stopnie nasilenia. Wydaje się, że narastała stopniowo, aż do największej gwałtowności: „Podziwiam materialne niebo; to drugie coraz bardziej zamyka się przede mną” (DE 8.8.2). Punkty kulminacyjne tej próby to: noc 15/16 sierpnia 1897 roku, w czasie której rodzone siostry świętej bały się, aby nie uległa pokusom i modliły się za nią w sposób szczególny (por. DE), oraz ostatnie godziny jej życia, „To czyste konanie, bez żadnej domieszki pociechy…” (DE 30.9).

Święta doświadcza najpierw uczucia zdziwienia, zaskoczenia. Nie spodziewała się, to przyszło „tak nagle” (C 6v). Uczucie obcości i niezrozumienia, dla niej i dla innych, a zatem samotności: „jeden Bóg może mnie zrozumieć” (DE 11.7.1). Później uczucie zniechęcenia (DE 4.8.4), niepokoju (DE 20.8.10). „Siedząc u stołu zaprawionego goryczą”, spożywa „chleb boleści” i cierpi niewypowiedziane męki wewnętrzne (C 6r).

Pokusy

Gdybyśmy zapytali teraz o istotę jej „próby duszy” (DE, str. 213), usłyszelibyśmy w odpowiedzi, że polega przede wszystkim na „myślach” pełnych wątpienia przeciwko wierze (DE 7.8.4; 10.8.7). Z pewnością, trzeba byłoby tu włączyć te „ekstrawaganckie myśli” (DE 4.6.3), o których nic bliżej nie mówi.

Nawet, jeżeli pozostaje w tym względzie bardzo dyskretna, Teresa daje nam kilka przykładów tych podszeptów ciemności: „Marzysz o światłości, o ojczyźnie napełnionej cudowną wonią, marzysz o wiecznym posiadaniu Stwórcy tych wszystkich wspaniałości, spodziewasz się, że kiedyś wyjdziesz spośród otaczającej cię mgły! Naprzód, naprzód, ciesz się na śmierć, która ci da nie to, czego oczekujesz, ale noc jeszcze głębszą, noc nicości” (C 6v). O wiele więcej powiedziała z pewnością swemu spowiednikowi, księdzu Youf, który odpowiedział jej: „Nie zatrzymuj się na tym, to bardzo niebezpieczne” (DE 6.6.2).

Niepodobna porównywać dusze, zwłaszcza w dziedzinie wiary, gdzie każda z nich zmierza ku Bogu swoją własną drogą. Punkty, których dotyka przede wszystkim ciemność, są tymi, które najbardziej leżały Teresie na sercu, w które najbardziej się zaangażowała. W przeciwnym razie, wątpliwości nie dotknęłyby jej tak boleśnie. Ciekawym zdaje się prześledzić, jak wspomniane tu, w skrócie, tematy, odzwierciedlają uprzywilejowany świat Teresy: światło, „ojczyzna”, zapachy, wieczne szczęście posiadania Boga, stworzenie i jego cuda, ziemskie „wygnanie” i jego smutek.

„Naprzód, naprzód”, szepcze jakiś głos. Cały terezjański dynamizm życia rozumianego jako marsz, a nawet „bieg” ku Bogu, zostaje podjęty tu, z cynizmem, w zaproszeniu do radości, do niedobrej radości zadufanego w sobie serca, które w niczym nie chce pokładać nadziei, lecz zadowolić się nicością: „Ciesz się na śmierć, która ci da nie to, czego oczekujesz, ale noc jeszcze głębszą, noc nicości”. Zauważmy w tej szatańskiej radzie parodię sposobu, w jaki zazwyczaj Teresa umiała przekształcać swe niepowodzenia, rozczarowania i troski w zwycięstwa poprzez pokorną i radosną akceptację woli Boga. Istota pokusy polegała na całkowitym zniszczeniu najgłębszego ruchu „małej drogi” i zaprzeczeniu bezwarunkowemu zaufaniu, jakie leży u jego podstaw. Teresa zrozumiała to, zauważając, że ten przeklęty głos „szydzi z niej”. Trzeba by tu raczej mówić o cynizmie, złośliwej ironii. Zresztą, święta przyrówna te sugestie do „jadowitych wężów” syczących do jej ucha (DE 9.6.2).

Matka Agnieszka opowiada: „Pewnego wieczoru, w infirmerii, zaczęła zwierzać mi się, bardziej niż zazwyczaj, ze swoich trosk. (…) Gdyby siostra wiedziała, mówiła, jakie straszliwe myśli mnie nachodzą! Niech siostra modli się za mnie, bym nie słuchała demona, który chce wmówić mi tyle kłamstw. Podsuwa mi jedno z najgorszych materialistycznych rozumowań: Później, czyniąc bez przerwy nowe postępy, nauka wyjaśni wszystko w sposób naturalny, będzie znała absolutną przyczynę wszystkiego, co istnieje i co dziś stanowi jeszcze problem, gdyż jest jeszcze wiele do odkrycia… Chcę czynić dobro po swej śmierci, ale nie będę mogła! To będzie tak, jak z matką Genowefą: spodziewaliśmy się tylu cudów, a tymczasem… Taka cisza nad jej grobem…” (DE II, str. 471-472).

