Pobyt w Andaluzji
o. José Vicente Rodrígues OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.
Po zakończeniu zgromadzenia kapitulnego karmelitów bosych w Almodóvar del Campo, Jan od Krzyża wyrusza do Andaluzji w towarzystwie służących don Pedra de Mendoza, niosących go w lektyce od Toledo.
W Andaluzji Jan spędza dziesięć lat swojego życia (1578-1588), nadzwyczaj płodnych w różne formy działalności: przewodnictwo duchowe, nauczanie ustne, twórczość literacka, podróże i fundacje. Daje się zaobserwować narastanie ludzkiej i duchowej energii w kolejnych trzech miejscach: pobyt na ustroniu w El Calvario (jeden rok), działalność w Baeza (trzy lata), pobyt w Granadzie (sześć lat). Z początku ma trudności w zaaklimatyzowaniu się w tej nowej krainie, pełnej światła i poezji, dość szybko jednak staje się ona otoczeniem wręcz idealnym dla jego geniuszu jako mistyka i jako artysty.
Rusza w drogę: celem jest klasztor w El Calvario. Wyruszywszy z Almodóvar, podróżni docierają do Viso del Marqués, przekraczają wąwóz Despenaperros, naturalną granicę między Kastylią – La Manczą a Andaluzją, imponującą przełęcz dzielącą Sierrę, a dzisiaj oddzielającą miejscowość Venta de Cardenas (Ciudad Real) od Santa Elena (Jaén).
Przybywają do Penuela (dzisiaj La Carolina), 66 km na północ od Jaen, usytuowanej na południowym stoku Sierra Morena. W grupie podróżnych jest też ojciec Franciszek od Niepokalanego Poczęcia, przeor w Peńuela, który zatrzymuje się w swoim klasztorze. Jan od Krzyża nocuje w domu pełnym samotności i ciszy, uznanym przez karmelitów bosych i pierwszych kronikarzy za najlepsze miejsce do prowadzenia życia pustelniczego i pokutniczego. Klasztor powstał w 1573, a po trzech latach (1576) został przeniesiony do El Calvario. Wielu panów z Baeza i innych pobliskich miejscowości usiłowało wszelkimi sposobami spowodować powrót karmelitów bosych, wywierając naciski, składając obietnice. Ojciec Hieronim Gracian, komisarz apostolski, ponownie otworzył klasztor 10 sierpnia 1577. Jan od Krzyża będzie miał sposobność często tam przebywać.
Tym razem jest to krótki pobyt. Jeden lub dwa dni później Jan rusza w drogę: czeka go około 90 km, na trasie których znajduje się Vilches, Santisteban del Puerto, Castellar de Santisteban, Sorihuela; następnie przekracza rzekę Guadalimar, aby w końcu dotrzeć do Beas de Segura (Jaén).
W Beas
Jan pozostaje kilka dni w Beas de Segura, gdzie znajduje się klasztor karmelitanek bosych. Założyła go matka Teresa w 1575, protagonistka bardzo specyficznych praktyk, które sama opisuje w swoim dziele (Fundacje 22). Znalazłszy się u karmelitanek, w odległości dwóch mil od swojej wspólnoty w El Calvario, ojciec Jan czuje się jak w rodzinie i uważa swoją podróż za skończoną. Dlatego też odprawia służących don Pedra, którzy towarzyszyli mu od Toledo, i posyła za ich pośrednictwem list dziękczynny do swego znamienitego dobroczyńcy. Służącym pozostaje wrażenie, że towarzyszyli prawdziwemu świętemu.
W Beas Jan spędza kilka dni z karmelitankami. Te zaś obserwują go, słuchają i opiekują się nim gorliwie. Jeden temat dominuje podczas tego pierwszego spotkania, będącego początkiem silnej i długotrwałej więzi, która rozwinie się z biegiem czasu: temat cierpienia. Wciąż żywe jest wspomnienie Toledo, które opuścił dopiero dwa miesiące temu.
Mniszki są bardzo poruszone jego mizernym wyglądem: „Wyglądał jak nieboszczyk, sama skóra i kości; był tak wyczerpany i wycieńczony, że prawie nie mógł mówić”. Był „bardzo chudy i trupiego koloru”, „był chudy i zmęczony…; pozostawał kilka dni zamknięty w sobie i tak niewiele mówił, że wzbudzał podziw”. Z trudem udaje mu się krótko opowiedzieć o zmiennych kolejach swojego uwięzienia. Słabnie mu głos, brakuje mu sił.
Aby mu oszczędzić wysiłku i dać chwilę ulgi, przeorysza Anna od Jezusa (Lobera) nakazuje dwóm mniszkom, Łucji od św. Józefa i Franciszce od Matki Bożej, zaśpiewać mu kilka religijnych strof. Zamiast zaintonować jakąś radosną pieśń, podejmują pieśń melancholijną, dzieło jednego z najbardziej znanych samotników z Penuela i El Calvario, ojca Piotra od Anioła: „Kto nie zna cierpień na tym padole pełnym boleści, ten ani nie zna rzeczy dobrych, ani nie zasmakował miłości: cierpienie jest szatą kochających”.
Ta sama siostra Franciszka komentuje skutki wywołane pieśnią: „Święty Jan od Krzyża, słuchając śpiewanej przez nas strofy, doznał jakby wstrząsu ze wzruszenia i bólu, ponieważ – jak sądził – nie doznał wielu cierpień, aby poznać wiele rzeczy dobrych. Ból jego był tak wielki, że łzy obficie trysnęły mu z oczu i poczęły płynąć wzdłuż twarzy; jedną ręką oparł się o kratę, a drugą dał siostrom znak, by zamilkły i zaprzestały tej pieśni”.
W rozmównicy zapada długie, głębokie milczenie. Ojciec Jan, wróciwszy do siebie, opowiada, jak Bóg pozwolił mu zrozumieć wielkie dobro, które jest w cierpieniu dla Niego, po czym pogrąża się w smutku „widząc, że Bóg zesłał mu niewiele cierpień, aby mógł poznać wiele dobra”.
Proste i szczere słowa 36-letniego mężczyzny, udręczonego cierpieniem, gorąco poruszają zakonnice. Siostra Franciszka komentuje: „Obudził on we mnie i w innych siostrach wiele miłości i upodobania do cierpienia; stałyśmy zdumione, widząc człowieka, który tak wielu doświadczył cierpień, a któremu przykrość sprawiało, że nie doznaje ich jeszcze więcej dla Tego, który tyle wycierpiał dla nas”.
Jest to pierwsza lekcja Jana brata i nauczyciela we wspólnocie w Beas, która od tej chwili stanie się jedną z jego ulubionych. Lekcja żywego doświadczenia, której ani on, ani one nie zapomną w przyszłości.
Na ustroniu w Calvario
Jan od Krzyża nie pozostaje długo w Beas. Chce jak najszybciej dostać się do miejsca przeznaczenia, do klasztoru karmelitów bosych w Calvario, którego przeorem został mianowany. Przez góry odległość wynosi ok. 12 kilometrów. Musi wspiąć się po stromym, ogołoconym z roślinności, północnym zboczu, położonym po drugiej stronie rzeki, i dotrzeć na szczyt otoczony drzewami i skałami. Schodzi potem wzdłuż południowego zbocza, radosnego i malowniczego, zwróconego w stronę Gwadalkiwiru, aż w końcu dociera do klasztoru.
