Spis treści
Eksplozja witalności
o. Federico Ruiz OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.
W Granadzie następuje jak gdyby eksplozja witalności Jana od Krzyża. Można zauważyć nieprzerwany wzrost jego dojrzałości na różnych płaszczyznach: osobistego powołania, zadań wychowawczych, odpowiedzialności przełożonego, twórczości literackiej, podróży… Czterdzieści lat intensywnego i ogromnie różnorodnego życia osiąga swój szczyt podczas sześcioletniego pobytu w Granadzie (1582-1588).
Od chwili pogodzenia się z opuszczeniem Kastylii Jan zanurza się coraz głębiej w samym sercu Andaluzji. Po uwięzieniu w Avila drogi jego wędrówek kierują się ku południu: Toledo, El Calvario, Baeza, Granada.
Ojciec Jan przybywa do Granady w końcu stycznia 1582, prawie sto lat po jej wyzwoleniu z rąk Maurów. Ponieważ przebywa tu przez sześć lat, jest to miejsce jego dłuższego pobytu, po Medina del Campo, gdzie mieszkał przez trzynaście lat, i Fontiveros, gdzie spędził lat siedem.
Mimo początkowych kłopotów nie objawia żadnych oznak zniechęcenia, a wręcz przeciwnie, w nowym miejscu napotyka na klimat wyjątkowo sprzyjający realizacji najlepszych projektów i planów życiowych.
Granada to pełnia jego egzystencji, to szczytowy okres twórczości Doktora Mistycznego. Czuje się w pełni sił, gotów do wszystkiego: do kontemplacji i przełożeństwa, kierownictwa duchowego i załatwiania interesów, do samotności i budowania, otwarty na innych, chętny do dalekich podróży… W tym klimacie ruchu i aktywności powstają dzieła mistyczne i literackie o najwyższej wartości. Działalność jego wykracza szeroko poza obręb samego miasta. Granada stanowi bazę, z której udaje się w różne strony Andaluzji, Murcji i Kastylii. Mnożą się na jego temat opowieści i anegdoty związane z licznymi spotkaniami, odwiedzanymi przez niego miejscami i ludźmi. W konsekwencji rozrasta się materiał fotograficzny i biograficzny, który zamierzamy przedstawić.
Aby właściwie zaprezentować takie bogactwo faktów, postanowiliśmy podzielić omawiany okres na trzy rozdziały. Pierwszy z nich związany jest z jego pobytem w samej Granadzie, dwa dalsze omawiają jego podróże po Kastylii i Andaluzji.
W Granadzie z Karmelitankami
Jan od Krzyża aktywnie uczestniczy w dziele założenia klasztoru sióstr Bosych w Granadzie, przy osobistym współudziale matki Teresy. Niegdyś ona szukała sposobności, aby przenieść ojca Jana z Andaluzji do Kastylii, teraz to on chciałby przenieść ją z Kastylii do Andaluzji.
Niektóre młode osoby z bogatych rodzin domagały się utworzenia klasztoru w Granadzie, przedstawiając swoje życzenie ówczesnemu prowincjałowi Bosych w Andaluzji, ojcu Diego od Trójcy Świętej. Ten zaś poinformował o tym matkę Annę od Jezusa, przeoryszę w Beas, która powątpiewała w możliwość tego projektu, znając stanowisko arcybiskupa Granady. Przeprowadza jednak na ten temat rozmowę z Janem od Krzyża, który dodaje jej odwagi. Idealnym rozwiązaniem wydaje się udział samej Teresy od Jezusa.
Wikariusz prowincjalny poparł tę myśl i polecił ojcu Janowi, aby udał się do Avila i sprowadził matkę Teresę, „zważając na jej wiek i osobę, wraz z zakonnicami niezbędnymi do założenia nowego klasztoru”.
Jan w towarzystwie pewnego brata wyjeżdża w połowie listopada 1581. Przybył do Avila około 25 tego samego miesiąca. Po czterech latach następuje osobiste spotkanie inicjatorów Reformy. W 1577, mniej więcej o tej samej porze roku, ojciec Jan był pojmany i osadzony w więzieniu w Toledo. Teresa w owym czasie znajdowała się w Avila. Stamtąd słała nieustannie listy i protesty. Teraz mają okazję do wspomnień o tamtych wydarzeniach.
Radość ze spotkania ogromna, ale cel podróży Jana pozostaje niespełniony: Matka Teresa nie może z nim jechać, gdyż realizuje fundację w Burgos i nie może od niej odstąpić. Teresa i Jan żegnają się. 29 listopada Jan udaje się w drogę powrotną w towarzystwie dwóch sióstr z klasztoru św. Józefa w Avila, przydzielonych mu do pomocy przy zakładaniu klasztoru w Granadzie. Do Beas przybyli 8 grudnia.
Zakonnice przeznaczone na fundację w Granadzie spędzają w Beas miesiąc pełen intensywnych przygotowań. Wreszcie przychodzi zawiadomienie od wikariusza prowincjalnego i wyruszają w drogę 15 stycznia.
Grupa jest liczna: Anna od Jezusa, sześć mniszek, Jan od Krzyża, o. Piotr od Aniołów. Po czterech dniach, kiedy przybyli do Deifontes i byli już blisko Granady, spotykają się z wikariuszem prowincjalnym, który skonsternowany oznajmia im, że nic nie wyszło z fundacji. Arcybiskup nie udzielił zezwolenia, a ten, od którego zamierzali kupić dom, zmienił zamiar.
Po szybkiej konsultacji zdecydowali się kontynuować podróż. Wprawdzie zamknęły się przed nimi dwie furtki, ale pozostało jeszcze jedno wyjście: dom doni Anny del Mercado y Penalosa. Ta szlachetna pani, wdowa, mieszkała w Granadzie wraz ze swoim bratem, don Luisem del Mercado, audytorem Trybunału. To stanowiło właściwe wyjście z sytuacji. Kiedy o trzeciej rano 20 stycznia 1582 przybyła cała ta grupa, nieco zrezygnowana, spotkała się. z gorącym przyjęciem. Matka Anna od Jezusa tak wspomina tę scenę: szlachetna pani „oczekiwała nas u swego progu i przyjęła ze łzami w oczach”.
Wczesnym rankiem, tym razem za zezwoleniem biskupa, don Juana Mendeza de Salvatierra, odprawiono pierwszą Mszę św. Przybyły prowizor przewodniczył liturgii, Jan asystował jako diakon, a Piotr jako subdiakon.
Tego samego ranka don Luis del Mercado z przyjacielem składa wizytę arcybiskupowi, aby podziękować za wyrażenie zgody.
Zezwolenie jednak istniało, był również dom. Dona Anna zadawalała się odrobiną miejsca w swoim domu, pozostawiając inne pokoje do dyspozycji sióstr. Była to sytuacja o tyle przykra, że z kilku przewidywanych początkowo tygodni przeciągnęła się na wiele miesięcy, aż do 19 sierpnia, kiedy to mniszki przeniosły się do nowego domu przy Calle Elvira.
Wydarzenia te miały trwały wpływ na życie ojca Jana w Granadzie. Na scenie pojawiły się trzy wybitne osobowości: Jan od Krzyża i wspólnota braci Bosych, matka Anna od Jezusa ze swoimi siostrami oraz dona Anna de Penalosa ze swoją rodziną.
