Wiek chłopięcy i młodość – drogi powołania
6 listopada, 2016
Nowe życie – reformator i mistrz z Duruelo
6 listopada, 2016

Zakonnik i student – na uniwersytecie w Salamance

Salamanka

o. Federico Ruiz OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.

W ostatnich miesiącach 1564, tuż po złożeniu ślubów, brat Jan od św. Macieja udaje się do Salamanki. Wychodząc z Medina del Campo w jesieni przemierza puste pola. Krajobraz jest nizinny, czasem pofałdowany. Podczas swoich wcześniejszych podróży poznawał miasta coraz większe, coraz bardziej rozwinięte pod względem społecznym i kulturowym: Fontiveros, Arévalo, Medina. Przybywając do Salamanki dokonuje wielkiego skoku. Jak w żadnym innym miejscu, można tu napotkać tyle wyśmienitych dzieł, wspaniałych zabytków, wszystko to zgromadzone na względnie niewielkiej przestrzeni.

Przybywa do miasta w okresie jego największego rozkwitu. Salamanka w połowie XVI wieku tętni życiem artystycznym i kulturowym. Jej uniwersytet jest spadkobiercą najlepszych tradycji średniowiecznych: Bolonii, Oxfordu, Paryża, Salamanki. Sztuka, a szczególnie architektura i rzeźba odmieniają oblicze miasta. Buduje się i ozdabia pałace, szpitale, kolegia, kościoły, klasztory, fasadę uniwersytetu, pałac Monterrey… Od 1513 pełnym rytmem ruszają prace nad wznoszeniem nowej katedry. W 1524 rozpoczyna się budowa kościoła S. Esteban.

Nie ma potrzeby pytać się, dlaczego młody karmelita udaje się do Salamanki. Odpowiedź jest zawsze jednakowa dla wszystkich młodych, którzy przybywali do miasta z bagażem planów i aspiracji: studia uniwersyteckie. W tym okresie liczba studentów osiąga siedem tysięcy.

Brat Jan spędzi tu cztery lata intensywnej nauki i doświadczeń religijnych, między 22 a 26 rokiem swego życia (1564-1568). W tym okresie zdarzyło się coś, co przekroczyło wszelkie przewidywania. Przełożeni wysłali go na studia. Przeżywa on w związku z tym niepokoje wewnętrzne, związane z powołaniem do życia kontemplacyjnego. Dopiero co złożył przecież śluby. Bóg ma jednak swój plan, który zaskoczyć może zarówno jego, jak i przełożonych. Odkryjmy i my także tę niespodziankę, która rozkwitnie na polu jego duszy i wyrazi się słowami i czynami. Doprawdy, słów mówi on niewiele. Może tuzin wszystkiego. Święta Teresa przypomina sobie pewne zdanie brzemienne w skutki. Czyny jednak są wymowne. Odsłaniają intymny sekret jego serca.

Zatytułowaliśmy ten rozdział słowami samego ojca Jana: „Zakonnik i student, ale przede wszystkim zakonnik”. To motto powtarzać będzie później młodym współbraciom Karmelu terezjańskiego będąc rektorem i wykładowcą kolegium w Alcalá de Henares. Bez wątpienia jest to owoc doświadczeń zarówno budujących, jak i przykrych, których dozna w Salamance.

Kolegium św. Andrzeja

Prawie od stu lat karmelici mają w Salamance swoje kolegium filozoficzne i teologiczne. Pozwala to brać udział w zajęciach uniwersyteckich i korzystać z bogactw kulturalnych środowiska. Położone jest ono w dolnej części miasta, za murami. Graniczy z kolegium San Esteban, prowadzonym przez Dominikanów. Zbudowane zostało w dolinie, którą płynie rzeka Tormes, tworząc wyjątkowy pejzaż. Z jednej strony bowiem wyrasta miasto ze swoimi wieżami i fasadami pałaców, z drugiej zaś rozciąga się zielona przestrzeń pól.

Karmelici przybyli do Salamanki w 1480 i osiedlili się obok kaplicy św. Andrzeja, niedaleko bramy San Pablo. Wkrótce przekształcono fundację w dom studiów i przyłączono do uniwersytetu. Od tego czasu podczas wielu kapituł generalnych Zakonu mówi się o studiach w Salamance; stają się one ważne i są przedmiotem szczególnej troski. Kapituła generalna w Padwie opisuje je jako „kolegium międzyprowincjalne, przeznaczone dla studentów prowincji hiszpańskich, którzy studiują na uniwersytecie w Salamance”. Te słowa wyrażają funkcję tego obiektu, jak i pochodzenie studentów. Kapituły późniejsze stwierdzały, że studenci z różnych prowincji, którzy przybywali z ważnym zezwoleniem odpowiednich przełożonych, powinni być gościnnie przyjmowani i w odpowiedni sposób żywieni. W 1564 podczas kapituły generalnej w Rzymie zajmowano się nadal studiami w Salamance. Położono nacisk na dobre przyjęcie, obserwancję, surowość życia, skupienie, a także polecono powiększyć budynek.

W rzeczywistości wspólnota była niewielka. Kiedy ojciec Rossi, przełożony generalny Zakonu, odwiedził w 1567 kolegium, znajdowało się tam jedenastu studentów: czterech studiujących teologię i siedmiu sztuki i filozofię. Cała wspólnota składała się z piętnastu do dwudziestu osób. Mimo polecenia rozbudowy, klasztor pozostał niewielki. Próba powiększenia będzie podjęta pół wieku później.

Podczas pamiętnego „przyboru świętego Polikarpa” (26 stycznia 1626) rzeka Tormes wylała, wypełniając dolinę. Woda zalała klasztor i zniszczyła kościół. Naoczny świadek opisał to, co zostało z kościoła, który stanowił jedną z solidniejszych budowli: „widziałem kościół należący do tego klasztoru: miał mury z czerwonego kamienia i glinki. Kiedy dotarła tu woda, część z nich zawaliła się, a ponieważ część została, podparto ją palami, aby uratować dach i elementy drewniane”. Jeżeli tak było z budowlą najsolidniejszą, możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały pozostałe budynki klasztorne.