To odosobnione miejsce zamieszkiwało trzydziestu zakonników, którzy przyjmują ojca Jana z oznakami widocznej sympatii i szacunku. Niektórzy znają go jeszcze z czasów pobytu w Pastranie i Alcalá. Mnisi odczuwają radość widząc ojca Jana, a nade wszystko cieszą się mając go za swego przełożonego.
Ojciec Jan nie wierzy własnym oczom. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w ciemnicy w Toledo ma teraz przed sobą dziewięć miesięcy, aby cieszyć się światłem, niezmierzoną przestrzenią, polem i wolnością, niebem, górami, dolinami, brzegami rzeki Gwadalkiwir.
Przybywa tu jako przeor. Odpowiedzialność, nie pozbawiając uroków samotnego życia, zobowiązuje go jednak do tego, aby zająć się funkcjonowaniem wspólnoty. W krótkim czasie zdaje sobie sprawę z ascetycznej atmosfery, jaką się tu oddycha. Wspólnota została założona dwa lata temu, po przeniesieniu jej z Penuela, gdzie zapoczątkowała swe istnienie. Odziedziczyła po niej tę samą chęć udręczania się i praktykowania pokuty, ograniczania do minimum pożywienia i zwiększenia do maximum liczby godzin spędzanych na modlitwie. Już wcześniejsi historycy (Quiroga, Alonso, Jerónimo, Francisco de Santa Maria), choć wydaje się, że znajdują upodobanie w wychwalaniu tego stylu życia, nie ukrywają swoich zastrzeżeń i notują, że Jan od Krzyża „jako przeor w pierwszej kolejności złagodził wiele praktyk, które jego poprzednik nałożył zakonnikom do przestrzegania, a których nie przewidywało powszechnie przyjęte prawo tego Zakonu; były to raczej praktyki dla zakonów odmiennych od naszego; i stało się tak, że wprowadzenie obcych praktyk, choć odpowiadających własnym przekonaniom i pobożności osobistej, nie zostawiało miejsca ani siły na kontemplację w celi, co nakazuje nam Bóg, twórca naszej reguły zakonnej”.
Najwybitniejszym przedstawicielem i projektodawcą surowego ascetyzmu był ojciec Piotr od Aniołów, do tej pory przeor w Calvario. Zgromadzenie w Almodóvar upomniało go „za to, że nadal, pomimo ostrzeżeń, wyznacza dziwaczne pokuty w swoim klasztorze, jak i za jego surowy sposób rządzenia”.
Kiedy ojciec Piotr udawał się do Italii, aby tam załatwić sprawy Reformy, ojciec Jan przepowiedział mu: „Pojedziesz do Italii jako bosy, a wrócisz jako trzewiczkowy”. Tak się stało. Ojciec Piotr umrze kilka lat później w Granadzie wśród karmelitów trzewiczkowych, „ślepy i strapiony, dowodząc tym, że jego rygory nie były poparte należytą czystością intencji”.
Niespodziewana odmiana, jaka zaszła w człowieku uważanym za wzór pokuty, ukazuje całą prawdę o niskiej wartości duchowej tak wielkiej surowości.
Nauczony negatywnym doświadczeniem, a nade wszystko wiedziony swoją teologiczną wrażliwością, nowy przeor wychowuje dobrą i wspaniałomyślną wspólnotę w umiarze zalecanym przez regułę i kształtuje w niej szczególnie cnoty teologiczne, które zawierają prawdziwą ascezę miłości. Tym żyje on sam, a nauczył się tego od matki Teresy.
Ubóstwo i radość
W przeciwieństwie do obfitości pożywienia duchowego, ubóstwo materialne klasztoru było tak znaczne, że niekiedy brakowało rzeczy niezbędnych. W takich sytuacjach ojciec Jan uczył, aby spotęgować ducha modlitwy, zaufać Bogu i Jego opatrzności, radować się, że można jeszcze raz doświadczyć, co to znaczy być naprawdę biednym. Pewnego dnia bracia, przyszedłszy do jadalni, nie znaleźli nic do jedzenia. Przeor bierze kawałek suchego chleba, kładzie go na stół i błogosławi. Nikt nie spodziewa się., ani nawet nie chce, cudownego rozmnożenia. Jan nakłania braci do przyjęcia sytuacji takiej, jaka jest i
wzywa do miłowania ubóstwa; następnie każdy udaje się do swojej celi. Wkrótce potem nadchodzi list. Furtian dostarcza go ojcu Janowi, który czytając go zaczyna płakać. Brokard od św. Piotra, furtian, pyta go: „Jakieś złe wiadomości? Czy zdarzyło się jakieś nieszczęście?” „Nie. Płaczę, bracie, widząc wielkie miłosierdzie Boga, który znając naszą słabość, pokazuje, że nie wierzy, iż my możemy cierpieć dla Niego choćby jeden dzień”. Wkrótce potem do klasztoru dostarczono chleba i mąki.
Przy podobnej okazji przybył z Ubędą wysłannik doni Felipy de Carvajal z „dwoma jucznymi zwierzętami, obładowanymi prowiantem dla zakonników”: ryby, jaja, mąka i inna żywność w dużej ilości. Ponieważ całe to dobrodziejstwo Boga trwa długo, zakonnicy mówią żartem o cudzie ojca Jana od Krzyża. Ale więcej niż tysiąc cudów znaczy jego rada: „Bądźmy tym, czym powinniśmy być, a Bóg da nam to, czego będziemy potrzebować”.
Ciągłe przypominanie ojca Jana, jakie kieruje on do swoich współbraci, aby żyli ufając w opatrzność Bożą, nie były zachętą do bierności; wiadomo od dawna, że zarówno księża jak i bracia bez święceń „oddawali się uprawie ziemi pod winnice, pracowali przy żniwach i wykonywali wiele innych prac rolnych”.
Ale praca, modlitwa, wyrzeczenia, milczenie to nie wszystko. Nieraz wszyscy razem udają się w pola, aby się rozerwać i wspólnie spędzić chwile odpoczynku. Takie właśnie jest życie karmelitów w Calvario zgodnie z rytmem, jaki próbuje zaprowadzić ojciec Jan.
Ich przykład pociąga innych; kilku młodzieńców wyraża chęć życia kontemplacyjnego. Jeden z nich, przybyły w 1579, wspomina historię swojego imienia zakonnego: „Kiedy otrzymałem habit, który teraz noszę, bracia doradzali mi, jakie przybrać imię, każdy według osobistej pobożności. Święty natomiast powiedział mi: „Synu, nie wybieraj tamtego imienia, lecz raczej to: Fernando od Matki Bożej, ponieważ Madonna raduje się, gdy jest nazywana tym imieniem”. I stało się tak, że poprosiłem, by nazwano mnie brat Fernando od Matki Bożej, ponieważ poradził mi to imię święty Jan od Krzyża, i ponieważ jest to imię ze wszech miar doskonałe”.
