Dynamizm i kontemplacja – Synteza Segovii
6 listopada, 2016
Życie św. Jana od Krzyża
6 listopada, 2016

Śmierć ojca Jana – przejście przez Ubeda

Wyjazd

o. José Vicente Rodrígues OCD, Bóg mówi pośród nocy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1991.

W Segovii Jan od Krzyża żegna się ze współbraćmi, z mniszkami, kapłanami i świeckimi, którzy go znają i szanują szczerze za dobra duchowe, a czasem i materialne, które od niego otrzymali. Karmelitanki bose życzyłyby sobie, żeby dzięki swym ogromnym zaletom zdobył uznanie i powrócił z kapituły w Madrycie jako przełożony prowincji. Nie obawiały się okazać tego podczas spotkania pożegnalnego w klasztorze. Ojciec Jan rzekł im: „Bez wątpienia nie będzie tak, moje córki, ale całkiem przeciwnie”. Pozostając następnie w rozmównicy z samą tylko przełożoną, Marią od Wcielenia, która nalegała na poważne potraktowanie ich życzeń i nadziei, mówi do niej: „Matko, nie zostanę wybrany prowincjałem tej prowincji, jak by sobie tego wasza wielebność życzyła. Na kapitule przytrafi mi się coś zgoła przeciwnego. Podczas modlitwy miałem widzenie, że wyrzucą mnie do kąta jak starą kuchenną szmatę”.

Całkiem różne od oczekiwań przyjaciół były jego przewidywania i własne pragnienia, streszczające się w trzech życzeniach: umrzeć nie pełniąc żadnych godności, umrzeć w miejscu, gdzie byłby nieznany oraz móc ofiarować Panu przed śmiercią największe możliwe krzyże i umartwienia. Te jego uporczywe pragnienia zostaną z pewnością wysłuchane. W Segovii odpowiada pytającemu Chrystusowi: „Panie, cierpieć i być wzgardzonym dla ciebie”.

Kapituła generalna

Jan wyjeżdża z Segovii w towarzystwie swego wiernego przyjaciela i powiernika, Jana od św. Anny. Kapituła była zwołana na Zielone Święta, 2 czerwca 1591, i zebrała się w klasztorze założonym na peryferiach Madrytu w 1586, niedaleko obecnego Plaża de la Cibeles i Puerta de Alcalá, na miejscu zajmowanym dziś przez kościół parafialny św. Józefa i budynki przyległe. Ów klasztor był wtedy pod wezwaniem św. Hermenegilda, i tam właśnie do 1835 będzie się mieścił dom generalny hiszpańskich karmelitów bosych.

W Kapitule wzięli udział: wikariusz generalny ojciec Doria, definitorzy, radni (wśród nich ojciec Jan, pierwszy definitor i trzeci radny) oraz prowincjałowie pięciu prowincji i towarzyszący im delegaci. Spośród obecnych wielu było przyjaciół i zwolenników ojca Jana, wielu też było, jak zobaczymy, niezbyt przychylnie do niego nastawionych. Kapituła nie wybiera nowego wikariusza generalnego, a tylko nowych radnych. Spośród sześciu pełniących ten urząd tylko jeden zostaje ponownie wybrany. Jest nim Grzegorz od Aniołów, który będzie też nowym sekretarzem konsulty. W ten sposób przewidywania i pragnienia ojca Jana zaczynają się realizować. W sumie wybrano sześćdziesięciu pięciu przełożonych. Jan nie otrzymał żadnej funkcji.

Trzy sprawy zajęły szczególnie dużo czasu konsulcie: sprawa ojca Graciána, prawo zakonne dla braci i zakonnic oraz stanowisko wobec brewe Sykstusa V Salvatoris. Jan od Krzyża nie jest małoduszny, mówi śmiało i szczerze nawet wtedy, gdy poruszane są sprawy delikatnej natury. Odnośnie do ojca Graciána jest wciąż przekonany, jak stwierdził otwarcie na forum konsulty, a także kapituły generalnej w 1591, że nie trzeba przesadzać i wywoływać niepotrzebne kontrowersje, a zwłaszcza nie powinno się do tego dopuszczać świeckich. Bardzo plastycznie przedstawia sytuację: „ponieważ my rozpoczęliśmy to polowanie, sami powinniśmy je doprowadzić do końca, bez dopuszczania osób trzecich”, chcąc zaznaczyć, że właśnie na kapitule jest możliwość zastosowania niezbędnych środków, tak w tym, jak i w innych przypadkach, bez sięgania do ostateczności.

Podczas kapituły don Teutonio de Braganza wręczył list ojca Graciána, w którym potwierdził on swoją dyspozycyjność, gotowość opuszczenia Portugalii i udania się do Kastylii.

Dotarła także wiadomość od kardynała, arcyksięcia Alberto, „który napisał, że dał mu pełną wolność podporządkowania się woli przełożonych”.

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby zorientować się, że i list Graciána, i list od kardynała były owocem porozumienia zawartego między przełożonymi na polecenie króla Filipa II. Kapituła obiecuje „postępować z ojcem z całą uprzejmością i poważaniem”.

Co do prawa zakonnego ojciec Jan radzi, „żeby zbytnio go nie rozszerzać. Jest to zalecenie, które zostawiła matka Teresa. Odczuwa się już ciężar zbytniej drobiazgowości prawa, a niekiedy wewnętrznej sprzeczności. Tylko w ostatnich latach za rządów ojca Dorii wydano ponad trzysta ustaw”.

W sprawie mniszek, tak związanej ze „sprawą Graciána”, ojciec Jan powtarza z otwartością swój punkt widzenia: nie ma powodu, aby podejmować radykalną decyzję „pozbawienia ich kierownictwa ze strony ojców”; za to, co uczyniło niewiele z nich, nie wolno kazać płacić wszystkim. Kronikarz, Franciszek od NMP, zauważa dowcipnie: „Nasz czcigodny ojciec Jan wyraża opinię streszczając się swoim zwyczajem w trzech punktach, nie tak jak inni, którzy wychwalali dekrety wobec Dorii, a potem za plecami szemrzą przeciw nim. Jest to słabość, od której nawet starsi nie są wolni. W rzeczy samej, niewielu jest w Zakonie Eleazarów, jeśli przełożony, od którego zależy spokój, nagroda i potrzeby braci ryczy jak lew”.

Dlaczego bez żadnego urzędu

Nie tylko teraz, z perspektywy historii, możemy zadać to pytanie, ale już wówczas pytano: dlaczego nie zlecono żadnego urzędu Janowi od Krzyża? Miały miejsce w owych dniach wielkie i małe sprawy zakulisowe, których nie poznamy z całą dokładnością. Według oceny niektórych, dlatego nie zlecono Janowi żadnego urzędu, by nie mógł zostać wybrany komisarzem sióstr zgodnie z brewe Salvatoris Sykstusa V. Nie posiadając urzędu nie mógł nim być, bowiem brewe wymaga, aby była to osoba „w odpowiednim wieku, roztropna, pobożna i światła” oraz aby miała „prawo głosu w kapitule i miejsce bezpośrednio za wikariuszem generalnym”. Taki to miał być powód, jeśli wierzyć informacjom wikariusza generalnego, i ojcu Grzegorzowi od Aniołów, który przekazał je ojcu Janowi.

Rozumowanie to nie jest przekonywające, chociaż rzeczywiście nie myślano o wyborze żadnego komisarza.

