Początki – rodzina Yepes
6 listopada, 2016
Zakonnik i student – na uniwersytecie w Salamance
6 listopada, 2016

Wiek chłopięcy i młodość – drogi powołania

W Medina del Campo

o. José Vicente Rodrígues OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.

Rodzina de Yepes przybyła do Medina del Campo z nadzieją znalezienia wyjścia z bolesnej sytuacji. Nie chcieli gromadzić bogactw, ale jedynie zdobyć środki na utrzymanie. To już trzeci raz emigrują w poszukiwaniu stabilizacji życiowej: Toledo, Arévalo, Medina.

Tym razem wybór był słuszny. Będzie to już stałe miejsce ich pobytu, aż do śmierci. Tu bowiem udaje się znaleźć pracę, a także prowadzić działalność religijną i charytatywną. Medina ofiaruje rozliczne możliwości handlowe, społeczne i kulturalne.

Jan de Yepes będzie mieszkać w Medina przez 13 lat (1551-1564), do dwudziestego drugiego roku życia. W całym jego życiu jest to miejsce, gdzie przebywał najdłużej. W Fontiveros i Granadzie, które są na drugim miejscu, mieszkał po sześć lat. W Medina znajduje nawet więcej, niż oczekiwał. Przybył tu bowiem z nadzieją zdobycia zawodu i nauczenia się podstaw wiedzy. W rzeczywistości znalazł zajęcie charytatywne, otrzymał formację humanistyczną, literacką, a przede wszystkim tu odkrył swoje powołanie zakonne do Karmelu.

Był to okres długi i brzemienny w skutki, który ukierunkował jego życie: głęboką pobożność, służbę biednym i chorym, zamiłowanie do studiów, powołanie do kontemplacyjnego życia zakonnego. Juan Criado, sąsiad z Fontiveros, dla przybliżenia położenia geograficznego swojej rodzinnej wioski, odnosi je do Arévalo, Avila, Salamanki. Kierując swój wzrok na północ, napisze: „Na północy znajduje się miasto Medina del Campo, znane w Hiszpanii i za granicą ze swego handlu i jarmarków”. Tu w 1551 przybywają jego współziomkowie z Arevalo; data ta wydaje się pewna. Medina stała się ostatecznym miejscem zamieszkania Cataliny, Anny i Franciszka, a teatrem wielkich wydarzeń dla Jana de Yepes. Oprócz trzynastu lat nieprzerwanego pobytu, powracać tu będzie kilkakrotnie. Czasami zjawi się tu na krótko, jak wtedy, gdy przebywać będzie w Avila, czasami zaś zatrzyma się dłużej, jak w ostatnich latach swego życia, kiedy mieszkać będzie w Segovii. W Medina życie Jana de Yepes toczy się wokół różnych centrów zainteresowań: domu rodzinnego, ulic i placów miasta, Colegio de la Doctrina albo de los doctrinos, kościoła i klasztoru św. Marii Magdaleny, mniszek Augustianek, który nosi miano ” Pokutnego”, szpitala de las bubas (chorych na wrzody) lub Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia, kolegium Jezuitów, klasztoru św. Anny ojców karmelitów.

Domek

Catalina Alvarez i jej dzieci zatrzymali się w północnej części miasta, w obrębie murów, przy Calle Santiago. Na północnym jej końcu znajduje się kościół parafialny o tej samej nazwie. Zbudowano go w przeszłości z kamieni i wapienia, z domieszką gliny i cegły. Domek Cataliny Alvarez jest mniej więcej w połowie drogi między placem a kościołem, blisko klasztoru św. Marii Magdaleny.

Rodzina była wyćwiczona w sztuce tkania. Praca ta pozwalała jej wiązać koniec z końcem. Franciszek, nie nadający się do nauki, zarabiał na życie jako tkacz, a od czasu do czasu jako murarz. Catalina i Anna pracują w tkalni.

Przez jakiś czas Franciszek był giermkiem u pewnej szlachcianki i jej córki. Trzeba by go było zobaczyć ubranego w swe najlepsze ubranie, ze szpadą zwisającą u boku, „towarzyszącego im podczas dni świątecznych”; ale ta praca trwała krótko. Czuł, że wygląda śmiesznie i uznał, że to nie dla niego. Czas spędzany z tymi paniami utrudniał mu praktyki religijne i dzieła miłosierdzia. Pewnego dnia zostawił obie damy w kościele, a sam poszedł do innego, gdzie „świętowano jubileusz z muzyką i kazaniem”. Zapomniał zupełnie o obowiązku powrotu i odprowadzeniu swoich pań do domu.