W takiej scenerii toczyło się życie pełne skupienia i nauki, jakie prowadził brat Jan. Kolegium św. Andrzeja było nieporównywalne do innych uczelni Salamanki ani pod względem liczby studentów, ani pod względem wspaniałości architektury. Nie idąc daleko, kolegium Dominikanów, graniczące ze św. Andrzejem, liczyło do 200 studentów i miało budynek skonstruowany według wszelkich reguł sztuki.

Uniwersytet

W owych czasach uniwersytet był życiem i duszą miasta, wyrazem jego aktywności, instytucją przydającą znakomitości, tytułem do sławy międzynarodowej. Salamanka cała stała się miasteczkiem uniwersyteckim prawdziwym „campus”. Codzienny ruch i wędrówki profesorów i studentów, swoisty rytm świąt i promocji akademickich regulowały życie miasta. Uroczystości uniwersyteckie były świętami dla wszystkich. Wybory nowego rektora, konkursy, doktoraty, wszystko to miało oddźwięk publiczny, było okazją do świętowania, pochodów w pełnej gali oraz manifestacji regionalnych z walką byków na Plaza Mayor. Miasto rozrastało się i kurczyło w rytm przypływu studentów.

Nie tylko nauka i kultura, ale także życie ekonomiczne i społeczne rozkwitało dzięki uniwersytetowi. Powiększała się ilość małych fabryczek, rosła sieć usług, przybywało sklepów. Powstawały księgarnie, drukarnie, warsztaty złotnicze, krawieckie, szewskie, stolarskie, pracownie rękodzieła artystycznego, apteki…

Nasz student może teraz wejść w ten świat. Nie jest istotne, że regulamin u św. Andrzeja i jego osobisty styl życia w skupieniu skłaniają go do dyskretnego odsuwania się od zbytniego ruchu. Ruchu, który jest nierozłącznym atrybutem życia uniwersyteckiego. Nie trzeba być pochłoniętym hałasem ulicy, aby przeniknąć i zaabsorbować klimat tego miasta.

Jego pierwszy wpis na uniwersytet jest zanotowany na rok akademicki 1564-1565: „Klasztor św. Andrzeja za murami w Salamance, uroczystość Trzech Króli, 6 stycznia 1565… Studenci sztuk wyzwolonych: Brat Jan od św. Macieja z Medina del Campo…”. Takiej samej formuły użyto przez kolejne trzy lata. Ostatni raz będzie immatrykulowany jako student teologii, nie zaś jako „artysta”, czyli student filozofii. Chociaż zapis figuruje pod datą 6 stycznia, prawdopodobnie uczę. szczał na zajęcia już wcześniej.

Zapisując się na uniwersytet brat Jan uważał, że będzie to po prostu kontynuacja studiów przerwanych w Medina z powodu wstąpienia do nowicjatu. W rzeczywistości jednak było to zupełnie co innego. Podjęte na nowo studia miały bowiem inne założenia i inny cel. W pierwszym rzędzie różniły się programem. W Medina uczono raczej gramatyki i literatury, w Salamance zaś studiuje się filozofię i teologię. Bardziej radykalna zmiana nastąpiła jednak u samego ucznia. Brat Jan był i czuł się przede wszystkim karmelitą, zakonnikiem kontemplacyjnym. Wszystko, co robi, mówi, studiuje, czego doznaje lub co planuje mieści się zawsze w tym pierwotnym założeniu. Pragnienie kontemplacji jest jego najgłębszą troską.

Grono nauczycielskie

Jan od św. Macieja wstąpił na uniwersytet w Salamance w okresie jego największej sławy. Aktywną działalność prowadził tam wówczas fray Luis de León, który uczy teologii w katedrze Duranda. Mancio de Corpus Christi, godny następca Vitorii i Melchora Cano w katedrze „Prymy”, najważniejszej na uniwersytecie. Juan de Guevara, augustianin, prowadzi zajęcia popołudniowe; jego objaśnienia otrzymały miano „cudownych”. Gregorio Galio, z powodu choroby Dominga de Sotto, kierował katedrą Pisma Świętego, a Cristóbal Vela wykładał w katedrze Scota.

Inni sławni profesorowie wykładali sztuki: mistrz Enrique Hernández, autor traktatu filozoficznego, prowadził wykłady filozofii naturalnej; Francisco Navarro objął katedrę etyki; Hernando de Aguilera, który skonstruował i upowszechnił astrolabium, udzielał lekcji astrologii; Francisco Sanchez prowadził wstępny kurs gramatyki; mistrz Martín de Peralta objaśniał Summulas; Juan de Ubredo stał na czele katedry muzyki” (O. Crisógono).

Ta seria nazwisk i przedmiotów nauczania interesuje nas bardziej jako taka, niż jako przedmiot szczególnych analiz. Podkreśla ona bogactwo programów i kompetencje profesorów, którzy tam wykładali. Prawie wszyscy, których wymieniliśmy, są znani i zajmują poczesne miejsce w kulturze hiszpańskiej.

Na uniwersytecie można było studiować nie tylko teologię i filozofię. Wykładano tam również medycynę, prawo, języki… Prawie siedemdziesiąt katedr zapewniały różnorodność przedmiotów nauczania, wymianę doświadczeń, pluralizm poglądów.

W owych czasach istniały dwadzieścia trzy wydziały teologiczne w Hiszpanii i trzy w Ameryce. Największą sławą cieszyły się Salamanka i Alcalá, gdzie były uniwersytety o największej liczbie kursów. Alcalá miała charakter bardziej renesansowy, duchowy, biblijny. Salamanka była natomiast bardziej klasyczna, teologiczna, antropologiczna.

Nowego splendoru teologii w Salamance dodał w dużej mierze Francisco de Vitoria, dominikanin. Zaledwie powrócił w 1526 z Paryża, rozpoczął wykłady na uniwersytecie. Odnawia tematykę, metodykę, teksty. Przebywa w klasztorze San Esteban i tworzy prawdziwą szkołę teologii w swoim zakonie, która będzie funkcjonować przez całe stulecie: Mancio, Soto, Galio, Melchor Cano, Domingo Bánez… W książce De locis theologicis Cano opisał metodę i styl tej szkoły. Powrót do źródeł: Pismo święte, Ojcowie Kościoła, św. Tomasz. Wszystko w nowym opracowaniu, oszczędnym językiem, bezpośrednio, odpowiadając na rzeczywiste problemy.