Niepewna przyszłość

W pewnym momencie kapituły myślano o Janie od Krzyża jako osobie nadającej się do zorganizowania ekspedycji dwunastu misjonarzy do Meksyku. Przedstawiono mu tę propozycję, a on ją zaakceptował. Niektórzy uważają, że to on wystąpił z inicjatywą. Jego powiernik, Jan od św. Anny, z którym dzielił tę samą celę podczas obrad kapituły, potwierdza, iż wiedział od niego, że „aby uwolnić się od tych dyskusji, pojechałby chętnie do Indii”. I dalej: „podczas tej kapituły doznał wielu przykrości, a wszystko dlatego, jak on sam powiedział (gdyż mieszkaliśmy w tej samej celi), że podjął się obrony ojca Graciána. Oskarżono go bowiem o uzyskanie pewnego brewe. Ojcu Mikołajowi od św. Jana zlecono zbadanie tej sprawy i wydanie wyroku”.

W każdym razie dokument zredagowany przez niego tak postanawia: „Madryt, 25 czerwca 1591. Zebrani ojcowie, wikariusz generalny i definitorzy, mając na względzie prośbę ojców prowincji meksykańskiej z nowej Hiszpanii o wysłanie im dwunastu zakonników, mając też na względzie ofertę uczynioną przez ojca Jana od Krzyża wobec całej kapituły, że chciałby chętnie pojechać, gdyby go wysłano, proponują wysłać dwunastu ojców do Meksyku i przyjąć ofertę wspomnianego ojca Jana od Krzyża, dołączając jeszcze jedenastu, o których prosi prowincja meksykańska, a którzy pojadą z własnej woli”. Propozycja została przyjęta jednogłośnie.

Po otrzymaniu zadania Jan od Krzyża wysyła swego towarzysza, Jana od św. Anny, aby szukał w klasztorach Andaluzji kapłanów gotowych udać się z nim do Indii. Wiele osób interpretowało przydzielenie mu tego zadania jako wygnanie. Taka była też opinia jego spowiednika i powiernika, Jana Ewangelisty.

Jednakże po okresie pewnego zamieszania, zaczyna być jasne, że Jan od Krzyża, broniąc Graciána i mniszek, nie miał żadnego udziału w uzyskaniu brewe Salvatoris. Ojciec Doria i inni odpowiedzialni, po przekonaniu się o tym, pragną zmienić bieg wydarzeń. Szukają sposobu, by godnie wycofać się z tej przykrej sprawy. Chociaż tak niewinnie wyglądał cel podróży ojca Jana do Meksyku, ojciec Doria począł szukać innego rozwiązania. Zaproponował mu powrót do Segovii na stanowisko przeora i dokończenie budowy nowego klasztoru.

Ojciec Jan prosi go jednak, by zrezygnował z tego zamiaru, ponieważ nie zależy mu na urzędzie, gdyż w ten sposób będzie mógł lepiej zająć się swoją duszą. Z listu, który ojciec Jan pisze z Madrytu 6 lipca, można wywnioskować, że cała ta sprawa nie była jeszcze rozwiązana: „…obawiam się jeszcze, że każą mi jechać do Segovii i nie zostawią mnie w spokoju, chociaż ja zrobię wszystko, co możliwe, aby uwolnili mnie także od tego”.

Fakt pozostawienia Jana od Krzyża bez urzędu wywołuje zdziwienie wielu, przykrość u innych, ale radość w nim samym. Mniszki z Segovii, które miały tyle projektów, przyjęły to jako cios w nich wymierzony. Mówią o tym listy Jana, w których znalazły odbicie słowa przez nie napisane. Ojciec Jan w swych odpowiedziach bagatelizuje to, co się stało i uważa, że jest to ofiarowana przez Pana możliwość poświęcenia się całkowicie samotności, modlitwie, trosce o własną duszę. Listy do Marii od Wcielenia i do Anny od Jezusa zasługują na dokładne przeczytanie, toteż przytaczamy je w całości w tym rozdziale.

Postawa ojca Jana od początku całej tej sprawy była niezmienna: unikać niepotrzebnych plotek, utrącać wszelkie pomówienia, odbudować wystygłą miłość braterską, ciszę i nadzieję; w tych dniach napisał: „gdzie nie ma miłości, daj miłość, a otrzymasz miłość”.

W Madrycie miał miejsce nieprzyjemny incydent. Bracia z klasztoru św. Hermenegilda zebrali się po obiedzie na rekreacji. Nawiązała się dyskusja o sprawach duchowych i ojciec Jan zaczął mówić wzbudzając zainteresowanie wszystkich. Pomiędzy obecnymi znajdował się Diego Ewangelista, dopiero co mianowany przez kapitułę generalną definitorem.

Nie żywił on sympatii do ojca Jana i słowami pełnymi lekceważenia zmusił go do milczenia. „A on z niebiańską pogodą przestał mówić i z wyższością ducha, jakby nie odczuwając przykrych słów, skierowanych przeciwko sobie, nie odpowiedział ani słowem”. Temu, kto nie rozumie kierownictwa duchowego, nie służy pokorne milczenie. Smutny los! Diego Ewangelista będzie prześladował ojca Jana od Krzyża aż do śmierci, a nawet i po niej.

Jeszcze w Madrycie, wśród wszystkich tych niepokojów, przyszła ojcu Janowi chęć na spacer po polach. Przywołuje ojca Jana od Jezusa i Maryi (Aravalles) i prosi, by mu towarzyszył. Wychodzą i rozmawiając dochodzą do wsi poza miastem.

Chodzą to tu, to tam. Jan od Krzyża widząc trawę, która dość dobrze wyrosła, konkluduje: „Idziemy od tej strony, gdzie nie ma żadnych śladów, ponieważ nie przechodził tędy nikt, kto mógłby obrazić Boga”.

Ostateczne pożegnanie

Historyk, Hieronim od św. Józefa, potwierdza, że ojciec Doria radził ojcu Janowi udać się na jakiś czas do Segovii. Doria sądził, że spotykając tam ludzi życzliwych sobie, odwiedzając mniszki bose, które namawiać go będą do pozostania, Jan zmięknie i zgodzi się zostać wikariuszem domu zakonnego. „Był mu posłuszny co do podróży, nic go jednak nie mogło nakłonić do zmiany zdania”. Przy okazji wizyty u sióstr Bosych w Segovii przeorysza zaświadcza, że widziała go „bardzo spokojnego i pogodnego, jak gdyby nic się nie stało”.

Teraz żegna się definitywnie ze wszystkimi. Wydaje się, że wówczas spotkał w klasztorze cyrulika, chirurga wspólnoty, Francisca de Uruena, który zapytał go: „Kiedy Ojciec stamtąd powróci?” Odpowie jednoznacznie, że już nie zobaczą się na tej ziemi.

Powraca do Madrytu, gdzie żegna się z doną Anną de Penalosa i z jej bratem don Luisem. Ona jest nieco strapiona i mówi mu: „Jak możesz mnie zostawić tak samą? Kiedy znów się zobaczymy?” Ojciec Jan odpowiada: „Nie mów nic, córko, prędko poślesz po mnie i mnie zobaczysz”.

Na końcu poszedł odwiedzić rodzinę ojca Graciána. Był to gest bardzo ludzki, świadczący o wolności ducha, mając na uwadze sytuację, w jakiej znalazł się Gracián. Nie wiemy, czy doszło do spotkania ich obydwu podczas obrad kapituły w klasztorze św. Hermenegilda w Madrycie, dokąd ten ostatni przybył 28 czerwca z Portugalii, posłuszny poleceniu ojca Dorii z 3 czerwca. Nakazał mu, „aby w ciągu 25 dni, liczonych od daty powiadomienia, stawił się we wspomnianym klasztorze”. Po tym, jak ojciec Jan bronił Graciána, ryzykując własną przyszłość, nic już więcej nie mógł zrobić dla niego.

Podróż do Toledo

Ze swym bagażem zmiennych kolei losu i cierpień Jan od Krzyża podejmuje ostatnią podróż do Andaluzji. Ma zamiar wycofać się do ustronnego klasztoru w Penuela.