Klasztor de Los Mártires
Jan od Krzyża nie dotarł jeszcze na miejsce swego przeznaczenia: przybył bowiem do Granady jako przeor klasztoru. Towarzyszenie mniszkom miało charakter przypadkowy. Tak więc po zakończeniu Mszy św. w domu doni Anny, szybko opuszcza siostry i udaje się do swego klasztoru, wspinając się po Cuesta de los Gomeles ku wzgórzu Alhambry. Bracia ugościli go z wielką radością i prostotą. Wspólnota oczekiwała go od czerwca ubiegłego roku, kiedy to wybrany został przeorem na miejsce Augustyna od Trzech Króli. Ten ostatni otrzymał nominacje, na rektora nowego kolegium w Salamance, utworzonego l czerwca 1581, i opuścił klasztor w Granadzie. Jan spotkał tu wielu zakonników, których znał z Baeza i z Calvario. Wspólnota była niewielka i uboga, brakowało wszystkiego, oczekiwano go więc z niecierpliwością.
W pierwszych dniach zapoznał się z zakonnikami, z historią i obecnym stanem domu zakonnego. Pierwsze dziewięć lat obecności karmelitów bosych w Granadzie obfitowały w wydarzenia bolesne, a jeszcze i teraz fundacja wymagała wzmocnienia. Ojciec pragną poznać j ej problemy, aby odpowiednio pokierować swoją działalnością.
Wiosną 1573 przybył do Granady ojciec Baltazar od Jezusa z dwoma zakonnikami z zamiarem założenia klasztoru. Promotorem fundacji był don Luis Hurtado de Mendoza, hrabia Tendilla, komendant twierdzy Alhamnbra i kapitan generalny królestwa Granady. Gościł on przez pewien czas zakonników w pałacu Alhambra, do chwili znalezienia przez nich miejsca odpowiedniego na klasztor.
Tu jednak zaczynają się kłopoty. Z powodów związanych z ostatnią wojną z rebeliantami moryskami, pojawiła się swoista rywalizacja pomiędzy hrabią a dwoma innymi autorytetami w mieście: arcybiskupem i przewodniczącym Trybunału. Bosi ponoszą tego konsekwencję.
Wystarczyło, że korzystali z pomocy hrabiego, aby arcybiskup odrzucił prośbę o zezwolenie na założenie klasztoru w „starej dzielnicy chrześcijańskiej”. Mogli zatrzymać się jedynie w Albaicin, zamieszkałym przede wszystkim przez moriscos, nawróconych
powierzchownie. Bosi, z braku lepszej możliwości, zaakceptowali tę sytuację, obejmując klasztor obok kościoła San Gregorio Magno, opuszczony dopiero co przez trzewiczkowych. Szybko zorientowali się, że życie w takich warunkach staje się nie do zniesienia: wrogość, brak jałmużny, kłopoty z wyjściem do miasta. Muszą opuścić to miejsce, ale arcybiskup nie proponuje im innego.
Interweniuje jeszcze książę Tendilla ofiarowując kościół i klasztor w obszarze swojej jurysdykcji, na wzgórzu Alhambra. Jako kościoła mogliby używać małej kaplicy, zbudowanej przez Izabelę Katolicką na pamiątkę zamęczonych tam chrześcijan. Zamieszkać zaś mogą w przyległym domku, przeznaczonym pierwotnie dla kapelana. Bracia akceptują propozycję i w krótkim czasie przenoszą tam niewielki swój dobytek.
Puste wzgórze
Aby wyrobić sobie wyobrażenie stanu, w jakim znajdowało się wzgórze, kiedy zakładano tam klasztor, trzeba odrzucić cały obecny wygląd klasztoru Los Mártires, z drzewami, ogrodami, wodą, zabudowaniami. Strefa ta nazywała się niegdyś corral de los cautivos(dziedziniec więźniów), to znaczy chrześcijańskich więźniów w niewoli Maurów; nieco później zaś „pole męczenników”, ponieważ wielu z nich znajdowało tu śmierć.
Podczas panowania arabskiego wzgórze było nagie i puste, przeznaczone na magazyny i więzienie. W 1594, kiedy Niemiec, Munzer, zwiedzał to miejsce, istniało jeszcze czternaście ogromnych mazmorras (więzień w postaci zagłębień u grot skalnych), z których każda mogła pomieścić od stu do dwustu ludzi. „Silosy te, znajdujące się na rycinach z XVII i XVIII w., były w kształcie lejów z okrągłymi otworami, niezbyt wysoko wyniesionymi nad powierzchnię ziemi, o głębokości około siedmiu metrów. Podłoga płaska i okrągła, miała średnicę około ośmiu metrów i podzielona była promieniście blokami skalnymi, tworząc legowiska więźniów po dwanaście każda mazmorra„.
W tej pustej okolicy, z grupą zakonników mało raczej przedsiębiorczych, rzeczy miały się gorzej niż źle. Publiczne sprawowanie kultu ograniczono do święta patrona, św. Piotra w Okowach, 2 sierpnia. Nie prowadzi się duszpasterstwa, brak jałmużn, brak wody, w ogrodzie nic nie rośnie. W najgorszym momencie kryzysu przybył ojciec Gracian; decyduje się zlikwidować fundację i rozesłać zakonników do innych klasztorów.
Kiedy przygotowują bagaże do podróży, przypadkowo odwiedza ich książę Tendilla. Jest to człowiek szlachetny, a zarazem stanowczy, który szczerze pragnie im pomóc. Przekonuje ich, by zostali i ofiaruje im niezbędne środki. On sam pilnować będzie codziennie, aby przygotowywano posiłki dla siedmiu osób, dopomoże w doprowadzeniu wody dla potrzeb domu i nawodnienia ogrodu. Przybycie nowego przełożonego, ojca Augustyna od Trzech Króli, pomaga podnieść morale braci. Aktywność duszpasterska klasztoru zwiększa jego prestiż. Nowy przeor rozbudowuje klasztor, uprawia ogród…
Nowy Przeor
Ojciec Jan od Krzyża staje się w pełni członkiem wspólnoty Los Mártires. W tym otoczeniu, tak przystosowanym do kontemplacji Boga i natury, nie spędził nawet dnia bez poczucia odpowiedzialności za wspólnotę i troski o potrzeby najbliższych. Od samego początku nowy przeor bada potrzeby i możliwości klasztoru. Wspólnota nie jest liczna, dom mały, ogród ubogi. Z drugiej strony miasto żyje płomienną wiarą, a pejzaż nieporównywalnej piękności ofiarowuje cármenes (ogrody) oraz równiny z jednej strony, naprzeciwko zaś Alhambrę i Sierrę Nevada.
W następstwie pierwszych obserwacji Jan ma już opracowany w dużej części plan działania. Granada stawia przed nim poważne zadanie ożywienia wspólnoty, uporządkowania spraw domu zakonnego i ogrodu, służenia karmelitankom bosym. Piękno przyrody pobudza go do kontemplacji i wyostrza jego wrażliwość estetyczną. Rezultaty przewyższyły oczekiwania.
Ojciec Jan będzie miał czas i sposobność zrealizowania wszystkich swoich planów. Podczas zgromadzeń legislacyjnych opowiadał się często przeciw powtórnemu wybieraniu na przełożonych tych samych osób, ale nie udało się wprowadzić takiego prawa w życie. Faktycznie, w ciągu dwudziestu trzech lat spędzonych w Karmelu reformowanym, wciąż powierzano mu jakieś funkcje i zadania, z wyjątkiem miesięcy spędzonych poza klasztorem w Avila i Toledo.