Widzimy tu, że Teresa nie była wcale odcięta od świata i nie były jej zupełnie obce dyskusje wywoływane przez scjentyzm jej epoki. Pokusa ta dotyczy przekonania świętej, że, tu na ziemi, nie można dojść do „widzenia” całej prawdy (DE 11.8.5). Nie neguje nieograniczonych możliwości nauki w odkrywaniu tajemnic świata, odrzuca jednak podtekst tego twierdzenia, że postęp może zwalniać człowieka od wiary. Tę właśnie insynuację Teresa odrzuca jako kłamstwo i gwałt zadawany jej wolności: te „straszne myśli” wracają jak obsesja, w formie perswazji, pod postacią rozumowania, które „narzuca się” jej duchowi.

Inna negacja próbuje dotknąć jej serca: pragnienie czynienia dobra po śmierci byłoby daremne! Dowód? „Święta” matka Genowefa, założycielka Karmelu w Lisieux, nie dała dowodów na życie „poza”: kompletna cisza nad jej grobem! Po co więc tyle wyrzeczeń, cała młodość stracona na wielkoduszny plan, który okazuje się w końcu iluzją! Pragnąć przychodzić innym z pomocą – co za ułuda!

Matka Agnieszka cytuje inne zwierzenie Teresy, dotyczące jej pokus przeciwko wierze: „Wczoraj wieczorem, ogarnął mnie prawdziwy niepokój, a ciemności spotęgowały się jeszcze. Jakiś przeklęty głos mówił mi: Czy jesteś pewna, że Bóg cię kocha? Czy przyszedł ci to powiedzieć? Nie usprawiedliwi cię przed Nim opinia stworzeń” (DE. str. 572). Pokusa ta nie ma ogólnikowego charakteru, jak pierwsza, dotyka najczulszego miejsca Teresy: miłości Boga do niej. W tej samej linii moglibyśmy umieścić świadectwo ojca G. Madelaine, który spowiadał Teresę w czerwcu 1896 roku: „Jej dusza doświadczała kryzysu ciemności duchowych, w których uważała się za potępioną” (PA 595).

Zdaniem tego spowiednika, miłość Boga do Teresy okazuje się tak bardzo poddana w wątpliwość, że ta ostatnia czuje się odrzucona przez Boga i „potępiona”. Potępienie zakłada jednak życie po śmierci, bo wieczność potępienia zakłada wieczność szczęśliwości! Sprowadzałoby się to zatem do potwierdzenia wiary w Niebo! A przecież, według Rękopisu C, Teresa poddawana była pokusie jego negacji. Czeka na nią jedynie „noc nicości” (C 6v). Jeżeli po śmierci nie ma nic, tak samo nie będzie Nieba jak i piekła. Jak pogodzić te dwa sprzeczne twierdzenia?

Zwróćmy uwagę, że świadectwa ojca Madelaine i matki Agnieszki poprzedzają Rękopis C (czerwiec 1897), w którym święta wypowiada się osobiście. Wspomnieliśmy już, że próba wiary rozwija się u Teresy stopniowo, potęgując się. Z czasem, pokusa staje się bardziej radykalna. W lipcu 1897 roku. powie: „Wszystko dotyczy Nieba” (DE 3.7.3). Czym dokładnie jest dla niej Niebo? Wydaje się, że, przede wszystkim, wieczną szczęśliwością, życiem z Bogiem. Czy wątpliwości obejmują też istnienie samego Boga? Pewne refleksje pozwalają sądzić, że wątpliwość nie dotyczy tego istnienia, lecz raczej przetrwania duszy. A zatem, Bóg istniałby, ale nie zajmowałby się ludźmi! „A gdybyś nawet, co jest niemożliwe, i Ty nie miał wiedzieć o moim cierpieniu…” (C 7r). Stanowisko to może wydać się nielogiczne. Jak można twierdzić, że to niemożliwe? „Niepodobna mi zwierzyć się siostrze ze wszystkich moich niepokojów”, powiedziała kiedyś matce Agnieszce, „bałabym się, wyrażając słowami takie myśli, obrazić Dobrego Boga. Ja, która tak bardzo Go kocham! Ale to wszystko jest takie niespójne” (DE, str. 451). Niespójność jej wewnętrznego stanu przebija z zeznania złożonego przez siostrę Teresę od świętego Augustyna w Procesie Apostolskim: „Powiedziała mi: Gdyby siostra wiedziała, w jakich ciemnościach jestem pogrążona. Nie wierzę w życie wieczne. Zdaje mi się, że po tym ziemskim życiu nie ma już nic: wszystko dla mnie zniknęło, pozostaje mi już tylko miłość” (PO 402).