Największą radością sfrustrowanego giermka było bowiem słuchanie kazań i katechezy w kościele. Ponieważ nie był już małym chłopcem, nie mógł uczęszczać z dziećmi na religię. Znalazł sobie dobrego spowiednika pomiędzy Jezuitami, którzy od niedawna osiedlili się w mieście.

Catalina, Franciszek i Anna zajmują się szczególnie Janem, który rośnie szybko. Trzeba było myśleć o jego przyszłości. Dwaj bracia pod pewnymi względami są do siebie podobni, równocześnie jednak stanowią jakby awers i rewers tej samej monety. Franciszek jest analfabetą, ale wyjątkowo zdolny do prac manualnych. Jan natomiast nadaje się do tego mniej, ale wspaniale się uczy.

Franciszek, pamiętając dzieciństwo, wiek chłopięcy i młodość brata, dostarczy nam na ten temat interesujących i ważnych informacji.

W Colegio de la Doctrina

Rodzina zadecydowała, że Jan wstąpi do Colegio de la Doctrina, aby zdobyć wykształcenie humanistyczne, odpowiednie dla swego wieku, i zawód, który pozwoli mu w przyszłości zarabiać na życie.

Franciszek, który niewiele potrafił zrozumieć z książek, wyraża swą radość mówiąc o sukcesach swego młodszego brata. „Od dziecka Jan był bystry i łatwo się uczył. Posłano go wraz z innymi dziećmi na naukę w Medina del Campo. Chodził tam chętnie i w krótkim czasie nauczył się wiele”. ” Wkrótce nauczył się wspaniale ” czytać i pisać. Może zaczął się uczyć już w Fontiveros lub Arévalo.

W tym samym świadectwie mówi również o niewielkich zdolnościach Jana do prac manualnych. Catalina „wysłała młodszego syna na praktykę do stolarza, krawca, rzeźbiarza i malarza. W żadnym z tych zawodów nie uzyskał dużych rezultatów, chociaż bardzo podobała mu się praca matki”. Jeżeli dobrze zrozumieliśmy Franciszka, Jan lubił tkać.

Fundatorem klasztoru św. Marii Magdaleny, promotorem i protektorem Colegio de la Doctrina dla biednych dzieci, do którego uczęszczał i Jan de Yepes, był don Rodrigo de Duenas Hormaza, znana osobistość z Medina. Chłopcy uczący się tam z woli don Rodriga służyli do Mszy w kościele św. Marii Magdaleny. W ten sposób znalazł się tam i Jan de Yepes. Mówi jego brat: „Stamtąd z Colegio de los doctrinos wysyłano go do klasztoru pokuty, aby pomagał w kościele i służył do Mszy św.” Klasztorem pokuty nie mógł być żaden inny, jak tylko klasztor św. Marii Magdaleny. Odprawiano tam codziennie cztery Msze św. Jan był jednym z czterech akolitów. Musiał być wśród nich najzdolniejszy, bo bardzo podobał się zakonnicom. „Dlatego, że jest żywy i inteligentny”, potwierdza jego brat. „Ponieważ jest sympatyczny i miły” – powie inny świadek.

Pomoc w kościele obejmowała również sprzątanie i różne drobne zlecenia ze strony zakonnic i kapelanów, stąd Jan spędzał w klasztorze całe ranki. W związku z pobytem w Colegio de los doctrinos Franciszek de Yepes wspomina, że jego brat był wysyłany „po jałmużnę dla dzieci uczących się tam”.

Przed opuszczeniem Kolegium przydarzy się Janowi przygoda podobna do przeżytej w stawie w Fontiveros.

Na podwórku jednego ze szpitali znajdowała się głęboka studnia. Jan bawił się z innymi chłopcami wokół obramowania, które było bardzo niskie. Jeden z jego kolegów, znacznie wyższy, przeskakuje studnię, natomiast Jan wpada do niej. Trzykrotnie zanurza się w głębinie, aż wreszcie udaje mu się wypłynąć na powierzchnię. Jak to zazwyczaj bywa, część chłopców uciekła przerażona, niektórzy zaś wołają o pomoc. Przybywa kilku dorosłych. Pochylają się nad studnią i widzą zaskoczeni, że Jan się nie utopił.

Z ciemnej głębiny studni słychać głos Jana, pływającego w wodzie. „Nie utopiłem się. Matka Boża mi pomogła. Rzućcie mi linę i wyciągnijcie mnie”. „Spuszczono gruby sznur, którym przewiązał się pod pachami i wydobyto go bez żadnego uszczerbku, bardziej jeszcze wesołego niż przedtem”. Opowiadał o tym sam Jan wiele lat później. Niektórzy świadkowie zeznali w procesie beatyfikacyjnym, że słyszeli od niego, jak opowiadał, że nie zginął dzięki pomocy Matki Bożej. Inni jednak wspominają ten wypadek bez aluzji do specjalnej pomocy z nieba.

