Karmelitanki w Maladze
o. José Vicente Rodrígues OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.
Ojciec Jan posiada nie tylko duchowy charyzmat fundatora, ma też okazję do uczestniczenia bezpośrednio w wielu pracach przy wznoszeniu nowych klasztorów: Duruelo-Mancera, Baeza, Granada… Idea założenia Karmelu żeńskiego w Maladze chodziła mu po głowie już od czerwca 1584, kiedy to powstawał w tym mieście klasztor braci. Opowiada o tym ojciec Hieronim Gracian, inicjator budowy klasztoru męskiego w stolicy Costa del Soi. Don Francisco Pacheco, biskup Malagi od 1574, był bardzo zaprzyjaźniony z ojcem Gracianem i bardzo mu pomagał przy tej okazji. Wielu bowiem dobrodziejów i sympatyków Karmelu nalegało, by otwierać nowe klasztory w tym właśnie czasie, to jest w pierwszej połowie 1584.
Zezwolenia na fundację udzielono bardzo szybko, 6 grudnia 1584. Ojciec Gracian, będąc zmuszonym do towarzyszenia mniszkom skierowanym do Lizbony, zostawia Jana od Krzyża z zadaniem doprowadzenia fundacji do skutku. Zaczyna on od tego, że wynajmuje dom w parafii Los Santos Martires i tam z wielką troską gromadzi założycielki: Marię od Chrystusa (Aguila), profeskę z 1568 u św. Józefa w Avila, skąd przybyła wyznaczona przez matkę Teresę; Marię od Jezusa (Godinez y Sandoval), jedną z fundatorek w Beas (Fundacje, 22, 4n); Łucję od św. Józefa, profeskę z Beas; Katarzynę, od Jezusa z Granady, Katarzynę Ewangelistę z Beas. Wszystkie pochodziły więc z klasztorów w Beas i Granadzie, najlepiej znanych Janowi od Krzyża.
Podróż w kierunku Malagi, górskim szlakiem prowadzącym na południe, przebiegała w zwykły sposób. Zdarzyło się jednak kilka przypadków, które zakłóciły marsz: mulica Marii od Chrystusa, wspinając się pod górę, „bez widocznego powodu przestraszyła się i zaczęła biegać zdezorientowana to tu, to tam, aż z wielkim impetem zrzuciła Marię na skałę, tak że wszyscy sądzili, iż jest martwa i z wielką boleścią zsiedli ze zwierząt”. Po opisie tej dramatycznej sceny kronikarz ciągnie swą opowieść dalej: „Matka z dużą raną na głowie, chwilowo straciła przytomność i odzyskała ją, gdy nadszedł ojciec Jan, który dotknął ręką jej głowy i chusteczką oczyścił ranę z krwi; wkrótce poczuła się lepiej, tak że mogli wyruszyć w dalszą drogę (Biblioteca Mistica Carmelitana 10, 329-330). Pokonując szczęśliwie przeszkody przybyli do Malagi w połowie lutego 1585.
Trudno zgadnąć, czy Jan od Krzyża poświęcił chwilę czasu by rzucić okiem na te wielkie i piękne miasta, które przydarzyło mu się odwiedzić; tym razem chodzi o Malagę, położoną pomiędzy górami i morzem, Malagą „piękną”, ze swoją alcazabą, akropolem tego miasta, pałacem królów arabskich, zamkiem Giblalfaro, renesansową katedrą z 1528… To, co z pewnością go interesuje i inspiruje, to „powietrze, światło, klimat” i trzysta dwadzieścia dni słonecznych w roku, uważanych powszechnie za najcenniejsze wartości miasta.
W promieniach świecącego słońca 17 lutego 1585 objęto w posiadanie klasztor i celebrowano pierwszą Mszę św. Za patronów domu obrano św. Józefa i św. Piotra. Przeoryszą została Maria od Chrystusa, a podprzeoryszą i mistrzynią nowicjatu Maria od Jezusa.
Kilka miesięcy później, gdy ojciec Jan wracał z kapituły prowincjalnej z Lizbony, zaledwie dotarł do Sewilli, musiał natychmiast skierować swe kroki do Malagi. Co było przyczyną takiego pośpiechu w maju 1585? Pewien przykry i smutny fakt, o którym Jan dowiedział się w Lizbonie. O zdarzeniu opowiada Magdalena od Ducha Świętego z wielkim wzruszeniem, mimo że wielokrotnie mówiono już o tym w Beas, w klasztorze, skąd pochodziła nieszczęśliwa mniszka: „Pewna zakonnica w ataku szału rzuciła się z okna i z powodu obrażeń zmarła. Cały klasztor pogrążony był w żałobie, a szczególnie przeżyły to te, które widziały to wszystko z bliska. ojciec Jan uczestniczył w kapitule, która odbyła się w Lizbonie. Przed powrotem do swego klasztoru dowiedział się o tym i ze zwykłym sobie miłosierdziem usiłował pocieszyć je i przeniósł z klasztoru w Caravaca dwie zakonnice do pomocy w chórze i w pracach gospodarczych”.
Po podkreśleniu troski ojca Jana o nową fundację ta sama Magdalena uzupełnia swoją wypowiedź słowami: „W ten sposób, po wielu modlitwach, spodobało się Bogu, że w krótkim czasie wstąpiły dobre nowicjuszki, które szanowały obserwancję zakonną i dbały o rozwój klasztoru, w którym słowa, rady, listy i obyczaje Świętego były niebiańskim płomieniem oświecającym ich dusze”.
Następnego roku (1586), po nominacji na wikariusza prowincjalnego Andaluzji przez kapitułę w Pastranie (październik 1585), ojciec Jan powróci do Malagi z wizytacją kanoniczną i spełni to, co postanowił niegdyś, mianowicie założy księgę, w której odnotowane będą ważniejsze wydarzenia, daty, nazwiska osób związanych z historią klasztoru: „Jezus. Maryja. Na cześć i chwałę Najświętszej Trójcy, Ojca, Syna i Ducha Świętego, trzech Osób i jednego, prawdziwego Boga, i Najświętszej Panny Maryi z Góry Karmel. Założono ten klasztor karmelitanek bosych pod wezwaniem św. Józefa w Maladze siedemnastego lutego roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiątego piątego. Założono go z łaski doni Anny Pacheco i don Pedra Verdugo, jej męża, prowizora galer Jego Królewskiej Mości. Założono go w biedzie, bez niczyjej pomocy. Wola Boża zachowała go w tym aż do schyłku wieku, ażeby mógł służyć sprawom wiecznym na zawsze z Bogiem. Amen. Sporządzono we wspomnianym klasztorze pod wezwaniem św. Józefa pierwszego lipca roku tysiącznego pięćsetnego osiemdziesiątego szóstego i podpisujemy to naszymi imionami. Brat Jan od Krzyża, wikariusz prowincjalny. Brat Diego od Niepokalanego Poczęcia, sekretarz”.