Dziwny świadek
W ciągu paru miesięcy spędzonych na kierowaniu wspólnotą (od listopada 1578 do czerwca 1579) ojciec Jan nie może całkowicie zmienić mentalności wszystkich. Ale dla postawy duchowej wspólnoty otwierają się nowe horyzonty. Wpłynął na to przykład jego dobroci, łagodności, prawdziwego umiłowania modlitwy i samotności, a także nauki, w których zachęcał do poszukiwania Boga, do praktykowania cnót i do znoszenia przeciwności.
Jeden z zakonników stwierdza: „Kiedy wyszedł z więzienia, natchniony i rozpalony przeżywaniem bliskości Boga, wyjątkowy w swych wypowiedziach, całą niezwykłością swojego życia sprawiał, że jego świętość stawała się oczywista; osiągał wspaniałe rezultaty w nauczaniu sług Bożych, dając im zasady życia duchowego; za to był szanowany i czczony przez wszystkich jako człowiek święty i wyjątkowego, wzniosłego ducha”.
Jeszcze bardziej niezwykłe i interesujące wydaje się świadectwo pewnego przestępcy, który chcąc ujść sprawiedliwości, schronił się w klasztorze w Calvario. Zmuszony był uchodzić z kraju z powodu oskarżenia o podpalenie klasztoru żeńskiego w Salamance. Nazywał się Francisco Enriquez de Paz, rodem z Espinosa de los Caballeros (Avila), między Arévalo i Orbita. Ojciec Jan dopuszcza go do uczestnictwa we wszystkich aktach wspólnoty, z wyjątkiem kapituły klasztornej. Ma on w ten sposób okazję obserwować z bliska życie zakonników, w szczególności ojca Jana.
Trzydzieści siedem lat później zeznaje w charakterze świadka w procesie beatyfikacyjnym, opowiadając o wrażeniu, jakie wywarł na nim duch modlitwy Jana, jego pokuty, pokora, prostota i skromność. I dodaje: „Widziałem również, że w czasie rekreacji, kiedy to bracia schodzili się w celu wspólnego odpoczynku, mówił o Bogu i sprawach duchowych z takim uniesieniem, że rozweselał nas, pokrzepiał i skupiał naszą uwagę na Bogu. Wydawało mi się, że jest to człowiek godny podziwu, zwłaszcza wtedy, kiedy poruszał sprawę cierpienia, i widziałem, jak bardzo jest go spragniony, i jak wielce je miłuje. Mówił o Nim często tak sugestywnie i wzniosie, że ja, słuchając go, nie tylko zaczynałem się cieszyć z moich cierpień, które były znaczne, ale ogarniało mnie pragnienie, aby cierpieć jeszcze bardziej i być cierpliwym, a nadto, aby chlubić się i radować możliwością cierpienia. Wydaje się, że byłoby niemożliwe, by coś takiego mi się przydarzyło, gdyby nie, oprócz łaski Bożej, rady i upomnienia tego świętego i rzadki przykład świętości, jaka z niego biła, a którą ja mogłem zobaczyć.
Córki moje w Chrystusie
Karmelitanki bose w Beas są dla niego jakby drugą wspólnotą, powierzoną jego opiece. Opiekuje się nimi regularnie, jak gdyby były one jego braćmi z Calvario. Parę lat później napisze do nich z Granady: „Moja miłość jest niewielka, ale bądźcie pewne, że jest ona tak skupiona na was, że nie zapominam o tych, którym tak wiele zawdzięczam w Panu” (List z 22.11.1587).
Wszystko zaczęło się od wizyty mającej miejsce pod koniec października 1578, wspomnianej na początku tego rozdziału; wizyty, która wzbudziła w zakonnicach mieszaninę uczuć uwielbienia, zainteresowania, współczucia i głębokiego przywiązania. Niektóre spowiadają się przed nim i są nim zachwycone.
Pewien drobny wypadek powoduje szybkie zacieśnienie stosunków. Otóż Anna od Jezusa, przeorysza, źle odbiera niektóre wyrażenia nowo przybyłego. Nie wydaje jej się właściwym, by trzydziestosześcioletni ojciec Jan mówił o sześćdziesięciotrzyletniej Matce Teresie jako o „swój ej córce”. Po oddaleniu się Jana tak mówiła do sióstr: „Ojciec Jan od Krzyża wydaje mi się wspaniałą postacią, ale jest zbyt młody, aby nazywać „swoją córką” naszą Matkę Założycielkę.
W tych właśnie dniach matka Anna pisała do Założycielki w sprawach wspólnoty. Była zaniepokojona, ponieważ w tej zapadłej mieścinie było prawie niemożliwe znaleźć dobrego spowiednika dla zgromadzenia. Wie, że na to stanowisko Teresa wymaga ludzi wartościowych. W tym samym liście opowiada o poufałości, na jaką pozwala sobie młody Ojciec w swoich rozmowach.
Matka Anna znalazła odpowiednią osobę do przedstawienia swoich zastrzeżeń względem Jana od Krzyża. Teresa czuje się prawie obrażona faktem, że zakonnice nie potrafią docenić daru ofiarowanego im przez Boga, i w dwóch listach, jednym adresowanym do przeoryszy i drugim do wspólnoty, odpowiada na wątpliwości przeoryszy z bardzo szczerą i żarliwą pochwałą Jana od Krzyża: „Dziwię się, że narzekasz bez powodu, moja córko, mając do dyspozycji mojego ojca Jana od Krzyża, który jest człowiekiem niebiańskim i boskim. Chcą ci powiedzieć, że od kiedy udał się on w wasze strony, nie znalazłam w całej Kastylii drugiego takiego jak on, który w podobny sposób dodawałby ducha w wędrówce do nieba. Nie uwierzysz, jak mi go brakuje. Macie wielki skarb w tym świętym; niech dusze zakonnic korzystają z niego, wkrótce zobaczą postępy i ocenią, jak bardzo postąpiły naprzód we wszystkim, co związane jest z duchem i doskonałością; w rzeczy samej Pan obdarował go pod tym względem darem szczególnym” (listopad 1578).
„Zapewniam was, że pragnęłabym mieć tutaj mojego ojca Jana od Krzyża, który naprawdę jest ojcem mojej duszy, i jednym z tych, z którymi kontakt dostarcza ogromnych korzyści. Zwróćcie się ku niemu, moje córki, z całą naturalnością; zapewniam was, że możecie to zrobić, jak gdybym to była ja sama i że odniesiecie z tego duży pożytek: jest on ogromnie uduchowiony, posiada wielkie doświadczenie i wielką mądrość. Ci, którzy nawykli do jego nauki, bardzo odczuwają jej brak. Dziękujcie Bogu za to, że możecie mieć go tak blisko. Napiszę do niego, by was odwiedzał i wiem, że w swojej wielkiej miłości uczyni to zawsze, kiedy tylko będzie taka potrzeba” (październik 1578).
Bez wątpienia to, że Jan od Krzyża rozpoczął regularne kierownictwo duchowe we wspólnocie w Beas, było rezultatem zastrzeżeń Anny od Jezusa i listu matki Teresy. W każdą sobotę Jan udaje się z klasztoru w Calvario do Beas, poświęcając także dzień następny na duchową opiekę nad zgromadzeniem. W poniedziałek wraca do domu pieszo, tak jak przybył.