Pierwszym etapem było Toledo. Klasztor Bosych zajmuje wówczas swą drugą siedzibę, w pobliżu Torno de las Carretas, na Plazuela de la Estampa. Jan przybywa do klasztoru o czwartej rano z przeorem Eliaszem od św. Marcina, który będzie w przyszłości pierwszym generałem Bosych (1594). Po odprawieniu Mszy udali się do celi, gdzie rozmawiali aż do następnej nocy. Ojcu Julianowi od Nawiedzenia, który kilkakrotnie zapraszał ich do refektarza, aby zjedli cokolwiek, odpowiedzieli, żeby zostawić ich w spokoju, bo nie są głodni. Przed wyruszeniem w dalszą drogę Jan od Krzyża oświadczył wobec wspólnoty, że idzie bardzo spokojny, gotów znosić jakiekolwiek cierpienie mocą łaski, jakiej Bóg mu udzielił w dniach jego pobytu w Toledo. Ojciec Jan szedł dalej przez Orgaz i Los Yébenes, aż dotarł do Malagón. O tej podróży opowiada, jeśli się nie mylę, Marina od Aniołów, zakonnica z Malagón, kiedy, mówiąc o trzecim spotkaniu z Janem od Krzyża, stwierdza: „Wzruszył się tak, że miał oczy pełne łez i nie mógł dalej mówić…; musiał doznać tylu przykrości. Powiedział: Nikt z powodu moich cierpień nie miał nawet grzechu powszedniego. Ja natomiast powinienem się radować z tych cierpień, mimo że widzicie mnie płaczącego. Proś Boga o chwałę cierpienia dla mnie, bo potrzebuję tego”.

La Penuela

Przechodząc przez Viso del Marqués Jan od Krzyża przybywa do Penuela, dziś La Carolina (Jaen). Po raz pierwszy był tu przejazdem w 1578, kiedy podróżował po Andaluzji.

Obecnie składa ostatnią wizytę, i zamierza zatrzymać się tu na dłużej. Zakonnicy z klasztoru czują się bardzo zaszczyceni jego obecnością. Przeor, Diego od Niepokalanego Poczęcia, zaproponował, aby objął przewodnictwo duchowe nad wszystkimi zakonnikami.

Ojciec Jan przybył do Penuela około 10 sierpnia. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką uczynił, było napisanie listu do ojca Antoniego od Jezusa (Heredia), prowincjała Andaluzji: „Ojcze, przybyłem, aby być Waszym podwładnym. Wasza Wielebność niech decyduje, co mam robić i dokąd się udać”. Prowincjał odpowiada mu, żeby się rozejrzał i wybrał sobie klasztor, który by mu odpowiadał. Ojciec Jan pisze jeszcze raz: „Ojcze, nie przybyłem tu, aby pełnić moją wolę, ani dla wybierania sobie klasztoru. Wasza Wielebność wie, dokąd powinienem się udać, a ja tam pójdę”. W tym samym czasie, gdy wykazywał tyle uległości i posłuszeństwa, potwierdza, że czuje się dobrze w samotności Penuela. Prowincjał powiadamia go, że może pozostać tam przez jakiś czas, ale może to nie będzie trwało zbyt długo.

Jan pisze do doni Anny Penalosa, w drodze z Baeza, opowiadając jej swoje przygody w podróży. Kilka dni później, 19 sierpnia, pisze do niej na nowo, stwierdzając, że świetnie się czuje w tym miejscu tak pięknie położonym, zajęty pracami rolniczymi, jak zbieraniem i tłuczeniem „naszego grochu”, z dala od kłopotów pozostawionych w Madrycie. Kolejny list, napisany miesiąc później, 21 września, zawiera tony bardziej osobiste, ale i smutne: zapowiedź choroby, ukryte przeczucie zbliżającego się końca. Pisze również do innych osób, wyrażając swoją radość z samotności i szczęście z powodu wolności od obowiązków. Była to tak wielka radość, że nie chciał rozsmakowywać się w niej sam, ale dzielił się nią z przyjaciółmi.

Co jeszcze zajmowało czas ojcu Janowi, oprócz prac gospodarskich? Na nasze szczęście, niektórzy z tych, którzy spędzali razem z nim dni w Penuela, opowiadają o tym: „Spędzał czas w sposób święty. Wstawał przed świtem, szedł do ogrodu, klękał wśród wierzb opodal strumienia i pozostawał na modlitwie, dopóki pozwalało mu na to palące słońce, potem wracał do klasztoru i odprawiał Mszę św. z wielką pobożnością; po zakończeniu Mszy udawał się do swej celi, gdzie znów oddawał się modlitwie. W ten sposób spędzał cały czas będący w jego dyspozycji, oprócz aktów wspólnych, w których brał udział wraz z całą wspólnotą”.

Życie modlitwy, ciszy, samotności, życie liturgiczne, życie wspólnotowe, życie pracy: godny podziwu przykład dla wszystkich. Zadowolony z życia jako prosty zakonnik, uzależnił się całkowicie od przełożonego, odnawiając ciągle zezwolenia „na praktykowanie pobożności i umartwień osobistych”.

Ten sam świadek dodaje: „Innym razem wyszedł na pustkowie i pozostał jakby zawieszony w Bogu, nieraz spędzał czas pisząc książki o tematyce duchowej . Wszyscy zakonnicy z klasztoru byli bardzo radzi z jego obecności wśród nich i uważali go za świętego”. Prawdopodobnie ponownie przeglądał i poprawiał niektóre ze swych wcześniejszych książek (Llama). Wydaje się, że w tych dniach pisał książkę na temat cudów Guadalcazaru, dziś zaginioną.

Wielki pożar

W tym czasie na terenie klasztoru wybuchł pożar, spowodowany nieostrożnością jednego z zakonników, Krzysztofa od Najświętszej Maryi Panny. Kiedy winowajca zdał sobie sprawę z zagrożenia, ponieważ zmienił się kierunek wiatru, „nie udało mu się ugasić ognia, który rozprzestrzeniał się szybko i czynił wiele szkód, mimo że pracował zwinnie wkładając w to wszystkie swoje siły, których miał niemało). Tak opowiada jeden ze świadków, dodając, że ów brat był w końcu tak wykończony, że wyglądał „jak martwy”.

Rozległy się dźwięki dzwonu. Wszyscy zbiegli się zewsząd. Obawiając się całkowitego zniszczenia, niektórzy zaczęli prosić ojca przełożonego, aby spożyć Najświętszy Sakrament. Ojciec Jan od Krzyża zaoponował, mówiąc: Absolutnie nie, nie trzeba, powinniśmy obronić się właśnie Najświętszym Sakramentem. Ufam miłosierdziu Pana, że ogień nie spowoduje żadnych szkód.

Powiedziawszy to rozdziela zadania: jednym polecił modlitwę w kościele przed Najświętszym Sakramentem, innym pracę nad opanowaniem ognia. Sam upadł na kolana tuż przy składzie drewna, aby się modlić. Płomienie są coraz bliżej, przewalając się tuż nad jego głową. On pozostaje nieruchomy rozmawiając z Bogiem.

Płomień, jakby posłuszny zaleceniom przełożonych, cofa się i przygasa. Ojciec Jan podnosi się i wchodzi do klasztoru. Udaje się do celi, w której leży jeden z chorych braci, niezdolny do poruszania się „i z wesołym wyrazem twarzy i śmiechem na ustach mówi: Spodobał się bratu pomysł śmierci w płomieniach?”