Jeszcze w grudniu tego roku ojciec Jan powraca wraz z sekretarzem do Malagi na wybory, które odbyły się 22 tego miesiąca. Wybrano przeoryszą Marię od Chrystusa i podprzeoryszą Antoninę od Ducha Świętego. Przy tej okazji Jan od Krzyża daje zezwolenie, ażeby wspólnota z Malagi mogła kupić kilka domów będących we władaniu doni Urszuli de Guzmán, „aby posiadając wspomniane domy, mogły przenieść się do nich, kiedy tylko będzie to dogodne”. I wreszcie o ostatnim pobycie ojca Jana w Maladze w 1588.
Spełniając swój urząd wikariusza prowincjalnego Andaluzji, ojciec Jan ma obowiązek wizytowania klasztorów podległych jego jurysdykcji. Nie posiadamy szczegółowych wiadomości o spotkaniach z zakonnikami z Malagi, chociaż z pewnością miały one miejsce, szczególnie po roku 1584 musiał tam spotykać wielu swoich dobrych przyjaciół i uczniów.
Udając się do Malagi z posługą do mniszek, zatrzymuje się w klasztorze braci, których cieszyła jego obecność, a on z kolei podtrzymywał ich swoim dobrym słowem.
Ponieważ chętnie rozmawiał z ludźmi niższych stanów, z pewnością doszło do spotkania z mieszkańcami Los Percheles, słynnej dzielnicy, gdzie przebywali ludzie czupurni, skłonni do bójki. Nie wzbudzali oni lęku u ojca Jana, przywykłego do różnych okoliczności, nie unikał więc rozmów z tymi rybakami w ich prostym języku.
Bosi w Kordowie
Ojciec Jan chadza po drogach i ulicach Kordowy w kwietniu 1586. Nawet tu nie rozprasza się zbytnio oglądaniem zabytków: meczetu-katedry, mostu romańskiego na Gwadalkiwirze, alkazaru królów chrześcijańskich, wież Calahorra i Malmuerta, domu de los Villalones, synagogi, Plaża del Porto i niezliczonych kościołów: San Pedro, Santa Marina, San Lorenzo, San Andres, la Magdalena, San Pablo, la Merced… Woli bez wątpienia kontemplować Gwadalkiwir, opiewając fluminis impetus: pęd rzeki rozwesela miasto, według słów Psalmu 45, który tak bardzo lubi śpiewać i komentować.
Możliwe, że chętnie spaceruje po tym mieście, ale szuka przede wszystkim miejsca na założenie klasztoru. Podczas załatwiania niezbędnych spraw zatrzymuje się w domu dziekana, don Luisa Fernándeza de Córdoba y Mendoza, który jest bardzo przychylny myśli przeszczepienia Zakonu do tego miasta kalifów, jak sam wspomina: „Podczas starań o fundację, aż do zakończenia negocjacji w tej sprawie, gościł w moim domu wspomniany ojciec Jan od Krzyża; obcując z nim, poznałem w nim wielką cnotą, pobożność, świętość i ducha Bożego; doszedłem więc do wniosku, że był on świętym i jako takiego obdarzałem respektem i szacunkiem”.
Klasztor został założony obok kaplicy Św. Rocha, co nie obyło się bez zwykłych w takich okolicznościach trudności. Biskupem był w tym czasie don Mauricio de Pazos, który już przedtem zaznajomił się z Reformą karmelitańską. „Wraz z kaplicą Święty zakupił kilka domów przyległych do niej, które szybko zostały przystosowane do potrzeb wspólnoty”.
W trakcie prac robotnicy zdecydowali się zburzyć gruby mur. Po podkopaniu fundamentów, chcąc „przewrócić go na bok, ciągnęli sznurami, nachylili mur na tę stronę, w której znajdował się czcigodny ojciec Jan od Krzyża. Mur runął na pomieszczenie i zburzył je. Wszyscy robotnicy i bracia rzucili się w tamtym kierunku, spodziewając się wydobyć go stamtąd martwego. Po odrzuceniu kamieni i ziemi znaleźli go w kąciku żywym. Śmiejąc się mówił o pomocy pani w białym płaszczu (Matki Bożej z Góry Karmel)”. Jest to jeden z niewielu przypadków, gdy kronikarz wspomina go „śmiejącego się” i to w sytuacji całkiem niewesołej. Fakt ten potwierdził brat Marcin od Wniebowzięcia: „Widziałem to sam i wielu zakonników oraz inne osoby”.
Otwarcie klasztoru odbyło się 18 maja 1586. Kilka dni później Jan od Krzyża, wciąż nienasycony i pełen zapału, przedstawia przeoryszy z Caravaca projekty założenia nowych domów. Ta jego aktywność, mająca źródło w ciągłym wewnętrznym przynagleniu, obejmowała również omówioną wyżej fundację w Kordowie. Pisze o niej jak gdyby był jej pierwszym kronikarzem: „Założenie klasztoru braci w Kordowie było przez całe miasto przyjęte z wielkim aplauzem, mieszkańcy nie mieli jeszcze u siebie żadnego zakonu; w rzeczy samej cały kler i bractwa pośród wielkich uroczystości przenieśli z katedry Najświętszy Sakrament ulicami miasta, przystrojonymi jak w Boże Ciało.
Miało to miejsce w niedzielą po Wniebowstąpieniu. Przybył również biskup i wygłosił kazanie, chwaląc nas bardzo. Klasztor znajduje się w dobrej części miasta, w pobliżu katedry”.
Dokładniej mówiąc kaplica św. Rocha i dom znajdowały się przy dzisiejszej Calle del Buen Pastor. Klasztor przez wiele lat był siedzibą nowicjatu. Jan od Krzyża mianował tam pierwszym przeorem słynnego ojca Augustyna od Trzech Króli.