Jakkolwiek było, wydarzenie to wzbudziło wiele komentarzy w Medina del Campo. Jeden z mieszkańców wspomina, że słyszał o tym „od wielu osób w mieście”. W ten sposób imię Jana, syna Cataliny Alvarez, krążyło z ust do ust. Szkoda, że Franciszek nie powiedział nic na temat tego epizodu w życiu brata.

Z wielką rozwagą ostatni biograf, ojciec Crisógono pisze: „Nie można poddać w wątpliwość faktu wpadnięcia do studni i wydobycia go bez uszczerbku, gdyż jest wielu świadków, którzy to potwierdzają. Natomiast odnośnie do cudownego charakteru tego epizodu i interwencji Matki Bożej są różnice w poszczególnych świadectwach”.

W służbie chorym

W tym czasie pojawia się w życiu Jana inna wielka osobowość z Medina del Campo, don Alonso Alvarez de Toledo, administrator Hospital de la Concepción, zwanego szpitalem chorych na wrzody. Jan przenosi się do tego centrum dobroczynności w charakterze pielęgniarza. Szpital ten, jeden z czternastu istniejących w mieście, przyjmował chorych na wrzody, stąd jego nazwa de las bubas(wrzody). Przebywali w nim przeważnie biedacy i cierpiący na choroby weneryczne. Franciszek odnotowuje w związku z tym: „W owym czasie przeniesiono go do szpitala de las bubas, pod opiekę pewnego szlachcica, zajmującego się chorymi”. Szlachcic, zwany Alonso Alvarez de Toledo, który opuścił świat i udał się do szpitala, aby pielęgnować chorych, wziął go do siebie. Przykład dobrego administratora wywarł piętno na młodym Janie, pełniącym rolę pomocnika. Alonso Alvarez poświęcił „dla szpitala dużą część swoich dóbr i część majątku swej siostry, która była żoną Hernanda Daza. Wydaje mi się, że najgorsze co mogłoby się przydarzyć tej instytucji, to pozostanie bez pomocy don Alonsa, który uczynił wiele dobra dla miasta”. Tak wyraził się w 1579 Simón Ruiz, gubernator Medina del Campo. W owym czasie Alonso Alvarez de Toledo administrował szpitalem już od 24 lat. Znany był i ceniony ze względu na swój sposób postępowania pełen „miłości i miłosierdzia, a także delikatności”, z jaką pielęgnował chorych w szpitalu. Dlatego też wielu możnych „okazywało swoją szlachetność dając jałmużnę, bo wiedzieli, że ich pieniądze będą dobrze wykorzystano).

Zdolności administratora w zdobywaniu pomocy i jałmużny znane były wszystkim. Zorganizował on grupę kwestorów, którzy co sobotę biegali po mieście, „szczególnie wśród kupców jarmarcznych; zbierali jałmużnę także w kościołach w dni świąteczne. W sierpniu wychodzili na pola i do stodół, aby wyprosić dary w postaci ziarna, a w czasie winobrania także w postaci winogron”.

Franciszek zaświadcza wielokrotnie, że Janowi de Yepes powierzano to nieco upokarzające zadanie zbierania jałmużny dla szpitala. „Podczas służenia w szpitalu, szlachcic zlecił mu zbieranie jałmużny dla biednych”.

Ponieważ urodził się w biedzie, wiedział, co znaczy być w potrzebie. Tak więc musiał żebrać dwukrotnie: najpierw dla dzieci z de la Doctrina, później zaś dla biednych ze szpitala. Bez wątpienia nieraz doznał przykrości wyciągając rękę po datek.

Czasami wówczas, tak jak i dziś, nie wystarczało wyjaśnienie, że chodzi o cel dobroczynny, że to dla biednych, dla chorych. Do żebrania i nieprzyjemnych przygód z tym związanych przyzwyczajony był również Franciszek de Yepes. Obydwaj byli żebrakami dla Chrystusa i dla bliźniego.

Zatrzymując się na chwilę na tym temacie, który jest ważny w kontekście życia rodzinnego Jana de Yepes, chciałbym przypomnieć jeszcze kilka faktów. Jan, kiedy zostanie Janem od Krzyża, prosić będzie Boga o trzy rzeczy. Jego brat Franciszek poprosił natomiast o cztery. Czwartą i ostatnią była prośba o ubóstwo. Chciał, by Bóg pozostawił go w takim stanie, w jakim się urodził. I tak było: zarówno pod względem duchowym, jak i materialnym. Franciszek miał swego rodzaju listę potrzebujących: więźniów, porzucone dzieci, cudzoziemców, chorych, pielgrzymów.