Okres granadeński bije jednak rekordy. W ciągu sześciu lat został wybrany trzykrotnie przeorem i raz prowincjałem. Oto kolejność tych funkcji: 1)W połowie 1581 został wybrany przeorem Granady, gdy przebywał jeszcze w Baeza. 2) W maju 1583 ponownie wybrano go przeorem Granady podczas kapituły w Almodóvar. 3) W maju 1585, na kapitule prowincjalnej w Lizbonie kończy urząd przeora i zostaje wybrany drugim definitorem. 4) W październiku 1585, na kapitule obradującej w Pastranie, został wikariuszem prowincjalnym Andaluzji. 5) W kwietniu 1587 kończy urząd wikariusza prowincjalnego i zostaje wybrany ponownie przeorem Granady na kapitule w Valladolid.
„Żaden klasztor nie jest lepszym przykładem sposobu nauczania i rządzenia Jana od Krzyża, jak Los Mártires w Granadzie” (Silverio de S. Teresa). Wiemy z poprzedniego rozdziału, jak ojciec Jan spełniał obowiązki przełożonego. Podobnie było w Granadzie na stanowisku przeora. Dla niego być przeorem znaczy: wypełniać wiernie codzienne obowiązki jak każdy inny zakonnik, być nauczycielem duchowym wspólnoty, kierującym i pracownikiem zarazem przy budowie domu i uprawie ogrodu, spowiednikiem i kierownikiem duchowym karmelitanek bosych i wszystkich, którzy się zwrócą do niego, dobroczyńcą dla biednych, pielęgniarzem chorych… Spełnia swe obowiązki według własnego stylu, mając na względzie potrzeby osób i domu.
Zajmiemy się teraz poszczególnymi aspektami tej działalności.
Stworzyć wspólnotą
Rozpoczynając swój urząd Jan cementuje wspólnotę pewnym szczególnym gestem: wspomina często i chwali poprzedniego przeora. Czyni to ze szczerością. Jeden z podległych mu zakonników, odnotowując ten szczegół, wspomina: „Mówił, że przełożeni muszą często modlić się do Boga, aby dał im roztropność w zarządzaniu zakonnikami, aby nie popełniali błędów i prowadzili do nieba dusze powierzone ich pieczy. Chwalił bardzo ojca Augustyna od Trzech Króli za tę cnotę, którą posiadał w najwyższym stopniu” (Eliseo de los Martires, Dictámenes, 20).
Jan od Krzyża wybrał sobie celę odpowiadającą jego stylowi i gustom. Jest biedna i ciasna; znajduje się w starym skrzydle domu, które do tego momentu pełniło funkcję nowicjatu, a jeszcze wcześniej było mieszkaniem kapelana. Nie chciał mieszkać w nowym skrzydle, niedawno wybudowanym. Przy braku innych wygód, celka ta ma jedną zaletę: okno wychodzi na ogród. Kontakt z naturą sprawia ojcu Janowi ogromną radość.
Znamy również wyposażenie tego pomieszczenia. Składa się ono z: pryczy do spania, deski opartej o mur zastępującej stół oraz stołka do siedzenia. Ozdoby to: drewniany krzyż i wizerunek Matki Bożej. Książki: Pismo św., brewiarz, egzemplarz Flos santorum, jakieś dzieło z dziedziny patrystyki lub teologii z biblioteki, według aktualnych potrzeb. Widzą to wszystko zakonnicy, którzy na co dzień bywają u niego czy to zasięgając porad duchowych, czy też radząc się w sprawach klasztoru.
Kiedy ojciec Jan obejmował władzę w klasztorze Los Mártires, wspólnota była nieliczna, ale z tendencją do powiększania się. Spośród wielu braci, przybyłych z różnych stron, niektórych zna osobiście. Należy do nich ojciec Piotr od Aniołów, który przybył wraz z nim towarzysząc karmelitankom; ojciec Hieronim od Krzyża, towarzysz podróży z okresu pobytu w Baeza, pomagający mu palić listy matki Teresy; Innocenty od św. Andrzeja, który wstąpił do Zakonu, kiedy Jan był rektorem w Alcalá; również jego przyjaciel i podwładny z Baeza.
W pierwszym okresie reformy większość klasztorów miała własne nowicjaty. Fakt ten wpłynął pobudzająco na życie zakonne i wymagał od wszystkich braci prawdziwego przykładu wierności. W tych latach przybywa wielu nowicjuszy: bywają momenty, że ich ilość dochodzi do dziesięciu czy dwunastu. Każdy z nich ma własne doświadczenia w kontaktach z Janem od Krzyża.
Pomiędzy nowicjuszami był tu Alonso od Matki Bożej, siostrzeniec arcybiskupa Granady. Otrzymał odpowiednie zezwolenie i zamierzał udać się do pustelni Kartuzów. Kiedy żegnał się z karmelitami, przełożonemu udało siego namówić, aby został.
Do nowicjuszy z Granady należał Jan Ewangelista, jeden z tych zakonników, z którymi łączyły Jana szczególne więzi przyjaźni i zaufania; był jego spowiednikiem, prokuratorem i sekretarzem. Musiał zasłużyć na zaufanie, skoro Jan często wystawiał go na próbę. Jako ekonom nieraz narzekał przed przełożonym: Ojcze, nie mamy nic do jedzenia, nie ma też pieniędzy, a nas jest tylu; pójdę poszukać czegoś. Przeor odpowiadał mu spokojnie: Nie martw się, ojcze, nie denerwuj się, miej więcej zaufania w Bogu. I faktycznie, zanim wyszedł z domu pojawił się jakiś dobroczyńca. Ten właśnie zakonnik otrzymał od przełożonych zezwolenie na pobyt w tych klasztorach, w których przebywał Jan od Krzyża, gdyż towarzystwo Jana wpływało szczególnie dobrze na jego duszę.
Mimo że Jan od Krzyża wyrobił sobie pewien stały styl rządzenia klasztorami, zdawał sobie sprawę, że Granada to nie to samo, co Baeza. Sytuacja tu była zupełnie inna. W Baeza byli studenci uniwersytetu. Kościół był duży, uczęszczany, znajdował się w środku miasta… W Granadzie natomiast klasztor był pośrodku pól, położenie było niedogodne, kościół mały, nieuczęszczany. Nie ma tu studentów. Klasztor stał samotnie, a on, organizując jego życie wspólnotowe, musi o tym pamiętać.
Sztuka zarządzania
Przybywając do nowej wspólnoty jako przełożony, Jan od Krzyża stara się przede wszystkim wytworzyć atmosferę zaufania i odprężenia. Zwykł mawiać: „Kto to widział, żeby cnoty i rzeczy Bożych nauczać srogością i surowością?”. Dwoił się i troił, aby jego współbracia z entuzjazmem i radością prowadzili swe życie zakonne.
Jego sposób bycia stanowił dla nich niewątpliwy bodziec w tym kierunku. Nie był pedantyczny: „Bracia z Granady zapewniają, że nie wtrącał się w sprawy powierzone innym, nie usiłował też siłą domagać się swoich praw przełożonego… Nie ścigał zakonnika, który naruszył obowiązujące milczenie, aby go ukarać. Słychać go było niekiedy kaszlącego lub hałasującego wielkim różańcem, aby ostrzec zakonników rozmawiających w czasie obowiązującego milczenia, by się mogli oddalić zanim ich zobaczy” (O. Crisógono).
W ten sposób krok po kroku niweczył przekonanie, panujące wśród wielu zakonników, że jest bardzo surowy dla innych, gdyż wiele wymaga od siebie. Dla człowieka tak wrażliwego, jak ojciec Jan, okazji nie brakowało. Wydaje się dziwne, że mając skłonności do zagłębiania się w życie wewnętrzne i pozornie stroniąc od ludzi, umie ich sobie zjednać i wyczuwa z dużą intuicją potrzeby swego otoczenia, a także potrafi wszystkiemu zaradzić.
