Z Teresą do Avila – misja wśród zakonnic
6 listopada, 2016
Wznowienie działalności – założyciel klasztoru w Baeza
6 listopada, 2016

Noc i świt – przeobrażenie w Toledo

Wyrwany z rytmu życia

o. Federico Ruiz OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.

Św. Jan od Krzyża przybył do Toledo jako więzień w pierwszych dniach grudnia 1577. Droga, którą tu przybył z Avila była długa i krata, wiodąca przez ośnieżone i zimne góry. Św. Jan nie wie, dokąd go zawiozą i jak skończy się ciężki okres więzienia. Gdyby przy wjeździe do miasta zapytać go, po co przyjechał do Toledo, bez chwili wahania odpowiedziałby: „Nic nie wiem, po prostu przywieziono mnie tu”. Bo faktycznie nie planował i nie przewidywał niczego, co dotyczy jego życia: co miałby robić, gdzie mieszkać i na jak długo zostać.

Rozpoczyna ten nowy w jego egzystencji okres w nieświadomości, a co więcej z oczami przepasanymi opaską.

Jedyną rzeczą, jaką na razie wyraźnie dostrzega, jest gwałtowne wyrwanie z rytmu życia i normalnych zajęć. Od dynamicznej i przynoszącej sukcesy pracy wychowawczej przechodzi do przymusowej bezczynności. Potrwa ona 9 miesięcy i będzie oznaczała stratę czasu i sił w najlepszym okresie życia, w wieku 35 lat. Zostaje pozbawiony wszelkiej możliwości pracy fizycznej, umysłowej i duszpasterskiej: nie ma ani swoich chorych z Medina, ani ksiąg z Salamanki, ani zakonników i zakonnic z Duruelo i Avila. Nie jest to ani kontemplacyjne skupienie, jakiego szukał w Karmelu, ani tak bardzo utęskniona samotność kartuzji. Nie jest to dobrowolna samotność, a przymusowe zamknięcie za karę w ciemnej i ciasnej celi klasztornej. Dla ojca Jana był to czas trudny i delikatny. Niespodziewanie został wplątany w sieć wydarzeń nielogicznych, niesprawiedliwych, niezrozumianych i nie mających żadnego sensu. Stara się odpowiednio zareagować z psychologicznego i teologicznego punktu widzenia na tę, burzącą jego życie sytuację. Potrzebna mu w tym celu olbrzymia jasność umysłu i takaż sama siła. Jeżeli nie uda mu się z tego wybrnąć, jego równowaga psychiczna i duchowa pozostanie w zagrożeniu na całą resztę życia.

Okres pobytu Jana od Krzyża w Toledo wymaga właściwej interpretacji na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony składa się nań realistyczna i surowa, niemal dramatyczna kronika wypadków, nader szczegółowo przedstawiająca nieludzkie traktowanie i surowe kary, jakie młody karmelita znosi w więzieniu z niewiarygodną siłą. Mamy wówczas klasyczny schemat sytuacyjny, obejmujący ofiarę i kata, tortury i wytrwałość. Takie podejście odzwierciedla jednak tylko jeden, zgodny z prawdą i interesujący, ale nie najważniejszy aspekt sprawy.

Jeśli bowiem spojrzeć od strony życia duchowego, ta sama twarda rzeczywistość okazuje się religijnym i ludzkim przeżyciem o pierwszorzędnym znaczeniu, mającym reperkusje we wszystkich dziedzinach życia: religijnej, psychicznej, mistycznej i estetycznej. Okres uwięzienia jest dla Jana okresem szczególnie twórczym. Ktoś napisał, że „Toledo to hiszpański Tabor”, i stwierdzenie to doskonale odzwierciedla dzieje Jana od Krzyża: objawienie Boga podobne do rozświetlającej mroki błyskawicy. W zestawieniu z takimi przeżyciami duchowymi suchy opis faktów rzeczywiście zmienia się w zwykła kronikę wypadków.

Przyjrzyjmy się zatem z bliska wydarzeniom, zwracając uwagę na same fakty i postawy poszczególnych postaci, ale przede wszystkim na tajemną obecność Boga, która przekształca ten okres największej bezczynności w życiu Jana od Krzyża w fazę najbardziej wytężonej aktywności, mistycznej twórczości i oryginalności poetyckiej. Noc ciemna stała się uniwersalnym w swym zasięgu przesłaniem.

Miejsce przeznaczenia: Toledo

Otoczony mrokiem nocy i nic nie widzący z powodu przepaski na oczach, więzień przemierza strome i wąskie uliczki miasta. Wszystko symbolizuje i zapowiada to, co stanie się w najbliższych miesiącach. Zachowuje się wszelkie środki ostrożności mogące go zniechęcić lub przynajmniej zdezorientować, gdyby miał ochotę spróbować ucieczki. Wyczuwa, że jest w mieście; twardość podłoża, jego nierówności i ograniczenia przestrzeni poznaje dzięki ruchom konia i odgłosowi jego kopyt.

Po wielu zwodach grupa zatrzymuje się. Dotarli na miejsce. Zsadzają Jana na dziedzińcu i zdejmują mu opaskę z oczu: jest na terenie olbrzymiego budynku, który jemu wydaje się tym większy, że do niedawna mieszkał w Torrecilla, obok La Encarnación, a poprzednio w małej chatce w Duruelo.

Błyskawicznie pojmuje sytuację: jest w klasztorze karmelitańskim w Toledo. Nigdy dotąd, co prawda, w nim nie był, ale zna go dobrze ze słyszenia, a poza tym rozpoznaje niektóre twarze w liczącej prawie 80 mnichów wspólnocie. To jego dawni uczniowie z Salamanki. Co się tyczy samego budynku i wspólnoty, jest to najlepszy klasztor karmelitański w Kastylii.

Robi duże wrażenie swą strukturą i usytuowaniem przy murach obronnych na urwisku nad Tagiem, w pobliżu Puente de Alcántara. „Ten klasztor Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmelu w Toledo, sławny z ogromu, tak kościoła jak i pozostałych budynków…, jest położony nad brzegiem Tagu, między bryłą słynnego Juanelo a Puente de Alcántara. Budowla jest ogromna a zwłaszcza kościół, którego główna nawa, usytuowana od strony rzeki, jest tak wysoka, że wywiera niesamowite wrażenie bez względu na to, czy patrzy się na nią z dołu, czy z góry” (Relacja z 1635).

Wyprzedziliśmy bieg wypadków, by uzmysłowić czytelnikom, gdzie się one rozgrywają. Św. Jan, w przeciwieństwie do nas, odkrywa Toledo stopniowo i bardzo powoli. Najpierw widzi tylko swą wąską celkę, kilka dziedzińców i przybudówek klasztornych. Potem dostaje pozwolenie, by podejść do zachodniego okna, wychodzącego na zamek San Servando. Podczas nocnej ucieczki (bo jednak ucieknie z więzienia) Jan przemierza Cuesta del Carmen z przeciwnej strony, wznoszącej się od głównego wejścia do klasztoru do Plaza de Zocodover. Stamtąd uciekinier szuka po omacku schronienia.

Dopiero po odzyskaniu wolności dowie się, jak wygląda miasto w świetle dziennym; ze szpitala św. Krzyża zobaczy jego rozległy obszar, kopuły i wieże, łuki i fasady. Toledo poznaje się naraz i wszystkimi zmysłami; jest miastem żywym, ale o zwartej zabudowie, zbudowanym ze zróżnicowanych, ale tworzących harmonijną całość kultur: rzymskiej, wizygockiej, arabskiej, mozarabskiej, żydowskiej, chrześcijańskiej i imperialnej. Każda z nich pozostawiła po sobie ślady religijne, wojskowe i artystyczne. Całe Toledo jest dziś praktycznie jednym wielkim muzeum archeologii i sztuki.