„Pozostaje mi już tylko miłość”! Czy miłość Boga może przetrwać bez wiary? Jak dom może utrzymać się, jeżeli braknie mu fundamentów? Otóż, jest prawie pewne, że w zamęcie swym, miłość Teresy do Boga nie poniosła najmniejszego uszczerbku: „Kochać tak bardzo Boga i Najświętszą Pannę i mieć jednocześnie takie myśli!…” (DE 10.8.7). Musiała szukać zrozumienia tego zjawiska, bo proponuje odpowiedź znalezioną we fragmencie Rozważań Naśladowania: „Pan Nasz w Ogrodzie Oliwnym zażywał wszystkich rozkoszy Przenajświętszej Trójcy, a jednak nie pomniejszyło to męki Jego konania. Zapewniam cię, że rozumiem coś z tego przez to, czego sama doświadczam” (DE 6.7.4).

Czy zdawała sobie sprawę, że posiadała dowód mocy i żywotności swojej wiary? Prawdą jest, według wyrażenia biskupa Combes, że „miłość Teresy uratowała jej wiarę”; można byłoby jednak odwrócić to twierdzenie i powiedzieć, że to wiara Teresy uratowała jej miłość! To właśnie jej „żywa wiara”, w swej egzystencjalnej jedności, odparła oblężenie wątpienia. A może trzeba po prostu stwierdzić, że stajemy w obliczu tajemnicy każdej próby wiary, a w szczególności wobec tajemnicy duszy terezjańskiej.

Bezkompromisowy opór

Pojęcie „walki”, użyte przez Teresę, dobrze określa jej reakcję wobec oblężenia wątpliwości. Nie zadowoliła się biernym znoszeniem zamętu, lecz mężnie walczyła, stosując – kolejno lub jednocześnie – cztery „systemy” obronne: bezkompromisowy opór, taktykę „ucieczki”, afirmację swojej wiary, zdanie się na Boga.

Obrazem, który natychmiast nasuwa się wobec postawy Teresy przyjętej przez nią w nocy wątpliwości, jest obraz dobrze bronionej fortyfikacji. Zasugerowała go nam najpierw przez wojenne słownictwo, jakiego chętnie używa: żołnierz, wojna, broń, itd (i to nie tylko w tekstach od końca 1896 roku), lecz także poprzez siłę duszy, jakiej dowody daje przez cały okres próby. Rzec można, niezłomna forteca osadzona na skale. Nic nie przeszkodzi jej w „trwaniu mimo wszystko”; nie, „nie zmieni miejsca” (B 5v).

Jej stałość jest niezmienna. Teresa zdradza raz gwałtowność ataków „nieprzyjaciela” (C 7r), wypowiadając, wbrew sobie, napastującą ją wątpliwość: „Jeżeli nie ma życia wiecznego… Lecz chyba jest… a nawet na pewno!” (DE 5.9.1). Nie chodzi tu o szczelinę w murze obronnym, gdyż natychmiast odpiera „chyba”. Nie chciała oddać „nieprzyjacielowi” (C 7r) najmniejszej części prawdy otrzymanej i przechowywanej w wierze. Broni się ze wszystkich sił. Pewnego ranka, po szczególnie trudnej nocy, zwierza się: „Odparłam wiele pokus…” (DE 6.8.1).

Bezkompromisowy opór Teresy jawi się nam o tyle mężniejszym, że jej próba wiary trwała długo, była bardzo gwałtowna i rozpoczęła się tak nagle. Teresa nie zaznała powolnego zapadania zmroku, w którym prawdy wiary powoli zacierają się, by przerodzić się niepostrzegalnie w noc, jak tego doświadczył Renan. Coś takiego nie mogło przydarzyć się Teresie: to było niemożliwe. Niemożliwe z powodu jej czujności i żywotności wiary. „Stałam się podobna do strażnika obserwującego nieprzyjaciela z najwyższej baszty warownego zamku” (C 23r). Poza doświadczeniami wiary, o których mówiliśmy, liczne cierpienia, którym musiała stawić czoła w ciągu swojego życia, zwłaszcza choroba ojca, wprowadziły ją w wewnętrzną walkę, umacniając ją coraz bardziej w wierze w Boga i w niezachwianej do Niego ufności.