Ojciec Ludwik od św. Anioła przekonał się o tym i tak opowiada. Przyjechał dopiero co z Baeza, gdzie ukończył studia uniwersyteckie. Ma zużytą i podartą tunikę. Nie mówi nic, ukrywa ją pod habitem tak, że nikt tego nie dostrzega. Przeor ma jednak bystre oko, dostrzega to natychmiast, ma również ogromne serce i daje mu natychmiast nową. Ojciec Ludwik był tak zaskoczony, że nie wie, jak dziękować. Przeor ucina krótko: to są normalne rzeczy między braćmi i moja powinność, nie trzeba dziękować.
Również chorymi opiekuje się w szczególny sposób. Widać to już od wczesnych lat jego życia. W Baeza poświęcił im wiele uwagi, przygotowując dla nich jedzenie, pielęgnując, pocieszając i zabawiając. Dwoi się i troi. Podczas epidemii jego działalność osiąga szczyt. Tak było i w Granadzie. Zakonnicy smutni i cierpiący przyciągają jego uwagę i wywołują troskę. Daje im pociechę duchową, pomaga odpocząć i rozerwać się. Zazwyczaj idzie z nimi w pole, aby zainteresowany mógł w spokoju wyjaśnić powody swoich trosk.
Lecz współżycie w Los Mártires, jak w każdej wspólnocie, nie zawsze jest idyllą. Znajdują się zawsze trudne charaktery, nieprzyjemne sytuacje, którym przełożony musi stawić czoła. Ojciec Jan nie unika odpowiedzialności ani przykrej strony swojej służby.
Ten sam przeor, który przy jednej okazji daje nową tunikę Ludwikowi od św. Anioła, przy innej okazji poleca w czasie rekreacji zdjęcie zbyt „eleganckiego” okrycia.
Jeszcze większe wrażenie wywarł przypadek, kiedy ojciec Jan od Krzyża musi interweniować stanowczo. Jeden z zakonników przybył na rekreację ubrany w wykwintny sposób, broniąc na dodatek swojego postępowania przy pomocy argumentów historycznych i teologicznych. Dowodził, że sam widział tunikę używaną przez Jezusa Chrystusa i była ona delikatna. Ojciec Jan odpowiada sucho: Jezus Chrystus nie miał, tak jak my, rozpasanych namiętności; nie podważał więc słów, że była to prawdziwa tunika Jezusa. Zakonnik zdjął eleganckie okrycie i oddał przeorowi. Wspólnota odniosła przy tym wrażenie, że Jan jest człowiekiem zdecydowanym.
Na ogół ojciec Jan stosował, zależnie od potrzeb, system pośredni między rygorem w obliczu krnąbrności, a łagodnością w przypadku słabości. Nakłada bez entuzjazmu kary przewidziane prawem zakonnym. Jest mu przykro, ale musi tak czynić. Zakonnicy długo wspominali karą nałożoną na jednego z nich; zgodnie z prawem zakonnym miał przez określony czas pozostawać w swojej celi pod zamknięciem. Zanim zakończył się termin kary, ojciec Jan zwraca się do wspólnoty z pewnym niesmakiem: „Byłem zmuszony wymierzyć karą według naszych praw, lecz czy możliwe, że żaden z was nie przyszedł poprosić, bym zmniejszył karę i pozwolił mu wyjść?”
Animator duchowy
Pełniąc różne funkcje i urzędy nasz Doktor Mistyczny wykazuje talent i powołanie nauczyciela duchowego. Cokolwiek by zrobił, czy to mówił, czy też milczał., wywierał przemożny wpływ na innych. Jak już wiemy, nie był pseudomistykiem, który zajmowałby się tylko modlitwą i dręczeniem zakonników. Z drugiej strony te same fakty, które, jak sobie przypominamy, charakteryzują jego sposób rządzenia, mają bezpośrednie odniesienie do formacji duchowej. Świadkowie podkreślają połączenie delikatności i pełnego szacunku upomnienia.
Ojciec Jan dysponuje licznymi środkami i sposobami, służącymi pogłębianiu wspólnoty: zebrania zakonników dla omówienia stosowania praw zakonnych, wspólne rekreacje, codzienne refleksje po kolacji, celebracje liturgiczne, spacery, objaśnianie wspólnocie swych książek, osobiste spotkania z poszczególnymi zakonnikami.
Ojciec Elizeusz od Męczenników w swych Dictámenes zawarł wspomnienia dotyczące spraw najczęściej poruszanych przez ojca Jana w jego naukach. Trzy grupy tematów interesowały go szczególnie: 1) kontemplacja i skupienie, akty anagogiczne (strzeliste), które wznoszą serce i umysł do Boga; 2) apostolstwo jako współpraca z Bogiem dla zbawienia dusz; 3) cnoty ludzkie w codziennych kontaktach i formacji zakonników: wierność i oderwanie, roztropność w rządzeniu, delikatność, wspaniałomyślność, szczerość.
W Dictámenes pobrzmiewają tematy i sposoby postępowania właściwe ojcu Janowi, podkreślone przez fakty z jego biografii. Kiedy po obiedzie i po kolacji zbierali się zakonnicy, zazwyczaj siadał na ziemi pośrodku nich, często również pomiędzy nowicjuszami, i tak karmił ich dusze i mówi] do nich łagodnie: „Chodźcie, synowie, upiększymy naszych braci…” (Alonso od Matki Bożej). Każdy proponuje pewną cnotę, którą sugeruje i której życzy zainteresowanemu.
Innym razem zadaje pytania i słucha, a potem on sam komentuje wypowiedzi. Słynna stała się odpowiedź pewnego zakonnika, prosta i mało kulturalna. Podczas zwykłej rekreacji przeor pyta go: „Bracie Franciszku, co to jest Bóg?”. Brat zaś odpowiada: „Bóg, to coś, czym wy chcielibyście być”. Odpowiedź ta poruszyła do żywego ojca Jana z powodu zbytniej poufałości i przemądrzałości pytanego. Wspólnota zaś pozostała pod wrażeniem komentarzy i refleksji uczynionych na ten temat przez ojca Jana.
Czasami pyta on sam, czasami każe zadawać sobie pytania, zaciekawiając braci jakimś tajemniczym gestem. To, co przytaczamy, nie było może celowym zabiegiem, ale zostało dostrzeżone przez zakonników. Opowiada o tym biograf, ojciec Alonso: Pewnego dnia, gdy znajdował się w ogrodzie wraz ze swymi zakonnikami podczas rekreacji, zauważywszy górę piasku począł dzielić ją na części, wydzielając jedną część bardzo małą; potem powstawszy, przypatrywał się jej. Zorientowawszy się, że zakonnicy go obserwują, powiedział: „Zauważyłem, że choć Bóg jest panem całego świata, jest znany tylko tej małej jego części; i oto do niej Pan mówi: Niewielu jest wybranych”.
W rozmowach indywidualnych ton staje się bardziej osobisty. Prawie każdego dnia spotyka się z jakimś zakonnikiem. Jeśli to wypada w porze modlitwy, interesuje się jego sprawami duchowymi, modlitwą, problemami wewnętrznymi. Kiedy zaś rozmawiają o innej porze, pyta również o zdrowie i sprawy doczesne. To, co zakonnicy zauważają najczęściej, to uwaga i upodobanie, z jakim przeor ich wysłuchuje; prosi on swych rozmówców, żeby mówili przede wszystkim o tym, co przeżywają i co czują, i o tym, co Bóg im daje i od nich żąda, a także o tym, co pragnęliby robić.