W tej samej Kordowie „z okazji świata obchodzonego w klasztorze przyniesiono z domu pewnej kobiety obraz obficie przystrojony, ale w stylu świeckim. ojciec Jan kazał go odnieść z powrotem, stwierdzając, że nie jest to Matka Boża, ale jakaś inna kobieta”.
Im bardziej święty, tym mniej pieniędzy
Sposób podróżowania, jaki Jan od Krzyża wybiera dla siebie i chciałby widzieć u swych braci, dobrze odzwierciedla pewne wydarzenie, opowiadane przez brata Marcina, jego bohatera i świadka. Towarzyszył często w podróży Janowi od Krzyża, znał jego umiar i poczucie humoru. Tym razem przypadło mu w udziale zorganizowanie podróży i reakcja prowincjała zaskoczyła go.
Historia jest prosta. Ojciec Jan poleca bratu Marcinowi towarzyszyć siedmiu nowicjuszom chórzystom i jednemu konwersowi w podróży z Kordowy do Sewilli. Nadchodzi chwila wyjazdu, a nikt im nie daje nic na drogę. Brat Marcin prosi o rzeczy niezbędne.
Jan odpowiada: „Miej wielkie zaufanie w Bogu, naszym Panu, ponieważ Jego Majestat zaopatrzy was”. Marcin odpowiada: „Jeżeli chodziłoby tylko o mnie, nie byłbym tak niespokojny, ale z tamtymi ośmioma osobami…” Wobec tych nalegań ojciec Jan zarządza, aby wzięli „do skrzyni pół tuzina chlebów i kilka owoców granatu”.
Po otrzymaniu błogosławieństwa wyruszyli wszyscy radośni i zadowoleni. Pierwszy przystanek miał miejsce w Guadalcazar. Pewien człowiek z tamtych okolic, widząc tylu zakonników, dogonił ich i spytał brata Marcina, dokąd się udają. Usłyszawszy, że kierują się do Sewilli, mówi im: „Wasza Wielebność ma z pewnością sakiewkę dobrze zaopatrzoną?” Brat odpowiada z uśmiechem: „Ani sakiewki, ani pieniędzy, tylko zaufanie w Bogu i słowa ojca Jana od Krzyża”. Po powrocie do domu ów człowiek przysyła im dwa dublony na zakup prowiantów podróżnych. Z Guadalcazar udają się do Ecija. Po przybyciu do gospody nieznany rycerz z Santiago płaci za ich pobyt. Kontynuują podróż. W Fuentes pewna miejscowa kobieta daje Marcinowi pięćdziesiąt reali.
W następnym dniu wyjeżdżają do Carmona. W hotelu spotykają zamożnego pana, który „podróżował z dużą karawaną wozów… Potraktował ich z hojnością i zaopatrzył w wierzchowce na drogę do Sewilli”. Dał mi jedenaście reali, wspomina brat Marcin, i w ten sposób przyjechaliśmy ze wspomnianymi nowicjuszami do klasztoru w Sewilli”.
Po niezbędnym wypoczynku wraca do Kordowy z ponad trzystoma realami w kieszeni, otrzymawszy pieniądze również od przeora z Sewilli i rektora kolegium. ojciec Jan, po wysłuchaniu opowieści o tych przygodach, uśmiecha się złośliwie. Poważnieje i uśmiecha się ponownie. Wreszcie mówi mu: „Daj to wszystko ekonomowi klasztoru. Wolałbym, żeby brat wrócił bardziej święty, ale bez pieniędzy, niż żeby żebrał po drogach”. Brat Marcin zapewnia, że nie żądał niczego, a jedynie zgadzał się na to, że „dawali jałmużnę z własnej woli”.
W Sewilli
„Które wolimy bardziej: Kordowę czy Sewillę? Dwa miasta, dwa kraje” (Azorín). Przed ojcem Janem nie było wyboru: podczas swych podróży musiał chodzić zarówno po ulicach Kordowy jak i Sewilli.
Nie wiemy, czy ten piewca teologii, tak zakochany w wierze, w jej tajemnicach i doskonalości, zdawał sobie sprawą z tego, że giraldillo, która zwieńcza Giraldę, jest gigantycznym pomnikiem przedstawiającym Wiarę. Jest to jakby korona wieńcząca wieżę-minaret, „wieżę symbol, która jak latarnia morska i przewodnik wskazuje drogę na horyzontach sewilskich, jak dzwonnica wybija godziny tamtej epoki”. Nawet więc giraldillo będzie mu przypominać najlepsze strony jego dzieł na temat wiary, będzie światłem i punktem odniesienia w jego życiu wewnętrznym, czymś drogocennym, co udało mu się zgłębić bardziej niż komukolwiek innemu. Tak w Maladze, jak i w Kordowie, a także tu, w Sewilli, nie stracił wiele czasu na ulicach, placykach, w ogrodach i dzielnicach: La Macarena, Triana, czy „czarodziejskiej dzielnicy Santa Cruz”. Po tej ostatniej Jan od Krzyża poruszał się często. Nie spędzał jednak czasu na podziwianiu bogactwa zabytków miasta: Palacio de Las Duenas, Ayuntamiento, Alkazaru, Wieży Zegarowej, Domu Piłata…
Znów rozpoznał tę samą rzekę, co w Kordowie, tu jednak znacznie bliżej klasztoru Los Remedios, siedziby Bosych, w którym przebywa podczas odwiedzin tego miasta. Jak słusznie zostało powiedziane, Gwadalkiwir jest rzeką jak gdyby „specjalnie stworzoną dla Sewilli”.
Ile razy Jan od Krzyża mógł być w Sewilli podczas dziesięcioletniego pobytu w Andaluzji (1578-1588)? O niektórych jego podróżach mamy bardziej szczegółowe wiadomości.
Przejeżdżał przez Sewillę w drodze do Lizbony i wracając w maju 1585. Wiemy też, że wracając ze wspomnianej kapituły w Pastranie, jako wikariusz prowincjalny Andaluzji wizytował dwa klasztory: żeński, założony przez matkę Teresę w 1575 (Fundacjerozdz. 23-26) i męski, Nuestra Senora de los Remedios, istniejący od 1574.
Zadanie wizytacji klasztorów nie zawsze było łatwe.