Nie należy wszelako uważać za muzeum miasta, które nawet jeśli obfituje w zabytki jest żywym organizmem. Położone na skalistym wzgórzu, przez nawierzchnię jego placów i ulic przebija gdzieniegdzie żywa skała. Opływający je i stanowiący jego naturalną granicę Tag dodaje mu rzutkości i polotu.

To tutaj rodzą się albo kształtują tacy pisarze i artyści, jak Garcilaso, Cervantes, Lope da Vega, Góngora, Calderon; to właśnie na Cuesta del Carmen, w pobliżu Mesón del Sevillano, o parę zaledwie metrów od klasztoru, rozgrywa się akcja powieści Sławna pomywaczka Cervantesa.

W 1577, właśnie gdy przybył tu Jan od Krzyża, św. Teresa napisała w Toledo pierwszą połowę Twierdzy wewnętrznej. W tym samym czasie osiedlił się w Toledo El Greco, człowiek i artysta, który podobnie jak ojciec Jan identyfikuje się z tym miastem: „Nic się na to nie poradzi: El Greco to dusza Toledo, a Toledo to najlepszy obraz El Greca”.

Wezwany przed sąd

Nie pozbierał się jeszcze na dobre po trudach podróży, a już musi stawać przed sądem. Po to przywieziono go do Toledo. Ma zdać sprawę ze swej przedklasztornej działalności w Avila i z implikacji tej działalności dla autonomicznych tendencji, podejmowanych przez rodzącą się Reformę. Czeka na niego ojciec Hieronim Tostado, mianowany przez przełożonego Zakonu, ojca Rossi, generalnym wizytatorem wszystkich hiszpańskich i portugalskich karmelitów. Przybył do Hiszpanii latem 1576 jako pełnomocnik do spraw wprowadzania w życie surowych restrykcji przeciw karmelitom bosym, podjętych przez kapitułę generalną w Piacenzy (1575).

Przed rozpoczęciem wizytacji hiszpańskich prowincji składa listy uwierzytelniające Radzie Królewskiej Filipa II. Nie zostają one przyjęte, ponieważ Rada uznała je za sprzeczne z władzą przyznaną przez papieża nuncjuszowi. Mając związane ręce w Hiszpanii, wizytator udał się do Portugalii, by tam wypełnić powierzone sobie zadania. Poinformowana o sprawie matka Teresa, dowiedziawszy się o decyzji Rady Królewskiej, pisze z wyraźną ulgą: „Bóg uwolnił nas od Tostada” (7.09.1576).

Za wcześnie jednak, by chlubić się wygraną. Do czerwca 1580, kiedy to papież usamodzielni prowincję karmelitów bosych, muszą upłynąć jeszcze 4 lata napięć, trosk i przykrych konfliktów, kończących się wygraną na przemian to jednej, to drugiej strony. Sytuacja pogarsza się latem 1577: 18 czerwca umiera przychylny karmelitom nuncjusz papieski Nicola Ormaneto, a 29 sierpnia następuje przeciwny im Filip Sega.

Ściągnięty tą nową, przyjazną atmosferą, ojciec Tostado pojawia się ponownie na froncie i podejmuje zdecydowane działanie, ponieważ – mimo braku aprobaty ze strony Rady Królewskiej – jest pewien poparcia nuncjusza. Kiedy Jan od Krzyża stawia się w sali sądowej, okazuje się, że sędzią głównym jest ojciec Tostado, a obok niego zasiadają na ławie sędziowskiej przeor, ojciec Maldonado i inni znaczący członkowie wspólnoty.

Sedno sprawy polega na tym, by skłonić ojca Jana do wyparcia się terezjańskiej Reformy i tego, co do tej pory robił, oraz do powrotu w szeregi karmelitów trzewiczkowych, do czego zresztą już go zmuszano. Był pierwszym karmelitą bosym, a pod względem duchowym postacią dużego formatu. To właśnie dlatego sędziowie liczą na to, że wyrzeczenie się z jego strony może oznaczać wchłonięcie Reformy. Nie wydaje się, by w ciągu tych miesięcy wysunięto przeciw niemu zarzut nadużycia władzy czy podejmowania działań bez odpowiednich uprawnień. Wszelkie naciski mają na celu jedynie to, by się wycofał. Mają temu służyć trzy środki perswazji: posłuszeństwo, pochlebstwa! kary.

Dla zakonnika obdarzonego takim duchem i charakterem, jak ojciec Jan, argument ślubu posłuszeństwa ma niewątpliwie największą wagę i dlatego został wysunięty na pierwszym miejscu, w formie umiarkowanej i uroczystej zarazem: jest wyraźny nakaz papieża, przełożonego generalnego i kapituły generalnej z Piacenzy, by karmelici bosi podporządkowali się całkowicie Zakonowi. Nakaz ten dotyczy wszystkich, ale największa odpowiedzialność spoczywa na niektórych karmelitach bosych, którzy bez zezwolenia generała założyli klasztory w Andaluzji. W sali sądowej zostaje odczytany uroczysty a groźny dokument, znany już św. Janowi: „Ponieważ niektórzy z nich, nazywani potocznie bosymi, są nieposłusznymi i upartymi buntownikami, wyżej wspomnianym karmelitom bosym nakazuje się, pod karą i cenzurą papieską, a nawet, jeśli zajdzie potrzeba, pod groźbą kary ze strony władzy świeckiej, by w ciągu 3 dni podporządkowali się niniejszym nakazom; w wypadku odmowy zostaną surowo ukarani”.

Takimi oto kryteriami posługują się, w pełni świadomi swych uprawnień, sędziowie, gdy przychodzi im sądzić karmelitę bosego. By uwięzić go w Avila, zażądali pomocy władzy świeckiej, ale sądem i wymiarem kary zajmą się już sami, aby nie nadać sprawie zbytniego rozgłosu i uniknąć interwencji „świeckiej władzy” Filipa II, która na pewno zniweczyłaby cały plan.

Podsądnemu dają co prawda możliwość usprawiedliwienia swej postawy i postępowania, ale tylko w tym celu, by zaakceptował akt publicznego podporządkowania się, a w tej właśnie kwestii Jan nie chce ustąpić. Być może nie popierał fundacji andaluzyjskich, kilkakrotnie sam zresztą prosił o zwolnienie go z obowiązków spowiednika w La Encarnación i zrobił wszystko, co można, by załagodzić konflikty i uniknąć zadrażnień.

Ale gdy chodzi o kwestię prawowitości Reformy, jej zasadnicze treści i określone działania mające na celu uzyskanie autonomii, nie cofa się nawet o krok, i to wobec dobrze udokumentowanych argumentów, jakie przeciw niemu wytaczają. Wyznaje bezwzględne posłuszeństwo Kościołowi, ale nie normom narzuconych przez ojca generała Rossiego czy kapitułę generalną. I on i inni karmelici bosi działają na wyraźne polecenie nuncjusza Ormaneto i papieskiego wizytatora, którzy mają prawo wydawać nakazy podlegającym ich jurysdykcji zakonnikom z pominięciem przełożonych Zakonu. Oskarżony przyjmuje zatem linię obrony opierającą się na zasadzie posłuszeństwa wyższym zwierzchnikom i obalającą tym samym wszelkie wytaczane przeciw niemu prawa.