Jako przykład nowego ujęcia i wartości, jakie reprezentuje Vitoria i jego szkoła, przytaczamy jego myśli na dwa gorące w owym czasie tematy: podbój Ameryki i wojny z papieżem. Były to rzeczywiście problemy pasjonujące ludzi i dzielące ich na wrogie obozy.

Sprawa Ameryki była przedmiotem szczególnych analiz ze strony Vitorii w postaci serii wykładów, które potem zostaną opublikowane w 1539 (De Indis). Gdy podbój rozszerza się, krytykuje on używane powszechnie argumenty, usprawiedliwiające wywłaszczenie tubylców z ich ziem, pod pretekstem, że podlegają one powszechnej władzy cesarskiej i doczesnej władzy papieża z tytułu odkrycia, a także z powodu braku wiary i grzechów ludności pogańskiej… Jego zdaniem żaden z tych argumentów nie jest słuszny. Vitoria dopuszcza legitymizację kolonializmu, ale z innych powodów: ma on na myśli pewną rezygnację z suwerenności, ale pod określonymi warunkami.

Nie mniej odważna i jasna była postawa Dominga Soto, ucznia Vitorii, w kwestii wojen z papieżem Pawłem IV. Soto dostrzega anomalię sytuacji, zachęca do umiaru, ponieważ najważniejszą rzeczą jest zachowanie i pogłębienie wiary. W 1556 pisze do Filipa II: „Osądzając z zewnątrz, jako człowiek, jest jasne, że uczucia Jego Świątobliwości w stosunku do Waszej Wysokości nie są takie, jak być powinny… Ale my, zakonnicy, nie powinniśmy komplikować sytuacji…, jak to czynią niektórzy świeccy. Raczej powinniśmy wylać wodę na ogień i pracować dla pogłębienia wiary, która wydaje się w tych królestwach pomniejszać…, i czynić wszystko, aby uniknąć niebezpieczeństw takich, jak w Niemczech czy innych państwach… Fakt opierania się zbrojnego papieżowi nie pociąga za sobą takiego niebezpieczeństwa, ponieważ Ojciec Święty przywdziewając zbroję wydaje się być w ornacie, a kiedy wkłada na głowę hełm, musi schować tiarę”. Jest oczywiste, że bez znajomości kontekstu historycznego i społecznego tamtej epoki, trudno byłoby zrozumieć to ostatnie stwierdzenie.

Studenci

O ile prestiż zależy od profesorów, ruch i życie dają uniwersytetowi studenci. Był to specjalny powód do chwały być studentem, członkiem kolegium, bakałarzem w Salamance.

„Liczba studentów była bardzo duża. Znajdowało się tu około siedmiu tysięcy immatrykulowanych. Uczęszczali oni na wszystkie wydziały, choć proporcje nie były równe. Było 1.900 studentów prawa kanonicznego, 750 teologii, 700 prawa cywilnego, 200 medycyny, 900 sztuk i filozofii i ponad 2.000 studiowało języki. Duża grupa studentów wywodziła się z zakonów. Tylko niewiele z nich nie miało swych przedstawicieli. Dominikanie, franciszkanie, augustianie, karmelici, benedyktyni, trynitarze, teatyni, premonstratensi, mercedariusze, hieronimie! itd. W niektórych kolegiach, jak na przykład dominikańskim, liczba studentów dochodziła do 200” (O. Crisógono).

Kiedy taka ilość studentów jest w ciągłym ruchu wchodząc i wychodząc z zajęć, gromadząc się na zebraniach, uroczystościach, powstaje wielobarwna mozaika stylów i kolorów. Studenci, którzy przebywają w kolegiach zakonnych, odróżniają się swoistymi znakami szczególnymi. Nadano im więc przydomki z powodu koloru habitów. Tak więc golondrinos (jaskółki) to Dominikanie, pardales (wróble) Franciszkanie, grullos (żurawie) Bernardyni, tordos (drozdy) Hieronimici, cigüenos (bociany) Mercedariusze i tak dalej.

Studentom uniwersyteckim przysługują pewne przywileje i ułatwienia: zwolnieni są od podatków; koszty noclegów i wyżywienia są dla nich znacznie niższe; ustalone są opłaty za żywność i świece, a także za wypożyczanie książek. W razie choroby przyjmowani są bezpłatnie w Hospital del Estudio, usytuowanym na wprost wejścia do uniwersytetu.

Jednocześnie jednak żyją oni w bardzo trudnych warunkach ze względu na warunki bytu i studiów. W większości przebywają w kolegiach i poddani są dyscyplinie domów zakonnych. Zazwyczaj jada się w milczeniu, słuchając lektury Pisma świętego, Ojców Kościoła lub innych pobożnych książek, albo też statutu odpowiedniego kolegium. Po posiłkach jest zwykle czas na naukę.

Również na uniwersytecie panuje określony porządek i dyscyplina. Książki z tekstami są zazwyczaj wypożyczane ze względu na wysoką ich cenę. Najbardziej poszukiwane, a zarazem najdroższe są te, które zawierają również komentarz. Nie wolno robić notatek w czasie wykładów. W ten sposób wszyscy zmuszeni są do brania w nich udziału. W czasie zajęć działa „straż ciszy i porządku”, pilnująca ciszy na dziedzińcu, gdzie paziowie i służący oczekiwali na studentów z bardziej zamożnych rodzin.

Studenci pochodzili ze wszystkich regionów półwyspu. Są wśród nich Katalończycy, Aragończycy, Andaluzyjczycy, Portugalczycy, Kastylijczycy… Panuje tu swoisty „internacjonalizm”, jeżeli chodzi o sposób ubierania się, łączenia w grupy czy też rozrywki.

W tej różnokolorowej masie rozkrzyczanej młodzieży prawie nie widać niewielkiej grupki karmelitów, którzy dzień w dzień, rano i po południu uczęszczają na uniwersytet w swych brązowych habitach i białych płaszczach. Wśród tej małej i milczącej grupy ukrywa się najdrobniejszy i najbardziej cichy ze wszystkich studentów karmelitańskich, Jan od św. Macieja. Słucha on i obserwuje wszystko bardzo uważnie, ale mówi niewiele. Chodzi tam i z powrotem uliczkami pełnymi zabytków, starych domów z herbami, a także domów nowych ze złoconego kamienia. Pracuje intensywnie, nie pozostawiając jednak śladów w dokumentach historycznych. Z jego pobytu na uniwersytecie pozostały tylko cztery zapiski z rozpoczęcia kursów i trzy świadectwa jego udziału w głosowaniu na profesorów podczas obsadzania pewnej katedry.