Wiemy, na przykład, że nieraz zmuszony był ograniczać działalność kaznodziejską niektórych zakonników, którzy, jego zdaniem i zdaniem innych członków wspólnoty, zbyt długi czas przebywali poza klasztorem, co wpływało ujemnie na życie wspólnotowe. Nie mówi się nic o zakazie głoszenia słowa Bożego, ale chodzi o ograniczenie nadużyć zmniejszających skuteczność wygłaszanych kazań. Chodziło tu szczególnie o dwóch zakonników. Wydaje się, że żaden z nich nie przyjął z pogodą w sercu napomnień i podjętych ustaleń, ale obydwaj czuli się obrażeni na ojca Jana: „Owo uczucie będzie trwać przez długi czas w oczekiwaniu rewanżu, który zrealizują po wielu latach, każdy na swój sposób: ojciec Diego rozpoczynając oszczerczy proces z zamiarem usunięcia ojca Jana z Reformy; ojciec Franciszek Chryzostom natomiast, przeor Ubędą w 1591, uprzykrzając ostatnie dni Reformatora” (Crisógono). Jeżeli ta wizytacja doszła do skutku w czasie, gdy ojciec Franciszek Chryzostom był w Sewilli, to wpadł rzeczywiście z deszczu pod rynnę. Zaledwie Jan od Krzyża został mianowany wikariuszem prowincjalnym i zanim rozpoczął działanie, miał zamiar wysłać ojca Chryzostoma z Granady do Almodóvar del Campo. Z nieznanych motywów nie doszło jednak do tego i ojciec Jan mógł przesunąć go jedynie do klasztoru w Sewilli.
1586: kolejna wizyta w Sewilli. Czytaliśmy o niej w liście ojca Jana do Anny od św. Alberta, przeoryszy z Caravaca. Pełen optymizmu jedzie z Kordowy do Sewilli; tu jego optymizm pogłębia się, o czym świadczą jego słowa: „W Sewilli jestem zajęty przenoszeniem naszych mniszek, które zakupiły kilka wytwornych domów; choć kosztowały one prawie czternaście tysięcy dukatów, warte są ponad dwadzieścia tysięcy. Tam się ulokowały, a w dzień św. Barnaby (11 czerwca) kardynał przeniósł tam uroczyście Najświętszy Sakrament”.
Klasztor żeński przy Calle Pajeria istniał od dziesięciu lat. Jan od Krzyża, jako wikariusz prowincjalny, wydał zezwolenie na zakup domów należących do bankiera Pedra de Morga, przy Calle Balhorra (dziś Calle Santa Teresa). Zezwolenie, dane w Granadzie 12 kwietnia 1586, ma jako adresatów sewilczyka don Pedra Cerezo i mniszki.
Niestety, nie posiadamy dokładnego opisu wspomnianego przeniesienia klasztoru, które według Jana od Krzyża odbyło się bardzo uroczyście. Znając zamiłowanie mieszkańców Sewilli do świętowania, musiało się to odbyć równie uroczyście jak dziesięć lat wcześniej, kiedy to mniszki przenosiły się z Calle de Armas na Calle Pajeria. Według tradycji, zaledwie zakończyły się uroczystości przeniesienia, ojciec Jan udał się do kraty w kaplicy i wygłosił konferencję tak cudowną, że Juliana od Matki Bożej, siostra ojca Graciana, która „była w owym czasie nowicjuszką i była bardzo młoda, słysząc tę niebiańską naukę wpadła w ekstazę, a ponieważ matka przeorysza usiłowała przywrócić ją do przytomności, Święty zalecił, żeby zostawili jaw spokoju”. Kazał ją potem przywołać do konfesjonału i przepowiedział, „chociaż w sposób niejasny, że jej brat będzie musiał dużo cierpieć. Pocieszył ją następnie i dodał odwagi w obliczu tych kłopotów. Wspominała to później czcigodna Matka, kiedy to już się spełniło”.
Osąd wydany przez Jana we wspomnianym liście z 1586 na temat wartości budynków zakupionych w celu urządzenia w nich klasztoru: „chociaż kosztowały czternaście tysięcy, warte były ponad dwadzieścia tysięcy”, jest bardzo znaczący. Jan zna się na ekonomii, a nie tylko na poezji i ekstazie. Z rachunków zakupu, zrealizowanych przez Alonsa de Paz 14 maja 1586, wiemy, że zapłacono 12.600 złotych dukatów. Bank Pedra di Morga stał się niewypłacalny w 1575 w konsekwencji olbrzymiego bankructwa Filipa II. 30 stycznia 1580 Alonso de Paź kupuje „wytworne domy, które były mieszkaniem bankiera i inne przyległe za sumę 1.950 złotych dukatów wraz ze zobowiązaniem zapłacenia podatków, które później, po sprzedaży przeszło na karmelitanki”. Alonso de Paź robi dobry interes sprzedając domy mniszkom zaledwie po sześciu latach za 12.600 dukatów. W akcie kupna-sprzedaży potwierdza się, że mniszki przystępują do transakcji „na mocy zezwolenia udzielonego przez właściwego wikariusza prowincjalnego”, ojca Jana.
Klasztory i nowicjusze
Jakkolwiek ważnym wydawało się przeniesienie klasztoru karmelitanek bosych, nie tylko w tym celu Jan od Krzyża przybył do Sewilli. Podróż, według jego własnych słów, miała również drugi cel, już w fazie realizacji: „Chcę zostawić tu jeszcze inny klasztor, tym razem braci, zanim stąd wyjadę, tak że w Sewilli będą dwa męskie klasztory”. W czerwcu 1586 ojciec Jan był szczególnie zajęty sprawą drugiej fundacji. Przykłada ogromną wagę do otwierania nowych domów zakonnych oraz pasterskich wizyt w już istniejących, co zaleciło mu definitorium na które powoływał się w tym samym liście, a które poprzedziło kapitułę w Madrycie. Definitorzy z prowincjałem pozwolili mu zakończyć fundację w Kordowie, rozpoczętą w maju, w Ecija i drugą w Sewilli. W Ecija klasztor powstał dopiero w 1591.