Przeor, Diego od Niepokalanego Poczęcia, jest zdenerwowany i ma wyraźny zamiar ukarać sprawcę pożaru. Ojciec Jan nie wiedział nic o groźbie i z własnej inicjatywy, widząc brata Krzysztofa bardzo tym wszystkim przygnębionego, mówi: „Ojcze przeorze, pociesz brata Krzysztofa i każ mu ugotować kurę, bo bardzo mu tego teraz trzeba. Jest taki zmęczony i wycieńczony”. Do tej pory ojciec Jan nie wiedział, kto wywołał pożar i jego słowa wywarły jeszcze większy wpływ na przeora.

Ojciec Diego zalecił bratu Marcinowi otworzenie drzwi do kościoła, aby wypuścić dym. Otwierając jedną połowę znalazł za nimi „zajączka…, który uciekł do ogrodu, gdzie stała grupka zakonników z ojcem Janem, i schował się pod jego habit. Zakonnicy wyciągali go stamtąd dwukrotnie za uszy, a on w podskokach kierował się na powrót ku Świętemu i chował się pod habit”. Opowiedział o tym brat Marcin. Ta scena, mająca odpowiednik w życiu św. Franciszka, została utrwalona na pomniku poświęconym Janowi od Krzyża na placu w Carolina (La Penuela).

W prawdziwych Indiach

Ojciec Jan przebywał w Penuela od miesiąca, kiedy zaczęła trapić go gorączka, niewysoka wprawdzie, ale uporczywa. Obrzęk prawej nogi wywoływał dotkliwy ból. Pozostawia więc swoją samotnię, aby leczyć się w innym klasztorze. Przełożony zaleca wyjazd, a ojciec Jan mówi: „Jeśli jest takie polecenie, jedziemy”. Ale dokąd? Chcą go przewieźć do Baeza wraz z innym chorym, Franciszkiem od św. Hilariona. Jan odpowiada na to: „Brat niech jedzie leczyć się do Baeza. Ja pojadę do Ubeda, ponieważ w Baeza znają mnie dobrze, a w Ubeda nikt mnie nie zna”. W liście z 21 września potwierdza przyszły swój los: „Jutro jadę do Ubeda”. Jednakże podróż zostaje odłożona do 28 września. W międzyczasie decyduje się odpowiedzieć na listy ojca Jana od św. Anny, w których tenże zawiadamia o zebraniu podpisów zakonników gotowych towarzyszyć mu do Meksyku.

Autor tych listów opowiadał później: „Odpowiedział mi na wszystkie listy po bardzo długim czasie z naszego klasztoru w Penuela, dziękując za pracę, którą wykonałem na jego zlecenie, pisząc jednak, że podróż do Indii została odłożona, a on udał się był do klasztoru w Penuela, aby przygotować się do podróży do znacznie lepszych Indii i że myśli zakończyć niedługo życie i przygotowuje się do podróży ostatecznej. Zalecił mi uczynić to samo, przedstawiając wiele konkretnych propozycji. Powiedział mi, żebym przestał pragnąć podróży do Indii, o czym mu pisałem, ponieważ prawdziwe Indie leżą gdzie indziej i są bardzo bogate skarbami wiecznymi”.

Najprawdopodobniej zamorska podróż nie doszła do skutku, ponieważ po zakończeniu kapituły generalnej „nie było dosyć czasu, aby uzyskać zezwolenie królewskie, a następnie zebrać i wyprawić zakonników do Sewilli, oraz przygotować ich ekwipunek”. Flota skierowana do Nowej Hiszpanii podniosła kotwicę w połowie lipca.

W Ubeda

Ponieważ gorączka nie ustawała, a obrzęk nogi powiększał się i ból był coraz większy, ojciec Jan opuszcza Penuela 28 września, w wigilię św. Michała. Towarzyszy mu ten sam chłopiec, który przybył z Ubeda z ojcem Janem od Matki Bożej i pozostał w Penuela. Przechodząc przez Vilches, „uszli dwie mile i dotarli do Arquillos, grupy wiejskich domów w małej dolince, którą płynie Guadalien. Jeszcze tylko zakręt z zachodu na wschód, aby obejść pagórek i obydwaj podróżni znajdują się przy moście Ariza nad rzeką Guadalimar. Przeszli już około siedmiu mil.

Trzeba zrobić postój. Znajdują schronienie pod jednym z pięciu filarów mostu, wybudowanego jeszcze za czasów rzymskich. Chłopiec, który dwoił się i troił, aby dogodzić choremu, powierzonemu jego opiece, dopytywał się o potrzeby i życzenia. Odpowiedź była wciąż negatywna.

Tym razem na tak samo postawione pytanie chory odpowiedział: „Jeśli można by choć trochę szparagów”, zjadłby je chętnie. Chłopiec rozgląda się i widzi szczęśliwym trafem wiązkę szparagów na kamieniu. Ogromnie szczęśliwy zawiadamia o znalezisku ojca Jana. Ten mu mówi: „Idź i przynieś je, a na ich miejscu połóż kamień, a na nim cztery maravedís”, a to dlatego, aby właściciel zauważył zapłatę.

Dalsza droga przebywała wśród utrapień i niedogodności związanych z chorobą ojca Jana. Około wieczora, gdy dotarli do Ubeda i „kucharz gotował szparagi, stanowiące całe pożywienie chorego, on sam opowiada braciom „niemalże śmieszną historię ich znalezienia”.

Klasztor

Jan od Krzyża wszedł do klasztoru przez bramę istniejącą do dziś i jest ona uważana za pierwotne wejście do budynku wznoszącego się na południowo-wschodnich krańcach miasta. Od czasów Henryka II Ubeda szczyci się tytułem „Muy Noble, Muy Leal y Antigua Ciudad” i posiada dwanaście lwów w swym herbie. Jan od Krzyża nie będzie mógł podziwiać piękna miasta ani zwiedzać jego kościołów: Santissima Trinidad, Santo Domingo de Silos, San Pedro, San Pablo, San Lorenzo, San Millán, Sacra Capilla del Salvador, Santa Maria de los Reales Alcárares, ani też zachwycać się pałacami Bussianos, Rambla, Vela de los Cobos, Vázques de Molina, czy też de las Cadenas (Dominikanki od Matki Bożej), Dean Ortega… Ojciec Jan przybywa śmiertelnie chory, a to będzie jego ostatnia podróż: z Ubeda do nieba.

Klasztor, w którym spędzi swe ostatnie dni, powstał niedawno. Ojciec Gracián, zaproszony do wygłoszenia kazań w miejscowym Hospital de Cobos, odniósł wielki sukces, głosił więc słowo Boże również w innych kościołach. Miejscowa ludność, ogarnięta entuzjazmem, prosi go, aby w ich mieście założył klasztor karmelitów bosych. Gracián, aby się upewnić „rozmawiał ze wszystkimi radnymi i dwudziestoma czterema członkami magistratu. Wszyscy oni, zebrani na posiedzeniu rady miejskiej, odpowiedzieli, że czują się zaszczyceni zamiarem założenia klasztoru i że uczynią wszystko, co możliwe, aby wspomóc fundację”.

W międzyczasie Gracián otrzymał zezwolenie biskupa Jaen, Francisco Sarmiento, swego dobrego przyjaciela. Po wynajęciu domu na terenie parafii San Pedro, klasztor został otwarty 13 września   1587,  i  poświęcony Matce Bożej z Góry Karmel.

Nieco później członek magistratu, Pedro de Segura oraz jego żona dona Maria, ofiarowali na potrzeby Zakonu swój nowy i obszerny dom pod warunkiem, że będzie tam prezbiterium kościoła, w przyszłości ich kaplica grobowa. Nowy klasztor wybrał sobie za patrona św. Michała, a swą sławę nieśmiertelną zawdzięczać będzie Janowi od Krzyża, tak jak miasto Ubeda, które uważa go za swego obywatela.