Aby móc sprostać tylu potrzebującym, Franciszek musiał poruszyć cudze serca i oprócz bezpośredniej pracy z biednymi, prosić dla nich o jałmużnę. Spośród ofiar, które zbierał, „odkładał część dla niektórych osób wstydliwych ze wszystkich warstw społecznych, którym przynosił, w zależności od potrzeb: jednym chleb, drugim pieniądze, jeszcze innym mięso, ubranie, bieliznę pościelową, jednym słowem zaopatrywał je w to, czego najbardziej było im brak”.

Złośliwi i zazdrośni, których nie brakowało, oskarżyli Franciszka, „że jest człowiekiem leniwym, próżniakiem, który zamiast pracować żebrze. To, co zbierze, sam zjada i przepija, zamiast dawać biednym; z jego winy inni tracą”. Sąd wydał formalne upomnienie i zakazał mu żebrać pod karą grzywny i więzienia. Groźby te nie przestraszyły go i nie przestał czynić tego, co dotychczas. Jego serce pełne było litości i współczucia, które okazały się silniejsze od strachu. Ponieważ nie zmienił postępowania, miejscowe władze wysłały do jego domu policjanta z nakazem aresztowania.

Przebywa więc jakiś czas w więzieniu, aż pewien kanonik, jego przyjaciel, niejaki Porras, w rozmowie z sędzią przedstawił prawdę o jego postawie. Uwalniają go i znów może iść wybraną przez siebie drogą i czynić dobrze.

Jego biograf przytacza zadziwiające stwierdzenie:”Już od dzieciństwa miał skłonność do czynienia dobra i dawania jałmużny. Taką postawę zachował aż do śmierci. Pieniądze, które wpadły mu do rąk, dawał zaraz biednym, i chociaż sam był bardzo biedny, nie brakowało mu nigdy czegoś dla innych”.

Osobiste doświadczenie ubóstwa podtrzymuje Franciszka w jego dobroczynności. To samo doświadczenie pomaga również młodemu Janowi prosić o jałmużnę w imieniu innych, szczególnie chorych i tych, którzy nie mogli nawet prosić o pomoc sami dla siebie.

Nie wiem, czy Jan i Franciszek chodzili, jak inni prawdziwi biedacy z Medina w kilka lat później, mając jako znak rozpoznawczy różaniec z herbem miasta. Ludzie dawali datki, a oni, ubodzy „ofiarowywali modlitwę w zamian za jałmużnę, przesuwając ziarnka różańca”. Z różańcem czy bez obydwaj Yepes odpłacali z pewnością modlitwą, błogosławieństwem i uśmiechem za to, co otrzymali. Płacili tą monetą, tak osobistą, za to, co zebrali dla innych.

Franciszek wyróżniał się również odwiedzając szpitale: „Tam pomagał biednym, słał im łóżka, sprzątał pokoje. W dzień i w nocy, jeśli tylko spotkał biednego, zabierał go i starał się umieścić w jakimś szpitalu”.

Ojciec Crisógono, współczesny biograf Jana od Krzyża, myśli o sytuacji, kiedy Franciszek przyprowadza chorego do Hospital de las bubas, w którym jego brat pracuje jako pielęgniarz. „W takim przypadku chory przechodzi z rąk Franciszka do rąk Jana, do rąk czułych dla potrzebujących. Były to ręce dwóch braci, biednych sierot, przyzwyczajonych do głodu, do łez, do rezygnacji z wielu rzeczy, traktujących jednak bliźniego z uczuciem i troskliwością, jakich sami nie zaznali od swego dzieciństwa”.

Inne dzieła miłosierdzia

Spośród dzieł miłosierdzia rodziny Yepes jedno jeszcze zasługuje na uwagę. Wzbudziło ono zainteresowanie licznych biografów Świętego oraz historyka i biografa Franciszka, ojca José de Velasco. Chodzi o porzucone dzieci u drzwi kościołów i klasztorów.

Jest to „widowisko smutne i wstydliwe”, częste jednak w mieście. Franciszek zabrał się do zbierania tych niewinnych stworzeń. Szuka nianiek, które by je wykarmiły i zbiera jałmużnę na potrzebne dla nich rzeczy. Prosi studentów i uczniów, aby go zawiadamiali o takich przypadkach i natychmiast udaje się z pomocą. „Podczas największych świąt zbierał mamki karmicielki i rozsyłał po kościołach. Kilkakrotnie on sam przynosił dzieci w ramionach w taki sposób, że ludzie widząc to pomagali, a i kaznodzieje z ambon zachęcali do tego”.

W księgach parafialnych pojawiają się od czasu do czasu imiona Franciszka, jego żony Anny Izquierda i Cataliny jako rodziców chrzestnych takich dzieci.