Z jakiego jednak powodu nie zrealizował w tym czasie tak upragnionego i zapowiadanego drugiego klasztoru w Sewilli? Nie znamy powodów opóźnienia. Przedsięwzięcie to dojdzie do skutku dopiero w rok później. Jakkolwiek Jan od Krzyża w 1587 nie brał bezpośredniego udziału w zakładaniu klasztoru Santo Angel w Sewilli, czy możemy uznać go również za jego fundatora? Sądzę, że tak, mając na uwadze fakt, że jego mandat wikariusza prowincjalnego Andaluzji kończy się w kwietniu 1587, a tylko cztery miesiące później powstał nowy klasztor. Kto, jak nie ojciec Jan, byłby zainteresowany otrzymaniem odpowiednich zezwoleń, dopilnowaniem formalności i doprowadzeniem dzieła do końca?
Ciekawe, skąd tyle optymizmu i zapału, wyrażonych w liście z czerwca 1586, w którym przedstawia możliwości i pragnienia związane z fundacją w Caravaca: „Chciałbym ponosić ciężar tej fundacji, jak w tamtych przypadkach (w Kordowie, Sewilli, Ecija). Nie spodziewałbym się tylu przeciwności”.
Będąc pochłonięty tymi przenosinami, wizytacjami, fundacjami, zwalnia nieco rytm swego życia, przyjmując śluby nowicjuszów w Los Remedios. Miało to miejsce tuż po powrocie z Kordowy, 29 maja 1586, kiedy przyjął profesję brata Elizeusza od św. Akacjusza. Wykorzystując okazją do dłuższego pobytu w Sewilli, ojciec Jan prowadzi życie wspólnotowe jak zwykły zakonnik, prawie nie rozpoznany. Przed wyjazdem poprosił do siebie magistra nowicjuszy i przedstawił mu swe spostrzeżenia dotyczące stosowanego przez niego sposobu formacji duchowej. Powiedział mu: „Ojcze, wasze wychowanie zaczyna się tam, gdzie powinno się kończyć. Ci nowicjusze są na wpół chorzy, zgnębieni bólami głowy i innymi dolegliwościami, niezwykłymi w ich wieku. Jakie na to lekarstwo? Ojciec uczy ich teorii, każe uprawiać medytację na wzór początkujących, jakimi są w rzeczy samej.
Nie będą mogli dojść do kontemplacji wcześniej, niż wejdą na drogę modlitwy prostej i cichej. Niech ojciec nie trzyma ich cały dzień w celi, proszę polecić im pracować fizycznie, co im ułatwi nabycie cnót moralnych, które pozwolą im opanować namiętności, bez tego trudno byłoby im stać się kontemplatywnymi; poza tym tak można lepiej poznać ich charaktery i próbować je ulepszyć”.
Wydaje się, że omawiany przypadek dotyczył, przynajmniej w części, grupy nowicjuszy, którym towarzyszył brat Marcin od Wniebowzięcia z Kordowy do Sewilli, aby odciążyć Jana od Krzyża. Dlatego było mu tym bardziej przykro.
Manchuela
Podczas kapituły w Lizbonie (maj 1585) ojciec Gracian czyta apologie swojego życia, w której przedstawia swój sposób zarządzania, rozwój Zakonu w okresie jego urzędowania, propozycje nowych fundacji. Stwierdził on między innymi: „Gubernator Pilula życzy sobie, by założyć klasztor w okolicach Baeza, w miejscowości zwanej La Manchuela; daje na ten cel ogród, gaj oliwny i ziemię dobrej jakości”. Dojdzie to do skutku dopiero w 1586, po powrocie ojca Jana z definitorium w Madrycie, na przełomie sierpnia i września.
W pierwszych dniach października znajdujemy go w La Manchuela (która od czasów Filipa IV przyjmie nazwę Mancha Real), dwadzieścia pięć kilometrów na północny wschód od Jaen i Baeza. Przed notariuszem stawili się: z jednej strony Jan od Krzyża, wikariusz prowincjalny, z drugiej natomiast archidiakon z Ubędą, don Juan de Ocón. Jan od Krzyża przyjmuje fundację – mając oczywiście zezwolenie biskupa don Francisco Sarmiento i zobowiązuje się respektować oraz zapewnić respektowanie klauzuli zawartych w akcie fundacji: dziewięć Mszy w roku i inne zobowiązania. „Będzie założony wspomniany klasztor w wymienionych wyżej domach, które przekazuje wspomniany Archidiakon, pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia naszej Pani Dziewicy Maryi…; stwierdzam i oświadczam, że dobra, które przekazuje wspomniany Archidiakon dla wymienionego Zakonu na wymienioną wyżej fundację są wielkiej wartości, z tego też powodu wspomniany Zakon i zakonnicy osiągną olbrzymie korzyści i pożytek ogromnej miary, jeśliby posłusznie spełnili warunki na rzecz wspomnianego Archidiakona, zawarte w tym piśmie”.
12 października fundacja doszła do skutku. „Przeniesienie Najświętszego Sakramentu z kościoła parafialnego odbyło się pośród muzyki, tańców i zielonych gałęzi, które przyniosła miejscowa ludność na tę uroczystość.
Mszę św. celebrował Archidiakon w asyście bratanka i Jana od Krzyża. Kazanie wygłosił ojciec Augustyn od Trzech Króli. Po niecałym roku wstąpiło tam ośmiu nowicjuszy.
Życie codzienne
Nie brak było w tym klasztorze interesujących wydarzeń, ciekawostek odnoszących się do życia wspólnotowego i wpływu zakonników na miejscową ludność.
Ojciec Jan, ciągle chorowity, powinien jeść mięso; sąsiad klasztoru ofiarowuje więc wikariuszowi prowincjalnemu kuropatwę. Franciszek od św. Hilariona przygotował ją, jak tylko potrafił najlepiej. W chwili nieuwagi kucharza kot dobrał się do niej i zjadł połowę. Dla kucharza było to ogromne strapienie. Wchodzi do kuchni ojciec Jan i pyta go, czemu jest taki zdenerwowany. Kucharz opowiada całe wydarzenie, a Jan na to: „Nie martw się taką drobnostką”, i uspokoił go.
Jan od Krzyża, który lubił inscenizacje na temat wiary, szczególnie chętnie z powodów pedagogicznych i duchowych urządzał przedstawienia z historii męczenników. Takie właśnie przedstawienie odbyło się w ogrodzie klasztornym w La Manchuela. On, jak zawsze, odgrywa rolę męczennika: przywiązany do drzewa pomarańczowego nie chce wyprzeć się wiary i drwi ze swoich oprawców.