Zapada tymczasowy wyrok: ojciec Jan został skazany jako zatwardziały buntownik. Był to paradoks. Najbardziej posłuszny człowiek, jakiego zna świat, decyzją władz zwierzchnich zostaje buntownikiem. Jak zwykle zresztą, ten, kto jest posłuszny jednej stronie, dla drugiej jest buntownikiem. Tak właśnie należy zrozumieć powstałe niedawno określenie, w myśl którego Jan był „posłusznym buntownikiem”. Sami zresztą karmelici trzewiczkowi, którzy go sądzą, dostrzegają doskonale jego nietypową, uległą, ale zarazem stanowczą postawę, dzięki której zyska miano „piły”. W wiele lat później Jan przyzna się, że używano wobec niego jeszcze innych środków perswazji, a mianowicie obietnic i pochlebstw, że oferowano mu, między innymi, funkcję przeora, piękną celę, wyposażoną w bogatą bibliotekę, i złoty krzyż o znacznej wartości. Nie można było znaleźć lepszego sposobu przekupywania ojca Jana rzeczami, do których czuje duchowy wstręt. Doprowadzony do ostateczności odpowiada: „Kto szuka nagiego Chrystusa, nie potrzebuje złota ani klejnotów”. Wystarczy zresztą przypomnieć sobie celę, bibliotekę i krzyże w Duruelo, by zrozumieć jego gusty.

Klasztorne więzienie

Nie przyjmując poleceń przełożonego, Jan wie już doskonale, jaka kara go czeka: więzienie. Tak stanowi prawo we wszystkich tego rodzaju przestępstwach. Mianem więzienia określano wąską, odizolowaną celę, w jakiej zamykano ukaranego zakonnika. Brat strażnik pilnował go, przynosił mu pożywienie i odprowadzał go, jeśli musiał wyjść czy pokazać się publicznie; innych kontaktów ze światem zewnętrznym nie miał.

Bracia ci nie byli jednak pozbawieni wrażliwości: „więzienie klasztorne” było instytucją, którą dostali w spadku od poprzedników i akceptowali jako rzecz zupełnie normalną, dbali wiać, by pełniła swe dyscyplinarne funkcje bez uszczerbku dla zdrowia więźnia. Spośród wielu świadczących o tym przykładów, wystarczy przypomnieć fakt, jaki zdarzył się w 15 mniej więcej lat po przeżyciach Jana od Krzyża w tym samym Zakonie.

W 1594 Alonso od Matki Bożej został zamknięty w więzieniu klasztornym w Walencji. Cela była położona przy studni, w wilgotnym i niezdrowym miejscu. W 1597 interweniuje kapituła prowincjalna, która wydaje nakaz, by celę tę zburzono, jest bowiem rzeczą niegodną miłosierdzia chrześcijańskiego i zasad życia zakonnego, aby zamykano tam współbraci, nawet jeśli zawinili. Więzienie należy zbudować w odpowiednim do tego miejscu.

Przez pierwsze dni Jan od Krzyża był zamknięty w „oficjalnym” więzieniu klasztornym, które było niemal pałacem w porównaniu z tym, w którym przyjdzie mu przebywać później. Przywilej ten nie trwał jednak długo: gdy tylko dociera wiadomość, że jego towarzyszowi, ojcu Germanowi, udało się zbiec z więzienia klasztornego w San Pablo de la Moraleja, Jan został przeniesiony w pewniejsze i lepiej strzeżone miejsce. Nie była to ani cela, ani więzienie; nie było to nawet pomieszczenie nadające się do zamieszkania.

Możemy dość dokładnie odtworzyć jego wygląd dzięki opisom współczesnych i relacjom naocznych świadków, którzy osobiście widzieli je aż do połowy XVIII wieku. Była to wnęka w murze, która miała służyć za ubikację przy sali przeznaczonej dla najbardziej dostojnych gości. Nie miała okien, jedynie szparę szeroką na cztery palce, przez którą wchodziło nikłe światło z okna samej sali. Wymiary wynosiły mniej więcej 2,7 x l ,6 m.

Więzienna cela była urządzona przy nader niewielkim nakładzie sił i pieniędzy: po zlikwidowaniu ubikacji wstawiono pryczę z dwoma starymi kocami i do kompletu ławę, na której Jan będzie mógł położyć brewiarz, jedyną dozwoloną mu książkę. Co do ubrania musi się zadowolić tym, co ma na sobie: nie dostanie nic innego ani do ochrony przed zimnem, ani do zmiany bielizny. Pozbawiono go zresztą części szat: kaptura i szkaplerza na znak kary za jego buntowniczą postawę.

Wiktem go nie rozpieszczano. Matka Teresa napisze później, że wyjeżdżając z Avila był strasznie wychudzony. Nietrudno zresztą wyobrazić sobie efekty więziennej diety, na którą składała się woda, chleb i dwie, jedna, a czasem tylko pół sardynki, poza tym przewidywała dwa razy na tydzień post, a właściwie superpost, ustanowiony rozporządzeniem z 1462: „Więzień ma być w poniedziałek, środę i piątek o chlebie i wodzie, chyba że za pozwoleniem przeora i z miłosierdzia dostanie coś więcej”, czyli sardynkę przewidzianą na pozostałe dni.

Jeśli chce rozprostować kości, może wyjść na korytarz albo do refektarza. W dni ścisłego postu kolację jada wspólnie z całą wspólnotą. Klęcząc pośrodku refektarza je na oczach braci, siedzących za stołem, swoją porcję złożoną z chleba i wody, po czym obnaża ramiona i plecy, a wszyscy po kolei chłoszczą go rózgami.

Obraz ten, i tak deprymujący, z biegiem dni nabiera coraz ostrzejszych tonów. Nieznośny chłód i wycieńczający upał przez całe miesiące nie zostawiają mu ani chwili wytchnienia. Dochodzą do tego choroby gardła, żołądka, duszne powietrze i owady. Bielizna, jaką ma na sobie, jest cała w strzępach, bo przez ponad 6 miesięcy nie dostał żadnej innej.

Obraz uzupełnia cały, specjalnie wymyślony system nacisków psychicznych. Niekiedy, w przyległej sali zakonnicy, mówiąc niby między sobą, ale tak, by więzień ich słyszał, rozmawiają o tym, że zlikwidowano kolejne klasztory karmelitów bosych, że podobno nuncjusz Sega ma w najbliższym czasie zlikwidować Reformę, że karmelici bosi powrócili na łono Zakonu, a ojciec Jan jest jedynym, skazanym na pogrzebanie za życia.

Komentarze te pozostawiają głęboki ślad w psychice osłabionego postem ojca Jana, udręczonego na domiar odizolowaniem i nie kończącymi się obawami: co pomyślą o nim karmelici bosi? A przede wszystkim, co pomyśli o nim matka Teresa? Że ich opuścił? Skazany na całodzienną bezczynność, może tylko myśleć, wyobrażać sobie i snuć najczarniejsze myśli.

Fakty te robią dziś na nas wrażenie nieuzasadnionych okrucieństw i musimy uczynić spory wysiłek, by poprawnie zinterpretować je i dostrzec ich rzeczywisty kontekst. Sprawa Jana od Krzyża ma, bez wątpienia, ostrzejszy charakter niż inne podobne przypadki, nawet w oczach jego współczesnych; oni zresztą sami przedstawią obraz sytuacji w jeszcze czarniejszych barwach podczas procesu kanonizacyjnego. Sam konflikt jednak doskonale się mieści w ramach ówczesnych zwyczajów. Aż taki rozgłos zyskał po prostu dlatego, że jego głównym bohaterem jest ten, którego znamy jako św. Jana od Krzyża.

Błędy, mniej czy bardziej świadome, popełniono dwa: po pierwsze, że uznano go za krnąbrnego buntownika z powodu posłuszeństwa wyższej władzy. W tej kwestii nie mamy jeszcze jasnego poglądu, a i historycy nadal dyskutują nad jej prawnymi aspektami. Drugi błąd polegał na założeniu, że maltretowanie osłabi opór tego „półbrata” i odwiedzie go od podjętej decyzji. Jak wykazały skutki, było to założenie całkowicie błędne.