Styl Jana był zupełnie wyjątkowy: z nauczaniem ustnym łączy pisemne w postaci bilecików z uwagami i wskazówkami nt. modlitwy, miłości braterskiej, obecności Bożej, miłości Boga, oderwania się…
Jedna z tych, które najbardziej skorzystały z jego nauczania, tak je opisuje: „Był obdarzony wielkimi przymiotami, danymi mu przez Boga, a jego wspaniałość objawiała się podczas rozmowy z nim. Choć niskiego wzrostu i bardzo zaniedbany, w połatanym habicie ja sama widziałam jego płaszcz, dopiero co uszyty: był bardzo skromny, połatany i cerowany swoją pogodną i pokorną postawą, ani tego chcąc, ani się o to ubiegając, budził szacunek u wszystkich swoimi zaletami i powagą, którymi obdarzył go Bóg… Głęboka kontemplacja i więź z Bogiem ujawniały się w jego czynach i słowach: mówić o Bogu mógł bez końca”.
Inna powie: „Otrzymał od Pana dar przekonywania swoich słuchaczy do praktykowania cnót, a robił to w sposób tak fascynujący, że rzecz wydawała się łatwa”.
Poza tym, że spowiadał i prowadził indywidualne kierownictwo duchowe, „dbał bardzo, aby unikać próżnowania, i kiedy miał odrobiną wolnego czasu, poświęcał się pisaniu albo prosił o klucz do ogrodu i szedł oczyszczać go z chwastów. Zbudował kilka ścianek działowych i podłóg w naszym klasztorze, a jeśli miał towarzysza, pozwalał mu wejść i korzystał z jego pomocy, w przeciwnym wypadku prosił o pomoc którąś z sióstr. Lubił także przyozdabiać ołtarze, i zajmował się tym bardzo troskliwie, w milczeniu, dbając o porządek”.
Być może przy okazji tych pierwszych spotkań miała miejsce rozmowa z Magdaleną od Ducha Świętego, która przepisywała wiersze, ułożone przez Jana od Krzyża podczas pobytu w więzieniu toledańskim. Magdalena przepisała je z zeszytu, w którym zapisał je ojciec Jan i przyniósł ze sobą z więzienia. Kopistka czuła potrzebą wyjaśnień co do tego tak szczególnego języka, o czym sama mówi: „Ponieważ żywość tego języka, jego piękno i finezja wzbudzały mój zachwyt, zapytałam go pewnego razu, czy to Bóg podsunął mu te słowa tak pełne znaczenia i tak harmonijne. Odpowiedział mi: Córko, niekiedy podsuwał mi je Bóg, innym razem szukałem ich sam„.
Założyciel klasztoru w Baeza
Na założenie klasztoru w Baeza zanosiło się już od pewnego czasu; zwłaszcza w 1576 projekt ten był długo rozpatrywany. Zakonnicy, którzy byli tym zainteresowani, mieli w Baeza wielu przyjaciół i sympatyków wśród osób znaczniejszych, jak doktor Delgado, biskup Jaen (1566-1576).
W 1579 nadchodzi moment założenia klasztoru. Karmelici bosi otrzymali pozwolenie od biskupa Diego de Deza i od ojca Anioła de Salazar, wikariusza generalnego Zakonu w Hiszpanii. Ojciec Jan kupuje dom. Nie ma szczególnych trudności przy zakładaniu klasztoru.
Siostrom w Beas sprawia przykrość fakt, że ojciec Jan odchodzi „daleko”. Zakonnice doświadczyły na sobie korzystnych skutków jego obecności i teraz boją się, że ich stosunki ulegną zerwaniu. Jest to pierwsza reakcja po otrzymaniu wiadomości od Jana. Ale to tylko chwila. Potem czują się współodpowiedzialne za tę inicjatywę i pomagają wszelkimi sposobami. W tych okolicznościach szczególnie skuteczne są dwie formy pomocy: listy polecają, ce przeoryszy do wpływowych osób związanych z Kościołem, i bardziej konkretne, jak sprzęty dla zakrystii i inne przedmioty pierwszej potrzeby. Zakonnice obserwują zachowanie ojca Jana podczas ofiarowywania mu darów: „Święty Ojciec przyjmował je z obliczem pokornym i pogodnym; w kilku słowach podziękował”.
13 czerwca 1579 wyruszył z Calvario w kierunku Baeza z trzema towarzyszami: Innocentym od św. Andrzeja, Janem od św. Anny, Piotrem od św. Hilariona. Podróżują ponad dziesięć mil poprzez nagie wzgórza, od czasu do czasu natrafiając na pola uprawne i winnice.
Tak opowiada jeden z nich, Innocenty od św. Andrzeja: „Pamiętam, że wszystko, co nieśliśmy z sobą z Calvario dla przystrojenia kościoła, a były to stół i inne sprzęty na ołtarz dla klasztoru, byto załadowane na jedną oślicę; zakonnicy szli pieszo, wsparci na kijach, a ja wraz z nimi. A ponieważ była to wigilia Najświętszej Trójcy, zachowywali nakazany post, choć mieli do przebycia ponad dziesięć mil”.
Przybyli do Baeza późnym wieczorem. Nocą, po krótkim wypoczynku, uporządkowali jedno z pomieszczeń, trochę większe od innych, aby zrobić z niego kościół. „Zawiesili dzwon w oknie tak, że nawet nikt z domu ani sąsiedztwa ich nie zauważył aż do rana, kiedy to zadzwonili na Mszę”.
Na sygnał dzwonu przybiegli ludzie. Wśród pierwszych przybywa Juana de Ariona, piętnastoletnia dziewczynka, która mieszkała naprzeciwko domów licencjata Escosa, w których został założony klasztor. Ojciec Jan burzył właśnie ścianką działową. Wraz z innymi, którzy powoli przybywają, pomaga sprzątnąć salę i przygotować ją na nabożeństwo.
Ojcu Janowi wypada odprawić pierwszą Mszę, co czyni w charakterystycznym dla siebie skupieniu, zachowując pogodę ducha i powagę, do czego przyczynia się misterium, które celebruje: uroczystość Trójcy Świętej, 14 czerwca 1579. Wraz z założycielami na inauguracji są obecni przeor z Penuela, Franciszek od Niepokalanego Poczęcia i ojciec Jan od Jezusa (z Origüela), powszechnie nazywany „świętym”. Stanie się on wkrótce członkiem nowej wspólnoty.
W oficjalnej księdze istnieje pisemny akt dotyczący powstania klasztoru: „Na cześć i chwałę Pana naszego i Najświętszej Dziewicy, Jego Matki, za papieża Grzegorza XIII, króla Hiszpanii Filipa II i biskupa Jaen don Diega de Deza, założono to kolegium karmelitów bosych pierwotnej reguły w 1579, za pozwoleniem ordynariusza danym 2 lipca tegoż roku”.