Gościna

Ojciec  Jan  przybywa  do  Ubeda, sądząc, że nikt z mieszkańców go tam nie zna. Kilka dni później dona Maria de Bazan, siostra markizy Santa Cruz, prosi prowincjała o przewiezienie go do Baeza. Przełożony daje swe zezwolenie pod warunkiem jednakże, że zgodzi się na to sam chory. Ojciec Jan ucina krótko: „Zostawcie. Czuję się dobrze w Ubeda i nie ma mowy o dalszych podróżach”. Jan nie był znany miejscowej ludności, ale zakonnicy znają go i kochają. Jest wśród nich Ferdynand od Matki Bożej, podprzeor, Bartłomiej od św. Bazylego, Alonso od Matki Bożej… Niestety jednak przeor, Franciszek Chryzostom, nie darzy go życzliwością, a przeciwnie, żywi niechęć do nowo przybyłego i nie jest w stanie tego ukryć, nawet w obliczu jego śmiertelnej choroby. Przydziela mu „celę najuboższą i najmniejszą” w całym klasztorze. Ciążą mu wydatki, które musi ponosić, i aby się usprawiedliwić, podkreśla ubóstwo klasztoru. Ojciec Jan, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy, mówi łagodnym głosem: „Nie martwcie się, ojcze, nadejdzie czas, że klasztor będzie miał wszystko, co potrzeba”. W 1617 wspomniany już ojciec Ferdynand mówi: „Stwierdzam, że to, co powiedział Święty, było proroctwem, które się spełniło”.

Ojciec Jan znosi z wielką cierpliwością, pokojem i radością chłód i niechęć ze strony przeora. Innym zakonnikom trudno przyjąć ze spokojem to, co się dzieje. Widząc tę nienormalną sytuację, jeden z nich udał się sam na poszukiwanie jedzenia i lekarstw. Któregoś dnia przybył przeor z Penuela, Diego od Niepokalanego Poczęcia, i był świadkiem narzekania Franciszka Chryzostoma na kłopoty, jakie sprawia wyżywienie chorego. Przysyła więc pomoc z Penuela: „pszenicę dla zakonników i sześć kur dla chorego”.

Pewnego dnia Bernard od NMP, odsunięty przez przeora od opieki nad chorym, zawiadamia o wszystkim ojca prowincjała, Antoniego od Jezusa. Wyjaśnia, że niewłaściwe zachowanie przeora spowodowane jest dawnymi urazami, kiedy to Jan od Krzyża, jeszcze jako wikariusz prowincjalny, był zmuszony upomnieć Franciszka Chryzostoma i wytknął mu niewłaściwe postępowanie. Teraz ten mści się ograniczając wizyty przy łóżku chorego i narzekając nieustannie na konieczność karmienia go. Inną przyczyną niewłaściwego postępowania przeora jest zawiść spowodowana rosnącą wciąż sławą Świętego w miasteczku.

Ojciec Antoni udaje się natychmiast do Ubeda i, według słów wspomnianego brata, upomina „przeora w ostry sposób. Przebywa cztery czy pięć dni w klasztorze osobiście opiekując się chorym. Zaleca przy tym, żeby odwiedzali go wszyscy na ile tylko będzie to możliwe. Przywrócił mi obowiązki pielęgniarza, nakazując, żebym przykładał się do tego z całym miłosierdziem, na jakie mnie stać i jeśliby przeor nie zapewnił wszystkich niezbędnych rzeczy lub w razie braku pieniędzy na ten cel, on sam pokryje wszystkie wydatki”.

Wizyta ta miała miejsce w pierwszych dniach listopada. W wigilię św. Andrzeja ojciec Jan mówi do ojca Antoniego: „Jutro upłyną dwadzieścia trzy lata od założenia pierwszego naszego klasztoru”. Antoni rozpoczyna wtedy wspomnienia o początkach w Duruelo. Wszyscy obecni słuchają go z wielkim zaciekawieniem. Ojciec Jan przerywa mu: „Ojcze, czy nie dałeś mi słowa, że za naszego życia nie będzie o tym mowy?” Antoni milczy przez chwilę. Obecni przynaglają go jednak, żeby mówił dalej. Ojciec Jan powiedział z pewnym żalem: „Powie wszystko, jeszcze tylko trochę, tylko trochę”.

Prześladowany

Do niechęci, jaką okazuje ojcu Janowi przeor z Ubeda, dołącza się znacznie bardziej dotkliwa działalność Diega Ewangelisty. Rozpoczął on swą oszczerczą kampanię przeciw Janowi, gdy ten znajdował się jeszcze w Penuela. Prowadzi ją na wszystkie sposoby, podczas gdy Pierwszy Bosy daje najwyższe przykłady cnoty i świętości w Ubeda.

Rozpoczynając proces przeciwko ojcu Graciánowi, przełożeni przeprowadzają badania w trzech czy czterech klasztorach prowincji zakonnych w Granadzie i Sewilli. Wizytatorem został wyznaczony definitor generalny Diego Ewangelista.

Przekraczając swoje uprawnienia wizytuje nie tylko klasztory związane ze sprawą ojca Graciána, ale i inne w obrębie tych dwóch prowincji. Nikt nie żądał od niego zbierania informacji przeciwko Janowi od Krzyża. On jednak – tak zeznaje pod przysięgą sekretarz definitora – „powziął postanowienie i z wielkim zaangażowaniem gromadził wszystkie prawdziwe i nieprawdziwe informacje, mogące zniesławić ojca Jana, wymuszając je groźbami i strasząc zakonnice surowymi karami. Usiłował poprzez niejasne sformułowania wywołać wrażenie popełnienia poważnych wykroczeń, które teraz są ukrywane”.

Przerażone mniszki z Granady i Sewilli, w obliczu ekskomuniki i wobec tak bezwzględnego nadużywania władzy, paliły i niszczyły listy, zeszyty, kartki z zaleceniami ćwiczeń duchowych, a nawet portrety ojca Jana, żeby nie dostały się one w ręce wizytatora.

Wiadomości o tej przykrej akcji docierały do chorego, ale spotykały się ze spokojem i cierpliwością z jego strony. Odpowiadając na listy, dotyczące tej sprawy, usiłuje uspokajać. W jednym z nich pisze ojcu Janowi od św. Anny, który przebywa w Maladze: „Synu, nie martw się tym, z Zakonu mogą mnie usunąć tylko za brak chęci poprawy lub za nieposłuszeństwo; ja natomiast jestem gotów naprawić wszystkie wskazane mi błędy i być posłusznym każdej zwierzchności, której podlegam”.

Pewnemu zakonnikowi, który odszukał go w Ubeda i rozmawiał z nim w tej sprawie, mówi: „Życzę sobie tylko tego, żeby we wszystkich tych ustaleniach nie było rzeczy obrażających Boga”. Sekretarz definitora dodaje: „Podczas zbierania tych materiałów napisano mu, że badano całe jego życie i byłoby chyba źle z samym świętym Franciszkiem, gdyby wpadł w takie ręce, jak to stało się z Janem od Krzyża”. Już sama chęć szukania zła w stosunkach ojca Jana z karmelitankami bosymi była bez wątpienia niegodziwością.

W jakim stopniu ojciec Doria był poinformowany o wyczynach Diega Ewangelisty? Dlaczego nie wkroczył w tę sprawę swoim autorytetem? Postępowanie ojca Diego miało swe źródło w dawnych urazach, kiedy to ojciec Jan, będąc wikariuszem prowincjalnym Andaluzji, zganił jego niewłaściwe postępowanie. Była więc tu taka sama sytuacja, jak w przypadku ojca Franciszka Chryzostoma.