Prawdą jest, że miała szczęście wyrosnąć pośród wyjątkowej wiary; jakże jednak wiara jej, aby utwierdzić się, aby zdobyć tę siłę i dojrzałość, jakie u niej stwierdzamy, aby pozostać „żywą i jasną”, mogła uniknąć walki z tysiącem sposobności do wątpienia i niewiary, do których każde życie, nawet najbardziej chronione, stwarza okazje? Ta, która „zawsze szukała tylko prawdy” (DE 30.9), nie omieszkała napotkać na swej drodze trudności, jakie odsłoniły przed nią obserwacja otaczającego świata, osobiste refleksje nad otrzymaną nauką i jej własne odkrycia… Wydaje się, że dostrzegła pewne problemy… Żałuje, że nie może podzielić się odkryciami na temat tłumaczeń Pisma Świętego, które uważa za niedoskonałe (DE 4.8.5). Wiemy, z jaką gorliwością szukała przez całe życie pogłębienia prawd wiary, na długo przed lekcjami katechizmu księdza Domin, który nazywa! ją swoim „małym doktorem” (A 37v).

Książka ojca Arminjon dała jej pogłębioną znajomość „tajemnic przyszłego życia” (A 47r). Przede wszystkim jednak, niestrudzenie karmiła się Ewangelią.

Solidna i substancjalna formacja, pozbawiona ciekawskości i spekulacji intelektualnych, składała się na ów żywy skarb, którego broniła z taką zaciętością i odwagą. Pełni jej zaangażowania w wierze odpowiadała zazdrośnie strzeżona integralność tej ostatniej. Teresa wszystko oparła na Bogu. Nieustannie pielęgnowana, tworząc jedno z całą jej istotą, stawszy się jej własną substancją, wiara Teresy zdobyła silę żywotnego, zdrowego i w pełni rozwiniętego organizmu. Nic dziwnego, że sprawia wrażenie niezdobytej cytadeli. Jej głębokie zakorzenienie w Chrystusie i jej czujność dawały jej ową solidność domu zbudowanego na skale, o którym mówi Ewangelia (Mt 7, 24-27).

Taktyka „ucieczki”

Drugi „system” obronny przyjęty przez Teresę wobec pokus przeciwko wierze, polega na „ucieczce”: „W każdej nadarzającej się okazji, kiedy mój nieprzyjaciel chce mnie sprowokować do walki, dowodzę mojej dzielności; wiedząc bowiem, że tchórzostwem jest pojedynkować się, odwracam się plecami do mego przeciwnika nie racząc nawet spojrzeć na niego” (C 7r).

Dlaczego pojedynek miałby być tchórzostwem? Czy, przeciwnie, nie trzeba odwagi, by zaryzykować swoje życie? Aby zrozumieć myśl Teresy, trzeba spojrzeć na nią z jej perspektywy. Zgodzić się na pojedynek, a więc na zagłębienie się w wątpliwościach dotyczących wiary, to przyjąć grę przeciwnika, to uznać wartość jego racji, to, być może, po cichu, nasycić ów „instynkt śmierci”, który popycha czasem poddawaną próbie istotę do samobójstwa. Pojedynkować się, to już skapitulować, to obrazić Boga, to zaprzeczyć Mu poprzez odmowę swego zaufania. Ostatecznie, zgoda na pojedynek oznacza tchórzostwo, oznacza bowiem zdradę Boga i ucieczkę przed prawdziwą walką, o wiele trudniejszą, gdyż nie dającą nic naturze a żądającą bezwarunkowego oddania się. Czyż prawdziwą walką nie jest walka Jakuba z aniołem? Teresa postanawia więc, „w każdej nadarzającej się okazji”, uciekać przed proponowanym jej kompromisem i związaną z nim kapitulacją. Uważa, że rozsądniej jest „nie narażać się na walkę, kiedy jest się pewnym przegranej” (C 15r). Oznacza to, że nie chce zatrzymywać się na „tych myślach” (DE 10.8.7), które podsuwa jej „przeklęty głos” (DE, str. 526); „odwraca się do nich plecami nie racząc spojrzeć im w oczy”, wiedząc, że byłoby nie tylko bezużytecznym lecz i wysoce „niebezpiecznym” przyglądać się im z bliska, dyskutować o nich, by ocenić ich zasadność. „Niech siostra będzie spokojna, nie będę narażać mojej biednej głowy na ten zamęt” (DE 6.6.2).

Może się nam wydawać, że stosowała już wcześniej „taktykę ucieczki”, wystrzegając się tego zagrożenia dla integralności swojej wiary, jakim były owe chytre „jeżeli” i „być może”. Nie zmienia to faktu, że gorąco pragnęła większego zrozumienia swojej wiary: przecież zawsze „szukała tylko prawdy”. Jej niezwykle pewny nadprzyrodzony instynkt pomógł jej jednak uniknąć zasadzki intelektualnego poszukiwania karmiącego się samym sobą i zniewolonego tym, że bardziej poszukuje siebie aniżeli prawdy. W przypadku Teresy nie ma ani śladu zuchwałości czy brawury; nie wybiega przed przeciwnika, to on zjawia się, by ją „prowokować”. Nie przyszłoby jej do głowy wymyślać samej te trudności, sprowadzać je do intelektualnej gry, gdyż nigdy nie znosiła „udawania” (DE 7.7.4; 13.7.7). „Ach! nie udaję, ja naprawdę niczego już nie widzę!” (DE 15.8.7).