Dopiero na końcu dzieli się swoimi uwagami, wyciąga wnioski i zachęca do wierności.
Jego nauczanie oparte jest bardziej na konkretnych faktach, niż na słowach. Nie tylko czyny samego przeora służyć mogą za przykład. Wszyscy zakonnicy potwierdzają, poprzez swe późniejsze doświadczenia, prawdziwość otrzymanej nauki i konkretność wypływających wniosków. W zakresie ubóstwa ojciec Jan wymaga konkretności i wrażliwości. Poznanie i umiłowanie ubóstwa dokonuje się poprzez rzeczywiste doświadczenie braku rzeczy najpotrzebniejszych i niedostatek tego, co jest uważane za normalne. Zakonnik powinien znosić to mężnie, bez narzekania i irytacji.
Jeszcze bardziej uważnie podchodzi do umartwień wewnętrznych. Podczas jednej ze swych wizyt u sióstr w Beas towarzyszył mu pewien zakonnik, którego łączyło z ojcem Janem szczególne zaufanie. Opowiadał mniszkom w poufałym tonie o drobnych umartwieniach nakładanych przez przełożonego: nagany, odmawianie zezwoleń… Siostry przekazują ojcu Janowi te drobne narzekania jego przyjaciela. Odpowiedział: „Powiedzcie ojcu, że takie jest nasze życie, przecież wie, że wszyscy praktykujemy umartwienia, i niech się nie dziwi tej odrobinie, która również jego dotyczy”.
Róża i goździk
„Dziękował każdemu, kto przyniósł róże lub goździk dla Najświętszego Sakramentu i mówił, jak bardzo miłymi są Bogu te gesty”. Jest to wspomnienie brata zakrystianina, któremu często pomagał i przez którego dziękował ofiarodawcom, jeśli nie mógł uczynić tego osobiście. Róża lub goździk… Jest on człowiekiem delikatnym, wrażliwym, czułym na drobne szczegóły. Jego dusza artysty nie raz znajdowała się na granicy upojenia kontemplując naturę: drzewa i kwiaty, ryby w rzece, góry i równiny. Wspomni potem z przyjemnością kwiaty i różnobarwne stroje, oglądane w Kordowie: „Wszystkie ulice przystrojone, a ludzie jak w dzień Bożego Ciała” (List z czerwca 1586).
Jako przeor wprowadził praktykę modlitwy wspólnotowej w ogrodzie. Przestrzeń, kolory, powietrze i niebo to czynniki, które właściwie użyte pomagają spotkać Pana.
Mając na terenie klasztoru dużo przestrzeni i rozległy pejzaż, lubił prowadzić zakonników na zewnątrz dla doświadczenia większej wolności, samotności i bodźców do kontemplacji piękna natury i Boga. Szli wzdłuż brzegu rzeki Genil lub wspinali się na zbocze wzgórz poprzedzających Sierra Nevada. Kiedy przybyli na otwarte pole, Jan proponuje: „Dziś każdy powinien chodzić po górach sam i każdy spędzi dzień na modlitwie, wołając do Pana”. Takie spontaniczne momenty chronią modlitwę wspólnotową przed depersonifikacją i monotonią.
Niekiedy wspólna przechadzka jest chwilą odprężenia, jak to zdarzało się w Calvario. Również tutaj są chwile samotności i modlitwy, po czym wszyscy spotykają się na posiłku i pogawędce.
Intensywny kontakt z naturą dostarcza mistykowi ładunku estetycznego do komentarzy Pieśni duchowej.
Ciągły plac budowy
Każda z przedstawionych aktywności jest na tyle absorbująca, że mogłaby zająć cały czas i siły naszego bohatera. A każda z nich pociągała za sobą inne, niemniej angażujące.
Poprzedni przełożeni wykonali wiele robót w klasztorze i ogrodzie, lecz potrzeby wzrastały w miarę wzrostu liczby zakonników. Były niezbędne nowe cele, wspólne sale, większe tereny do uprawy. Wprawdzie co roku czyniono coś w tym zakresie, nadszedł jednak czas, aby pomyśleć o czymś solidniejszym i bardziej trwałym.
Nowy przeor zaczął myśleć o tym poważnie, mimo trudności towarzyszących temu przedsięwzięciu: niewygodom związanym z pracami budowlanymi w klasztorze, brakiem pieniędzy, konieczności kontaktu z majstrami itp. W przypadku człowieka z bogatym życiem wewnętrznym zaskoczyć nas może łatwość, z jaką przychodziło mu organizowanie robót budowlanych o dużym zakresie. Duruelo, Baeza, Granada, Segovia… To place budów mistyka, poety i robotnika, którego ręce często bywały ubrudzone ziemią.
Jan nie ogranicza się do nadzorowania robót i wydatków. Bierze udział bezpośredni na wszystkich szczeblach wykonania: projektuje, organizuje, muruje. Dwoi się i troi, aby zdobyć środki pieniężne. Oprócz tego w tym samym czasie, to jest w 1584, pomaga materialnie siostrom Bosym, jak również niezliczonym rzeszom biednych. Pisze również komentarz do Pieśni duchowej i Drogi na Górą Karmel.
Franciszek od NMP, granadeńczyk z pochodzenia, jeszcze przed wstąpieniem do nowicjatu był świadkiem, jak przeor Los Mártires przekształcał klasztor i pejzaż wzgórza. Później, gdy został karmelitą bosym, jako przeor Granady i oficjalny kronikarz Reformy, nie ukrywał w swej twórczości pisarskiej sentymentu do miasta i podziwu dla dzieła Jana od Krzyża. Pisze w ten sposób: „Miłość czcigodnego Ojca do Granady, objawiana na
każdym kroku, była przez to miasto odwzajemniona. W klasztorze pozostały dwa jego dzieła, najważniejsze spośród wielu. Pierwszym jest akwedukt, poprzez który woda dopływa do wielkiego basenu… Drugim jest najlepszy klasztor spośród należących dziś do Bosych w Hiszpanii. Łączy on solidność kamiennej konstrukcji z elegancją architektury i pięknem łuków, co stwarza nastrój skłaniający do pobożności i harmonię.
Wszystko to przyciąga wzrok… i wydaje się wciąż nowe. Może służyć jako model dla innych klasztorów”.
Ten entuzjastyczny opis kronikarza-świadka stanowi ukoronowanie wielu wysiłków. Do opisanej wyżej konstrukcji Jan dodaje później dekoracje: każe pokryć freskiem kaplicę, wyzłocić tabernakulum, ozdobić krużganek obrazami. Dzieło to przyniosło mu uznanie ze strony wysoko postawionych osobistości miasta. Kiedy jednak podczas prac jego twórca bywał brudny i obdarty, nieraz wzbudzał u tych samych ludzi uczucie pogardy. Pewien dostojnik kościelny, który odwiedzał budowę i często widywał go w takim stanie, powiedział tonem nieco ironicznym: „Wy, ojcze, jesteście z pewnością synem wieśniaków. Praca w ogrodzie podoba się wam tak, jak żadnemu z nas”. Ten zwrot „z nas” czyni aluzję do słynnej wizyty, o której powiemy nieco później. Ojciec Jan odpowiada na to: „Nie jestem tak szlachetny, by być synem chłopów. Jestem synem ubogiego tkacza”.