Sława pobożności i przykładnego życia braci w La Manchuela rozchodziła się po okolicy. „Było rzeczą znamienną i budującą widzieć, jak liczne wieśniaczki przychodziły do kościoła, by słuchać braci czytających tematy do medytacji i brać udział w godzinach modlitwy wewnętrznej, jakby były zakonnicami; a i młodzi wieśniacy, po skończeniu orki, przychodzili do kościoła na godzinę modlitwy myślnej. Ponieważ było to po zachodzie słońca, biczowano się, podczas gdy jeden z braci śpiewał Miserere„; ten psalm śpiewali zawsze zakonnicy podczas biczowania się trzy razy w tygodniu.
Cuda Guadalcázaru
Rytm aktywności ojca Jana w latach 1585-1586 zwolnił się tylko na chwilę; wkrótce podjął go z nowym rozmachem, aż zmogła go choroba „w malowniczej miejscowości, rozłożonej wokół wzgórza na lewym brzegu Gwadalkiwiru, trzy mile przed Kordową, idąc od strony Sewilli”. Bosi mieli tam swój klasztor od 1585. Początek klasztorowi dały cudowne wydarzenia.
W Guadalcazar istnieje niewielki wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem, „nie większy niż półtorej dłoni”. Tam też jest szpital, zwany de la Caridad, tak samo nazywany jest ów obraz. Kiedy przynoszą go do kaplicy szpitalnej z okazji niektórych świąt czy Wielkiego Tygodnia, zwyczajnie umieszcza się go w pobliżu Chrystusa ukrzyżowanego, „długiego jak dłoń, z krzyżem szerokości dwóch palców”. W 1581 zaczyna dziać się coś dziwnego: Chrystus nachyla głowę powtarzając swe skłony w kierunku wizerunku Madonny, swej Matki.
Równocześnie mówi się o wyzdrowieniach, nawróceniach i innych szczególnych łaskach. Don Francisco Fernandez de Córdoba, pan Guadalcázaru, był początkowo przeciwny uznaniu tego cudu, ale przekonał się o jego autentyczności osobiście, a także jego żona i bracia Lorenzo i Andres, jak również synowie Francisco i Luis, począł wiać myśleć o przekazaniu obrazu Bosym, przekształcając szpital w klasztor. Według ojca Graciana wpłynęło to „na założenie kolegium w Kordowie”. Klasztor został otwarty 24 marca 1585. Brakowało jednak formalnego kontraktu na piśmie. W tym celu w 1586 przybył Jan od Krzyża. Zakonnicy z klasztoru pomagali wielu ubogim, dzieląc siec otrzymaną jałmużną i owocami swej pracy.
Przebywając w tym właśnie klasztorze ojciec Jan zachorował. Marcin od Wniebowzięcia, znany towarzysz jego podróży, tak opowiada: „Dostał ogromnych boleści w boku. Badający go lekarze stwierdzili śmiertelną chorobę, ponieważ ponadto w jednym z płuc była ropa”. Jan był świadom powagi swego stanu i, pozostawszy sam na sam z bratem Marcinem, mówi: „Nie nadeszła jeszcze godzina mojej śmierci, o której mówili lekarze; będę musiał dużo cierpieć z powodu tej choroby, ale nie umrę, ponieważ kamień nie jest jeszcze dostatecznie obrobiony do budowli tak świętej”. Brat Marcin kontynuuje swą opowieść: „Ponieważ chciałem mu nasmarować plecy maścią, przepisaną przez lekarzy, odkryłem, że opasany był na biodrach metalowym łańcuszkiem; prosił mnie, aby go usunąć, by nikt tego nie zobaczył”.
Prawdopodobnie podczas rekonwalescencji ojciec Jan pisze książkę o cudach obrazu z Guadalcázar. Dzieło to zaginęło. Ktoś, kto wtedy je przeczytał, twierdził, że „gdyby nie przepadło, byłoby bardzo pożyteczne, ponieważ omawiało prawdziwość i fałszywość cudów oraz ducha prawdziwego i fałszywego”. Inny zakonnik, który przeczytał manuskrypt, stwierdził, że „było to dzieło godne podziwu”.
Pewnego razu, opuściwszy klasztor La Manchuela, ojciec Jan udał się w kierunku Granady, ażeby przewodniczyć w wyborze przeoryszy karmelitanek bosych. Wybrano Marię od Chrystusa, dotąd przeoryszę w Maladze. Ojciec Jan zawiadamia prowincjała, ojca Dorię, który potwierdza wybór, a jego wysyła do Malagi z zadaniem przeprowadzenia tam wyboru nowej przeoryszy.
Zaledwie dowiedzieli się o tym ludzie mieszkający wokół klasztoru, zaczęli go prosić, aby nie przenosił matki Marii od Chrystusa. To samo czyniły mniszki. Wikariusz odpowiada, że musi wykonać polecenie przełożonego. Następnego ranka zwraca się do Jana Ewangelisty, swego przyjaciela: „To poważny problem, który musimy rozwiązać, gdyż nasz przełożony jest daleko i nie możemy mu przedstawić konkretnej sytuacji, by rozstrzygnąć, co będzie z większą chwałą Boga; chodźmy więc na Mszę św. i pomówmy o tym z Bogiem”. Była wtedy uroczystość św. Marcina, którego szczególnie czcił, podobnie jak matka Teresa.
Jan celebruje Mszę św. z wielką wiarą i w skupieniu, które go cechowało. Kiedy skończył, zwrócił się do swego towarzysza: „Powiedz tym ludziom i zakonnicom, żeby się nie niepokoili, ponieważ nasz Pan nie chce, aby to się stało”. Zawiadamia o tym następnie prowincjała, ten zaś aprobuje jego decyzję, uważając ją za najbardziej roztropną.
Inne fundacje
Od 1583 karmelici bosi mają swój klasztor przy sanktuarium Fuensanta, w okolicach Villanueva del Arzobispo, dwadzieścia pięć kilometrów od Beas. Również tu wiele razy przychodzi Jan od Krzyża, aby odwiedzić wspólnotę.
W tym regionie znajduje się także Sabiote, „osada usytuowana na wierzchołku skalistego wzgórza, pięć mil od Baeza”.