Na żywym ciele

Tego samego wieczora, gdy przybyli do Ubeda, gorączka wzrosła i pojawił się „ropień na udzie, który w krótkim czasie ogarnął całą nogę aż do stopy”. Zakonnicy, a także lekarz dziwili się bardzo widząc, ile sił i cierpliwości tkwiło jeszcze w chorym. Lekarz dyplomowany, Ambrosio de Villarreal, próbuje w pewnym momencie odwrócić uwagę chorego tak, aby patrzył w inną stronę, a sam wykorzystując sytuację rozcina „nożyczkami nogę od pięty w górę, tak że widać żywą ranę ze ścięgnami i kością na długość dłoni. Wywołało to u mnie, mówi ojciec Ferdynand, silny dreszcz przerażenia”. Ojciec Jan spokojnym głosem pyta chirurga: „Co pan teraz zrobił, panie doktorze?” Tamten zaś: „Naciąłem Ojcu pół nogi, a Ojciec pyta, co zrobiłem?” Ten zaś, zwracając się do pielęgnującego go brata, dodaje: „Jeżeli trzeba ciąć jeszcze więcej, czyń to bez obawy, taka widać wola mojego Pana, Jezusa Chrystusa”.

Chory cierpiał strasznie, a dolegliwości jego wzrastały z dnia na dzień. Konieczne stało się przypalanie ran, które nie było z pewnością słodkim przyżeganiem, opiewanym w Llama de amor viva. Cięcie, nacinanie i inne bolesne metody leczenia były na porządku dziennym. Choroba postępowała w sposób nieubłagany. Pięć ran na wierzchniej stronie w formie krzyża przypominało rany Chrystusowe i wydzielało obficie ropę. „Oprócz tego miał bok pełen ran, a choroba stopniowo obejmowała całe ciało”. Również na plecach dostrzeżono „olbrzymi jak pięść wrzód”, z którego wypływały duże ilości ropy.

Bartłomiej od św. Bazylego nie mógł się pogodzić z tak wielkim cierpieniem i stwierdza: „Zbyt wiele dolegliwości niesie ta choroba”. Brat pielęgniarz, będąc najbliżej chorego, podkreśla jego nadzwyczajną cierpliwość, nieustanne ofiarowywanie wszystkiego Bogu za otrzymywane wciąż łaski, spędza wiele chwil na kontemplacji, spowiada się i często przyjmuje Komunię świętą. Prosi również wszystkich o modlitwę w jego intencji. „Prosi mnie o wybaczenie wszystkich trudów, jakie ponoszę wstając w nocy, karmiąc go, pomagając mu w różnych potrzebach fizjologicznych, dziękuje mi za to nieustannie, za każdym razem, gdy uczynię coś dla niego”.

Osłabienie jest tak wielkie, „że nie może się ruszyć z łóżka; zawieszono więc u sufitu sznur, przy pomocy którego może się choć trochę podciągnąć na rękach i zmienić pozycję”.

Modlitwa z Pismem świętym

Gdy ciało niedomagało, duch cały był przesiąknięty słowem Bożym. Częste cytaty z Pisma św. na ustach chorego przedstawiały stan jego duszy. Jeden ze świadków tamtych dni opowiada, „że święty ojciec Jan od Krzyża trzymał w swych dłoniach wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego i od czasu do czasu mówił do Niego z wielką pobożnością słowa bardzo czułe i serdeczne, rodzące się w głębi duszy. Całował również stopy Chrystusa, wymawiając wersety psalmów lub inne słowa Pisma świętego, które odzwierciedlały uczucia, jakie żywił”.

Kiedy próbowano go karmić, a jemu nie udawało się nic przełknąć, mówił: „Będę nasycony pojawieniem się Twej chwały”. Kiedy zaś opanowują go silne boleści, powtarza: „To jest mój spoczynek na wieki wieków”. Widząc, że życie zaczyna brać górę nad śmiercią, wykrzykuje: „Moja obecność na świecie przedłuża się”. Słysząc zaś, że pozostało mu niewiele godzin życia, odpowiada: „Ucieszyłem się, kiedy mi powiedziano: pójdziemy do domu Pana”.

Jeden z jego ulubionych aktów strzelistych brzmiał: „Boże mój! Więcej miłości i więcej bólu!” Powtarzał go często podczas medytacji. Poddawany zabiegom, które były prawdziwymi torturami, zazdrościł Jan od Krzyża świętym męczennikom.

Obywatel miasta

Jan od Krzyża przybył do Ubeda zadowolony z tego, że nikt go tam nie zna, ale skończyło się to tym, że został obywatelem miasta.

Jego cierpliwość w chorobie, łagodność, dobroć, emanowały wokół nieustannie. Lekarz, Ambrosio Villarreal, zadziwiony tym bardzo, rozgłasza wokół świętość swego pacjenta. Mieszkańcy miasta zaczynają się interesować jego zdrowiem, czują się zaszczyceni, jeśli mogą mu ofiarować jakąś pomoc. Lekarze robią, co mogą. Dona Clara de Benavides „zobowiązuje się przysyłać każdego dnia posiłki ze swego domu i każdą rzecz, jaka byłaby przydatna”, aż sam Jan od Krzyża „nie chce, żeby gotować dla niego posiłki poza klasztorem”. Dona Maria de Molina i jej córki Catalina i Ines piorą bandaże. Catalina stwierdza: „Prałyśmy w naszym domu bieliznę i płótna używane w jego chorobie, które przynoszono do nas, jakby całe skąpane w ropie; wydzielały one jakiś niebiański zapach. Sama w sobie ropa była odrażająca, ale kiedy ją prałam, rozchodził się szczególny aromat. Nasza matka powierzała te prace tylko nam”.

Kto mógł, odwiedzał go w jego celi w klauzurze, rozpowszechniając sławę jego świętości w mieście. Byli wśród nich: don Bartolomé Ortega Cabrio, Juan de la Peńuela, Cristóbal de la Hi-guera, Juan de Cuéllar, Salvador de Quesada, Lope de Medina i inni . Pozostali oni pod wrażeniem tych heroicznych cnót, które odkryli w chorym.

Ostatnie dni

7 grudnia gorączka wzrosła, a ropa wypływająca z ran osiągnęła jeszcze bardziej specyficzny kolor. Dla lekarzy oznacza to nieodwracalne zbliżanie się do końca. Również chory zdaje sobie doskonale sprawę ze swej sytuacji.

Jaki dzisiaj dzień? Od 7 grudnia, to jest od wigilii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny, takie pytanie zadaje Jan każdego ranka. Gdy usłyszał odpowiedź pytając po raz pierwszy, zwrócił głowę w stronę obrazu Matki Bożej i rzekł: „Bądź błogosławiona, Pani, że w Twój dzień, w sobotę, zechcesz mnie zabrać z tego ś wiata!” Obecni odnieśli wrażenie, że dzięki objawieniu Bożemu zna on dzień swojej śmierci i że będzie nim najbliższa sobota.

8, 9 i 10 grudnia wciąż to samo pytanie, ale nie mówił już nic po usłyszeniu odpowiedzi. Lekarzowi zabrakło odwagi, by powiedzieć choremu wprost o zbliżającej się śmierci; wychodzi więc do sąsiedniej celi i omawia to z ojcem Alonso od Matki Bożej. Ten zaś po powrocie mówi choremu: „Ojcze Janie, lekarz jest przekonany, że życie Waszej Wielebności gaśnie. Przyjmij to w pokoju Bożym”. Ojciec Jan wykrzykuje na to: „Co za radość, kiedy mi mówią: pójdziemy do domu Pana!” i dodaje: „Po tak dobrej wieści nie czuję już żadnego bólu”.

Środa, 11 grudnia. Spowiada się ponownie, po południu zaś woła przeora i prosi o Wiatyk. Przyjmuje go z wielką pobożnością wobec całej wspólnoty i prosi wszystkich obecnych o wybaczenie mu jego braków i zaniedbań.