W okresie największego nasilenia prac otrzymał pomoc z Medina del Campo w postaci „nadzwyczajnego pomocnika”, jakim był Franciszek de Yepes. Przeor posłał po swego brata nie tylko dlatego, aby mieć o jedną parę rąk do pracy więcej, ale też i po to, aby być z nim razem przez jakiś czas. Ojciec Jan darzył swego rodzonego brata serdecznym uczuciem, o czym przekonamy się w rozdziałach następnych.
Franciszek przybył do Granady wnosząc swój prosty sposób bycia. W pierwszym momencie zakonnicy byli nieco zbulwersowani jego wyglądem i ubiorem, który nie pasował – ich zdaniem – bratu przeora. „Przybył w zniszczonym płaszczu, jego ubranie było podarte”, jak pisze kronikarz. Jan przywitał go wylewnie, nie patrząc na ubranie, ale na oblicze i w serce. Miał w nim idealnego kompana do rozmów, a także posłusznego i wytrwałego pracownika.
Jan nie krył się ze swoimi uczuciami do brata. Okazywał swą radość, że jest razem z nim, a wszystkim, którzy go odwiedzali, przyjaciołom czy urzędnikom, przedstawiał go: „To jest mój brat, którego szanuję najbardziej na tym ś wiecie”.
Ojciec i nauczyciel karmelitanek bosych
Ojciec Jan od Krzyża odwiedzał często siostry Bose w Granadzie, jakby czuł się odpowiedzialny i za tę drugą wspólnotę. Troszczył się o ich sprawy duchowe i materialne. Zachodził do nich, aby je wyspowiadać i pocieszyć zawsze, ilekroć sobie tego życzyły, a nawet wyprzedzając ich pragnienia. Przysyłał im warzywa, ryby, chleb i oliwę. Mniszki traktują go jak prawdziwego ojca. Mówią o nim: „To naszemu Ojcu, ponieważ jest prawdziwym naszym Ojcem, Pan daje pożywienie dla jego klasztoru i dla nas, a będąc świętym, widzi nasze potrzeby i przychodzi do nas. Niech Bóg mu to wynagrodzi” (Alonso od Matki Bożej).
Ich przyjaźń jest starej daty. Przygody podczas wspólnej podróży stały się źródłem stosunków niemal rodzinnych. Ma to jeszcze głębsze korzenie: matka Anna od Jezusa i niektóre inne zakonnice znają go już z Beas, kiedy przebywając w Calvario czy w Baeza często je odwiedzał. Nawet tym, przybyłym z Avila, towarzyszył w drodze. Pewna grupka wstąpiła bezpośrednio do klasztoru w Granadzie. Wiele z nich zna go od chwili wstąpienia do Zakonu. Tym pomaga, szczególnie w chwilach trudności, umacniając je w powołaniu. Augustyna od św. Józefa zachowuje listy i notatki ojca Jana, które później będzie zmuszona spalić. Jej siostra, Izabela od Wcielenia, zleca pewnemu malarzowi wykonanie portretu Jana pogrążonego w kontemplacji.
Maria od Krzyża, młoda, żywa osoba, którą dzięki niemu przyjęto do Zakonu bez wiana, obdarzała go uczuciem szlachetnym i gorącym.
Jan od Krzyża nie ograniczył się do pozostawienia zakonnic w domu doni Anny de Penalosa. Szukał wraz z nimi lepszej siedziby, aż znalazł przy Calle Elvira, dokąd wspólnota przeniosła się 29 sierpnia 1582.
Opieka z jego strony obejmowała również wybór i zakupienie domu dla zakonnic, w którym zamieszkały ostatecznie. Był to dom Grań Capitana,
dokąd przeniosły się 8 listopada 1584 i pozostają tam do dziś.
Sześć lat nieprzerwanych kontaktów osobistych i wspólnotowych nie pozostało bez śladu. Często wchodzi do klasztoru z posługą chorym, szczególnie w pierwszych miesiącach po przeniesieniu się do ostatecznej siedziby. Ponieważ z powodu przeprowadzki i robót budowlanych nie została jeszcze zamknięta klauzura, mniszki miały okazję obserwować go i poznać z bliska. Maria od Krzyża zapamiętała sposób, w jaki celebrował Mszę św. w oratorium wewnętrznym: „Odprawiał z wielką gorliwością i wielką czcią, niezbyt długo, ale i nie krótko, kierując się rozwagą i pobożnością”.
Czując się jak w rodzinie, miał możliwość spontanicznego wyrażania swej pobożności. Na ołtarzu chóru była piękna statuetka śpiącego Dzieciątka Jezus z pochyloną głową. Umieszczano ją tam podczas świąt Bożego Narodzenia. Kiedy Jan od Krzyża wchodził do klasztoru odwiedzić chore siostry, zachodził na chwilę do chóru, aby Je uczcić. Pewnego dnia wziął statuetkę i wykrzyknął rozpromieniony: „Panie, jeśli miłość ma mnie zabić, teraz jest właściwy moment”.
Zakonnice poznały go dobrze również przy okazji choroby. Stan jego był poważny; był o krok od śmierci u stóp ołtarza. Był to rok epidemii w Sevilli (1582), która następnie przeniosła się do Granady. W ciągu jednego tygodnia zmarło dwóch zakonników z Los Mártires. Pewnego dnia, gdy ojciec Jan celebrował Mszę u sióstr Bosych, dotknięty został atakiem gorączki i boleści tak gwałtownych, że ułożono go delikatnie na materacu i przeniesiono do gościnnego pokoju. Lekarze zalecili absolutną izolację. Cała wspólnota, strapiona bardzo, modliła się, żeby Jan nie umarł i by nie rozszerzała się epidemia. Anna od Jezusa przesłała mu relikwie matki Teresy, aby przyłożył je do rany. Zdrowie powróciło szybko i został przeniesiony do klasztoru.
Tak częste i bliskie kontakty spowodowały, że do dziś pozostało wiele miejsc będących żywymi świadkami jego obecności: kaplica, zakrystia, schody, rozmównica, figury, obrazki. Konserwacja budynku kompensuje w jakiś sposób ruinę, na którą został niestety skazany klasztor Los Mártires.
Nauczyciel duchowy
Funkcja nauczyciela jest najważniejszą w relacjach łączących Jana od Krzyża ze wspólnotą sióstr Bosych. Współtworzą ją elementy związane ściśle z życiem zakonnym: Eucharystia, śluby, spowiedź, kierownictwo duchowe. Jan czyta i komentuje im swe poezje i inne dzieła.
Wszystkie siostry traktuje jednakowo. Zauważają to zarówno zakonnicy, jak i zakonnice. Jedna z nich opowiada: „Zwracał jedynie uwagę na potrzeby duszy, bez rozróżniania nowicjuszki i profeski, siostry konwerski czy chórzystki; takim go znałam w Granadzie. Święty Ojciec zwykł był wzywać te mniszki, które wydawały się mniej rozumieć, aby im pomóc. Przywoływał do siebie te, które, jak wyczuwał, miały szczególne duchowe potrzeby i to było jego głównym kryterium” (Augustyna od św. Józefa). Będąc uważnym i delikatnym obserwatorem, ojciec Jan według własnego uznania stosował środki, jakich wymagały okoliczności.
W jego metodzie wychowawczej ważne miejsce zajmowało umartwienie. W Środę Popielcową, bez uprzedzenia, nie udzielił wspólnocie Komunii św. kontynuując Mszę św., jakby o tym zapomniał. Udawał, że nie widzi znaków i gestów. Po zakończeniu Mszy powiedziano mu o tym. Wyjaśnił wtedy powód: „Dzisiejszy dzień powinno się spędzić wśród pokuty, ćwicząc się w poznawaniu samych siebie”. Mniszki były przekonane, że umartwienia i swoiste metody ojca Jana skutecznie zapobiegały duchowemu znużeniu.