Inny znamienny fakt. Pokusy jej nie wynikały z motywacji, która, z istoty swej, pozostawałaby w stosunku do wiary zewnętrzną, a więc: niekompletny charakter przedstawionych informacji, karykaturalne nauczanie czy ogólne poddanie w wątpliwość, spowodowane sytuacją Kościoła czy społeczeństwa, czy nawet, w szczególnych przypadkach, jakiś skandal. Od dawna już zmysł wiary pozwolił Teresie rozróżnić i uchwycić istotę swoich prób. Dlatego właśnie, „przeciwnik” atakuje ją bezpośrednio w tym, co najistotniejsze. Teresa wie, że pokusa nie jest grzechem, że przeszkoda, aby przekształcić się w wątpliwość, musi przejść najpierw przez wolne i świadome przyzwolenie, przez pozytywną akceptację. „Tysiąc przeszkód nie tworzy jeszcze wątpliwości”, mawiał kardynał Newman. Troska świętej o to, by nie „obrażać Boga”, jest tak wielka, że boi się nawet opisywać swoje wewnętrzne cierpienia: „Nie chcę dalej pisać z obawy, aby nie zbluźnić… lękam się, że już i tak za dużo powiedziałam…” (C lx). „Bałabym się, wyrażając słowami podobne myśli, obrazić Dobrego Boga” (DE, str. 451).

Można dopatrywać się innej przyczyny jej milczenia i ostrożności w tym, że chciała ustrzec swoje otoczenie przed zarażeniem go swą „chorobą”. Siostra Genowefa powie na Procesie Apostolskim: „Nie mówiła o tym nikomu z obawy zarażenia innych swoim wewnętrznym zamętem” (PO 276). Siostrze Marii od Najświętszego Serca odpowiedziała w sposób ogólnikowy i zmieniła temat rozmowy: zrozumiała wówczas, że nie chciała jej o niczym mówić „z obawy, że ta mogłaby zacząć podzielać jej wahania” (PA 813). Ojcu Madelaine powie: „Staram się, by nikt nie cierpiał z powodu moich trosk” (PA 559).

I, w końcu, Teresa stosowała do tego ekstremalnego przypadku jedną z zasad swojej małej drogi: „Jaką ulgę przynosi i ile sił daje to, że nie mówi się nic o swoich ciężarach” (DE, str. 305). Nie chce rozczulać się nad sobą, szukać dolorystycznych pocieszeń, bo, w głębi, jest już od siebie oderwana.

Afirmacja swojej wiary

Teresa nie zadowoliła się energicznym odpieraniem ataków przeciwnika, a swą taktykę ucieczki stosowała jedynie po to, by samej z kolei atakować, afirmując odważnie swoją wiarę w prawdzie, którą „te myśli” chciały poddać u niej w wątpliwość. „W każdej nadarzającej się okazji walki (…) biegnę do mego Jezusa i mówię Mu, że jestem gotowa wylać ostatnią kroplę krwi dla wyznania tej prawdy, że Niebo istnieje” (C 7r).

To swoiste odnawianie pełni oddania się Bogu, Jezusowi, poprzez czynienie aktów wiary, mnożonych tyle razy, ile zachodzi taka potrzeba: „Sądzę, że w ciągu tego roku wzbudziłam w sobie więcej aktów wiary niż w ciągu całego mojego życia” (C 7r). Po nocy, w czasie której pokusy były bardziej natarczywe: „Ach! zrobiłam wiele aktów wiary…” (DE 6.8.1). Rozmawiając z matką Agnieszką o „tych mrocznych myślach”: „Oczywiście, są jeszcze cały czas, ale, mimo ich obecności, nie przestaję robić aktów wiary” (DE, str. 526).

W czasie agonii, kiedy cierpienia dochodzą do szczytu, stara się jeszcze walczyć wydając ten okrzyk: „Mój Dobry Boże!… Jesteś taki dobry!… Tak, jesteś dobry! Wiem o tym!” (DE 30.9).

Kiedy indziej, mnoży akty wiary mówiąc pogodnie: „Kiedy będę w Niebie…” (np. DE 27.6), mówiąc Bogu, że Go kocha (DE 30.7.8), czy robiąc znak Krzyża, co kosztuje ją wiele wysiłku (DE 31.8.3). Ze wzruszeniem całuje swój krucyfiks (DE 2.8.5; 19.8.3). Zdarza jej się nawet „głośno śpiewać w sercu: Po śmierci życie jest wieczne” (DE 15.8.7). Nalega, by pozwolono jej przyjąć sakrament namaszczenia chorych i okazuje swą radość, gdy zostaje wysłuchana (DE 30.7.18). Będzie rozczarowana, że nie może spowiadać się u księdza Youfa (DE 6.9.3). Jednak najbardziej zasmuci ją fakt. że, od 19 sierpnia aż do śmierci, pozbawiona będzie Komunii świętej: nie jest zdolna przyjąć najmniejszego kawałeczka Hostii. Wszystkie cierpienia fizyczne, jak i „próbę duszy”, pozwala jej znosić myśl, a raczej pewność pracy dla dobra dusz i działania po śmierci: „Powrócę” (DE 9.7.2).