Powstanie tego klasztoru ma dla ojca Jana szczególne znaczenie. Nie jest to tylko zwykła uroczystość inauguracyjna: chodzi o odświeżenie wewnętrznego zobowiązania. Dziesięć lat później wyrazi swą myśl w liście do założycielki w Kordowie: „Proszę pozdrowić ode mnie wszystkie siostry w Panu, i powiedzieć im, że ponieważ Pan wybrał je jako pierwsze kamienie, niech będą świadome tego, czym być powinny, ponieważ na nich, które powinny być mocniejsze, muszą opierać się następne. Niech uczynią skarb z tego pierwszego natchnienia, które Bóg daje na początku, aby ze wznowionym zapałem podjąć drogę do doskonałości” (List z 18 lipca 1589).
Gorliwość i kultura
Decyzja o założeniu klasztoru w Baeza daje się wytłumaczyć motywami łatwymi do ustalenia. Karmelici bosi chcą mieć dobre kolegium uniwersyteckie w Andaluzji, które byłoby takie, jak to w Alcalá i jak to, które ma dopiero powstać w Salamance w 1581.
Chcą je mieć właśnie w Baeza, gdzie mistrz Jan z Avila zainicjował ruch kulturalny i religijny z wielkimi możliwościami na rozszerzenie się,, założywszy tam szkołę.
Baeza była ośrodkiem kwitnącej nauki i gorliwości chrześcijańskiej. Napisano, że w tym mieście „osoby świeckie wydają się być duchownymi a duchowni zakonnikami”. Widać tam wielką troskę o życie duchowe i sakramentalne.
Od początku ojciec Jan włączył się w pełni w klimat duchowy i w życie sakramentalne. Wkrótce kościół karmelitów stał się jednym z najbardziej uczęszczanych w mieście. Relacjonuje to ojciec Innocenty od św. Andrzeja: „Zadbał o to, aby ojcowie do tego zobowiązani zajmowali się głoszeniem kazań i słuchaniem spowiedzi; leżało mu na sercu niesienie pociechy i postęp duchowy wiernych. Przeżywszy wiele lat ze świętym Ojcem w kolegium w Baeza, mogę powiedzieć, że teraz już nie ma tak wielkiej troski o spowiedź, choć w dalszym ciągu wielu ludzi spowiada się”.
Ten sam świadek rozpoznaje wśród osób przychodzących po radę do ojca Jana zarówno ludzi wykształconych, jak i przeciętnych. Wszyscy chcą go mieć za nauczyciela z powodu jego silnej więzi z Bogiem.
Do najświatlejszych zaliczają się różni doktorzy: Francisco Bezerra, rektor uniwersytetu, „nazywany boskim ze względu na swój sposób głoszenia kazań. Jan od Krzyża sprawił, że z głosiciela pustych słów stał się apostołem Chrystusa ukrzyżowanego”, według relacji ojca Piotra od św. Hilariona, który był świadkiem tej przemiany; Sepulveda, który również należał do wiernych penitentów i uczniów ojca Jana; Ojeda, rektor uniwersytetu w 1581, ojciec Alvaro Nunez Marcelo, bardzo pobożny i doktor Carleval.
Oni to „przychodzili, aby przedstawić mu trudne problemy swoich penitentów, a niekiedy także kwestie z Pisma świętego, ośmieleni podziwem dla jego głębokiej wiedzy i doświadczenia w sprawach życia duchowego i modlitwy. Mówiąc o nim, widzieli w nim człowieka niebiańskiego i wybitnego: bardzo słusznie, ponieważ był nim rzeczywiście” (Piotr od św. Hilariona).
Niektórzy spośród owych mistrzów podziwiali jego głęboką wiedzę w czasie dyskusji na tematy z teologii scholastycznej i w rozwiązywaniu zagadnień praktycznych z teologii moralnej, którą to praktykę ojciec Jan wprowadził w kolegium, a co potem zostało przyjęte w prawodawstwie Zakonu. Polecił, aby spowiednicy na zmianę przedstawiali różne trudne przypadki na spotkaniach wspólnoty, w których brali udział „wszyscy księża i klerycy, także nowicjusze; jego wyjaśnienia i odpowiedzi były takie, że, zdaniem najbardziej doświadczonych, nie mógłby tego uczynić bez szczególnego oświecenia danego mu przez Boga; utrzymywali zarazem, że mógłby wykładać nawet na uniwersytetach w Alcalá czy w Salamance, wzbudzając tam podziw”. Ojciec Innocenty słyszał, jak ci wspaniali nauczyciele mówili, wychodząc ze spotkań z Janem od Krzyża: „To bardzo głęboki umysł”.
Wychowawca młodych studentów
Najwybitniejsi przedstawiciele uniwersytetu przychodzili do Kolegium Matki Bożej z Góry Karmelu (później św. Bazylego); również niemało studentów przedstawiało ojcu Janowi od Krzyża sprawy swej duszy. On rozpoznawał stan ich ducha, doradzał lub odradzał wstąpienie do zakonu, posyłał ich do Calvario lub do Penuela. Niektórych przyjmuje jako nowicjuszy w Baeza: w ten sposób klasztor był nie tylko domem studiów, ale stał się też nowicjatem.
Kto poznał funkcjonowanie domu, stwierdzał, że nie pojawiały się trudności z powodu wspólnego zamieszkiwania studentów i nowicjuszy, „ponieważ studenci, jeśli chodzi o modlitwę, milczenie, umartwienie i punktualność przewyższali samych no wiej uszy”.
Wymiana między uniwersytetem a klasztorem pociągała za sobą obecność studentów karmelitańskich w aulach uniwersyteckich. Wyróżniali się oni pilnością w nauce i skupieniem. Tak realizowało się najgłębsze pragnienie matki Teresy, by klasztory Zakonu powstawały w miastach uniwersyteckich i pozyskiwały w nich dobrych kandydatów, do czego przyczyniała się obecność studentów karmelitańskich na uniwersytecie.
Spośród tych, którzy otrzymali habit od ojca Jana, możemy wspomnieć Alonsa od Matki Bożej (Palomino), Hieronima od Krzyża (Córdoba Vazquez), Jana od św. Pawła (Rodriguez de Torres), Krzysztofa od św. Alberta (Jara). Każdy z nich jest inny, i Jan próbuje prowadzić każdego w sposób indywidualny.
Uczniowie ojca Jana zachowali cenne wspomnienia jego metod wychowawczych. Posłuchajmy Jana od św. Pawła i Hieronima od Krzyża.
Jan od św. Pawła wstąpił do klasztoru w Baeza „już jako człowiek dorosły, biegły w nauce prawa, nawykły szukać wyjaśnień w książkach i popisywać się swoją wielką biblioteką”. W ciągu kilku dni przeczytał wszystkie książki, jakimi dysponował nowicjat i zaczął się nudzić. Prosi więc magistra o kilka książek prawniczych, aby mógł pogłębić swoją wiedzę specjalistyczną. Ów, nieco zakłopotany niezwykłą prośbą, zwraca się do rektora w poszukiwaniu rozwiązania. Ojciec Jan mówi mu po prostu: „Ojcze magistrze, proszą przynieść katechizm dla dzieci”. Magister przynosi, a Jan kontynuuje: „Proszę go dać nowicjuszowi razem z poleceniem, aby czytał fragment o Pater noster przez wszystkie dni, aż do otrzymania nowego polecenia”.
Magister przekazał polecenie, które nowicjusz przyjął z prostotą. Wielokrotnie czytał tę samą stronę tydzień po tygodniu, niekiedy ze łzami w oczach.