Ogólnie biorąc wysoki poziom uniwersytetu sprzyjał studiom i dyscyplinie, wpływał też dodatnio na rozwój życia religijnego. Pedro Chacón, historyk z Salamanki, współczesny Janowi od św. Macieja, pisał w 1569: „Tego roku prawie sześciuset studentów spośród najlepszych wstąpiło do zakonów o surowej regule, wielu z nich do bosaków”.

Wśród tak licznego tłumu studentów nie mogło zabraknąć również charakterystycznych żartów i dowcipów jako naturalnego ujścia energii, tłumionej dyscypliną studiów i domów zakonnych. Objawiało się to w różnorodny sposób. W środowisku uniwersyteckim dawały o sobie znać problemy ekonomiczne, różnice regionalne, młodzieńcza żywość i świąteczna radość.

Nauka w domu

Zajęcia na uniwersytecie tworzą zupełnie nowy układ dnia. Ciągłe przemieszczanie się, spotkania z innymi grupami studentów, z profesorami. Jednak zasadniczy proces wchłaniania wiedzy następował w domu, w ciągu długich godzin spędzanych na samotności. Jan „żył w skupieniu w swojej celi ciemnej i małej, w ciągłej ciszy. Wychodził z niej tylko na akty życia wspólnego”, co potwierdza jeden ze świadków.

Przydzielono mu, czy też sam wybrał sobie, pokoik bardzo ciasny i źle urządzony, który miał jednak tę zaletę, że okienko wychodziło na kościół i można było przez nie dostrzec ołtarz z Najświętszym Sakramentem. Ten przywilej był dla brata Jana wielką radością. Jego studium przekształcało się w medytację i kontemplację, w których spontanicznie spotykały się mądrość Boża z nauką ludzką.

Oprócz przedmiotów uniwersyteckich zakonnicy studiowali w swych kolegiach autorów wywodzących się z ich własnych zakonów czy też szkół.

Karmel posiadał dwóch wielkich mistrzów w XVI wieku: Jana Baconthorpa, Anglika i Michała z Bolonii, Włocha. W ich dziełach filozoficznych i teologicznych są pewne treści oryginalne, nie stworzyli jednak kompletnego systemu, który można by nazwać szkołą. Uprzednie kapituły generalne nalegały, aby karmelici studiowali doktrynę tych dwóch mistrzów. W ostatnich jednak latach zaniechano tych zaleceń.

Lektura mistrzów duchowych przyciągała zawsze uwagę brata Jana. Nie możemy o tym wywnioskować z udziału w wykładach uniwersyteckich ani też z programu studium domowego, ponieważ nie były one obowiązkowe. Jednakże jego późniejsze życie zakłada znajomość ascetyki, mistyki, modlitwy, kontemplacji oraz kierownictwa duchowego, co mógł osiągnąć tylko w Salamance. W Duruelo, Alcalá, tak jak i w Avila działać będzie jako mistrz pewny i dobrze przygotowany. Dawni biografowie odnaleźli różne ślady świadczące o tych zainteresowaniach. Książki dotyczące duchowości, w które obfitowała ówczesna Hiszpania, krążyły po wszystkich klasztorach. Do Salamanki docierały najszybciej, tu bowiem znajdowały się kolegia zakonów, z których wywodziła się większość autorów.

Kolegium św. Andrzeja ofiaruje studentom pewną szczególną pomoc; Oprócz godzin przeznaczonych na naukę osobistą, każdego dnia studenci wspólnie powtarzali to, co usłyszeli na uniwersytecie lub czego nauczyli się sami. W ten sposób pogłębiano poszczególne tematy, dyskutowano nad tezami, przeprowadzano różnego rodzaju ćwiczenia akademickie.

Mistrz domu zakonnego przewodniczył i kierował dyskusją.

Brat Jan miał okazję i obowiązek uczestniczyć aktywnie w tych ćwiczeniach. Był on wyznaczony przez kapitułę prowincjalną w Avila prefektem studentów (kwiecień 1567). Takie zadanie powierzano studentom wyjątkowo zdolnym. Musi prowadzić niektóre wykłady, bronić publicznie tez, współpracować z mistrzem, gdy ten odpowiada na zarzuty. Pewnym sprawdzianem inteligencji i pogłębienia wiedzy jest umiejętność wyjaśniania i odpowiadania na pytania.

A życie zakonne?

Opisawszy cykl studiów w Salamance, należałoby na tym poprzestać. Jan miał wszelkie możliwe środki, wszelkie ułatwienia. Wykorzystał je do końca i osiągnął wspaniałe rezultaty. Czegóż można żądać więcej?

Lecz ten młody student jest przede wszystkim karmelitą. Intensywne studia nie oznaczały wakacji od życia zakonnego. Można by rzec, że stanowiło ono nierozerwalną część i bodziec do nauki. Był on człowiekiem kontemplacji w nowicjacie, podczas studiów, jak też w każdym innym klasztorze. Zmieniające się warunki zewnętrzne nie naruszają jego głębokiego powołania i sposobu życia.

W klasztorze w Salamance panował klimat sprzyjający zachowaniu obserwancji i życiu religijnemu. Było to przecież przedmiotem specjalnej troski kapituł generalnych i prowincjalnych. Wydaje się, że ich zalecenia były wypełniane. Klasztor zaakceptował odnowę popieraną przez przełożonych generalnych. Zwraca się uwagę na skupienie wewnętrzne, ubóstwo, ogranicza się wyjścia z domu tylko do tych, których wymaga program studiów.

W życiu domu zakonnego wyróżniała się postać brata Jana, który dodatkowo poświęca wiele godzin kontemplacji i modlitwie przed Najświętszym Sakramentem, żyjąc w samotności i skupieniu. Wszyscy znają jego pokutny sposób życia: ciemna i ciasna cela, jako łóżka używa kilku desek bez materaca, jako poduszki kawałka drewna. Często pości i nosi włosiennicę. Otrzymał pozwolenie na praktykowanie „reguły pierwotnej”, bardziej rygorystycznej w zakresie abstynencji i skupienia.