Reakcja Teresy na wątpliwości zadziwia swą rzeczowością i skutecznością. Zrozumiała, że nie może odwoływać się do żadnej zewnętrznej pomocy. Na uwagę księdza Youfa: „Nie zatrzymuj się na tym, to bardzo niebezpieczne”, odpowiada z humorem: „Mało pocieszające jest to słyszeć” (DE 6.6.2). Kiedy jedna z sióstr, chcąc umocnić ją na duchu, czyta jej piękne teksty, Teresa mówi jej bez ogródek: „To tak, jakby siostra śpiewała!” (DE 23.7.2).

Zrozumiała, że żadne wyjaśnienie, żadna weryfikacja czy racjonalne uzasadnianie, żadne ludzkie dowodzenie nie może jej zwolnić od kroku, którego nikt inny za nią uczynić nie może: „posłuszeństwa wierze” (Rz 16,26) poprzez całkowite przylgnięcie i oparcie się jedynie na Bożym Słowie. Na to jest tylko jeden sposób: umocnić swoją wiarę ćwicząc ją. Wiara, która jest boskim życiem, musi zostać, tak jak życie biologiczne, uruchomiona poprzez konkretne akty. Życie bowiem, jak mówi biologia, otrzymuje swą strukturę poprzez wnętrze.

Teresa nie narzeka, że znalazła się w niewygodnej sytuacji konieczności przylgnięcia do prawdy, której naturalnej oczywistości nie posiada. Zgadza się bez wahania na ciemność wiary: „Więcej pragnęłam nie widzieć Boga i świętych oraz pozostać w nocy wiary, aniżeli inni pragną wszystko widzieć i rozumieć” (DE 11.8.5); „Dopiero w Niebie ujrzymy prawdę o każdej rzeczy. Na ziemi to niemożliwe” (DE 4.8.5). Stara się zatem „nie mając żadnej pociechy wiary (…), przynajmniej pełnić jej uczynki” (C 7r).

W dziedzinie tej nie trzeba zdawać się na uczucia. Teresa wie, że zmieniają się one w zależności od okoliczności i naszego nastroju. Ponadto, nie są odpowiednie do spotkania z Bogiem. Aby znaleźć Go „w duchu i prawdzie”, człowiek musi wydać się w tym, co w nim najgłębsze. Inaczej mówiąc, dusza, poprzez poruszenie swej wolności, musi chcieć wierzyć. Stąd, wobec oblężenia wątpliwości, jasno określona wola Teresy podtrzymywania swojego daru wiary: „Opiewam po prostu to, w co CHCĘ WIERZYĆ” (C 7v), słowa te podkreśliła dwa razy.

Zwróćmy uwagę na dwa szczególne aspekty realizmu terezjańskiego. W swojej walce, Teresa nie szuka forteli. Jej odpowiedź, za każdym razem, jest natychmiastowa: „W każdej nadarzającej się okazji (…) biegnę do Jezusa” (C lx). To cala Teresa! Z drugiej strony, widzimy, jak wspaniale potrafi wykorzystywać wydarzenia, najdrobniejsze fakty do tego, by wznosić się ku Bogu. Posiada sztukę życia chwilą obecną koncentrując w niej całą swą istotę: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy” (DE, str. 327, por. str. 645).

Teresie nie można też zarzucić woluntaryzmu, gdyż ostatecznym powodem jej woli wiary jest miłość. Jakże znamienna okazuje się jej refleksja: „Zniechęciłabym się, gdybym nie miała wiary! Albo raczej, gdybym nie kochała Dobrego Boga!” (DE 4.8.4). Odkrywamy tu tajemnicę niewyczerpanej energii, jaką przejawia Teresa w swojej walce przeciwko pokusom. Walczy, by zachować wiarę, którą kocha, gdyż objawiła jej ona Miłość.

Zdanie się na Boga

Opór, ucieczka, akty wiary i miłości… Teresa jest głęboko przekonana, że nie mogłaby tego praktykować, gdyby nie pomoc łaski. Wie, że wiara sama w sobie jest łaską (por. DE 22.9.6), ale wie też, że pomoc Boga niezbędna jest dla jej zachowania: „Nie przestaję powtarzać Dobremu Bogu: O mój Boże, proszę Cię, zachowaj mnie od nieszczęścia niewierności” (DE 7.8.4).