Hieronim od Krzyża, inny uczeń ojca Jana, będzie często towarzyszem jego podróży i zachowa wiele anegdot. W czasie swoich pierwszych lat życia zakonnego odczuwa silny pociąg do życia samotnego, na wzór dawnych pustelników. Nikomu o tym nie mówił, cały zamknął się w sobie. Pewnego dnia w czasie rekreacji ojciec Jan bardzo ożywiony, swoim zwyczajem, kiedy rozpoczyna duchową rozmowę, rzuca jedno zdanie: „Kto chce o coś zapytać?” I nie czekając na reakcję, sam sobie odpowiada: „Ponieważ nikt nie pyta, ja to zrobię”. I zaczyna mówić o pustelnikach, którzy żyli na odludziu, tylko z Bogiem i przyrodą. Bardzo chwali ich sposób życia; kończy jednak wnioskiem, że po Soborze Trydenckim takie postępowanie nie jest już zgodne z prawem, ponieważ Kościół nakazuje słuchać Mszy i przyjmować sakramenty, czego nie można czynić w samotności. Brat Hieronim rozumie aluzją i porzuca na zawsze ten temat.
Właśnie jemu, Hieronimowi od Krzyża, który złożył śluby 2 kwietnia 1581, wkrótce potem wypadło towarzyszyć Janowi w jednej z jego podróży. I bezwiednie współpracuje z nim, kiedy ten decyduje się spalić listy matki Teresy, przechowywane pieczołowicie aż do tej pory. On sam opowiada o tym: „Miał torbę z listami naszej świętej Matki, aż w końcu zaczął sądzić, że stanowią one niepożądany balast uczuciowy. Powiedział mi: dlaczego zakonnik miałby być skrępowany rzeczami zbędnymi, których może się pozbyć? Proszę przynieść tutaj te listy i uwolnimy się od nich dla Boga”. Jan drze je wszystkie, a Hieronim podaje mu ogień, „którym dokonał ofiary; i ja ją czynię (ofiarę) przy każdej okazji, jaka jest mi dana”.
Z chorymi
Chorzy zajmują istotne miejsce na wszystkich etapach życia Jana od Krzyża. Troszczy się o wszystkich zakonników i umie się dostosować do konkretnych potrzeb każdego. Ojcu Janowi od św. Anny, dręczonemu okropnym niepokojem na temat przeznaczenia, mówi rzeczy na pierwszy rzut oka konsternujące, które jednak uwalniają go od miłości własnej i od nadmiernego przejmowania się własną osobą. Tak samo w przypadku skrupułów lub jakichś szczególnych pokus umie zastosować odpowiednią kurację.
Jego troska o chorych ma w sobie coś charyzmatycznego, a przede wszystkim odznacza się bezgraniczną miłością. W 1580 cechy te przejawiają się w sposób szczególny. Jest to rok słynnego „powszechnego kataru”, który kosi niezliczone ofiary, wśród nich także w Medina del Campo Catalinę Alvarez, matkę ojca Jana.
Pewnego dnia ojciec Jan odprawiał właśnie Mszę w kościele w Beas, kiedy wpadł jakiś człowiek, krzycząc: „Spowiedzi, spowiedzi, umieram” Przyklęka na stopniach ołtarza i umiera bez słowa. Tego samego dnia, będąc pod wpływem tego przykrego wrażenia, ojciec Jan wraca do klasztoru w Baeza i zastaje całą wspólnotę w łóżkach. Jego przybycie zostaje uznane za opatrznościowe; jeden z chorych relacjonuje: „Gdyby nie przybył w tym momencie, kilku z nas umarłoby. O samym sobie mogę to powiedzieć z całą pewnością, ponieważ nie mogłem połknąć ani kęsa. On przybył bardzo przygnębiony”.
Ojciec Jan reaguje bardzo szybko i zdecydowanie. „Polecił podać chorym mięso, kazał gotować i sam je przynosił i zachęcał do jedzenia, nawet jeśli nie mieliśmy ochoty”. Po paru dniach wszyscy powrócili do zdrowia lub przynajmniej czuli się o wiele lepiej.
Z relacji zainteresowanych dowiadujemy się dalej, że terapia Jana, oprócz diety i troski o higienę, przewidywała też i inne elementy: „Opowiadał różne historie, aby ich rozweselić i zapewniał, że rozważanie spraw tego świata nie tylko nie jest zbyteczne, lecz wręcz przeciwnie pożyteczne, ponieważ cieszy i dźwiga chorych; mawiał nam, że możemy opowiadać różne zdarzenia bez problemu, ponieważ są przyzwoite i dowcipne”. Niestety, nie przekazali nam żadnej z tych opowieści.
Drugi z jego podopiecznych, także chorujący na „katar” w 1580, pozostawić nam miły portret Jana od Krzyża: „Był bardzo uczynny, szczególnie w stosunku do chorych i robił, co mógł, aby otoczyć ich opieką i dobrze traktować; nie zwracał uwagi na wydatki i sam chodził ich rozerwać, a nawet, jeśli było to konieczne, zachowywał się jak dziecko, aby im ulżyć. Podobało mu się, że chorzy słuchają muzyki, jeśli to mogło im pomóc i chciał, aby nie brakowało im niczego z rzeczy potrzebnych czy nawet niepotrzebnych. Jeśli widział, że nie mają apetytu, opisywał im wszystkie te potrawy, o których wiedział, że pobudzają apetyt, a gdy prosili o coś, nie będąc nawet pewni, czy zjedliby to, zdobywał to dla nich; jednakowo troszczył się o chórzystów i o braci konwersów”.
Ojciec Innocenty od św. Andrzeja, wielki przyjaciel Jana, mył sobie właśnie głową przed snem, gdy pewien młody student, z wysoką gorączką, dręczony majakami nie mógł zasnąć. Około trzeciej nad ranem ojciec Innocenty zasypia, chory wstaje i klaka przy łóżku. Ojciec Jan, chociaż polecił ojcu Innocentemu opiekę nad chorym, pamięta o nim. Nie może zasnąć. Wstaje i idzie odwiedzić chorego. Wchodzi do celi i zastaje chorego na klęczkach, a pielęgniarza pogrążonego we śnie. Ojciec Innocenty wspomina tę scenę i ton ojca Jana: „Zganił mnie ostro słowami, które mnie mocno zawstydziły”.
Uroczystości i święta
Wspólnota zakonna w Baeza, kierowana i ożywiana przez Jana od Krzyża, czuje się szczególnie radosna podczas największych świąt, a nade wszystko z okazji świąt Bożego Narodzenia.
Przeżywa w sposób uroczysty Świętą Noc, z procesją i przedstawieniem najważniejszych wydarzeń. Jeden z zakonników, „nie zmieniając odzienia”, przedstawia Dziewicę Maryję, drugi św. Józefa. Obaj idą przez mały krużganek klasztorny, szukając miejsca na nocleg. Wykorzystując dialog, który nawiązuje się między nimi a tymi, którzy odmawiają gościnności z powodu braku miejsca, Jan wyraża „boskie myśli, które wzbudzają radość w zakonnikach”. Potwierdza to pewien świadek, który wspomina, jak Jan lubił celebrować uroczystości „z wielkim zapałem i pobożnością, co radowało i wzruszało braci”.