Komentarze, instrukcje, listy, bileciki, sentencje, uwagi w rozmowach wspólnotowych i indywidualnych, portreciki… karmelitanki z Granady zbierały prawdziwy skarb, pochodzący bezpośrednio od Jana od Krzyża. Wszystko to zostało powierzone Augustynie od św. Józefa, która „strzegła tego i szanowała, jakby to były listy św. Pawła”. Jego rady osobiste i te, które stanowiły temat rozmów stworzyły plik kartek grubości dwóch palców.
Niestety, wszystko zaginęło lub zostało zniszczone w 1591, kiedy to stronniczy wizytator chciał te materiały wykorzystać przeciwko Janowi. Zakonnice wolały wszystko spalić, niż oddać w niewłaściwe ręce.
Ach… don Rodrigo!
W tych bardzo otwartych stosunkach ze wspólnotą każda z sióstr ma swoje powody, aby podtrzymywać pełne zaufania kontakty z Janem. Wszystkie miłują go i czują z jego strony wzajemność.
Istnieje jednakże przyjaźń wyjątkowo głęboka z matką Anną od Jezusa, pochodząca jeszcze z Beas. Ponieważ jest ona przełożoną, ma znacznie więcej okazji i potrzeb, aby rozmawiać z ojcem Janem. Wspólnota wie o tym i jest zadowolona. Jej właśnie dedykował komentarz do Pieśni duchowej, co było wielkim wyróżnieniem.
Dwie dusze wielkie i wolne spotykają się. Pewna anegdota ilustruje swobodę, z jaką Jan po przyjacielsku upomniał Annę od Jezusa i szlachetność, z jaką ona opowiada to wydarzenie swoim siostrom. Pewnego dnia ojciec Jan przybył do klasztoru i każe zawołać matką Anną. Ona opowiada mu, że dopiero co skończyła rozmowę z pewnym panem z Granady o imieniu don Rodrigo. Z powodu jego zalet, a może też i dzięki ofierze, którą złożył, matka mówiła o nim z entuzjazmem.
Przeor rozpoczyna rozmową. Od czasu do czasu matka Anna przerywa, nadmieniając: Tak, to mi już powiedział don Rodrigo… Ojciec Jan podejmuje rozmowę na poprzedni temat, a matka Anna znowu: don Rodrigo powiedział mi… Dialog toczył się jakiś czas w ten sposób, aż ojciec Jan uśmiechając się, zauważyć: „Ach, matko przeoryszo, masz głowę pełną don Rodriga” Tylko tyle, ale wystarczyło, by przeorysza zorientowała się, że jest niegrzeczna.
To jedno zdanie ojca Jana w całym kontekście było zarazem pouczające i sympatyczne, tak, że ona sama z prostotą opowiadać może o tym wydarzeniu siostrom, wyznając własną słabość. To wyrażenie stało się przysłowiem dla całej wspólnoty. Kiedy któraś z sióstr mówi zbyt wiele o rzeczach światowych, inne przerywają jej: „Ach, siostro, masz serce pełne don Rodriga”.
W służbie wszystkich
Specjalna uwaga, jaką ojciec Jan poświęca dwom wspólnotom braci i sióstr, nie wyczerpuje całkowicie jego aktywności życiowej. Wiele osób zwraca się do klasztoru, inne odwiedza osobiście.
Z powodu pewnego odizolowania klasztoru Los Mártires, ojciec Jan nie może w swym apostolstwie zwrócić się do dużej liczby osób, zebranych w kościele, jak to było w Baeza. Jednakże Karmel zdobywa sobie krok po kroku rangę centrum duchowego, zwłaszcza odkąd przebywa tam ojciec Jan. Wstępują do klasztoru bogaci, aby dawać i biedni, aby prosić o pomoc; jedni i drudzy aby się wyspowiadać lub porozmawiać na tematy duchowe. Ta sama postawa gościnności i pomocy wszystkim potrzebującym przejawia się w stosunkach ze świeckimi. Zakonnicy zauważają: „W mieście Granadzie przychodziła zazwyczaj pewna mulatka o imieniu Potencjana, a także inna, która, jak mi się wydaje, nazywała się Izabela od Jezusa, i inni ubodzy ludzie. Nie było tu żadnego względu na pochodzenie czy interes. Pomagał biednym z równą gorliwością, co osobom znaczącym, które przychodziły wyspowiadać się u niego” (Baltazar od Jezusa).
Wielu ludziom prostym, od niedawna nawróconym, które z trudnością
poznawały katechizm, każdego tygodnia poświęcał kilka godzin na kierownictwo duchowe. Taka postawa może być zaskakująca u pisarza tej miary, co Jan od Krzyża, który miał uzdolnienia do tworzenia dzieł wiekopomnych, ale rezygnował z nich, poświęcając swój czas żywym osobom, oczekującym jego rady i pomocy.
Tak biedacy jak i żebracy Granady zdawali sobie sprawę, że nowy przeor Los Mártires stworzył w klasztorze klimat szlachetności i wielkoduszności. Przybywali więc tłumnie. Brat furtian otrzymał polecenie, aby nie odprawiać nikogo bez obdarowania czymkolwiek, chociażby małą rzeczą, czym tylko możliwe. Zaskakujący był fakt, że zapasy nie wyczerpywały się, w szczególności zboże, o które ludzie prosili najczęściej. Powiedzieliśmy już, że Jan daje nie tylko to, co zbywa w klasztorze, ale wszystko, co ma, toteż wspólnota nieraz cierpi niedostatek.
Pragnienie pomagania wszystkim, nawet bez wyraźnego żądania, jeśli tylko istnieje potrzeba, prowadzi czasami do rozproszenia sił. Niektórzy z jego penitentów, jeśli spotkanie przedłużało się, byli zapraszani na posiłki do klasztoru, zamiast schodzić do miasta. Pewien kapłan, mistrz Nunez, wstępuje często, aby wyspowiadać się u przeora. Ten, kto zauważył zużytą tunikę Ludwika od św. Anioła, dostrzegł również, że stara sutanna kapłana
nadaje się bardziej na relikwię, niż na ubiór. ojciec Jan na oko ocenia rozmiary i szuka pieniędzy, aby kupić mu nową. Kiedy mistrz Nunez przybył ponownie, ofiaruje mu ją dyskretnie, chcąc zrobić niespodziankę. Niespodzianka spotkała jednak jego samego, gdy ksiądz odrzucił podarunek i powiedział: „Proszą nie sądzić, że chodzę tak ubrany, ponieważ jestem biedny, ale ponieważ chcę prawdziwie służyć Bogu”. Jan od Krzyża znalazł w nim pokrewną duszę. Nieraz też będzie przypominać swoim współbraciom tę lekcję pokory i ubóstwa.