Wspólnota z Toledo

W okresie pobytu w Toledo w życiu ojca Jana pojawia się wiele postaci, z których każda reprezentuje jakiś styl, zajmuje jakieś stanowisko i ma jakieś sumienie. Wspominając po latach cierpienia niewoli, św. Jan podawał słuchaczom przez siebie wówczas stosowane, ale i do dziś użyteczne kryteria oceny. Ci, którzy go maltretowali, robili tak, bo „myśleli, że tak trzeba”; wykonywali polecenia władz Zakonu, wymierzone przeciw zbuntowanym karmelitom bosym.

Zbyt wiele dopuszczono się dotąd uproszczeń i uogólnień mówiąc o tym, jak zakonnicy należący do karmelitów trzewiczkowych podchodzili do niego i traktowali go w Toledo. Słuchając tych relacji można by wnioskować, że wszyscy z nich zachowywali się jak dozorcy więzienni i jego wrogowie, a tymczasem, jeśli przyjrzeć się z bliska, dostrzega się wśród nich całą gamą różnych postaw. Dla ułatwienia podzielimy ich na trzy grupy: przełożonych, całą wspólnotę i strażników.

O przełożonych mówiliśmy już przy okazji samego procesu. Są surowi. Powołują się przede wszystkim na otrzymane z góry polecenia, ale ze swej strony też dokładają pewne sprytne chwyty, tym sprytniejsze, że nie może ich sprawdzić ani stwierdzić żadna władza. I oto oni, choć bez złej woli, podjęli decyzję o przeniesieniu więźnia ze względów bezpieczeństwa do ślepej celki, co uczyniło jego pobyt tam prawdziwą torturą.

Jeśli chodzi o wspólnotą, to ze względu na obecność ojca Tostado i przez wzgląd na nakazy reguły, surowo zakazujące wspierania w jakikolwiek sposób winnych, musi ona zachowywać się jednomyślnie i solidaryzować się z wymierzoną Janowi karą. Na pozór przynajmniej, bo w głębi duszy myślą o sprawie w sposób bardzo zróżnicowany. Zasadniczo dałoby się podzielić ich na dwie grupy.

Pierwsza, na pewno liczniejsza grupa starszych przede wszystkim zakonników, zna więźnia tylko ze słyszenia i osądza go zgodnie z tym wizerunkiem, jaki przedstawili przełożeni w ostatnim, bardzo konfliktowym okresie, i w związku z tym interpretuje jego dotychczasowe czyny i obecne postępowanie jako objaw buntu, niekarności, chęci wybicia się, żądzy sławy świętości, zatwardziałości i hipokryzji. Reakcje tej grupy są zatem pochodną przyjętego ze środowiska obrazu. Zakonnicy ci ani nie muszą, ani za bardzo nie mogą więcej wiedzieć: informacje, jakie posiadają, pochodzą bezpośrednio od wizytatora, ojca Tostado, lub od godnych zaufania, gwarantujących wiarygodność zwierzchników. Dlatego uznają za słuszne surowe kroki podje, te przeciw obwinionemu: post, dyscyplinę itp.

W tej samej wspólnocie jest wszakże spora grupa zakonników nie podzielających oficjalnych opinii w tej sprawie. Niektórzy są kolegami ojca Jana z Salamanki, doskonale go znają, cenią go i kochają. Wspomnijmy słowa matki Teresy z tego okresu: „Nie ma brata, który by go nie kochał”. Nie wierzą oni tendencyjnym informacjom, rozsiewanym przez wizytatora, a surowość kary wydaje się im niezasłużona i nieludzka. „Młodzi zakonnicy płakali, byli wzruszeni i mówili do siebie: Niech mówią, co chcą, to święty”.

O ile jednak ci, którzy reprezentują twarde stanowisko, mogą wypowiadać się swobodnie we wspólnocie, o tyle ci, co sympatyzują z oskarżonym, muszą wystrzegać się okazywania tego w słowach lub czynach. Ojciec Jan nie ma żadnej możliwości skontaktowania się z nimi, czy też w ogóle dowiedzenia się, jakie są ich reakcje: nie ujrzy ani jednego gestu pozdrowienia czy sympatii i nie usłyszy ani słowa wyjaśnienia. Widzą się tylko z daleka, kiedy więzień udaje się do refektarza na postny i spożywany na klęczkach posiłek, a co więcej, ci sami, przyjaźnie nastawieni bracia, muszą go chłostać podczas wymierzanej dyscypliny. Czy nadal go szanują? A może nienawidzą? W ciągu tych miesięcy nasz więzień tego się nie dowie. To dopiero my możemy wiedzieć.

Ostatecznie po udanej ucieczce w sierpniu zakonnicy z drugiej grupy „ucieszyli się, że mu się powiodło, ponieważ widząc jego cierpienie współczuli mu”. Tak stwierdza, podzielający zresztą ich poglądy, strażnik.

Dwóch strażników

W okresie pobytu Jana od Krzyża w więzieniu w Toledo pierwszoplanową rolę odgrywają dwaj strażnicy, pilnujący go przez 9 miesięcy. Jest to zrozumiałe, bo to oni mają z nim stały kontakt, wyświadczają mu przysługi lub wymierzają kary. W rzeczywistości ponoszą za to najmniejszą odpowiedzialność jako wykonawcy jedynie poleceń przełożonych, pozostający ponadto pod wpływem odczuć i nacisku moralnego ze strony wspólnoty.

Pierwszy, którego imienia nie znamy, zajmuje się mm przez pierwszych 6 miesięcy, aż do maja. Niemal wszystkie wyżej wspomniane surowości mieszczą się w tym właśnie okresie. Strażnik okazuje się bowiem nader surowy i nie zgadza się na żadną ulgę, bez względu na to, czy chodzi o zmianę bielizny, książki, papier i atrament, możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza przy oknie, uniknięcia któregoś postu lub wymierzanej przez wszystkich dyscypliny. Skrupulatnie i rygorystycznie wręcz stosuje się do przepisów.

Jeśli porównać jego postawę z zachowaniem drugiego strażnika, nasuwa się niejedno pytanie. Dlaczego był aż tak ostry? Być może dlatego, że wyrok dopiero co zapadł i stosuje się. większe rygory, lub też nieśmiałość – a może tchórzostwo – nie pozwalają mu spojrzeć na sprawę pod innym kątem, postarać się ulżyć więźniowi czy uczynić dla niego jakiś wyjątek. Być może, jako członek wspólnoty bardziej reaguje na jej presję. Nie wiadomo; nie ma w każdym bądź razie powodu przypuszczać, że kierowały nim względy osobiste.

Drugi strażnik nazywa się ojciec Jan od Najświętszej Maryi Panny, pochodzi z Valladolid i ma mniej więcej 27 lat, o osiem mniej niż więzień. Funkcja strażnika przypadła mu w udziale, ponieważ jego poprzednik musiał wyjechać. Nie ma uprzedzeń w stosunku do winnego i będzie wiedział, co o nim myśleć dopiero wtedy, kiedy pozna go bliżej. Podziela w każdym bądź razie uczucia młodszych braci.

Był strażnikiem ojca Jana przez 3 miesiące. Może ma łagodniejszy i bardziej otwarty charakter, może sami przełożeni nie czuwają już tak dokładnie nad wymiarem kary, może są już zmęczeni więźniem, z którym nie wiedzą, co robić. Efekt jest taki, że ojciec Jan od NMP ma znaczne możliwości ulżenia więźniowi, dostarcza mu bieliznę, papier i atrament, pozwala mu dłużej przebywać w sali i, jeśli może, stara mu się oszczędzić pobytów w refektarzu. Ich stosunki coraz bardziej zaczynają przypominać stosunki między przyjaciółmi, niż stosunki między strażnikiem i więźniem.