Długie celebrowanie wielkich świąt, duchowe i zewnętrzne, przeobrażało ojca Jana stosownie do rodzaju obchodzonego misterium. Dostrzegła to jedna z jego penitentek z Baeza: „Zauważyłam, że jego oblicze dostosowywało się do uroczystości i przekonałam się, że przy kolejnych uroczystościach zmieniał się stan jego ducha: w okresie Męki Pańskiej dało się zauważyć ból, jakiego doznawał; podczas Bożego Narodzenia ujawniała się pewna tkliwość. To samo występowało przy innych uroczystościach” (Maria de la Paz).
Święta liturgiczne znajdują swój oddźwięk w kalendarzu życia klasztornego. Ojciec Jan pragnie, aby w dniach świątecznych przeżywanych jako dni wspólnoty znalazło się coś specjalnego na stole, i aby dzień taki rozweselała muzyka i utwory poetyckie.
Dobry wobec wszystkich
Mamy teraz opowiedzieć o osobach świeckich, które chciały być nauczane i prowadzone przez ojca Jana. Możemy przypomnieć kilka imion: Teresa de Ibros, Maria de la Paź, Maria Vilchez, Juana de la Arjona, Juana de la Paz, Bernardyna de Robles, pewien mężczyzna z Baeza, krewny brata Marcina od Wniebowzięcia.
Teresa de Ibros była popularnie zwana „matką Teresą”. Była żoną pewnego wieśniaka i córką duchową Jana. Pewnego dnia 1580 odwiedza klasztor i zauważa, że prawie cała wspólnota znajduje się w łóżkach, padłszy ofiarą osławionego kataru. Nadto przybywają tu, aby się leczyć, chorzy zakonnicy z Calvario i z innych domów. Ojciec Jan poświęca się. z całych sił, ale jest zupełnie pozbawiony środków. Teresa wraca do domu, nic nikomu nie mówiąc, i po krótkim czasie powraca z zaopatrzeniem: trzydzieści kur, dwa tuziny materacy, wiele poduszek, pościel i kilka koszul” (Marcin od Wniebowzięcia).
Maria de la Paź prezentuje się jako osoba „o żywym charakterze, bystra obserwatorka”. Ma wątpliwości, czy zbliżyć się do konfesjonału ojca Jana.
Pierwszy raz, kiedy doń przystępuje, słyszy następujące wprowadzenie, jakie spowiednik czyni z własnej woli: „Córko, jestem człowiekiem doświadczonym przez własne grzechy”. Ta zaskoczona, reaguje: „Dlaczego mi to mówisz?” Ojciec Jan odpowiada spokojnie: „Tak było trzeba, córko, dlatego to po wiedziałem”. Maria nabierze wielkiego zaufania do swojego spowiednika. To od niej pochodzi cytowana informacja o zmianach zachodzących na twarzy Jana w zależności od celebrowanych misteriów liturgicznych.
Także ów anonimowy pan, „występny i bezwstydny”, odczuwa skutki mocnej i łagodnej raki ojca Jana. Pewnego dnia przybył pod drzwi klasztoru i prosi brata Marcina: „Proszę mi tu przysłać spowiednika, który byłby łagodny”. Furtian idzie poszukać ojca Jana od Krzyża i informuje go o prośbie. Przeor mówi, że sam zejdzie, aby go wyspowiadać. Po spowiedzi mężczyzna jest jak odmieniony, „i tak przywiązał się do nauk Świętego, że dniem i nocą udawał się do klasztoru, gdzie uczestniczył w ćwiczeniach zakonników.
Do tych, z którymi spotyka się częściej z widocznym przywiązaniem, należy Juan de Vera, artysta z Beas, wezwany przez Jana, aby wykonać obrazy i rzeźby dla klasztoru i kościoła w Baeza. Przebywa przez cały dzień w klasztorze i zostaje tam na obiad. Jan, w chwilach wolnych od obowiązków życia klasztornego, śledzi z bliska jego pracę. Poświęcamy mu osobne stronice.
Santa Ana
Elwira Munoz, wdowa po Gonzalo Roman, pozostawia klasztorowi karmelitów bosych w Baeza w 1580 „folwark wraz z zabudowaniami, zwany Santa Ana”. Karmelici bosi, w osobie Jana od Krzyża, przyjmują darowiznę, „zobowiązując się do założenia klasztoru we wspomnianym folwarku, który znajduje się w pobliżu miejscowości El Castellar, we wsi Santisteban del Puerto”, w odległości kilku kilometrów od Sorihuela. Ofiarodawcy ograniczają się do żądania, aby „we wspomnianym folwarku mieszkało czterech zakonników, by nim zarządzać i roztoczyć opiekę duchową nad tamtejszymi wioskami”.
Na polecenie ojca Jana udają się tam, aby objąć teren w posiadanie, ojcowie Jan od Jezusa i Jan od św. Anny. Z kanonicznego punktu widzenia stanowią oni nadal część wspólnoty w Baeza, która dzieli się na dwie grupy, a Jan pozostaje jedynym zwierzchnikiem obu. Przedsięwzięcie ma cel apostolski: roztoczyć z tego odosobnionego miejsca opieką duchową na okoliczne wsie i folwarki. Osiedlają się tam ojciec Jan od św. Anny i dwaj bracia konwersi.
Miejsce to znajduje się w odległości pięciu lub sześciu mil od Baeza. Jan przywiązuje się do tej fundacji i odwiedza ją często; jego wizyty są podyktowane różnymi motywami: ojcowską troskliwością, kontemplacyjnym wypoczynkiem, prośbą o pomoc dla klasztoru w Baeza. Co jakiś czas odbywa podróż, aby odwiedzić i zachęcić zakonników tej małej wspólnoty.
Niekiedy przybywa z nieukrywanym zamiarem spędzenia kilku dni wypoczynku na samotności. Pozostaje też na następny tydzień. Ojciec Jan od św. Anny obserwuje go z bliska: „Wychodził na pola śpiewając psalmy, zwłaszcza nocą. Czasem zabierał mnie z sobą i opowiadał mi o pięknie nieba i o świetle gwiazd… Potem trwał w milczeniu przez długi czas. Widziałem, że zaczyna zasypiać, ponieważ była już głęboka noc i powiedziałem mu: Ojcze, chodźmy, chce ci się spać; jest bardzo późno i chłodne powietrze może ci zaszkodzić. Odpowiedział: dobrze, chodźmy; wiem, że także tobie chce się spać”.
Ten sam Jan od św. Anny wspomina inny, mniej kontemplacyjny cel przeora na folwarku: zabierał pieniądze i żywność dla klasztoru w Baeza. „Oglądał wszystko, co było w domu i zabierał pieniądze i to, co mu się wydawało choć trochę tu zbędne. Nie podobało mi się to i powiedziałem mu, dlaczego to gromadziłem. Starałem się, aby w tej samotni nie brakowało niczego. Odpowiedział mi: Karmelici bosi nie powinni robić takich zapasów, lecz mieć ufność w Bogu”.