Przykładem życia, a także bezpośrednią interwencją w kilku przypadkach, wzbudza respekt wśród swoich kolegów. Jeśli robią coś niewłaściwego, obawiają się, by Jan tego nie zobaczył: „Uwaga, nadchodzi brat Jan”; „Chodźmy stąd, zanim nie przyjdzie tu ten diabeł”. Słowa te były wyrazem szacunku i uznania, a nie nagany. Właśnie w czasie gdy Jan od św. Macieja kończy studia i opuszcza Salamankę, święta Teresa słucha różnych opinii na jego temat i podsumowuje wrażenie, jakie wywarł na swych towarzyszach: „Nie ma brata, który nie mówiłby o nim dobrze, gdyż jego życie pełne jest pokuty” (wrzesień 1568).

Kiedy był jeszcze w Salamance, w Medina rozpowszechniała się sława jego świętości. Tam mieszka jego rodzina i on czuje się członkiem tamtej wspólnoty zakonnej. W księdze wydatków klasztoru w Medina zanotowana została kwota, jaką wydano na materiał na habit dla brata Jana.

Kryzys

Tego najmniej można by się spodziewać: brat Jan od św. Macieja przeżywa kryzys powołania. Nikt by w to nie uwierzył, gdyby informacja nie była z pierwszej ręki i całkowicie pewna. Jest na ten temat formalne świadectwo Matki Teresy od Jezusa, która słyszała o tym bezpośrednio z jego ust. Podczas pierwszej rozmowy zdobyła zaufanie Jana i wydobyła z niego wyznanie: „Jestem bardzo zadowolona z niego po rozmowie, jaką odbyliśmy, a w której powiedział mi, że miał zamiar udać się do kartuzji” (Księga fundacji 3,17).

Spotkanie odbyło się na przełomie września i października 1567, gdy Jan skończył trzeci rok teologii. Co się wtedy wydarzyło? W nowicjacie w Medina czuł się dobrze. W Salamance poświęcił się studiom i prowadził intensywne życie pokutnicze. Wybrał świadomie życie Karmelu spośród wielu innych możliwości i do tej pory nie nastąpiło poważniejsze zderzenie pomiędzy jego aspiracjami a rzeczywistością. Przeciwnie, wszystko zdawało się układać według jego pragnień. Otwierała się przed nim interesująca przyszłość. Jasne jest jednakże, że młody karmelita przeżywa kryzys i chce odejść. Nie mówił o tym nikomu. Wydaje się, że jego towarzysze niczego nie podejrzewali. Może słyszeli, jak coś na ten temat mówił, ale nie przywiązywali do tego wagi.

Trudno w tej sytuacji odgadnąć, co było przyczyną jego kryzysu. Czy nie miał możliwości, aby z bliska sprawdzić i wypróbować ideał i rzeczywistość życia w Karmelu podczas roku nowicjatu, przed profesją, kiedy to wymawiał słowa ślubów z taką nadzieją w głosie? Dlaczego teraz rozczarowuje go ten Karmel, w którym żyje i którego cząstkę stanowi? Czy karmelici zawiedli go? Czy życie w kolegium w Salamance nie zadowoliło go, czy zadowoli go życie w innych klasztorach prowincji, dokąd może będzie przeniesiony po zakończeniu studiów?

To są pytania, na które nie możemy dać wyczerpującej odpowiedzi. Możemy jedynie wyjaśnić częściowo okoliczności, które temu towarzyszyły. Rozczarowanie Jana nie rodzi się z faktu, że odkrył Karmel, w którym uprawia się naukę i prowadzi życie apostolskie, podczas gdy on marzył o życiu pustelniczym, jak w nowicjacie. Właśnie klasztor w Medina, założony trzy lata przed jego wstąpieniem, był zobowiązany do stałego posiadania dwóch mistrzów, członków wspólnoty, aby nauczali zakonników i miejscową ludność.

Trudno nam sobie wyobrazić, jak bardzo odczuwał on brak „obserwancji zakonnej” w Kolegium św. Andrzeja. Był w nim przecież dość wysoki poziom wierności wymogom życia zakonnego. Pod tym względem ostatnia wizytacja ojca Rossi stała się jeszcze jednym bodźcem. To, co nas zmusza do szukania korzeni tego niezadowolenia, znajduje się na poziomie jeszcze głębszym. Przyczyna kryzysu tkwi wprawdzie w otoczeniu, ale jeszcze bardziej w samym bracie Janie. Otoczenie go rozczarowało, w pierwszym rzędzie uniwersytet. Większa część studentów teologii i wielu zakonników wyznaczało sobie jako główny cel zdobywanie tytułów, promocji, urzędów, katedr. Dla wielu zakonników i kapłanów kariera zajmowała pierwsze miejsce w ich skali wartości. To nieprzyjemne doświadczenie przerywa w Janie spokojny proces dojrzewania powołania.

Z drugiej strony rozczarowanie to ma źródło w niedojrzałości samego Jana. W Medina del Campo pierwsze cztery lata poświęcił intensywnym studiom, następnie podczas roku nowicjatu oddał się kontemplacji. Czuł się dobrze i na swoim miejscu. Lecz w Salamance rzeczywistość była inna: musiał godzić ze sobą na równi studia i kontemplację. Można by powiedzieć, że człowiek kontemplacji poświęcił się studiom, bo kontemplacja była jego pierwszym powołaniem. Nasz młody karmelita nie miał jednak wystarczającej ilości czasu na dokonanie syntezy tych dwóch rzeczy. Jest on szczery i radykalny, ale trochę nieśmiały i niedoświadczony w obliczu rzeczywistości. Ideał eremicki Kartuzów i zgoda na projekt terezjański rozjaśniają ostatecznie naturę tego kryzysu.

Ideał kartuzjański

Wyznał to osobiście Teresie: chce wstąpić do Kartuzów i rozpoczyna starania, aby to zrealizować. Rzuca to więcej światła na przyczyny, które mogły wywołać kryzys. Pomysł ten wydaje się idealny z daleka. Nic nie zapewnia, co wyniknie z jego realizacji. W każdym razie implikuje to zdecydowaną chęć położenia większego nacisku na skupienie wewnętrzne i kontemplację.