Wiemy również o tym, że „Catalina Alvarez przygarnęła dziecko znalezione u drzwi kościoła i wychowywała je jak swoje własne aż do czasu, kiedy ono zmarło”.

Robi wrażenie ten rodzaj miłosierdzia, tak subtelny, praktykowany przez rodzinę Anny i Franciszka, biedną i szczególnie doświadczoną przez los śmiercią własnych dzieci. Mieli ich ośmioro. Jedno jedyne przeżyło i zostało zakonnicą, cysterką, w klasztorze Sancti Spiritus w Olmedo, pod imieniem Bernardy de la Cruz. Spośród tych, które umarły, jedno dożyło pięciu lat. Dziewczynkę tę nazwano Anna, tak jak matka. Jej śmierć dotknęła rodziców największym bólem. Jeśli wierzyć ojcu Velasco, było to cudowne dziecko: mądra, roztropna, grzeczna i pokorna. Ból rodziców był tym większy, że wiązali oni z nią szczególne nadzieje i obdarzali ją ogromnym uczuciem. Te wszystkie rodzinne wydarzenia pozostawiały niezatarty ślad w sercu Jana de Yepes. Jego otoczenie szczególnie sprzyjało ukształtowaniu pełni człowieczeństwa. Wyczuwała to św. Teresa, pisząc do pewnej osoby doświadczonej przez los:”Z pewnością Pani po tych przeżyciach jest dojrzałą kobietą”.

W przypadku Jana de Yepes miał on szczęście napotkać na swej drodze najlepsze przykłady wartości chrześcijańskich, które nauczyły go łagodności, cierpliwości, prostoty, miłości do ubóstwa i biednych. Jego bieda była godna i szlachetna. Zawierała wiele z tego prawdziwego ubóstwa, o którym Teresa od Jezusa powie: „Pociąga za sobą godność, której nikt nie może odebrać”.

Formacja humanistyczna

Atmosfera rodzinna Jana de Yepes, którą do tej pory staraliśmy się odtworzyć, stanowiła dla niego najlepszą szkołę człowieczeństwa.

Teraz chcielibyśmy powiedzieć coś o formacji humanistycznej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na jego studia. Po otrzymaniu solidnych podstaw w Colegio de la Doctrina, interesuje się nadal książkami, mimo pracy w szpitalu. Jak zawsze w takich przypadkach, jego brat, będący blisko, pozwala nam precyzyjnie ustalić fakty. Zajęcia związane z opieką nad chorymi, kwesty uliczne i inne obowiązki nie pozostawiają zbyt wiele czasu na naukę. ” Jednakże, mówi Franciszek, znajdował czas i uczył się trochę rano i po południu”. Administrator szpitala, widząc bystry umysł chłopca i jego zamiłowanie do książek, a w dodatku chęć wykonania wszystkich powierzonych mu prac, daje „zezwolenie na uczęszczanie na lekcje gramatyki do Kolegium Towarzystwa Jezusowego”. Ten sam Franciszek dodaje jeszcze inne szczegóły: „Tak go to interesowało, że w krótkim czasie nauczył się od Jezuitów bardzo wiele”. „Przykładał się do nauki tak bardzo, że z pomocą Pana w krótkim czasie bardzo dużo się nauczył”. Mając niewiele czasu w ciągu dnia, studiował nocą: „Jego matka opowiadała, że gdy go ktoś szukał w nocy, znajdował go uczącego się w szopie z sianem”.

Młody Jan de Yepes posiadał wyjątkowe zdolności i rzadko spotykaną chęć do nauki. Kolegium Jezuitów w Medina del Campo było dobrze zorganizowane i miało świetnych wykładowców. Otwarte zostało w 1551 jako filia kolegium w Salamance. Historycy Towarzystwa zaznaczają, że „pewien ojciec dawał bezpłatnie lekcje filozofii. Ponieważ przy spisywaniu kontraktów kupujący oszukiwali, szczególnie chętnie wyjaśniał problemy moralne, związane z takimi sytuacjami”.

W roku 1553 Jezuici zbudowali zupełnie nowe kolegium. W 1555 rozpoczęli lekcje łaciny. Do tego właśnie ośrodka, które każdego dnia powiększało swój prestiż w oczach mieszkańców, skierował swe kroki Jan de Yepes, aby rozpocząć studia humanistyczne. Opierając się na danych będących w naszym posiadaniu, jest bardzo prawdopodobne, że uczęszczał do tej szkoły pomiędzy 1559 a 1563.