Strażnika uderza siła duchowa tego człowieka fizycznie zniszczonego. Nie słyszy, by się kiedykolwiek skarżył, obwiniał kogoś czy opłakiwał swój los. Wykazuje niebywały hart ducha. A kiedy strażnik stara mu się ulżyć, oszczędzić pobytu w refektarzu i związanej z tym dyscypliny, pyta o powód: „Ojcze, co się to stało? Dlaczego nie zaprowadziłeś mnie do refektarza, bym otrzymał to, na co zasłużyłem?” Takie słowa skonsternowałyby każdego.

Drugą rzeczą, która na strażniku wywiera wielkie wrażenie, jest wdzięczność więźnia. Św. Jan przeprasza go za kłopoty i dziękuje za każdą, najmniejszą nawet przysługę. Kiedy mnisi idą do cel na popołudniowy odpoczynek, ojciec Jan może przebywać w przylegającej do jego celki sali, by zaczerpnąć nieco powietrza; nim zakonnicy wstaną, strażnik przychodzi, by wyprowadzić go i zamknąć drzwi, a Jan wychodzi natychmiast ze złożonymi rękami na znak wdzięczności za przysługę.

Słowa wydają mu się zbyt ubogie jako wyraz wdzięczności, chciałby zrobić strażnikowi jakiś prezent, ale wielkiego wyboru nie ma: żadnych depozytów ani ozdób na ścianę nie posiada, o pieniądzach nie wie nawet, jak wyglądają. Z ubrania ma tylko to, co nosi na sobie i co mogłoby służyć jedynie jako relikwie, na pewno zaś nie jako prezent. Przypomina wdowę z Ewangelii, posiadającą tylko 2 grosze, a chcącą je za wszelką cenę podarować.

Rozejrzawszy się po celce i przeszukawszy swoje rzeczy, ojciec Jan stwierdza, że pozostaje mu wybór między dwiema rzeczami: brewiarzem i noszonym po lewej stronie piersi krzyżem.

Na kilka dni przed ucieczką wzywa strażnika, jeszcze raz przeprasza go za kłopoty i ofiarowuje mu krucyfiks, podkreślając przy tym jego wartość: on sam otrzymał go od kogoś i sam ten fakt czyni go wyjątkowo drogocennym. Prawdopodobnie podarowała mu go w Avila matka Teresa. Postać Chrystusa wykonana jest z brązu i przymocowana do drewna z wyrytymi narzędziami Męki Pańskiej. Gest ten wydaje się zamaskowaną formą pożegnania.

W 1616, w chwili, gdy strażnik składa swe świadectwo, „nadal posiada go przy sobie”. Po śmierci strażnika, krzyż „przeszedł na własność klasztoru karmelitów trzewiczkowych w Medina del Campo, gdzie do dziś jest wielce czczony przez pamięć naszego świętego ojca Jana od Krzyża, który też tego klasztoru był synem” (O. Alonso). Pozostawał tam jeszcze kilkadziesiąt lat, a potem ślad po nim zaginął.

A karmelici bosi?

Ojciec Jan pozostaje całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego. Nie wie, czy bliscy mu ludzie pamiętają o nim, potrzebują go, poszukują, czy też naprawdę został sam na świecie? 9 miesięcy wystarczyło jednak, by zrobić coś dla odblokowania sytuacji.

Matka Teresa niepokoi się, nalega na wszystkich, by działali: o. Mariano ma możliwość rozmawiać osobiście z Filipem II, może też zainteresować księżnę Eboli, która chętnie by interweniowała, jeśli ją o to prosić; o. Gracian jest synem sekretarza królewskiego. Matka sugeruje również inne szybkie drogi ratowania więźnia, ale największą szansę widzi w bezpośrednim działaniu, tj. w rozmowie z Filipem II, bo „ostatecznie król wysłuchuje wszystkich”, a jeden jego znak wystarczyłby, by otworzyły się drzwi więzienia.

Teresa cierpi z powodu flegmatycznej postawy karmelitów bosych wobec dramatu ich uwięzionego brata. Skarży się na to w liście do ojca Graciana, licząc, że on się zainteresuje sprawą: „Nie wiem, dlaczego nikt nigdy nie pamięta o tym świętym” (19.8.1578).

Widać, że karmelici bosi nie uważają go za kogoś ważnego. Nie pełni specjalnych funkcji i nie jest tak wpływowy, by pertraktować o nim z dworem i nuncjuszem. Jest zwykłym zakonnikiem, a poza tym pracując dla karmelitanek z Avila, mieszkał poza klasztorem. Zresztą jego obecność nie jest niezbędna dla spraw legislacyjnych… Nikt więc nie podejmuje na serio kroków w kierunku uwolnienia go. Jedna tylko osoba wzięła to sobie, ale to bardzo, do serca. Wytrwale i z niepokojem liczy dni spędzone przez ojca Jana w więzieniu: dwa, trzy, już osiem… Od razu wiadomo, kim jest ta, tak serdecznie przejęta osoba: to matka Teresa, która dzień po dniu opisuje w listach do przyjaciół swe obawy, nadzieje i troski.

Nie tylko stara się zmobilizować karmelitów bosych i różnych dobroczyńców mogących w jakiś sposób zadziałać, ale pisze do samego króla z prośbą o szybką interwencję: „Zbliża się Boże Narodzenie, a potem aż do Trzech Króli nie będą rozpatrywane żadne sprawy sądowe, jeśli więc nie zrobi się czegoś już teraz, cierpienie jego jeszcze się przedłuży” (19.12 1577). Teresa wie, jak bardzo ojciec Jan lubi świętować Boże Narodzenie uroczyście i z radością. Obawia się, że tym razem go to ominie, jeśli sprawa dalej będzie się tak wlokła.

Bezustannie przypomina swym karmelitankom bosym o modlitwach w tej intencji. Pisze do matki Anny od Jezusa, przeoryszy z Beas: „Nie wyobrażasz sobie, córko, jaką udręką napełnia mnie fakt, że zniknął mój ojciec Jan od Krzyża i nie możemy znaleźć najmniejszego śladu ani dowiedzieć się, gdzie przebywa. Karmelici trzewiczkowi usilnie pracują nad tym, by ostatecznie pogrzebać Reformę. Proszę cię, ponieważ ty i Katarzyna od Jezusa jesteście w takiej zażyłości z naszym dobrym Panem Jezusem, byście modliły się do Niego o pomoc i wsparcie w naszych staraniach. Odmawiajcie w chórze litanię przez 15 dni. Poza wyznaczonymi godzinami modłów módlcie się godzinę dłużej, i powiadom mnie, córko, czy robicie to” (z listu zachowanego przez ojca Hieronima od św. Józefa).

Poszukiwania i starania pozostają jednak bezowocne i więzień będzie się salwował ucieczką przez siebie samego zorganizowaną. Jedno wszakże jest jasne: szacunek, miłość i niepokój matki Teresy od Jezusa o Jana od Krzyża, którego uważa za jedynego i niezastąpionego dla sprawy Reformy i którego traktuje jak ojca, syna, brata i przyjaciela…

Dzieje przeżyć duchowych

Dotychczasowy opis byłby całkowicie wystarczający dla potrzeb kroniki wypadków, dla nas jednak to za mało, bo poprzestając na nim stracilibyśmy najciekawszą i najważniejszą dla duszy św. Jana od Krzyża część, a co więcej, nie zdołalibyśmy zrozumieć, jak w takim miejscu mogła zrodzić się poezja o tak rzadkiej sile wyrazu. Więzienie w Toledo to nie tylko wąska celka i to, co inni myślą, czują lub robią. W ostatecznym podsumowaniu więzienie w Toledo jest tym, w co je przekształcił dzięki swej wierze, miłości i nadziei główny bohater wydarzeń.