Okazuje się, że jego przyszły towarzysz z Duruelo ma również zamiar wstąpienia do Kartuzów. Nie jest on człowiekiem skłonnym do samotności i pustelniczego życia. Tendencja przechodzenia do Kartuzów była wtedy bardzo rozpowszechniona wśród zakonników szukających większego skupienia wewnętrznego. Była to reakcja na pół duchowa, na pół psychologiczna. W przypadku brata Jana wybór był bolesny. Musiałby zrezygnować z pewnych wartości, które go pociągały, i które uważał za głęboko swoje, wybrane w chwili wstąpienia do Karmelu. Jedną z nich była pobożność maryjna. Matka Teresa wykorzystała to, aby go skłonić do przemyślenia podjętej decyzji i pozyskać dla Karmelu reformowanego. W tym czasie jednak przeważała atrakcyjność Kartuzów. Co tam było tak atrakcyjnego? Różne elementy odgrywały ważną rolę. Przede wszystkim krążyło powiedzenie, wychwalające wielowiekową wierność tego zakonu regule: Numquam reformata, aula numquam deformata (Nie był nigdy reformowany, ponieważ nigdy nie był zdeformowany). Było to ważną gwarancją dla kogoś, kto szukał pewnej wierności. Ponadto zmianę zakonu ułatwiało prawo, które zezwalało zakonnikom żyjącym z jałmużny na przejście do Kartuzów za zezwoleniem właściwych przełożonych, bez konieczności zwracania się do Stolicy Apostolskiej.

Życie Kartuzów z wielu powodów podobało się Janowi. Duchowość kartuzjańska oparta na samotności i kontemplacji wiernie odtwarzała doświadczenie Eliasza i Jana Chrzciciela, podobnie jak Karmel. Przede wszystkim zaś kładzie nacisk na życie zrównoważone, co wydaje się szczególnie pociągające naszego Jana: modlitwa kontemplacyjna, samotność i wspólnota, praca fizyczna…

Widząc go tak zdecydowanym na dokonanie poważnego kroku życiowego, możemy przypuszczać, że dowiadywał się już o jakąś konkretną kartuzję. Ani Jan, ani Teresa, ani historycy Zakonu nie wymieniają żadnej nazwy. Jednakże powszechnie identyfikuje się kartuzję jego marzeń z El Paular, położoną na południe od Guadarramy, w kierunku Madrytu. Jest najstarszą z kartuzji Kastylii. Budowę rozpoczęto w 1390, a pierwsi zakonnicy zamieszkali tu w 1392. Później zostały założone Aniago (Valladolid) w 1440 i Miraflores (Burgos) w 1441.

Jakikolwiek byłby klasztor, ideał jest ten sam, a więc i środowisko podobne. Zwiedzając dzisiaj El Paular, mimo zmian, które zaszły z biegiem lat, uderza nas rozległość budynku, przestrzeń i pejzaż, które tu oczekiwały na Jana. I pomyśleć, że niedługo potem osiądzie w walącej się ruderze Duruelo!

Przybywa przełożony generalny

W momencie kulminacyjnym kryzysu Jana, Kolegium św. Andrzeja odwiedza sam ojciec generał Zakonu, Jan Chrzciciel Rossi. Był to fakt doprawdy niezwykły. Od kiedy Karmel został przeniesiony do Europy minęło już trzysta lat, a żaden generał nie wizytował Kastylii ani Andaluzji. Ojciec Rossi, którego wybrano na ten urząd trzy lata wcześniej (Rzym, 20 maja 1564), przybył do Salamanki w pierwszych dniach lutego 1567. Brat Jan uczęszcza wtedy na trzeci rok i jest zdecydowany wstąpić do Kartuzów. Ta wizyta nastąpiła więc w najlepszym momencie dla rozwiązania jego problemów.

Jan Chrzciciel Rossi świetnie nadaje się na to stanowisko, ma ujmujący sposób bycia, ale jest i rygorystyczny. Szczególnie interesuje się formacją duchową i naukową studentów. Nazywa ich sercem Zakonu. Zna problemy kolegium; był przecież regentem różnych studiów generalnych i profesorem Sapienzy, uniwersytetu rzymskiego. Jest więc przygotowany do tego, by stawić czoła problemom studentów, a w szczególności brata Jana.

Znamy jego sposób wizytowania klasztorów: „Żąda od wszystkich zakonników formalnego przyrzeczenia, że będą mówić całą prawdę. Później pyta każdego o formy własności prywatnej, istniejące wbrew regule i zaleceniom Soboru Trydenckiego. Bada wierność wspólnoty prawu zakonnemu w różnych dziedzinach życia: chór i liturgia, cisza i skupienie, pokój i miłość braterska, troska o chorych, administracja dobrami doczesnymi klasztoru, postępowanie przełożonych i innych urzędników klasztornych, wychowanie nowicjuszów i studentów…” (O. Steggink).

Jak widać, pytania jego dotyczyły samego sedna życia zakonnego. Program taki powinien wzbudzić entuzjazm niezadowolonego studenta teologii. Oprócz spotkań z całą wspólnotą ojciec Rossi rozmawia osobiście z bratem Janem. Uczestniczył przecież w kapitule prowincjalnej w Avila, gdzie mianował Jana „prefektem studentów”. Z pewnością zna go. Czy Jan rozmawiał z ojcem Rossi na temat swego kryzysu wewnętrznego? Jeśli rozmawiał, czy otrzymał konkretną odpowiedź, aby odsunął na bok problemy, czekał, udał się do któregoś ze zreformowanych klasztorów, jakie Zakon posiada w Kastylii?

Brak danych nie pozwala nam na potwierdzenie takiej hipotezy. Jedno wszakże jest pewne: młody karmelita pozostał niezadowolony i nadal myśli o odejściu do Kartuzów. Z pewnością program ojca Rossi wydał mu się bardzo dobry w teorii, ale brak było w nim nowego ducha i dostatecznych zmian w realnym życiu. Pozostanie sprawozdaniem z wizyty kanonicznej. Jan przeżywa kryzys nie związany z brakiem wiary czy wątpliwościami co do powołania zakonnego. Właśnie teraz myśli zarówno o życiu pustelniczym jak i o święceniach kapłańskich. Jest to dla niego czas wielkiej łaski i gorliwości.