Franciszek de Yepes, interesujący się wszystkim, co dotyczy jego brata, mówiąc o jego studiach u Jezuitów, potwierdza: „Jego nauczycielem był ojciec Bonifacio, jeszcze dziś żyjący”. Bonifacio umarł w 1606. Ten wielki mistrz wzbudza szczególną naszą uwagę. „Urodził się w San Martin del Castańar, w diecezji salmantyńskiej. Trzy lata prawa kanonicznego, jeden rok sztuk wyzwolonych, od ośmiu miesięcy jezuita, dwadzieścia lat życia, uczy czwartą klasę”. Te informacje zawiera katalog kolegium w Medina z 1558. Przeniósł się z Salamanki do Medina w 1557. Jest o cztery lata starszy od Jana de Yepes. Kilka lat później napisze: „Zacząłem nauczać chłopców, kiedy ja sam byłem jeszcze chłopcem”.

Był młodzieńcem kochającym pracę nauczyciela. Uczył już w Medina od kilku lat, gdy Jan zaczął uczęszczać do kolegium. Znamy dobrze zainteresowania pedagogiczne ojca Bonifacio, jego dar nauczania, jego chęć formowania duchowego swych uczniów.

Wykazuje entuzjazm w stosunku do pilnych uczniów, pisząc: „Z każdego kolegium wychodzi pewna ilość takich chłopców. Są tak zdolni, że sprawiają zadowolenie swym nauczycielom. Dodają oni odwagi, zgodnie ze słowami św. Pawła, ut propter electos omnia sustineant ac perferant (dla wybranych znoszą każdy rodzaj trudu). Życie każdego z nich stanowi normę mądrości i prawości, przykład uczciwości, wykładnik czystości, zwiastun świętości i lustro, w którym odbija się ich dobre wykształcenie. Są jak urodzajne pola, uprawiane przez nas, Jezuitów. Dają obfity owoc i wzbudzają nadzieję na jeszcze obfitszy w przyszłości. Te same przeszkody, które przezwyciężyliśmy na początku, dają nam teraz nadzieję. Wiadomo bowiem, że obfity śnieg oznacza obfitość zbiorów”.

Pomiędzy najlepszymi uczniami, uwieńczeniem dzieła ojca Bonifacio i innych profesorów, jak Miguel de Anda i Gaspar de Astete, jest również Jan de Yepes. On to bowiem „w ciągu kilku lat wyuczył się łaciny i retoryki” i uzyskał dobre rezultaty „w innych dyscyplinach humanistycznych”.

Nie jest jasne, czy Jan de Yepes studiował w Medina również sztuki, czyli filozofię. Przez jakiś czas Jezuici nauczali i tej dyscypliny. W niektórych przypadkach w Medina prowadzono „działalność o charakterze nadzwyczajnym. Przy szpitalu „Pokuty,, istnieje na przykład katedra teologii”.

Tak zaznacza statut, ułożony przez Lope de Barrientos, dominikanina i biskupa Cuenca, fundatora szpitala: „W naszym szpitalu prowadzone są lekcje teologii dla zainteresowanych. W tym celu odpowiedzialni wybierają najlepsze osoby, które uda im się znaleźć. Wykłady prowadzone są codziennie po Mszy św.”

Czy może była tam jeszcze jakaś inna szkoła, gdzie nauczano filozofii? Jest pewne, że pierwszy biograf Świętego, ojciec Alonso (z Asturii), zapewnia, że Jan de Yepes „w tym szpitalu studiował gramatykę, retorykę i sztuki (filozofia), i uzyskał dobre rezultaty”. Nie oznacza to, że uczęszczał na wszystkie kursy przy szpitalu. Raczej studiował pełniąc funkcję pielęgniarza. Oczywiste jest, że lata spędzone w Medina del Campo były dla Jana przepełnione zajęciami, które wymagały jasnego umysłu i umiejętności organizacyjnych.

Powołanie karmelitańskie

Rozliczne wyjaśnienia i świadectwa, szczególnie jego brata Franciszka, pozwalają wyjaśnić szacunek, jaki otaczał Jana de Yepes we wszystkich środowiskach, w których przebywał. Wszyscy go kochali, interesowali się nim, od mniszek Augustianek z klasztoru św. Marii Magdaleny do administratora szpitala de las bubas, wielmożnego don Alonsa Alvarez de Toledo. Ten ostatni ” kochał go i chciał, żeby został w szpitalu”.

„Kiedy zakończył studia, prosił go, aby zechciał wyświęcić się na kapłana i jako kapelan pozostał w szpitalu”. Może te studia zaledwie ukończone dawały coś więcej niż znajomość gramatyki i retoryki, jeśli by miały pozwolić na święcenia kapłańskie? Nie można porównywać jednak ówczesnych wymagań odnośnie do studiów z dzisiejszymi. Ale to pytanie może sugerować, że zakres jego studiów w Medina był znacznie szerszy niż się powszechnie sądzi.