To ilustracja jej „małej drogi”, która polega na pozostawaniu „małym”, to jest na tym, by nie przypisywać sobie żadnej cnoty, nie uważać się za zdolnego dokonać własnymi siłami jakiegokolwiek dobra, lecz, wprost przeciwnie, na tym, by uznać swoją słabość, posługiwać się nią, by wszystkiego oczekiwać od Boga: „Nie mogę oprzeć się na niczym, na żadnym z moich uczynków, by pobudzić się do ufności” (DE 6.8.4). „Nie polegam nigdy na moich myślach; wiem, jak bardzo jestem słaba” (DE 20.5.1).

Dopóki trwamy w tej postawie ubóstwa, pokory serca, dopóty nie narażamy się na żadne niebezpieczeństwo. Próby, przez jakie trzeba przejść, są zawsze odmierzane przez Boga, który nie pozwala, byśmy byli kuszeni ponad miarę naszych sił: „Dobry Bóg daje mi dokładnie to, co mogę unieść” (DE 25.8.2); „Jeśli się będę dusić, Pan Bóg da mi siłę” (DE 27.7.15).

Z kolei, katastrofa staje się prawie pewna, gdy sądzimy, że sami możemy pokonać trudności: „Rozumiem, że święty Piotr mógł upaść. Ten biedny święty Piotr… Liczył na siebie, zamiast oprzeć się na mocy Pana Boga. (…) Wnioskuję stąd, że gdybym mówiła: 'Boże mój, wiesz dobrze, że zbyt Cię miłuję, aby zatrzymać się na jednej choćby myśli przeciwko wierze’, pokusy moje stałyby się tak gwałtowne, że uległabym im z pewnością” (DE 7.8.4).

Jeżeli udaje jej się trwać, to tylko dlatego, że podtrzymuje ją Bóg. Pomoc ta nie jest jednak odczuwalna; udzielana jest w odpowiednim momencie i w sposób tak tajemny, że Teresa ma raczej wrażenie, że jest kompletnie opuszczona w swojej nocy, w swoich cierpieniach fizycznych i w agonii duszy. Spożywa „chleb boleści (…) u stołu zaprawionego goryczą, z którego jedzą biedni grzesznicy* (C 6r). Doświadcza uczucia opuszczenia przez Boga, jak gdyby stała się niewierzącą. Bez żadnej „pociechy Wiary” (C 7r), pozbawiona nadprzyrodzonych radości miłości, jakie ją wcześniej napełniały, przeżywa psychologicznie to, co przeżywają ateiści. Niebo jest dla niej tak zamknięte… „Nawet święci mnie opuszczają!” (DE 3.7.6). Pocieszenia sióstr nie przyniosą jej ulgi w tym nieopisanym „zamęcie”.

Te wewnętrzne ciemności zdają się stawiać pod znakiem zapytania nie tylko jej przylgnięcie wiary, lecz także, w postaci wątpliwości na temat wierności Boga w dotrzymywaniu Swoich obietnic, jej nadzieję. To, że szczęśliwość Nieba zdaje się iluzją, jest tylko jednym obliczem pokusy; innym, niemniej groźnym, okazuje się niepokój, czy Bóg interesuje się jej duszą, myśl, że zdaje ją na samą siebie w jej śmiesznych wysiłkach w zmierzaniu do osiągnięcia obiecanego celu.

Jeszcze bardziej okazuje się zagrożone, w tej próbie wiary, najcenniejsze dobro świętej: ufność w Miłosierną Miłość. Była ona sercem jej „małej drogi”. Teresa ofiarowała się jako „całopalna ofiara Miłosiernej Miłości Dobrego Boga” (A 84r) i, w postaci „rany Miłości” (DE 7.7.2), zadanej jej wkrótce potem (czerwiec 1895), a także poprzez inne znaki, otrzymała od Niego potwierdzenie przyjęcia tej ofiary. I oto wzajemność tej miłości zdaje się nagle kończyć. Bóg wycofał się po cichu z jej podwójnej nocy. Teresa rozumie, że na opuszczenie przez Boga musi odpowiedzieć Mu całkowitym zdaniem się na Niego, całkowitym powierzeniem się w Jego ręce: „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które nie martwi się o to, co z nim będzie” (DE 15.6.1). Ta charakterystyczna dla niej gotowość, przejawia się w jej słowach jak prawdziwy leitmotiv: „Zdaję się” (DE 10.6), „trzeba się zdać” (DE 25.8.8).

Nadmieńmy, że Teresa doszła do tego całkowitego zdania się na Boga stopniowo: „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” (DE 7.7.3).

Takie zdanie się nie jest ucieczką, lecz ostateczną i bezgraniczną akceptacją woli Boga, jakakolwiek by ona nie była. Chodzi więc o najwyższy stopień wiary, wiary ogołoconej ze wszystkiego, która nie opiera się na żadnej ludzkiej motywacji. Jest to przede wszystkim najczystsza forma miłości, która doszła do swojej pełni, i która wyraża się poprzez ślepe zaufanie do Bożego Miłosierdzia, wbrew temu, co zdaje się mu przeczyć. Nie, Bóg nie opuszcza jej pośród nocy, nie może jej opuścić, nigdy jej nie opuścił: „Kocham Go! Nigdy mnie nie opuści!” (DE 27.7.15). Teresa wyraża niestrudzenie swoją pewność i poprzez to daje najpełniejszą i najbardziej zdecydowaną odpowiedź swoim pokusom przeciwko wierze.