Pierwsza Msza św. w Medina

„Po święceniach kapłańskich został wysłany do klasztoru św. Anny w Medina del Campo, do którego prawnie należał, aby tam odprawić swą pierwszą Mszę św. Przysporzył tym wiele radości swojej matce i wszystkim, którzy znali go i dobrze mu życzyli”. Stało się to na przełomie września i października 1567, to znaczy podczas letnich wakacji, po zakończeniu trzeciego roku studiów. Kurs uniwersytecki zaczynał się w połowie października, a kończył się w połowie września następnego roku. Święcenia kapłańskie Jan otrzymał w Salamance, podczas studiów. Nie znamy dokładnej ich daty. Prawdopodobnie było to w ostatnich miesiącach roku akademickiego. Ani świadkowie, ani biografowie nie podają żadnych szczegółów.

Przekazano nam natomiast opis pierwszej Mszy św. celebrowanej przez Jana w Medina. Nie wryły się w pamięć świadków szczegóły dotyczące spotkania z rodziną i znajomymi, ani nawet szczegóły ceremonii. W owych czasach nie przywiązywano do tego takiej wagi jak dziś. Ważność tej pierwszej Mszy wypływa z dwóch faktów, związanych zresztą ze sobą: utwierdzenie w łasce i spotkanie ze św. Teresą.

Kilka lat później pewna zakonnica z Avila, która spowiadała się u Jana, wpadła na pomysł, aby spytać go, jakie były jego przeżycia związane z pierwszą Mszą św. „Spytałam go, o co prosił Pana podczas odprawiania pierwszej Mszy św., a Święty mi odpowiedział: Prosiłem Boga, aby pozwolił mi nie popełnić żadnego grzechu śmiertelnego, który mógłby Go obrazić, oraz żebym mógł cierpieć w tym życiu za wszystkie grzechy, które jako człowiek słaby mógłbym popełnić, gdyby Jego Boska ręka nie pomogła mi. Chciała wiedzieć, czy sądzi, że Bóg spełni to. Odpowiedział, że jest tego pewien tak, jak może być pewien, że jest chrześcijaninem i że wierzy, że Bóg to spełni” (Anna Maria od Jezusa).

Św. Teresa zastawia sidła

W tym samym czasie przybywa do Medina matka Teresa z zamiarem zorganizowania pierwszej fundacji. Rozmawiała w Avila z ojcem Rossi, od którego otrzymała zezwolenie i zachętę do realizacji dzieła. Ojciec generał był przychylnie usposobiony do jej planów; po wyjeździe napisała do niego z prośbą o pozwolenie założenia również klasztoru braci zreformowanych, żyjących na sposób mniszek. Otrzymała zezwolenie. Potrzebna była jeszcze zgoda prowincjała, jego poprzednika oraz oczywiście odpowiedni dom i pieniądze. Nie stanowiło to jednak dla Teresy problemu.

Teraz jej główną troską było znalezienie odpowiednich ludzi. Nie było to łatwe. Jako pierwszy ofiarował się ojciec Antoni Heredia, przeor karmelitów w Medina, człowiek w podeszłym wieku, obdarzony dużą kulturą osobistą i wykształcony. Cieszył się sławą miłośnika nauki, który najchętniej przebywa w swej celi. Teresa nie ufa mu zbytnio, myśli nawet, że ten żartuje ofiarowując się na inicjatora reformy. Troszczy się o swoją osobę i swoją celę, ale czy wytrzyma wzgardę świata i cierpienie? O. Antoni nie rezygnuje i wyznaje Teresie, że myśli o przejściu do Kartuzów. Teresa na razie akceptuje jego kandydaturę, ale nie przerywa poszukiwań kogoś solidniejszego, kto mógłby stanowić kamień węgielny nowego gmachu.

I znajduje go już na progu klasztoru. Poprzez współtowarzysza ojca Jana, który wraz z nim przybył do Medina odprawić pierwszą Mszę św., może Matka Reformatorka zapoznać się z życiem młodego, dobrze zapowiadającego się karmelity. Nie może go od razu poprosić do rozmównicy, ale niedługo spotyka się z nim i przedstawia swoje plany. To on właśnie odpowiada jej pragnieniom.

Tak o tym opowiada: kiedy byłam w Medina „przybył tam pewien młody ojciec, który studiował akurat w Salamance, wraz ze swoim współtowarzyszem. Ten ostatni opowiedział mi wielkie rzeczy o życiu, jakie tamten prowadził. Nazywał się Jan. Dzięki czyniłam Panu. Podczas rozmowy zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. On sam powiedział mi, że pragnie zostać kartuzem. Przedstawiłam mu więc moje plany i bardzo go prosiłam, aby zaczekał, aż Pan da nam jakiś klasztor. Wyraził radość, że mogłoby zostać uwieńczone jego pragnienie osiągnięcia większej doskonałości w jego własnym Zakonie. W ten sposób mógłby lepiej służyć Panu. Wyraził zgodę o ile przedsięwzięcie to nie będzie się przeciągało w czasie” (Księga fundacji 3, 17).

W następstwie tego spotkania latem 1567 każdy z zainteresowanych udaje się do swoich zadań. Ojciec Antoni musi przygotować się do życia w ubóstwie, które będzie teraz prowadzić, i do zrzeczenia się przeoratu. Ojciec Jan udaje się natomiast do Salamanki, aby zakończyć swe studia. Matka Teresa kończy załatwiać formalności związane z powstaniem nowego klasztoru.

Drugi nowicjat

Następnego lata, na przełomie sierpnia i września 1568, spotykają się ponownie w Medina del Campo bohaterowie wydarzeń sprzed roku. Wszyscy uczynili to, co obiecali. Ojciec Antoni zrezygnował z urzędu przeora i przygotował sprzęty dla nowej fundacji. Ojciec Jan zakończył studia i był do dyspozycji.