Czy przypadkiem nie studiował filozofii u karmelitów z klasztoru św. Anny i z tego powodu zrodziło się u niego lub umocniło powołanie do Karmelu? Klasztor karmelitów w Medina został ufundowany w 1560. Ojciec Diego Rengifo, spowiednik Karola V, zapisał wszystkie swoje dobra dla klasztoru, pod warunkiem, że „będzie tam zawsze profesor gramatyki i drugi z dziedziny sztuk, którzy prowadzić będą wykłady publiczne dla zakonników, mieszkańców miasta i osób pochodzących z innych stron. Lektorzy (to jest profesorowie) powinni być członkami zakonu.

O. Velasco wydaje się podzielać poglądy tych, którzy znali młodego Jana de Yepes i stwierdza: „był zapytywany ze wszystkich stron, czy chciałby zostać zakonnikiem”; „niektóre wspólnoty pytały go, czy nie zechciałby wstąpić do nich”. „Pożądany, szanowany i chętnie przyjmowany przez różne osoby z powodu swych wielkich cnót i dobrego charakteru”, wybrał wstąpienie do Karmelu. Jego brat Franciszek potwierdza to bardzo krótko: „Zwrócił swe oczy na zakon karmelitów. Udał się w największej tajemnicy do klasztoru św. Anny w Medina i poprosił o habit. Przeor i bracia dali mu go natychmiast z wielką radością”.

Znamy tylko po części motywy tego wyboru. Powołanie Jana de Yepes, jak każde powołanie, przekracza czysto ludzkie możliwości poznania. Wydaje się, że na jego decyzję wpłynął maryjny charakter Zakonu, co związane było z jego osobistą pobożnością do Matki Bożej. Potwierdza to kilku świadków dobrze poinformowanych, którzy znali go już wcześniej i mieli okazję spotkać się z nim w nowicjacie.

Jeden z nich, konwers, tak wspomina osobę Jana de Yepes: „Z dnia na dzień ożywała jego gorąca miłość do Niepokalanej Dziewicy, Matki Bożej. Tak więc nie został w szpitalu, w którym pracował, lecz wstąpił do klasztoru św. Anny, należącego do Zakonu Matki Bożej z Góry Karmel, znajdującego się w naszym mieście i przywdział tam habit. Widziałem go tam i rozmawiałem z nim. Był bardzo pokorny i pobożny. Zajmował się ciężkimi pracami i służył do Mszy z ogromną radością”.

W 1563 Jan de Yepes został karmelitą i przyjął imię brat Jan od św. Macieja. Dane historyczne związane z rokiem życia w nowicjacie są skąpe i ograniczają się do tego, co już o nim powiedziano: wielka prostota w codziennych kontaktach przy wykonywaniu drobnych prac domowych; wielka miłość do Eucharystii, która objawia się podczas służenia do Mszy św. „z wielką pobożnością”. Z taką samą pobożnością, którą przejawiał kilka lat wcześniej, kiedy był akolitą w kościele św. Marii Magdaleny. Inne fakty, rekonstruowane z wypowiedzi jego najstarszych biografów, zawierają w dużej części obraz wyidealizowany.

Przeorem klasztoru św. Anny był w tym czasie ojciec Alonso Ruiz. Nie znamy imienia mistrza nowicjatu, chociaż można się domyślić z pewnym prawdopodobieństwem, że był nim wspomniany już ojciec Diego Rengifo. Rodzaj formacji zakonnej, jaką mistrz dał swoim nowicjuszom, jest dla nas praktycznie nieznany. Niemniej mamy powody, aby sądzić, że wiedzę o Zakonie, którą Jan de Yepes zdobył przed wstąpieniem do klasztoru, teraz w ciągu nowicjatu rozszerzył i ugruntował „na bazie podstawowej lektury karmelitańskiej, to jest reguły i konstytucji oraz słynnej Księgi o założeniu pierwszych mnichów”.

Księga ta stanowi „kompendium wiedzy i komentarz biblijny tradycji historycznych i duchowych karmelitów”. Napisana przez karmelitę, Katalończyka Felipe Ribota około 1370, wydana została po raz pierwszy w Wenecji w 1507 wraz z innymi pismami. Księga ta cieszyła się szczególnym autorytetem, gdyż jej autor twierdził, że przepisał nauki patriarchy Jerozolimy Jana XLIV, który żył około roku 400.

Z pewnością już w nowicjacie brat Jan od św. Macieja poznał to dzieło. Znajdowało się w nim niemało rad duchowych, które w latach następnych powtórzy w swoich dziełach, opisujących drogę ewangelicznego wyrzeczenia, prowadzącą do doskonałości i zjednoczenia z Bogiem. Możemy między innymi przeczytać w Księdze o założeniu pierwszych mnichów radę pełną mądrości: „A ty, mój synu, jeśli chcesz cały skryć się w miłosierdziu i osiągnąć cel twojej wędrówki i napić się ze strumienia kontemplacji, nie tylko musisz unikać tego, co zabronione, ale wszystkiego, co staje na przeszkodzie jeszcze gorętszej miłości”.