Czwartek, 12 grudnia. Prawdopodobnie tego właśnie dnia prosi jednego z pielęgnujących go braci o „pudełeczko z listami i osobistymi dokumentami”. Prosi następnie o świecę i pali to wszystko. Niszczy listy i adresy. Pragnie, aby zniknęły wszystkie doniesienia, w których mowa o oszczerczym procesie przeciw niemu. Pali je „dla zachowania dobrego imienia i dobrej reputacji wszystkich”.

Intensywne oczekiwanie

Piątek, 13 grudnia, świętej Łucji. Jest to chyba najbardziej znaczący dzień w całym życiu ojca Jana od Krzyża. Brat Diego, pielęgniarz, słyszy go mówiącego od rana, że odchodzi do innego życia. Prosi więc chorego o błogosławieństwo. Tamten początkowo odmawia.

W końcu udziela mu go i mówi: „Braciszku Diego, przykro wam, że umieram?” „Mówię mu, że tak – potwierdza brat Diego – jednakże poddaję się woli Bożej i pragnę, by się zawsze spełniała. Był mi wdzięczny za słowa pełne uległości i powiedział, żebym tak zawsze czynił”.

Niedługo potem poprosi tego samego brata, aby przywołał przeora. Przybywają obydwaj, brat Diego i Franciszek Chryzostom, „a chory z wielką pokorą przeprasza go za winy, jakie mógł popełnić i za kłopoty, których był przyczyną, a które sprawił wszystkim pomagającym mu w ciężkiej chorobie. W końcu rzekł: Ojcze, tam jest habit Najświętszej Panny, który nosiłem i używałem. Jestem biedny i potrzebujący i nie mam w czym być pochowany. Dla miłości Bożej, proszę Waszą Wielebność, aby mi go dał jako jałmużnę”. Przeor, który w ostatnich dniach zmienił swoje postępowanie, ze swej strony prosi chorego o wybaczenie i błogosławi go. Franciszek Chryzostom opuszcza celę płacząc. Od tej chwili stanie się zupełnie innym człowiekiem. Powraca po chwili do chorego i prosi go na klęczkach o brewiarz na pamiątkę. „Nie mam nic własnego, co mógłbym dać Waszej Wielebności, wszystko należy do ojca, ponieważ ojciec jest moim przełożonym” – mówi ojciec Jan serdecznym głosem.

Ponownie odwiedził go prowincjał, ojciec Antoni od Jezusa (Heredia) i usiłując go pocieszyć, mówi: „Ojcze Janie, odwagi Miej zaufanie w Bogu i wspomnij na to, co zdziałaliśmy, i na cierpienia, jakich doznaliśmy w początkach naszego Zakonu”. Jak wspominają obecni przy tym, chory powiedział silnym głosem, zasłaniając sobie uszy dłońmi: „Nie mów mi tego, ojcze; Nie mów mi tego. Powiedz mi raczej o moich grzechach”.

Ostatnie godziny

Która godzina? Pierwsza po południu. „Pytam o to, ponieważ, chwała Bogu, tej nocy pójdę zaśpiewać jutrznię w niebie”. Zanurzony w głębokiej, kontemplacyjnej ciszy otwiera od czasu do czasu oczy i spogląda na mały krzyżyk, który ściska w dłoniach.

O piątej dzwoni dzwon na nieszpory. „Jestem szczęśliwy, Panie, ponieważ bez żadnej mojej zasługi chcesz, żebym tej nocy zobaczył Cię w niebie”. Prosi o ostatnie namaszczenie, które przyjmuje z wielką pobożnością i radością. Odpowiada na modlitwy kapłana i prosi wszystkich o przebaczenie. Obecni zarówno zakonnicy, jak i świeccy, proszą go o błogosławieństwo. Będąc posłuszny ojcu prowincjałowi pouczył wszystkich „słowami poruszającymi i pełnymi miłości, żeby miłowali się wzajemnie, byli posłuszni przełożonym, przestrzegali praw zakonnych, wszystko zaś po to, aby naśladując życie apostołów budowali Kościół Boży”.

Godzina ósma. „Jeszcze czas. Mam jeszcze dużo czasu do pozostania na tym ś wiecie!” Dzięki ogromnemu pragnieniu zobaczenia Boga wydawało mu się, że godziny wloką się niemiłosiernie. Ojciec Augustyn, prosząc go o błogosławieństwo, mówi: „Wkrótce, Ojcze, Pan wynagrodzi to, co dla Niego wycierpiałeś”. Chory odpowiada mu na to: „Nie mów mi takich rzeczy, ojcze. Cóż takiego zrobiłem dla Boga? Zapewniam was, że nie uczyniłem niczego w moim życiu, czego bym sobie teraz nie wyrzucał”.

Wybija   dziesiąta.   „Jeszcze   tylko trzy godziny!” O dziesiątej u zakonnic z klasztoru Matki Bożej odezwał się dzwon na jutrznię. „Ja także, za miłosierdziem Bożym, mam odmówić ją w niebie z Najświętszą Panną”, i wzruszony począł z Nią rozmawiać.

Dochodziła jedenasta. Wielu zakonników weszło do celi chorego przed pójściem na jutrznię. Po zawieszeniu swych latarni na ścianach pytają ojca Jana, jak się czuje? Bardziej niż słowami, odpowiada on gestami wyrażającymi słodycz i radość. Chwytając się sznura zwisającego z sufitu siada na łóżku i mówi: „Chwała Bogu, taki jestem lekki” Zwraca się następnie do przybyłych dopiero zakonników oraz do tych, którzy cały czas z nim byli i mówi: „Odmówmy psalmy na chwałę Bożą. Jeśli chcecie, odmówimy De profundis, ponieważ czuję się bardzo silny”. Wszyscy przystają na to chętnie.

Która godzina? Słysząc odpowiedź ojciec Jan dodaje: „Zbliża się już godzina jutrzni, którą odmówimy w niebie”. Zanim jednak odejdzie z tego świata, pozostanie, aby uczynić jeszcze coś ważnego. Prosi przełożonego, aby przyniósł Najświętszy Sakrament, chcąc go adorować. W jego obecności daje upust swej pobożności wzruszając, a zarazem budując obecnych. Żegnając się mówi: „Teraz, Panie, nie zobaczę Cię więcej moimi śmiertelnymi oczami”.

W pół do dwunastej. „Nadchodzi moja godzina, zawiadomcie zakonników”. Zebrali się wszyscy, którzy byli w pobliżu i rozpoczęli odmawianie Polecenia duszy, według rytuału. W pewnym momencie Jan przerywa przeorowi: „Przeczytaj mi, ojcze, Pieśń nad pieśniami, tamto niepotrzebne”. Słuchając słów Pieśni powtarza: „Jakie drogocenne perły!” Rozsmakowując się w tych frazach, które przypominają mu, jak nigdy, miłość Bożą.

Zegar kościoła San Salvador rozpoczyna wybijać dwanaście uderzeń. „Braciszku Diego, każ dzwonić na jutrznię, już czas”, mówi chory. Franciszek García, zaledwie usłyszał pierwsze uderzenie z kościoła San Salvador, wychodzi bić w dzwony. Co to słychać? Pyta Jan. Jutrznia. Otwiera słodko oczy i „wodząc nimi z miłością po wszystkich obecnych, jakby żegnając się wesołym i radosnym głosem powiedział: Idę odmówić ją w niebie”.

Jego ostatnie słowa były słowami Chrystusa. Całując krzyżyk, który ściska nieustannie w rękach, modli się: „W ręce Twe, Panie, powierzam ducha mego”.