Jedną z osób, z którą łączyły ojca Jana szczególne więzy zaufania i przyjaźni, była Juana de Pedraza, młoda, dwudziestopięcioletnia panna, która wybrała go sobie na spowiednika. Wiele rzeczy wywołuje zaskoczenie: Jan rozumie ją wpierw, zanim ona coś powie, zna jej problemy i oczekiwania. Oto kilka drobnych przykładów. Pewnego dnia, gdy skończyła spowiedź, prosi ją, by chwilę została w kościele lub poczekała przy wejściu do klasztoru aż do określonej godziny. Dzięki temu uniknęła straszliwej burzy, która rozszalała się akurat w tym czasie. Kiedy Jan od Krzyża został przeniesiony do Segovii, Juana martwi się, że nie będzie do niej pisać, że zapomni o niej będąc członkiem zarządu generalnego…, podczas gdy ona samotnie będzie doświadczać nocy ciemnej. Jego zaufanie i przyjacielskie napomnienia zawarte w liście powodują, że odczytujemy w nim ogromną głębią człowieczeństwa i ogromny ładunek duchowy. Pisze tak na wstępie: „Nie wiem, jak mogłabyś ośmielić się myśleć, że o Tobie zapomnę. Złości mnie czasami, gdy pomyślę, że Pani wierzy w to, co mówi… Teraz tylko tego brakuje, żebym Panią zapomniał, jak mogłoby się to stać z czymś, co obecne jest we wnętrzu tak, jak to jest w Pani przypadku. Ponieważ znajduje się Pani w ciemności i pustce ubóstwa duchowego, myśli Pani, że tak dzieje się ze wszystkimi. Ale to nic dziwnego, ponieważ w takich okolicznościach ma się wrażenie, że nawet Bóg nas opuścił” (List z 12 października 1589).
Podczas wędrówek przydarzały mu się również przykre incydenty, które znosił jednak z dobrym humorem. Gdy znajdował się na ulicy, a było to w okresie karnawału, ktoś wylał mu na głową kubeł wody. Jan zniósł to milcząc i poszedł dalej. Inny przypadek ma raczej charakter duchowy. Opowiadał go potem siostrom Bosym, od których właśnie wychodził. Na środku drogi spotkała go pewna kobieta z dzieckiem na ręku. Mówi mu, że to jego dziecko i że musi łożyć na jego utrzymanie. Jan zdziwił się i przystanął na chwilę. Pyta, ile lat ma to
dziecko? Kobieta odpowiada, że rok i że jego matka jest młodą osobą z dobrej rodziny, i nigdy nie opuszczała Granady. Jan wykrzykuje: „To jest dziecko wielkiego cudu. W rzeczy samej nie ma jeszcze roku, jak jestem w Granadzie, a przedtem byłem nie bliżej niż sto mil od tego miasta”. Nie brak mu było poczucia humoru.
Obowiązki publiczne
Ten, który poświęca się niekończącym się rozmowom duchowym i zawsze jest gotów do podróży pasterskich, żywi pewną niechęć do stosunków urzędowych. Nie ma zamiaru pozostawać zamknięty w klasztorze, ale wychodzi na zewnątrz z zupełnie innych powodów. Wydaje się nieczuły na to, co uważane jest za obowiązek społeczny, jeszcze bardziej, gdy związane jest z interesem i zdobyciem jałmużny.
W przypadku zwykłego zakonnika taka postawa mogłaby wzbudzić zachwyt jako gest pokory i wewnętrznego skupienia. W przypadku przełożonego jest to traktowane jako poważne uchybienie, wypływające ujemnie na wstępowanie nowych osób do Zakonu.
Wielokrotnie ojciec Jan upomniany był oficjalnie za taką postawę. Podczas kapituły w Almodóvar (1583) został oskarżony o to, że zbyt rzadko odwiedza świeckich. Ojciec Jan upada na kolana na środku sali, prosi o głos i wyjaśnia ojcom kapitularnym, że czas, który miał poświęcić na odwiedziny i prośby o jałmużnę, spędził z Panem błagając go o dobrobyt dla tych osób i prosząc, aby pobudził te osoby do pomagania klasztorowi. Słowa ojca Jana przekonały kapitułę i nie nalegano już więcej na niego. Jednak narzekano nadal w prowincji, a wikariusz prowincjalny po powrocie do klasztoru zaleca mu złożyć wizytę przynajmniej przewodniczącemu i sędziom Trybunału, którzy ofiarują częstą i znaczącą jałmużnę. Nie było wyboru. Przeor woła ojca Hieronima od Krzyża i mówi mu: „Weź płaszcz i idziemy, ponieważ mówią, że niezbędne jest składanie wizyt”.
Tym razem szczęście im sprzyja; po odwiedzeniu kilku audytorów, obydwaj przybywają wreszcie do domu przewodniczącego trybunału. Ojciec Jan usprawiedliwia się, że nie odwiedza go dość często i czyni to w bardzo miły sposób. Przewodniczący dziękuje za wizytę i wykazuje duże zrozumienie. Mówi: „Dla nas, Ojcze, wystarczy, jeśli jesteście na miejscu, tak jak to czynicie, w obliczu Pana i jego przykazań. Poza tym jesteśmy bardzo zajęci, ledwie starczy czasu na odpoczynek”.
Ojciec Jan zapamiętuje sobie tę lekcję i wyciąga z niej wnioski: „Pan zrozumiał nas, że nie chciałem prawić komplementów osobom tego świata. Tyle osób tym się niepokoi. Lepiej raczej czas spędzić na samotności”. Był to ostatni raz, kiedy przeor złożył wizytę grzecznościową. Po powrocie do klasztoru nikt do tego tematu już nie wracał.
Kiedy jakaś osobistość wstępowała do klasztoru, aby go odwiedzić, przyjmował ją z honorami i bardzo gościnnie. Nie przygotowywał jednak nic specjalnego. Ugaszczał tym, co było. Zajęty pracami w klasztorze, nie zmieniał ubrania dla przyjmowania gości. W tym samym ubraniu, które służyło mu do pracy w ogrodzie, przyjmował również gości.
Nie była to bieda ostentacyjna, ale raczej naturalność. Ci, których zarówno on, jak i wspólnota traktowali po rodzinnemu, rozumieli dobrze ten styl. Malarz, Franciszek Ruiz, który pracował dla Bosych, spożywał wraz z nimi posiłki w refektarzu. Pewnego razu był świadkiem skrajnej sytuacji: błogosławi się posiłek, odmawia modlitwy dziękczynne, chociaż nie było nic do jedzenia. Potem wszyscy wychodzą z refektarza.
Jednym z zadań publicznych ojca Jana było członkowstwo w komisji teologów, która miała wypowiedzieć się na temat autentyczności relikwii znalezionych pod wieżą Turpiana. Kiedy została ona zburzona, ukazały się kości i resztki należące, zdaniem niektórych, do dawnych świętych. Sprawa nie była jasna i ciągnęła się przez wieki. Nie znamy opinii ojca Jana w tej sprawie. Wiadomo jedynie, że był członkiem komisji powołanej przez arcybiskupa.
W tych latach nastąpił dziwny zbieg okoliczności w życiu Jana. Władze zapraszają poetę, Luisa de Góngora, na otwarcie dużego pałacu Trybunału przy Plaża Nueva, przez który Jan przechodził nieraz schodząc do miasta. Widział, jak budowano fasadę tego budynku. W 1586, gdy prace zostały zakończone, nastąpiło otwarcie.
Na tę okazję Góngora komponuje i wygłasza swoją Romance a Granada, która zaczyna się od słów: „Sławne i znakomite miasto, niewierne, czas ojczysty Zegriesa i Gomelesa…”; a kończy się: „Granada wielkich, Granada serafinów, Granada starożytna”.
Góngora nie spodziewał się, że właśnie tam, wśród publiczności znajdował się serafin mistyki i poezji, który z czasem przyda wielkiej chwały temu miastu.
Dwóch poetów wybitnych, którzy z pewnością widzieli się, ale nigdy nie poznali się osobiście.