Ideał karmelitański, opisany w tym podręczniku życia zakonnego, jest oparty na sposobie życia proroka Eliasza, którego Jan od św. Macieja nauczył się nazywać „świętym naszym ojcem Eliaszem”; będzie tak czynić również w swych dziełach.

W tym samym roku, w którym Jan od św. Macieja wstąpił do nowicjatu, to jest w 1563, jezuita, ojciec Olea, pisząc na temat kolegium w Medina del Campo, prowadzonego przez Towarzystwo Jezusowe, wspomina, że wielu z alumnów wstąpiło do Dominikanów i Franciszkanów, podczas gdy trzech innych wybrało karmelitów. Podkreśla przy tym, że przełożeni wspólnot zakonnych są bardzo zadowoleni z tych młodzieńców. Pewien mistrz nowicjatu powiedział jezuicie o byłych uczniach kolegium: „Są bardzo cnotliwi, pozostaje mi tylko zatroszczyć się o to, żeby nie stracili tego, co już posiedli”.

Brat Jan stara się spędzić okres nowicjatu tak, żeby nie stracić tego, co zdobył w przeszłości i żeby określić swą duchowość w świetle duchowości karmelitańskiej. W końcu roku próby zostaje dopuszczony do ślubów zakonnych, które złożył najwcześniej w czerwcu lub lipcu 1564, najpóźniej zaś w sierpniu lub wrześniu tego samego roku. Jan nie ma szczęścia do fundamentalnych dat w swoim życiu: urodzin, profesji… W przypadku profesji nie znamy ani dnia, ani miesiąca, ponieważ formuła ślubów nie jest datowana. W urzędowej księdze zaczyna się tak: Ego frater Joannes a sancto Mathia… promitto… (Ja, brat Jan od św. Macieja… ślubuję…).

Razem z profesem podpisy złożyli: prowincjał, ojciec Angel de Salazar i przeor klasztoru, ojciec Alonso Ruiz. Jako świadek obecny był don Alonso Alvarez de Toledo, administrator szpitala. Nie wierzę, żeby zabraknąć mogło przy tym Franciszka, matki, Cataliny Alvarez i szwagierki Anny Izquierda, choć nie ma na ten temat świadectw historycznych. Wiemy natomiast, że byli przy tym obecni współbracia zakonni Jana, prócz tych, którzy podpisali akt profesji.

Najstarsi historycy: Alonso, Francisco, Jerónimo, traktowali księgę ślubów klasztoru św. Anny w Medina jak relikwię, ponieważ zawiera podpis brata Jana. Z tego powodu została ona bogato oprawiona. Ojciec Antonio de Sagramena w swoim zeznaniu podczas procesu w Medina w roku 1614 opowiada, że będąc przeorem klasztoru św. Anny, poruszony pobożnością i czcią, którą miał w stosunku do Świętego, kazał oprawić księgę, w której jest profesja czcigodnego Ojca, w czarną skórę. Na początku i na końcu księgi wytłoczono w złocie herb Zakonu Matki Bożej z Góry Karmel. Na karcie tytułowej zamieszczono wizerunek Sługi Bożego. Na drugiej okładce narysowano krzyż, na który Jan spoglądał zawsze z miłością. Pod wizerunkiem umieszczono napis: Beatus Joannes a Cruce, primo incola Carmeli, deinde restitutae observantiae Parens ac Propagator, obiit anno 1591 (Błogosławiony Jan od Krzyża, najpierw syn Karmelu, potem Ojciec i Propagator przywróconej obserwancji, umarł w roku 1591). Pod tym podpisem znajduje się zdanie z listu św. Pawła do Galatów, rozdział drugi: Vivo autem iam non ego, vivit vero in me Christus (Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus).

Wszystko to zrobiono na długo przed beatyfikacją Jana od Krzyża. Jest wyrazem czci, której był przedmiotem w klasztorze, gdzie przeżył swój nowicjat i gdzie złożył swe śluby zakonne. Już w owym czasie cela świętego nowicjusza została zamieniona na oratorium. Jan od św. Macieja zaraz po ślubach otrzymał od przełożonych zezwolenie na praktykowanie reguły pierwotnej, zawierającej wiele surowych przepisów, które wyszły z użycia w procesie łagodzenia dawnej reguły karmelitańskiej, potwierdzonym przez papieża Eugeniusza IV w 1432.

Zobacz podobne wpisy