W ten sposób ojciec Jan od Krzyża kończy swoje życie w pierwszej minucie 14 grudnia 1591 roku, w sobotę poświęconą czci Matki Bożej, idąc do nieba, aby odmówić tam jutrznię.

Dzwon klasztoru dzwoni nieprzerwanie, tym razem za świętego ojca Jana od Krzyża, zmarłego w 49 roku życia, z których 23 przeżył w Reformie karmelitańskiej i 6 w Karmelu dawnej obserwancji.

Pogrzeb

Wspólnota recytuje responsorium. Na kolanach całują stopy i ręce i czują się szczęśliwi ci, którym udało się wziąć jako relikwię coś, co miało związek ze świętym.

Ciało ojca Jana, należycie przybrane, położono na dywanik u stóp ołtarza. Około godziny pierwszej, w strumieniach ulewnego deszczu zaczyna zbierać się przed klasztorem Karmelu tłum. Wszyscy chcą uczcić zmarłego, którego powszechnie ogłoszono świętym. Przeor nakazuje otwarcie drzwi i pozwala wpuścić zgromadzonych. Wczesnego ranka 14 grudnia przeniesiono ciało do kościoła. Wydawało się ono nadzwyczaj białe i jaśniejące niezwykłym blaskiem. Nieprzerwanie napływają ludzie świeccy, księża i zakonnicy, aby go uczcić. Jak stwierdza jeden ze świadków, „nie można go było pochować, bo ludzie współzawodniczyli ze sobą, chcąc odcinać kawałki ciała, aby uczynić z nich relikwie”.

Orszak pogrzebowy wychodzi około południa. Oprócz jego współbraci Bosych z Ubeda, było też kilku ze wspólnoty z Baeza, ponadto Dominikanie, Franciszkanie, Trynitarze, Minimi i wielu, wielu księży. Modlitwom pogrzebowym przewodniczył doktor Francisco Becerra, proboszcz kościoła parafialnego San Isidro. Kiedy ojciec Jan był rektorem w Baeza, tak wpłynął na jego przemianę, że z miernego głosiciela słowa Bożego stał się prawdziwym apostołem Chrystusa i człowiekiem duchowym. Don Francisco odwzajemnia się swemu świętemu mistrzowi, tak go właśnie nazywając bez zbędnych słów. Zachęca obecnych, aby nie polecali zmarłego Bogu, ale raczej modlili się do niego, bo to święty.

Po kazaniu i Mszy św. zakonnicy rywalizowali ze sobą, kto ma nieść ciało. Stanęło na tym, że przedstawiciele każdego zgromadzenia będą nieść po trochu, aż do grobu w kościele, obok stopni ołtarza głównego.

Już od pierwszych chwil wierni czcili go nieprzerwanie. Jego imię krążyło jak błogosławieństwo z ust do ust. Dona Clara de Benavides troszczy się o to, aby nikt nie chodził po kamieniu nagrobnym.

Przeniesienie ciała

W Madrycie don Luis del Mercado i jego siostra dona Ana del Mercado y Penalosa, „fundatorzy klasztoru w Segovii, otrzymali od ojca Mikołaja od Jezusa Maryi, wikariusza generalnego, ciało czcigodnego ojca Jana, bez względu na to, gdzieby umarł, celem przewiezienia go do klasztoru w Segovii”. Wiedząc o jego śmierci i cudach, jakie o nim opowiadano, zdecydowali się formalnie zażądać przewiezienia resztek z Ubeda do Segovii. Wikariusz generalny wyraził więc zgodę.

Don Luis del Mercado obarcza zadaniem Juana de Medina Zeballos, osobę zaufaną, który, „jako urzędowy sędzia Dworu wyjechał z Madrytu i przybył do Ubeda, gdzie z wielką dyskrecją przedstawił swe pełnomocnictwa przeorowi w obecności dwóch zakonników, aby bez sprzeciwów wydano mu święte ciało”. Bracia zgodzili się.

We wrześniu 1592 został otwarty grób. Wydobyte zeń ciało „nie uległo rozkładowi, mimo dziewięciu miesięcy i zachowało swą świeżość”, jak gdyby zostało dopiero co pochowane. W tych warunkach nie uważano za stosowne przenoszenie go i zdecydowano się ponownie zakryć grób, „wrzucając na wierzch duże ilości wapna, aby przyśpieszyć rozkład ciała i odłożono na później jego przeniesienie”. Mimo zachowania dyskrecji i pewnych środków ostrożności ekshumacja ta nie pozostała nie zauważona przez zakonników z klasztoru.

28 kwietnia następnego roku, po zachodzie słońca, przybywa ponownie do Ubeda Juan de Medina z identycznym zadaniem przeniesienia szczątków ojca Jana do Segovii. Zakonnicy w wielkim smutku przekazali ciało Juanowi de Medina, a on przeniósł je w skrzyni umyślnie przygotowanej do transportu do swojego zajazdu. Trzej zakonnicy zasypali grób, przykryli go płytą i na to miejsce nasunęli dywan tak, jak gdyby nic się nie stało.

Juan de Medina pod osłoną nocy usiłuje jak najszybciej opuścić terytorium Ubeda, a następnie Baeza. Aby zmylić ewentualny pościg, schodzi z głównej drogi do Madrytu kierując się na Jaen. Stamtąd jedzie ze swoimi ludźmi do Montilla. Tuż przed Martos, już za dnia, pojawia się na szczycie osamotnionego pagórka jakiś człowiek, który krzyczy: Dlaczego unosicie gdzieś ciało świętego? Zostawcie go i odnieście tam, gdzie było, nie wywoźcie go. Tajemniczy człowiek powtarza wciąż te słowa. Niosących ogarnęło przerażenie. Juan de Medina opowie później, że „włosy z przerażenia stanęły im na głowie, tak że uniosły kapelusze”. Nie potrafiąc wyjaśnić tych okrzyków, pełni strachu modląc się w ciszy przybyli do Martos, a następnie do Montilla. Stamtąd do Kordowy i Madrytu.

Zgodnie z zaleceniem Anny de Penalosa ciało ojca Jana zostało przetransportowane do klasztoru karmelitanek bosych w Madrycie. Otwarto klauzurę, dzięki czemu wiele osób mogło oddać cześć Świętemu. Wspomniano wtedy na prorocze słowa ojca Jana, wypowiedziane przy pożegnaniu z doną Anną dwa lata wcześniej: „Córko, nie trap się z powodu mojego wyjazdu; wkrótce po mnie poślesz i mnie zobaczysz”.

Z klasztoru karmelitanek ciało zostało przeniesione do oratorium doni Anny i don Luisa. Dona Anna przebrała je w nowy habit i napełniła trumnę kwiatami. Jeszcze raz skorzystano z usług Juana de Medina, aby przygotować transport do Segovii. Mimo że podróż okryta była tajemnicą, w mieście dowiedziano się o wywożeniu ciała i tłum rzucił się w kierunku klasztoru. Drogi orszaku z ciałem omijały główne szlaki, ale mimo tego i tam znajdowali się ludzie, którzy chcieli zobaczyć i uczcić ojca Jana od Krzyża. „Wydobyto święte ciało w stanie nienaruszonym ze skrzyni, w której odbywało podróż i położono na stole przykrytym dywanem pośrodku kaplicy. Ciało wydzielało łagodną woń, która napełniała cały kościół”. W ten sposób wszyscy mogli go uczcić przez osiem dni, aż złożony został w grobowcu.

Zobacz podobne wpisy

6 listopada, 2016

Gloryfikacja we wspólnocie Kościoła

Śmierć ojca Jana od Krzyża była przez współczesnych traktowana jako śmierć świętego. W jego Zakonie przejawia się natychmiast chęć zbierania informacji, które mogłyby uwiecznić pamięć o nim i stanowić będą bazę, na której Kościół usankcjonuje świętość jego życia.