Ta historia rozgrywa się w jego duszy i nigdy nie poznamy wszystkich jej szczegółów. Sam Jan mówił o niej jakby zmuszony względami przyjaźni, okolicznościami i prośbami osób ze swego otoczenia, zawsze jednak zachowywał przy tym duży szacunek dla osób i zdarzeń, a niekiedy relacjonował same fakty tak, jakby opowiadał zabawną przygodę czy anegdotę: „W wiele lat później Święty mawiał żartobliwie, iż był bardziej chłostany niż św. Paweł”.

Rozkoszuje się nieograniczoną wspaniałomyślnością Boga: Bóg jest wszystkim, a Jego miłość jest bez granic, jest świetlaną nagością i wolnością, osobistym przeżyciem Chrystusa ukrzyżowanego. Jednej ze swych penitentek wyzna później: „Anno, córko moja, za ani jedną z łask, których Bóg udzielił mi tam, nie można Mu się odpłacić nawet wieloma latami więzienia”.

Tajemnica więzienia w Toledo objawia nam się na wiele sposobów, choć nie znamy szczegółów łask mistycznych. Nie są to jednak tylko przypuszczenia, bo „poznacie je przecież po ich owocach”.

Ojciec Jan posiada klucz teologiczny, który pozwala mu patrzeć na najbardziej nawet negatywną i przeciwną mu rzeczywistość, jakby była obdarzona wyjątkowym pięknem i transcendencją. Pod koniec życia, w okolicznościach zbliżonych do tych, o których teraz mówimy, napisze: „Córko, nie troszcz się o to, co się ze mną dzieje, tak jak i ja się o to nie troszczę. Boleję bardzo nad tym, że przypisuje się winę tym, którzy jej nie mają, bo też sprawcą tych rzeczy nie są ludzie, a Bóg, który wie, czego nam trzeba i czyni to dla naszego dobra. A gdzie nie ma miłości, daj miłość i miłość otrzymasz” (6.7.1591). Taka postawa doskonale wyjaśnia cud, o którym za chwilę opowiemy.

Mistyczne i poetyckie przeżycie

W wyniku dziwnej reakcji to, że był pozbawiony podstawowych rzeczy, wywołuje u niego gwałtowny wybuch mistyki i poezji. Może zadziałało tu prawo kompensacji, a może nagość duszy wyzwala najgłębsze pokłady duchowych energii. Jak by nie było, w najmniej na pozór sprzyjających okolicznościach Jan od Krzyża rozwija niewyobrażalną wręcz pracę twórczą.

Ze szczególnym nabożeństwem i radością lubi celebrować Mszę w dwa święta chrześcijańskiego kalendarza, a mianowicie w Boże Narodzenie i w Boże Ciało. W te dni on sam zajmuje się przyozdabianiem kościoła, organizowaniem procesji, a nawet układa pieśni i wiersze, by misterium mogło się odbyć w atmosferze radosnej wspólnoty. Tym razem musi je obchodzić sam, i to w zamknięciu. W Boże Narodzenie nie będzie ani Dzieciątka Jezus, ani szopki, ani świateł, ani pastorałek, ani rodziny. Boże Ciało upłynie bez Mszy i Komunii świętej.

Jak zareaguje na tak przytłaczającą sytuację ten kontemplatyk? Mistyczną żywotnością i lirycznym śpiewem, czyli tworzeniem mistycznych pieśni. Synteza ta musiała zachodzić w jego duszy już od dawna, do nas dociera jednak w postaci nagłego objawienia. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, by debiutujący dopiero i nie mający dotąd nic na swym koncie poeta osiągnął taką perfekcję formy i treści.

Boże Narodzenie czci w więzieniu układając w myśli kilka romanc, w których opiewa długie dzieje historii zbawienia. Jako punkt wyjścia przyjmuje odwieczny zamysł Boga, by objawić się poprzez wcielenie Syna, stworzenie człowieka i świata, pełne nadziei okrzyki ludzkości, proroków aż do Symeona, realizację Wcielenia, narodziny Jezusa. Wychodząc od takiego bogactwa treści teologicznych, wyraża w prostych formach intensywne przeżycie religijne.

To samo powtarza się w dzień Bożego Ciała. Nie ma możności odprawić Mszy i przyjąć Komunii, nie mówiąc o urządzeniu procesji takiej, jak lubi. I tak samo jak poprzednio wygląda odwet mistycznego poety, który zabiera się do pisania tym razem „Zródła”. Zródłem jest dobroć nieskończonego Boga, rozprzestrzeniająca się i objawiająca człowiekowi w różnoraki sposób. Wierzący otrzymuje ją i dostrzega w półmroku wiary: „choć jest noc”.

Zostaje jeszcze trzecia i najbardziej godna uwagi kompensacja, Pieśń duchowa. Siedząc w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu, wydzielającym „brzydkie zapachy”, niemal „w grobie”, pozbawiony wszelkiej możliwości ruchu, ojciec Jan pisze poemat tchnący otwartą przestrzenią, ruchem i zapachem w stopniu większym niż jakikolwiek inny utwór z poezji hiszpańskiej. Jest to coś więcej niż poetycka ucieczka: jest to modlitwa i mistyczna pieśń: „Gdzie się ukryłeś, Umiłowany”.

Ocieramy się tu o tajemnicę, jakiej nie są zdolni wyrazić ani teolog, ani artysta. „Na najwyższe szczyty poezji hiszpańskiej dociera nie artysta, a święty, i to dociera na nie po najtrudniejszej drodze własnej doskonałości” (Jorge Guillen).

Nocna ucieczka

Nie zanosi się na to, by sytuacja sama się wyjaśniła. Karmelici uważają proces za zakończony i czekają tylko na to, by więzień zmienił zdanie lub by go wyniszczyła anemia. Pełna wyrozumiałości postawa drugiego strażnika nie wpływa jednak na zwolnienie tempa stopniowego wycieńczania, ogarniającego organizm rachitycznego więźnia. Czuje, że jak tak dalej pójdzie, niedługo umrze i że każdy kolejny dzień zmniejsza jego i tak niewielkie szansę na przeżycie.

To prawda, że wykazuje dużo cierpliwości i że miesiące bezczynności okazują się płodne pod względem mistycznym i poetyckim, ale nie ma zamiaru skończyć życia w więzieniu. W sierpniu nawiedza go stale myśl o ucieczce. Odpycha ją od siebie, jak niemożliwy do zrealizowania plan: przypomina przecież bardziej szkielet niż żywego człowieka, ledwo trzyma się na nogach, jak więc miałby podejmować się wyczynu wymagającego skakania z okna na dach, a potem na mury obronne, zwłaszcza, że i tak by nie wiedział, w jakim kierunku uciekać. Przede wszystkim odpycha ją jednak jako pokusę, wydaje mu się bowiem, że unikanie przypadającego mu w udziale krzyża będzie tchórzostwem. Pomysł ucieczki powraca jednak coraz częściej. Nie może się nikogo poradzić ani poprosić o pomoc; swój plan musi wykonać sam, bo zdany jest tylko na własne siły. Szczegóły wykonania znamy dzięki wielu świadectwom.