18 maja 1585, w święto Wniebowstąpienia, otwarto tam klasztor karmelitanek bosych. Jan od Krzyża wielokrotnie odwiedza ten klasztor przyjmując śluby kilku zakonnic i spowiadając je. Podczas jego ostatniej choroby w Ubędą w 1591 „mniszki z Sabiote będą mu przysyłać, na znak wdzięczności, specjalne potrawy i bandaż z białego płótna na jego rany”.
Po ponownym objęciu urzędu wikariusza prowincjalnego był obecny w Baeza przy założeniu czy też reorganizacji Confradía de los Nazarenos. Prawdopodobnie był autorem statutów tego bractwa. Jego dawny biograf, ojciec Alonso Asturicense, przekazał nam ich streszczenie. „Między innymi zaleca się, żeby członkowie wspólnie przyjmowali Komunię św. raz w miesiącu; żeby wyeliminowali spośród siebie wszelką niechęć i wrogość; żeby nikt nie postępował nagannie; żeby podczas procesji wszyscy nosili jednakowe ubrania i obuwie, bez żadnego wyróżniania się, choćby najmniejszego; żeby nosili jednakowe krzyże. Zebraniom przewodniczył rektor kolegium karmelitów bosych. Zakonnicy brali udział w procesji zupełnie boso. W tym samym okresie, z polecenia ojca Jana, założono takie bractwo przy klasztorach w La Manchuela i w Ubędą, a potem rozpowszechniło się w wielu innych miastach i wsiach dla ogólnego zbudowania”.
Podróże i opowieści
W swoich nieustannych wędrówkach po drogach i gospodach Jan musiał znosić wszystkie zwykłe trudy podróży, oraz te nie do przewidzenia, w które obfitowały tamte czasy, kiedy społeczeństwo nie było tak zorganizowane, jak dzisiaj. ojciec Jan zwykł był podróżować sam lub z towarzyszem, bez odpowiednich środków, które by go chroniły przed zgiełkiem i zamieszaniem powodowanym przez podróżników i przewoźników. Oprócz częstych bójek z powodu chciwości, zazdrości lub po prostu dla zabawy, podróży towarzyszą liczne niespodzianki: wezbrane rzeki, nieszczęśliwe wypadki, nieprzewidziane przeszkody… Nie można narzekać na monotonię.
Jako wikariusz prowincjalny ojciec Jan wyjeżdża z Kordowy z bratem Marcinem i bratem Piotrem. Schodząc do Porcima w kierunku rzeki Salado, brat Piotr zaczyna biec; nagle przewraca się w sposób bardzo widowiskowy i łamie sobie nogę. Brat Marcin, który w pierwszej chwili zaczął się śmiać, zrozumiał powagę sytuacji, „ponieważ kość wydawała takie dźwięki, jakby była pękniętą trzciną”, Jan w tym czasie opatrywał nogę i usztywniał ją: „owijał ją bandażem, zwilżał śliną i przygotowywał do transportu na koniu”. Gdy osiągnęli Venta de los Villares, Jan mówi nieszczęśnikowi: „Czekaj, pomożemy ci zsiąść, żebyś nie uraził nogi”. Piotr odpowiada: „Noga wcale mnie nie boli, ponieważ jest już zdrowa”. Mówiąc to zeskoczył na ziemię tak, jakby nie czuł żadnego bólu. Obydwaj, Piotr i Marcin, zaczęli krzyczeć: cud cud, ale ojciec Jan uciszył ich: „Co wy wiecie o cudach?” Brat Marcin tak kończy opowieść: „I nakazał mnie i wspomnianemu bratu konwersowi, abyśmy o tym więcej nie mówili”.
Innym razem ojciec Jan był w podróży z bratem Marcinem z Arjona do Jaen. Przechodząc przez ściek pełen brudnej wody, mówi do towarzysza: „Uwaga, teraz zsiadamy z koni i przechodzimy na drugą stronę, aby nie powtórzyła się tamta historia”. Po pokonaniu przeszkody dosiadają koni, a brat Marcin pyta: „O jaką historię chodzi?” Wtedy ojciec Jan opowiada historię z dzieciństwa, kiedy to jako chłopiec wpadł w bagno.
Ten, który był tak ostrożny przy omijaniu bagna, innym razem rzuca się do wody, nie zwracając uwagi na poważne ryzyko z tym związane. Było to nad brzegiem rzeki wezbranej z powodu intensywnych deszczów. Stało tam kilku przewoźników, którzy nie ośmielali się jej przekroczyć. Również ojciec Jan zatrzymał się ze swoim towarzyszem, Piotrem od Najśw. Maryi Panny. Nagle czuje niepohamowany pęd, każe Piotrowi zaczekać z przewoźnikami, a sam rzuca się do wody. Prąd jest bardzo silny. Unoszony przez wodę pień drzewa rani nogi wierzchowca tak, że traci on równowagę. Świadkowie na brzegu aż podskoczyli z wrażenia uznając go za straconego.
Wydawało się, że Jana muszą pochłonąć nurty rzeki. Wszyscy wstrzymali oddech. Wreszcie osiągnął drugi brzeg, uśmiechnął się i wyskoczył z wody całym pędem, spinając wierzchowca. Ujechawszy pól mili zatrzymuje się w gospodzie. Zsiada z konia i zbliża się do pewnego człowieka, śmiertelnie ranionego przez syna właściciela gospody. Nieszczęśnik „zwalił się na ziemię śmiertelnie przerażony, głośno prosząc Boga o miłosierdzie i przebaczenie grzechów, wyznając też, że jest zakonnikiem zbiegłym ze swojego klasztoru”. Ojciec Jan pociesza go, spowiada i pozostaje z nim kilka godzin, aż tamten oddaje duszę Bogu. Dopiero wtedy pojął, czym była nieodparta siła, która pchnęła go w wody rzeki.
W Madrycie
Podróż Jana od Krzyża z Andaluzji do Madrytu w 1586, w celu towarzyszenia siostrom jadącym zakładać klasztor, jest przedmiotem sporu jego biografów.
Spośród najstarszych wspominają o niej: Alonso, Jerónimo, Francisco. Negują ją natomiast nowsi: Silverio i Crisógono, ten ostatni został poprawiony przez swego wydawcę, Macieja od Dzieciątka Jezus. Według posiadanych przez nas dokumentów bez wątpienia miała ona miejsce.