Kapituła w Alcalá
Karmelici bosi odbyli już dwa spotkania, które według prawa kanonicznego możemy nazwać „kapitułami prowincjalnymi”, obydwa w Almodóvar del Campo w 1576 i 1578. Spotkanie w 1581 w Alcalá de Henares ma w pełni charakter prawdziwej kapituły prowincjalnej terezjańskiej rodziny.
Papież Grzegorz XIII dnia 22 czerwca 1580 ogłasza brewe Pia consideratione, na mocy którego przyznaje karmelitom bosym prawo posiadania prowincji niezależnej od karmelitów trzewiczkowych. Rozmowy prowadzone w Rzymie przez Jana od Jezusa (Roca) i Diega de la Trinidad, a nade wszystko mocne poparcie Filipa II odniosły oczekiwany efekt. ojciec Jan dobrze przewidywał. Już w pierwszych dniach sierpnia 1580 matka Teresa, pewna ogłoszenia brewe papieskiego i znając jego główne postanowienia, nie może się powstrzymać, aby nie napisać do Marii od św. Józefa, przeoryszy w Sewilli i zaufanej sobie osoby: „Niech będzie pochwalony Bóg, który nam zesłał tak wielką łaskę; możecie Mu dziękować” Nie tylko Matka Założycielka, ale cała rodzina karmelitów bosych raduje się tym wydarzeniem.
Realizacja brewe została powierzona ojcu Juanowi de las Cuevas, dominikaninowi, przeorowi klasztoru San Gines w Talavera de la Reina. Otrzymawszy to zlecenie w styczniu 1581, w lutym ogłasza zebranie kapituły na dzień trzeciego marca tego samego roku. Jan od Krzyża jest jednym z wezwanych: udaje się tam jako rektor z Baeza w towarzystwie Innocentego od św. Andrzeja.
Zgromadzenie kapitulne rozpoczęło się w zapowiedzianym dniu, z udziałem dwudziestu członków. Został zredagowany specjalny dokument dotyczący odłączenia, zgodnie z którym klasztory karmelitów bosych zostały uniezależnione od karmelitów trzewiczkowych, tworząc samodzielną prowincję. Oprócz urzędowych członków kapituły, do udziału w jej obradach zostali wezwani wszyscy zakonnicy klasztoru św. Cyryla w Alcalá, gdzie odbywało się posiedzenie. Wraz z komisarzem apostolskim i innymi obecnymi znakomitościami duchownymi, dokument podpisali jako świadkowie: markiz de Mondejar i jego brat don Enrique de Mendoza.
Czwartego marca, w sobotę, około dziewiątej trzydzieści rano, zgromadzenie wybrało czterech definitorów lub doradców: trzecim został ojciec Jan od Krzyża. Nie przerywając sesji, około godziny jedenastej przystąpiono do wyborów pierwszego prowincjała karmelitów bosych. Zgodnie z życzeniem i przewidywaniami matki Teresy został wybrany ojciec Hieronim od Matki Bożej (Gracian). Ponadto otrzymali głosy: Antoni od Jezusa (siedem), Gabriel od Wniebowzięcia (jeden) i Mikołaj od Jezusa i Maryi (Doria) (jeden).
Następnego dnia, w niedzielę, odbywa się procesja do kościoła katedralnego, w której wzięły udział uniwersytet, władze miasta, przedstawiciele świeckiego i zakonnego kleru oraz mnóstwo ludzi. Mszę śpiewał ojciec Antoni od Jezusa, a kazanie wygłosił prowincjał. Z okazji zgromadzenia kapituły odbyły się również uroczystości akademickie.
Kapituła, po ustanowieniu prowincji i wyborach, zajęła się redagowaniem nowych konstytucji dla braci i sióstr, praw, które tak bardzo zajmowały i niepokoiły matkę Teresę. Kapituła zatwierdziła też nowe fundacje, wśród nich w Valladolid, w Salamance, w Lizbonie; zatwierdziła wreszcie wysłanie misjonarzy do Konga w celu nawracania pogan. Zgromadzenie kapitulne, ustanawiając nową prowincję, kładzie kres trudnościom i problemom, jakim karmelici bosi byli zmuszeni stawiać czoło. Mówi o tym Teresa w Fundacjach (29, 30.33): „Z woli Boga dokonał się podział między karmelitami bosymi a trzewiczkowymi, gdyż utworzona została niezależna prowincja: było to wszystko, czego pragnęliśmy dla naszego spokoju i zgody”.
W niektórych zarządzeniach, wydanych przez kapitułę, można by dojrzeć rękę ojca Jana, a przynajmniej odnotować ich wielką harmonię z jego duchem i sposobem bycia. Na przykład te z nich, które dotyczą ubóstwa, nie „proszenia o jałmużnę w sierpniu w stodołach, a także na ulicach osiedli”, obowiązków we wspólnocie: „zmywanie naczyń, zamiatanie i inne zwykłe prace rozdziela się równo na wszystkich, nie wyłączając ani prowincjała, ani przeora, ani innych osób”; różnych prac ręcznych, które muszą wykonywać także „chórzyści, jeśli nie mają, innych obowiązków, aby utrzymywać w dobrym zdrowiu ciało poprzez pracę fizyczną”
W Baeza z nostalgią
Kapituła prowincjalna skończyła obrady w czwartek 16 marca. Jan przygotowuje się do powrotu do swojego klasztoru w Baeza, szcza, śliwy, że Reforma została uznana i zatwierdzona. Ale i z przykrością, ponieważ pozostaje w Andaluzji, gdzie przebywa już od dwu i pół roku.
Aby móc przenieść się do Kastylii, szuka poparcia u matki Teresy, która natychmiast wstawia się bezpośrednio u ojca Graciana, nowego prowincjała: „Zapomniałam prosić Waszą Wielebność o prezent wielkanocny; Bóg chce, abyście mi go ofiarowali. Wiedzcie, że kiedy pocieszałam ojca Jana od Krzyża z powodu przykrości, jakiej doznaje musząc przebywać w Andaluzji…, powiedziałam, że jak tylko Bóg da nam własną prowincję, postaram się spowodować, aby mógł wrócić do Kastylii. Teraz prosi mnie o dotrzymanie słowa” (24.3.1581).
Ojciec Gracian nie przykłada do tego dużej wagi. Jan pozostaje tam, gdzie jest. Cztery miesiące później, szóstego lipca, Jan pisze do pewnej karmelitanki w Kastylii: „Jezus niech będzie w twojej duszy, Gatalino, córko moja. Chociaż nie wiem, gdzie jesteś, chcę napisać do ciebie te parę słów, ufając, że nasza Matka (Teresa od Jezusa) prześle ci je, jeśli nie ma cię przy niej. A jeśli nie przebywasz razem z nią, pociesz się tym, że ja jeszcze bardziej jestem tu samotny i opuszczony. W istocie od czasu, gdy połknął mnie ten wieloryb, a potem wypluł w tym obcym porcie, nie mogłem zobaczyć ani jej, ani innych świętych od was. Bóg dobrze postąpił; w końcu opuszczenie udoskonala, a do wielkiego światła trzeba iść przez udręki ciemności. Dałby Bóg, abyśmy w nich nie pozostali”.