Matka Teresa wybrała sobie zadanie najtrudniejsze: postarać się o dom i zezwolenie. Formalności udało się załatwić względnie szybko. Pozostało znaleźć dobroczyńcę, który by po prostu podarował odpowiedni dom na pierwszy klasztor. Znajduje go i akceptuje bez wstępnych oględzin, sądząc, że dla osób żyjących duchem ubóstwa na pewno warunki będą odpowiednie. W każdym razie wybrała się w podróż, aby obejrzeć ten dom w drodze z Avila do Medina 30 czerwca. Niespodzianka była przykra. „Duruelo” było wioszczyną, której nawet okoliczni mieszkańcy nie umieli wskazać. Wreszcie je znaleziono i można było obejrzeć „budynek” przeznaczony na klasztor. Była to waląca się rudera, nie nadająca się do zamieszkania. Osoby towarzyszące Teresie starały się wyperswadować jej zamiar: tu nie można w ogóle żyć. Tak więc z wielką obawą informuje Święta swych dwóch aspirantów o stanie przyszłego klasztoru. Opisuje go i zapewnia, że jest wystarczający jak na początek. Bóg z pewnością znajdzie coś lepszego na przyszłość. Ojciec Antoni „powiedział, że mógłby zamieszkać nie tylko w tej nędznej chacie, ale choćby i w chlewie. Podobną gotowość okazywał ojciec Jan”. O jeden więc kłopot mniej.

Są jednak i inne problemy materialne do rozwiązania. Do zorganizowania nowicjatu potrzebne są jakieś meble, sprzęty, a przede wszystkim habity. W rozmównicy w Medina dokonano pierwszych przymiarek: wybrano materiał, krój, wielkość. Trzeba jeszcze przewidzieć inne niezbędne przedmioty: krzyże, święte obrazy, a także sienniki do spania. Nie zajmie to zbyt dużo czasu z uwagi na niewielkie wymagania aspirantów. Ojciec Antoni okazał się specjalistą w zakresie klepsydr: w krótkim czasie zgromadził ich pięć. Mówi, że pragnie życia uporządkowanego.

Każdy z nich wywiązał się więc z zadania, które przydzielono mu latem 1567. Zabrakło jeszcze najważniejszej rzeczy: przygotowania duchowego. Tego samego dnia, podczas ceremonii rozpoczynającej reformę w Duruelo, trzej karmelici tworzący nową wspólnotę (był wśród nich również brat Józef od Chrystusa) odnowili swoje śluby. Dlatego też możemy uważać za „nowicjat” dwa miesiące poprzedzające te wydarzenia. Teresa podczas całego ostatniego roku obserwuje postępy ojca Antoniego, który nie zadowala jej we wszystkim. Jeśli chodzi o Jana, nie trzeba prób. Było to paradoksem. Wyjeżdżając do Valladolid Fundatorka pozostawia w Medina, z zadaniem przygotowania niezbędnych rzeczy, tego, kto najbardziej wymagał formacji, a więc ojca Antoniego, natomiast zabiera z sobą, uczy, troszczy się o przygotowanie do nowego życia właśnie ojca Jana, który najmniej tego potrzebował. Nie jest to jednak paradoksem. Celem organizowanego przez nią nowicjatu nie była korekta wypaczeń, ale wpojenie nowego ducha. Pod tym względem bez wątpienia ojciec Jan od Krzyża daje najlepsze gwarancje. Jest młody, solidny, uduchowiony, wykształcony i ma dobry charakter. Jest on idealną postacią, która może przenieść charyzmat terezjański do Karmelu męskiego.

Ponieważ nie wprowadzono jeszcze klauzury z powodu prac przygotowawczych, było wiele okazji do bezpośrednich rozmów i dyskusji. Były też drobne sprzeczki i różnice zdań. Normalne życie. Intensywny nowicjat z formacją zindywidualizowaną. Bardzo ważną rolę odegrały doświadczenia świętej Teresy, uzyskane podczas sześciu lat spędzonych wraz z siostrami według nowego stylu, począwszy od 1562 roku.

Wydaje się, że kochano się i szanowano wzajemnie. Ponieważ Jan ma brzydki zwyczaj nie mówienia o niczym, nie znamy wcale jego opinii o „mistrzyni nowicjatu” ani też norm i

ukierunkowań, które w tym swoim drugim nowicjacie otrzymał. Matka Teresa przeciwnie, mówi dużo o swym wyjątkowym nowicjuszu. Wychodzi na jaw wiele cech jego charakteru: jest zakonnikiem, któremu można zaufać, obdarzony wielkim duchem, dobrocią, ma silny charakter, jest przy tym pogodny. Rozumie on i przyswaja sobie nowy sposób życia w modlitwie i ascezie, w miłości braterskiej i wspólnej rekreacji.

Poddany został mimo woli próbie w pierwszych dniach nowej fundacji, kiedy panował największy ruch. „Wydaje się, że Pan prowadzi go za rękę. Mieliśmy tu kilka problemów. Ja sama tworzyłam niektóre, gdyż byłam nieraz zła na niego. Nie udało mi się jednak dostrzec w nim niedoskonałości”. Nie wiemy, o jakich problemach mówi Teresa. Może o pewnej powolności ze strony Jana. Może przyczyną był pośpiech i nerwowość Teresy. Pewne jest jednakże, że została ona zbudowana dojrzałością i delikatnością okazywaną przez młodego karmelitę.

Może spokojnie powierzyć w jego ręce losy tak upragnionej reformy braci karmelitów.

„Nowicjat” w Medina-Valladolid trwał niecałe dwa miesiące. W końcu września Matka Fundatorka wysyła Jana do Duruelo, aby przygotował dom, dając mu ostatnie polecenia. Znamy przebieg tej sceny dzięki świadectwu pewnej zakonnicy, która była przy tym obecna. Oto jej opowiadanie: „Ojciec Jan wyjechał do Duruelo, aby przygotować tam pierwszy dom zakonny karmelitów bosych. My pozostałyśmy wraz ze świętą [Teresą] w klasztorze w Valladolid. Matka wręczyła mu kilka obrazków papierowych i figurkę Chrystusa, którą przyniosła jedna z nowicjuszek. Wychwalała go za ducha ubóstwa, którym obdarzył go Bóg. Jan odpowiedział jej, że niezbędne jest urządzenie chóru i wybudowanie kaplicy”.

W ten sposób rozpoczyna się przygoda ojca Jana: z malutką figurką Chrystusa i czterema obrazkami papierowymi oraz poparciem duchowym i ludzkim Teresy i, co najważniejsze, z wielką ufnością w Bogu i nieograniczoną nadzieją.

Wyposażony w list polecający, udaje się w powrotną drogę w kierunku Duruelo poprzez płaskowyż, który teraz wydaje mu się znajomy, mijając Olmedo, Arévalo, Avila.

Zobacz podobne wpisy