Rozpoczynają się przygotowania. Nie ma zresztą wielkiego wyboru, bo istnieje tylko jedna możliwa droga ucieczki: okno wychodzące na mury obronne i urwisko nad Tagiem, i tylko jeden sprzyjający moment, tzn. noc. Przeszkody na drodze realizacji planu są dwie: trzeba w nocy sforsować drzwi celi i zeskoczyć na mury w pozycji, która może przyprawić o zawrót głowy. Jeśli chodzi o pierwszy problem, wydaje się on stosunkowo łatwy do rozwiązania. Wystarczy bowiem poprzedniego dnia, w ciągu tej jednej wolnej godziny, jaką strażnik pozwala mu spędzić w sali, zluzować śruby zamka tak, by puściły, kiedy nazajutrz je szarpnie.

Trudniejszy i wymagający większej odwagi wydaje się skok z okna, ale i na to jest sposób, choć zawierający pewną dozę ryzyka. W ciągu kilku kolejnych dni ojciec Jan oblicza odległości, wytrzymałość materiałów, jakimi dysponuje. Wysokość równa się długości dwóch związanych kocy, plus jego wysokość, a potem zostają jeszcze dwa metry na skok w próżnię, tak więc i to jest do załatwienia, pozostaje jednak inny wielki problem: gdzie umocować koce, by móc po nich spuścić się na dół? Wynalazca z przymusu znajduje środek: parapet okna zbudowany jest ze ściany grubej na pół cegły, na której leży deska, by zakonnicy nie brudzili się, gdy chcą wyjrzeć na zewnątrz. Wystarczy zatem przywiązać koce do haka, na którym wisi lampa i przymocować go między cegłami i parapetem. I wszystko gra.

Postanawia wprowadzić w życie swój plan w drugiej połowie sierpnia, w oktawę Wniebowzięcia. Z początku nie ma szczęścia: w południe udaje mu się co prawda zluzować śruby zamka, ale wieczorem przyjeżdżają do klasztoru goście, którzy śpią w tej akurat sali. Ojciec Jan decyduje się mimo wszystko na ucieczką. Po północy jednym szarpnięciem wyrywa zamek. Goście budzą się. Zapada cisza. Zasypiają ponownie. Ze związanymi kocami i zwiniętym ubraniem ojciec Jan podchodzi do okna, wyrzuca przez nie odzież, umocowuje hak i spuszcza się na dół.

Strażnik opowiada, że kiedy rano bracia poszli zbadać, jak uciekł, wydało się im to nieprawdopodobne: „Jak to możliwe, że hak lampy nie zgiął się pod ciężarem sługi Bożego, skoro wygina się pod ciężarem samych kocy?”; „jak to się stało, że nie spadł nie umocowany drewniany parapet?”; jak Jan zdołał zeskoczyć na tak wąskie mury, pokryte na dodatek kamieniami i materiałami budowlanymi? Obliczenia zbiega nie okazały się dokładne, ale efekt i tak był pozytywny.

Wydawało się, że najgorsze ojciec Jan ma już za sobą. Teraz nie pozostaje mu nic innego, jak tylko jak najprędzej oddalić się z miejsca ucieczki. Zakłada habit i rusza w drogę po murach, które na pewnym odcinku biegną wzdłuż klasztornego budynku, a dalej opasują jego ogród. Z muru ogrodu zeskakuje w stronę miasta, ale zamiast na wolnej przestrzeni lub na ulicy znajduje się na dziedzińcu sióstr od Niepokalanego Poczęcia, graniczącego z ogrodem karmelitów. Błyskawicznie zdaje sobie z tego sprawę, ponieważ słyszał o tym od strażnika. Czuje niepokój. Jeśli rano go tu znajdą, oznaczać to będzie dla niego kląska. Szuka w różnych zakamarkach, aż wreszcie znajduje występ, po którym wspina się z powrotem na mur i tym razem zeskakuje z niego na ulicę. Zdenerwowany i zdezorientowany, odziany w łachmany, biegnie ulicami miasta. Unika spotkań z ludźmi, bo nie chce, by ktokolwiek wiedział, w którą stronę podąża, z drugiej jednak strony nie wie, jak dalej iść, więc musi zapytać o drogą. Znajduje otwartą bramą i prosi właściciela o nocleg, obiecując, że odejdzie wczesnym rankiem. Tak też robi, poinformowawszy się uprzednio, gdzie znajduje się klasztor karmelitanek bosych.

Bezpieczne schronienie

O pierwszym brzasku żegna się z gospodarzem i pośpiesznie wychodzi na poszukiwanie klasztoru karmelitanek bosych, jedynych osób, jakim może ufać na toledańskiej pustyni. Otwierają mu zewnętrzną bramę i dzwoni u koła. Przychodzi furtianka s. Leonora od Jezusa. Pyta się, kto tam. „Córko, jestem brat Jan od Krzyża. Dziś w nocy uciekłem z więzienia. Powiedz to matce przeoryszy”.

Z powodu klauzury klasztor nie jest najbezpieczniejszym miejscem na schronienie. Jak tylko karmelici zauważą jego ucieczkę, przyjdą tu go szukać. Przynajmniej tym razem jednak szczęście mu sprzyja. Jedna z sióstr poważnie zaniemogła i przeorysza, Anna od Aniołów, pozwala ojcu Janowi wejść do klauzury, by udzielił jej ostatniej posługi, funkcje furtianki powierza tymczasowo siostrze Izabeli od św. Hieronima, bystro reagującej w sytuacjach, w których należy nie mówić prawdy nie kłamiąc przy tym.

To kwestia minut, karmelici trzewiczkowi przychodzą bowiem wkrótce potem, pytając o zbiega, czy tędy nie przechodził lub czy o nim czegoś nie wiadomo. Siostra Izabela odpowiada: „Mało prawdopodobne, byście zobaczyli tu jakiego zakonnika”, po czym wręcza im klucze od rozmównicy i kościoła, by sami to naocznie sprawdzili. Po dokładnym przeszukaniu odchodzą.

Niebezpieczeństwo zatem minęło i św. Jan może wreszcie wyrazić swą wewnętrzną radość. Niemal brak mu sił, by ją okazać. Stan zresztą, w jakim go znalazły osłupiałe siostry, naprawdę budzi litość: jest wychudły, o twarzy pokrytej kilkumiesięcznym zarostem, w porwanym habicie, bez szkaplerza i kaptura, brudny, słaniający się na nogach, nie może jeść, a głos mu się łamie. Ale radość wygrywa: Ojciec Jan od Krzyża żyje, jest zdrowy, jest uratowany i jest tutaj. Siostry cieszą się z tego i cieszą się z radości matki Teresy, kiedy się o tym dowie; cieszą się wreszcie i ze względu na wszystkich braci i siostry reformowanej reguły, którzy niemal uznali go już za zmarłego.

Jan od Krzyża nie wierzy swym oczom. Po prawie roku udręk i wrogości znów widzi wokół siebie radość, zdziwione i uszczęśliwione twarze sióstr.

Jest wśród nich kilka nowicjuszek, m. in. Maria od Jezusa (López de Rivas), określana przez matkę Teresę mianem jej letradillo(małego doktorka), która złoży śluby już niedługo, bo 8 sierpnia, beatyfikowana 14 listopada 1976. Ojciec Jan czuje się tu jak w rodzinie. Siostry nie wiedzą od czego zacząć, by doprowadzić go do jakiego takiego stanu. Siostra infirmerka przygotowuje parę gruszek ugotowanych z wanilią, niemal papkę, bo jest to jedyna rzecz, jaką może zjeść. Inne siostry reperują mu i czyszczą habit, ubrawszy go na ten czas w sutannę kapelana. Jan opowiada im w międzyczasie o szczegółach pobytu w więzieniu i ucieczki; szczegółach, które one zapamiętają dla potrzeb historii.