Była to jedna z ważniejszych podróży w sensie duchowym i ludzkim, pozostawiła żywe wspomnienia w tych, którzy mieli szczęście towarzyszyć tak wyjątkowemu podróżnikowi.
W lipcu 1586 ojciec Jan wrócił z Malagi do Granady. Najpewniej między 20 i 25 sierpnia wyjeżdża z Granady kierując się do Madrytu z Anną od Jezusa (Lobera), inną Anną od Jezusa (Gonzáles), a także Beatrycze od Jezusa (Cepeda y Ocampo). Grupka powiększa się, gdy w Malagón dołączają Inés od św. Augustyna i Maria od Jezusa, a w Toledo Guiomar od Jezusa (Vázquez) i Maria od Narodzęnią (Ortíz de la Fuente).
Anna od Jezusa (González) będzie potem wspominać: „Kazał mi wyznać grzech, który popełniłam w dzieciństwie i przepowiedział mi pewne trudności, które powinnam przezwyciężyć. Wspomina, że Jan podczas podróży pisywał listy, udzielając rad i podnosząc swych adresatów na duchu. Mówi również o kłopotach, jakie miały siostry przy przekraczaniu rzeki Guadiana. Zmoczyły się zupełnie, mimo że jechały „na wozie bardzo wysokim”. Ojciec Jan przebył rzekę w bród „na małym osiołku, nie zamoczywszy się”, z oczyma wzniesionymi w niebo.
Po przybyciu na wzgórze, blisko Malagón, Jan zaczyna nalegać na pośpiech. Gdy tylko przybyli do klasztoru karmelitanek bosych, chce natychmiast rozmawiać z matką Hieronima od Ducha Św., stwierdzając, że to ona pragnie z nim mówić. Zdziwiona mniszka pyta: „Skąd to wiesz, Ojcze?” On odpowiada „ze zwykłym ożywieniem: Córko, na tym pagórku Bóg przedstawił mi stan twojej duszy”. Pozostając w Malagón, przed udaniem się do Toledo, rozmawiał długo z Mariną od Aniołów, która spisała treść tych, jak i innych odbytych z nim rozmów. „Rozmawiałam trzy razy z ojcem Janem od Krzyża w sposób dłuższy, inne rozmowy miały charakter incydentalny. Pierwsza z dłuższych rozmów odbyła się, gdy towarzyszył on matce Annie od Jezusa, tej, która znajduje się we Francji, a która jechała zakładać klasztor w Madrycie”. Dalsze szczegóły są zachwycające i pozwalają poznać ojca Jana: „Weszłam pomówić z Jego Wielebnością, ojcem Janem od Krzyża, a był to dla mnie wielki dzień. Weszłam tuż po obiedzie, a wyszłam nocą; i jakkolwiek ja byłam śmiertelnie zmęczona, siedząc tak długo, on powiedział do mniszek, które wchodziły z jakichś powodów, żeby nie pozwalały wchodzić innym, bo jeżeli zdecydował się pozostać z mniszkami, to woli pozostać z tą, z którą już był zaczął.
Inés od św. Augustyna, która dołączyła do nich w Malagón, dodaje swoje wspomnienia z podróży: „Poznałam czcigodnego ojca Jana od Krzyża, byłam z nim związana, spowiadałam się u niego kilka razy…, towarzyszył nam, kiedy jechałyśmy zakładać klasztor w Madrycie; każde jego słowo dotyczyło Boga, dlatego nazywaliśmy go szczygiełkiem Bożym”.
Na drodze między Malagón a Toledo, czy też tuż po przyjeździe do tego miasta, Jan od Krzyża zachorował i aby powrócić do zdrowia udał się do klasztoru swoich braci, otwartego 16 maja tego samego 1586 roku, w budynkach zajmowanych przez karmelitanki bose od 1570 do 1583, w pobliżu Torno de las Carretas, obecnie Calle de Núnez de Arce. Poznał to miejsce owego sierpniowego dnia w 1578, kiedy po ucieczce z więzienia tu znalazł schronienie między swoimi siostrami.
Odzyskując co nieco sił, samotnie podejmuje drogę do Madrytu i uczestniczy w obradach definitorium, o których była mowa w poprzednim rozdziale. Siostry zostały w Toledo czekając na informacje, kiedy mają wyjechać do wyznaczonej siedziby, by założyć planowany klasztor.
Definitorium skończyło się 4 września. Mniszki, powiadomione, wyruszają w podróż i pokonują trzydzieści pięć kilometrów oddzielające je od Illescas. Tam, wczesnym rankiem, w dzień poświęcony Matce Miłosierdzia, przyjmują Komunię sw. Gdzie ponownie spotkają Jana od Krzyża? Może w Toledo? Może w Illescas? Może w Getafe, gdzie dowiedziały się, że wielu panów z Madrytu i z dworu królewskiego chce przyjąć je uroczyście. Może to sam Jan dostarczył im wiadomość o planowanym powitaniu, co mu się zupełnie nie podobało.
W ten sposób zmieniono plan. Zamiast wejść do Madrytu za dnia, zatrzymano się nieco w Getafe, a 7 września, w wigilię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny weszli wszyscy do miasta około dziewiątej wieczorem. Klasztor karmelitanek bosych, poświęcony św. Annie, został otwarty przy Red de San Luis 17 września 1586. Ojciec Jan wracając do Andaluzji zatrzymał się ponownie w Toledo i Malagón.
Jan od Krzyża będzie musiał podjąć jeszcze inne długie podróże: z Andaluzji do Kastylii w 1588 i w przeciwnym kierunku w 1591. Z tego, co już wiemy, możemy stwierdzić, że znamy już jego osobowość, jego ducha i jego styl życia.
Były więc podróże wypełnione braterskimi rozmowami i długą ciszą, wyrzeczeniami i dobrym humorem. Przerwami na modlitwę w lesie lub nad brzegiem rzeki. Śpiewem psalmów, pieśni, wierszy. Również modlitwą arcykapłańską Chrystusa, tyle razy recytowaną cichym głosem lub wykrzyczaną na cztery strony świata.
Podróże Jana od Krzyża, w upale i chłodzie, niosły klasztorom karmelitańskim orędzie modlitwy, prostoty ewangelicznej i braterstwa.