Nigdy nie pozwoli sobie na zapytania dotyczące dobroci Boga, który pozwala, by tak cierpiała. Zamiast oskarżać Go o obojętność, dostrzegać w tym, co się dzieje, Jego okrucieństwo, jak to czynił Hiob, znajduje sposób, by złożyć Mu dziękczynienie, by podziękować Mu za to, czego doświadcza. Co za nadzwyczajne stwierdzenie: „Jakże Bóg musi być dobry, jeżeli dopuszcza, abym tak cierpiała!” (DE 23.8.1). Wie, że On tu jest, że daje jej siłę, by postępować w tym „męczeństwie”, które jest przecież tym „męczeństwem miłości”, którego tak pragnęła. Zrozumiała, że wytrwałość w zawierzeniu staje się miarą jej miłości, i że Bóg oczekuje od niej „więcej dowodów zdania się i miłości” (DE 10.7.14).

Na pytanie o cierpliwość i o świętych, którzy obserwują tę walkę, odpowiada: „Chcą widzieć… przede wszystkim, czy stracę zaufanie… dokąd posunę swoje zaufanie” (DE 22.9.3). Podstawą tego bezgranicznego zaufania nie są jej osobiste zasługi, wzorowe życie, lecz niepojęta i nieskończona Miłość Miłosierna samego Boga: „Można by sądzić, że mam tak wielkie zaufanie do Dobrego Boga, bo nie grzeszyłam. Powiedz wyraźnie, moja Matko, że nawet gdybym była popełniła wszystkie możliwe zbrodnie, miałabym zawsze tę samą ufność…” (DE 11.7.6).

Czy trzeba mówić, że Teresa wyszła zwycięsko z tej długiej i bezlitosnej walki? Aby to udowodnić, nie trzeba uciekać się do jej działań i chwały po śmierci. Dawała dowody zwycięstwa w okresie trwania samej próby: swoim oporem, nietraceniem czasu i sił na dyskusje ze swym przeciwnikiem, swoimi aktami wiary i miłości, swą niezachwianą ufnością, tak jak byliśmy tego świadkami. Są jednak jeszcze inne znaki, świadczące, że była panią swoich działań, i że, w istocie, panowała nad sytuacją. Dowodzą tego przede wszystkim jej radość i jej pokój, przejawiające się na tysiąc sposobów w jej żartach, grach stów, powracaniu do niegdysiejszych piosenek, trosce o rozweselanie sióstr. Oczywiście, cierpi i to bardzo, ale cierpi „w radości i pokoju”, jak sama pisze do matki Marii od świętego Gonzagi (C 4v).

Ostatnie Rozmowy obfitują w zapiski w rodzaju: „Moja dusza, mimo swych ciemności, trwa w zadziwiającym pokoju” (DE 24.9.10). Istotnie, zadziwiającym, jeśli się weźmie pod uwagę cierpienia, jakie na nią spadają: zewnętrzne i wewnętrzne. Radość i pogoda promieniują z całej jej istoty, do tego stopnia, że jej siostry zapominają czasami, przychodząc do niej po radę, po pociechę czy po prostu zadać jakieś pytanie, że mają do czynienia z bardzo chorą dziewczyną. Zadziwiający pokój, po ludzku bardzo wymowny, gdyż jego jedynym źródłem jest łaska obecna w głębi serca Teresy. Jej ostatnie tchnienie, jakie znaczy chwilą ekstazy jej zwycięstwo, jawi się jako koniec jej wspinaczki. Oczywiście, aż do ostatniej chwili mogła upaść, i dobrze o tym wiedziała, ona, która tak bardzo była nieufną wobec swojej słabości. Upadek ten był jednak bardziej niż nieprawdopodobny, gdyż, jak to mówią, umieramy tak, jak żyliśmy.

Śmierć Teresy była potwierdzeniem jej życia, ostatnią nutą, streszczającą je w całości: „Kocham Go!… Mój Boże, kocham Cię!…” (DE 30.9).

Zobacz podobne wpisy

10 listopada, 2016

Zaczynam myśleć jak najgorsi materialiści

Mimo to czuje, że Jezus kieruje nią i prowadzi za rękę; swoje własne ciemności Teresa postrzega jako współcierpienie z Jezusem w Jego ciemnościach i jest szczęśliwa, że może Mu towarzyszyć na Jego najtrudniejszej drodze opuszczenia i oddalenia Boga – jak Oblubienica, gotowa dla swego Przyjaciela wziąć na siebie wszystkie trudności.