Po południu idzie do kościoła i zgaszonym głosem deklamuje poezje napisane w więzieniu. Schowane za kratą zakonnice słuchają zaskoczone. Niejednokrotnie słyszały, jak matka Teresa mówiła, że ojciec Jan jest światy, mądry, dyskretny i ma dar opowiadania, ale nie spodziewały się aż takiego wykwintu romanc i poezji.

Wypoczynek w szpitalu

Sytuacja ojca Jana jest nadal niepewna, musi ukrywać się, a przecież nie czuje się jeszcze dobrze. Nie może też dłużej pozostawać w klasztorze. Przeorysza, matka Anna od Aniołów, pomyślała o wszystkim. Zawiadamia dobroczyńcę wspólnoty, don Pedra Gonzaleza de Mendoza, kanonika katedralnego i administratora szpitala św. Krzyża. O zmroku don Pedro zjawia się przed klasztorem w zamkniętej karocy i wywozi Jana do swego mieszkania przy szpitalu. Smutny jest los Jana: wciąż w ukryciu, najpierw przed przyjaciółmi, teraz z kolei przed wrogami.

W szpitalu ojciec Jan otrzymuje gościnę i ochronę, lekarstwa, odpoczynek i dobre jedzenie. Don Pedro dwoi się i troi, napływają też prezenty i liściki, oznaki siostrzanej miłości karmelitanek bosych.

Teraz Jan, na co nawet nie liczył przez półtora miesiąca, może spokojnie oglądać Toledo i okolice z wyżyn swego balkonu, położonego w wyjątkowo widokowym miejscu. Szpital znajduje się przy Cuesta del Carmen, idąc w górę po prawej stronie, nie dochodząc do placu Zocodover. Tuż pod nim znajduje się klasztor Niepokalanego Poczęcia. W głębi ulicy wznosi się główna fasada klasztoru karmelitańskiego, zwrócona do miasta. Po przeciwnej stronie, idąc w górę ulicy, Mesón del Sevillano, a wyżej, niemal na wprost szpitala, Posada (pensjonat) la Sangre.

Patrząc z tego, wyjątkowo dobrze położonego obserwatorium, Jan może wyobrazić sobie dokładnie miejsce, w którym żył przez ostatnie miesiące, ulice, które przemierzył najpierw z zawiązanymi oczami, a podczas ucieczki w mroku nocy. Widzi fasadę klasztoru karmelitańskiego, odległa zaledwie o krok, zwróconą ku miastu. Po przeciwnej stronie klasztoru jest wychodzące na północ „jego” okno. Z innymi szczegółami zapoznaje się podczas przejażdżek, na które udaje się przebrany za księdza i dobrze ukryty w karocy, w towarzystwie don Pedra.

Ale zasadnicze elementy jego obrazu Toledo są nadal te same: Puente de Alcántara, rzeka, skały, zamek San Servando, mury obronne, rozciągające się w kierunku Madrytu i Avila, równiny i wzgórza. To ta sama panorama, którą oglądał z sali przylegającej do jego celi, tyle że teraz widzi ją z większej wysokości i na większą odległość, przede wszystkim zaś jest wolny i ma cały czas do dyspozycji. Jego Toledo, i dzienne i nocne, pozostanie już takie na zawsze.

Ciekawy zbieg okoliczności: jest to ten sam obraz co u El Greca. Jest to jedyne tło pejzażowe, jakie pojawia się na jego płótnach, przedstawiających Kalwarię, św. Bernardyna, św. Józefa, Wniebowzięcie, autoportret, portret syna, a przede wszystkim na jedynym obrazie poświęconym w całości pejzażowi Toledo. „Jeśli chodzi o widoki, które moglibyśmy nazwać widokami ziemi, na ogół jest to jeden i ten sam widok: niepokojący temat Toledo przy wjeździe przez Puente del Alcántara; z jednej strony San Servando, naprzeciw Alcázar (forteca) i katedra. Centralną część zajmuje klasztor karmelitów trzewiczkowych i klasztor Niepokalanego Poczęcia, miejsca wzruszające, bo powiązane z dziejami św. Jana od Krzyża” (G. Tellez). Jest to też jego dzienne i nocne Toledo.

W drogą do Andaluzji

Przez 9 długich miesięcy Jan znosił ze spokojem cierpienia w więziennej celi, ale po miesiącu zaczyna nie wytrzymywać wygód w szpitalu. Wydaje mu się, że przeszkadza, albo że traci czas, albo że jest mu za dobrze. Poza tym jest poza klasztorem. W Toledo klasztor karmelitów bosych zostanie założony dopiero 16 maja 1586. Być może ojciec Antoni poinformował go o rozpoczynającym się 9 października zjeździe karmelitów bosych w Almodóvar (Ciudad Real). Na pewno don Pedro i siostry karmelitanki próbują go od tego odwieść, ale widzą, że jest zdecydowany wyjechać. Dowiedziawszy się o tym, zaczyna się martwić także matka Teresa: „Bardzo bolałam o życie ojca Jana, dlatego że tak szybko pozwolili mu wyjechać, choć czuł się jeszcze źle. Oby Bóg zechciał go nam zachować” (wrzesień 1578).

Idzie pożegnać się z siostrami karmelitankami. Przez ostatnie półtora miesiąca nieczęsto z ostrożności odwiedzał klasztor, ale i tak wytworzyła się silna więź.

Dziękuje potem don Pedrowi za jego dobroć i opiekę, ale to administrator jest zafascynowany i przywiązuje się do tego wzorowego karmelity bosego. Jest święty, dobry, prosty, pozbawiony żółci. Zmusza go, by zgodził się na towarzystwo służących, którzy odprowadzą go aż do celu podróży. Nieważna jest odległość. Prawdę mówiąc, potrzebuje towarzystwa, bo stan jego zdrowia nadal nie jest najlepszy. Z nimi więc odbywa podróż z Toledo do Almodóvar, niemal tą samą trasą, którą jedzie się i dziś: przez Orgaz, Yébenes, Malagón, Ciudad Real.

„Światy przybył do Almodóvar, kiedy ojcowie rozpoczęli już zjazd. Interesowali się oni jego losem, nie wiedzieli, czy żyje, czy zmarł, więc też jego obecność ucieszyła ich bardzo, ponieważ kochali go z całego serca i pragnęli go zobaczyć. Jeden z nich opowiada, że byli nie mniej zadowoleni, niż gdyby zobaczyli go zmartwychwstałego, ponieważ sądzili, że już nie żyje. Kazali mu opowiedzieć o swoich cierpieniach i o przyczynach tak złego wyglądu. On z radością odpowiadał na wszystkie pytania, choć nie okazywał przy tym żalu do nikogo. Twierdził, że przez te 8 miesięcy odrodził się” (Alonso od Matki Bożej).

Podczas zjazdu oddają mu do dyspozycji brata pielęgniarza, który będzie się nim opiekował. Powoli powraca do sił. Służący don Pedra nadal wiernie mu towarzyszą, mając wyraźny nakaz odprowadzenia go aż do następnego celu podróży, tzn. do Beas, El Calvario.

Zobacz podobne wpisy

6 listopada, 2016

Dynamizm i kontemplacja – Synteza Segovii

Jan od Krzyża powraca wreszcie do Kastylii. To są jego rodzinne strony, odpowiadające jego temperamentowi, do których od dawna tęsknił, odkąd posłuszeństwo i przeznaczenie więziły go pośród drzew oliwkowych Andaluzji.

6 listopada, 2016

Tło historyczne

Święty Jan od Krzyża to mistyk, doktor Kościoła i reformator. Wielkości duchowej, jaką osiągnął w ciągu krótkiego, bo 49 lat liczącego życia, jego pism, które pozostawił i roli jaką odegrał w zakonie karmelitańskim, nie można zrozumieć bez poznania środowiska, czyli życia społeczno-religijnego Hiszpanii XVI wieku.